Skip to main content

Full text of "Nasza literatura dramatyczna: szkice nakreślone"

See other formats


Google 



This is a digital copy of a book that was prcscrvod for gcncrations on library shclvcs bcforc it was carcfully scannod by Google as part of a projcct 

to make the world's books discoverablc onlinc. 

It has survived long enough for the copyright to cxpirc and thc book to cntcr thc public domain. A public domain book is one that was never subjcct 

to copyright or whose legał copyright term has expircd. Whcthcr a book is in thc public domain may vary country to country. Public domain books 

are our gateways to the past, representing a wealth of history, cultuie and knowledge that's often difficult to discovcr. 

Marks, notations and other maiginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journcy from thc 

publishcr to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commcrcial partics, including placing lechnical rcstrictions on automated querying. 
We also ask that you: 

+ Make non-commercial use ofthefiles We designed Google Book Search for use by individuals, and we request that you use these files for 
person al, non-commercial purposes. 

+ Refrainfinm automated ąuerying Do not send automated querics of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a laige amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attributłonTht Goog^s "watermark" you see on each file is essential for in forming peopleabout thisproject and helping them lind 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can'l offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
anywhere in the world. Copyright infringement liabili^ can be quite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps rcaders 
discoYcr the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli icxi of this book on the web 

at |http: //books. google .com/l 



Google 



Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznydi pólkach, zanim została troskliwie zeska^ 

nowana przez Google w ramach projektu światowej bibhoteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 

dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 

dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 

dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 

długą podróż tej książki od wydawcy do bibhoteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady uźytkowEinia 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prEice takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostEu^czać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 
Prosimy również o; 

• Wykorzystywanie tych phków jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w nickomcrcyjnycti 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysylanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tlumaczeniEimi maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości telfstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny"Googłe w łsażdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowyeti 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 



Hganie prawa 

W ItEiżdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana łisiążka została uznana za część powszecłmego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób tralrtowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych lirajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej użj'wać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 
tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem [http : //books . google . comT] 










MS -i 









' •;v'«i' -i^-^f* .-><•' ■V'* 'ij; A ■\^*-* 



7 



.^^•:^ąs 



* •¥ 







1 •.- ." 
tu 






i . ' •< .^-^ , - ii'^, tA • •-- " . "..r *.-- •-'.'> 

1 • 5'^?^*,^? f _ , , I III I" ■ '** '^ ; ■ 

- ' •*••.• ■-•- '- •'-'/, .. ■ ' ,-•>, c • -" ■ '• • -- '- ■•■• 









h;- r,;' -s' -cy .y- 









r^* 



»■ .-ł-w 



6? 



;>\ ■ 






NASZA LITERATURA DRAMATYCZNA 



r^r 






Ch ry]i£l óujs Ki P 

NASZA 



TI? 

UilJj. 



mURA DRAMATYCZNA 



-•—•♦•»•—«- 



SZKICE NAKREŚLONE 



PRZEZ 



PIOTRA CHMIELOWSKIEGO 



TOM II 



PETERSBUUa 

NAKŁADEM KSIĘGARNI K. GEENDYSZYŃSKIEGO 

1898 



("£>• ^-* "- * . ^* v^ '■f' , "^ M ' 



■f *;:■>■-— 5.^---''" fj 













1 






lX«. ^^- 



t». 



'^^: 



NASZA LIMW DRAHATYCZNA 



ChmelóujsKi P 
NASZA 



TI? 

UilJj 



raURA DRAMATYCZNA 



-♦—»♦•»•— ^ 



SZKICE NAKREŚLONE 



PRZEZ 



PIOTRA CHMIELOWSKIEGO 



TOM II 



PETERSBUEa 

NAKŁADEM KSIĘGARNI K. GEENDYSZYŃSKIEGO 

1898 






SU' 



i:^w: 






t; 




Kmkdw. — Druk W. L. Ancsyca i Spółki. 






XV. 
Wincenty Rapacki. 

W okresie pseudo-klasycznym ludzie byli 
mniej wymagający i łatwo się zgodzili na uzna- 
nie „Barbary^ Felińskiego za znakomitość. W do- 
bie romantyzmu już było bardzo trudno o po- 
dobną jednozgodnośó^ chociaż mieliśmy takiego 
potentata dramatycznego, jak Słowacki. Zrazu 
niewielu, potem tłumy zachwycały się jego fan- 
tazyą i stylem, ale i w nim nie znaleziono wy- 
marzonego ideału, a te utwory, które się najwię- 
cej do niego zbliżały, niewykończone przez poetę, 
obudzały tylko żal, że są fragmentami. Obok 
niego niższy znacznie polotem i siłą twórczą, dzia- 
łający* w mniej przyjaznych niż on warunkach, 
Korzeniowski lepiej czynił zadość wymaganiom 
scenicznym, ale szwankował w budowie utworów 
i zbyt się krępował w kreśleniu swobodnego 
rozwoju namiętności. 

Późniejsi próbowali łączyć wysoki lot Sło- 
wackiego z doświadczeniem scenicznem Korze- 
niowskiego; powstało w ten sposób parę niepo- 
ślednich dramatów, a pomiędzy niemi przede- 

Maua literatura dramatyesna* T. Ut \ 



L<- - 






^ 



NASZA LITERATURA DRAMATYCZNA 



t" 






Chry\ićl6ujsK\ P 

NASZA 



LITERATURA DRAMATYCZNA 



-•— •♦•łt— «- 



SZKICE NAKREŚLONE 



PRZEZ 



PIOTRA CHMIELOWSKIEGO 



TOM II 



PETERSBURG 

NAKŁADEM KSIĘGABNI E. GBEMDYSZYŃSKIEGO 

1898 



GrWf 






XV. 
Wincenty Rapacki. 

W okresie pseudo-klasycznym ladzie byli 
mniej wymagaj ąoy i łatwo się zgodzili na uzna- 
nie ^Barbary ^ Felińskiego za znakomitość. W do- 
bie romantyzmu już było bardzo trudno o po- 
dobną jednozgodnośó^ chooiai mieliśmy takiego 
potentata dramatycznego, jak Słowaoki. Zrazu 
niewielu, potem tłumy zachwycały się jego fan- 
tazyą i stylem, ale i w nim nie znaleziono wy- 
marzonego ideału, a te utwory, które się najwię- 
cej do niego zbliżały, niewykończone przez poetę, 
obudzały tylko żal, że są fragmentami. Obok 
niego niższy znacznie polotem i siłą twórczą, dzia- 
łający' w mniej przyjaznych niż on warunkach, 
Korzeniowski lepiej czynił zadość wymaganiom 
scenicznym, ale szwankował w budowie utworów 
i zbyt się krępował w kreśleniu swobodnego 
rozwoju namiętności. 

Późniejsi próbowali łączyć wysoki lot Sło- 
wackiego z doświadczeniem scenicznem Korze- 
niowskiego; powstało w ten sposób parę niepo- 
ślednich dramatów, a pomiędzy niemi przede- 

Mana literatura dramatyeina* T.U» 1 



— 2 -^ 

wszystkiem „Popiel i Piast" Romanowskiego. 
Potem nastąpiła pewna przerwa w tworzeniu dra- 
matów historycznych, kiedy jedynym ich przedsta- 
wicielem był J. Szujski. Około roku 1870 nastała 
znowu chwila natężonej działalności w tym kie- 
runku; kilku naraz autorów: Bełcikowski Komoro- 
wski, Józef Wojciechowski, G-nbowski, Kościelski, 
Święcicki (Stachurski) podjęli próby nanowo i zain- 
teresowali niemi, jeżeli nie publiczność, to przynaj- 
mniej dziennikarstwo i krytykę literacką. 

Wśród takiego to ożywienia dramatyki histo- 
rycznej wystąpił Wincenty Rapacki, już od lat 
kilku jako gwiazda świecący wśród artystów. 
Jego „Wit Stwosz", wystawiony na scenie war- 
szawskiej i drukowany w r.' 1874, zajął nadzwy- 
czaj żywo publicystów i znawców literatury, 
obudził gorące rozmowy i rozprawy zarówno 
w prasie, jak w kołach, traktujących piśmienni- 
ctwo na seryo. Za ^ Witem Stwoszem" poszły 
w krótkich odstępach czasu: „Mikołaj Koper- 
nik" (1876), „Mazur Czart^ (1876), „Maćko Bor- 
kowic" (1878), „Acernus" (1879), „Pro honore 
domus" (1880), „Odsiecz Wiednia" (1883), „Sta- 
rosta Wilczek" (1883) i inne. Sumienność histo- 
ryczno-literacka nakazuje mi zaznaczyć, że za- 
interesowanie się, obudzone pierwszym utworem, 
nie rosło w miarę ukazywania się dalszych, lecz 
przeciwnie, jak to u nas bywa bardzo często, 
zbyt może gorączkowe przyjęcie nowego talentu 
odbijało się nieuzasadnionym chłodem dla dal- 
szych jego występów. Dziś możemy już bez- 



— 3 — 

stronniej ocenić jedne i drugie — oddziela nas 
od nich dość znaczny przeciąg czasu; chwilowe 
uprzedzenia nie powinny mącić sądu naszego. 

Rapacki jako dramatyk wnosił przedewszyst- 
kiem do utworów swoich temperament śmiały, 
energiczny, niemal gwałtowny, lubujący się 
w przedstawianiu postaci namiętnych, potężnych 
zarówno w złem, jak w dobrem, wypowiadają- 
cych myśli swe wyraźnie, dosadnie, nieraz ru- 
basznie i trywidluie. Nie znaczy to jednak, żeby 
autor chciał uszczuplać zakres natury ludzkiej; 
ma on wprawdzie swoich szczególnych ulubień- 
ców, których najchętniej wyprowadza na scenę 
i których najlepiej maluje, ale rozumie przytem 
charaktery bardzo różnorodne i umie je należy- 
cie wyposażać w postępki i słowa. Ludzie jego 
są z jednego metalu odlani, a właściwość ta, 
jeżeli pod względem psychologicznym nie zu- 
pełnie, a przynajmniej nie zawsze zadawalać 
może, pod względem dramatycznym nadaje im 
tę jasność i tę pewność, co je czyni charakte- 
rami wybitnymi, tłómaczącymi się na scenie same 
przez się. Możną figurom jego zarzucać te lub 
owe ujemności, ale o żadnej się nie da powie- 
dzieć, iżby była cieniem, lub lalką, dowolnie 
przez autora poruszaną: we wszystkich drga ży- 
cie, wszystkie są nietylko z krwi i kości, lecz 
i z ducha. Zazwyczaj artystyczne postaci doda- 
tnie bywają jakieś sztywne, papierowe; u Rapa- 
ckiego zarówno źli jak dobrzy mają cechy tak 
.dosadne, że ^a komunały bez życia poczytać 

1* 



— 4 - 

ich nie wolno. Kobiety w naszych dramatach 
historycznych odgrywały zbyt czysto role bierne; 
Rapacki, podobnie jak Korzeniowski, ale na 
większą od niego skalę, dał im śmiałość i ener- 
gię postępowania, która znamionuje i jego męż- 
czyzn, nietylko tam, gdzie zbrodnicze przewo- 
dzą w nich instynkty, lecz i tam, gdzie w ich 
sercach rządzi szlachetność. Jadwiga w drama- 
cie „Mazur-Czarf*, pomimo bardzo szczupłej 
swej roli, i Gertruda Kościelecka w j,Pro ho- 
norę domus'' należą niewątpliwie do najpię- 
kniejszych, a zarazem najpodnioślejszych krea- 
cyj niewieścich w naszej literaturze dramaty- 
cznej. A obok nich ileż figur mniej może do- 
brze wykonanych, ale nie mniej żywych: Beata, 
Hanna, Bogna, Judyta... 

Powtóre, w pomysłach swoich Rapacki szu- 
IslfA szerszego tła dziejowego, któreby historyi 
jednostkowej bohaterów nadało głębsze i rozle- 
glejsze znaczenie, rozumiejąc to dobrze, że im 
więcej stosunków zagarnia w siebie treść jaka^ 
tem silniejsze budzić musi zajęcie. Pod tym wzglę- 
dem trzeba wyróżnić dwie grupy wśród drama- 
tów historycznych Rapackiego. 

Jedne z nich stanowią utwory, osnute na tle 
prądów cywilizacyjnych, wśród których pewna 
jednostka, po nad tłum wyrastająca, znajduje 
się w kolizyi ze swem najbliższem otoczeniem. 
Tak jest w „Wicie Stwoszu'', w „Mikołaju Ko- 
perniku^*, w „Acernusie", w „Histrj^onach". 

„Wit Stwosz'' przedstawia talent oryginalny, 



— 5 — 

w zapasach z rutyną oeohowo-rzemieślniozą, która 
nie pozwalała wyróżniać się od współbraci 
w rzemiośle, szukaniem nowych dróg twórczo- 
ści. Jeżeli chcesz żyć w spokoju — mówi ru- 
tyna — bądź takim jak inni, rób jak inni, bo 
kto chce się wyróżnić, gardzi widocznie ogó- 
łem, a więc nie może być wśród niego cierpia- 
nym. Śmiałek, choćby miał talent największy, 
choćby się odznaczał charakterem nieskazitel- 
nym, jeżeli tylko wykroczy po za przepisy obo- 
wiązujące, ulegnie prześladowaniu. A jeszcze gdy 
ów śmiałek okaże jaką ujemnóść: dumę, pory- 
wczość, nieopatrzność wyższego umysłu jak 
Wit Stwosz; to skorzystają z niej przedstawi- 
ciele rutyny, znajdą łatwy u ludzi posłuch, na- 
piętnują gieniusz, którym skądinąd pochlubić-by 
się wobec cudzoziemców chcieli. Może na nie- 
zbyt silnej podstawie oparty został w dramacie 
proces Stwosza o sfałszowanie wekslu, ale sama 
kolizya jednostki gienialnej z tłumem rutyni- 
cznym pomyślaną i przeprowadzoną została zgo- 
dnie z prawdą wewnętrzną, którą tak samo na 
początku XVI, jak i na końcu XIX, lubo 
w odmiennych kształtach, zaobserwować można. 
Podobny objaw widzimy w „Mikołaju Ko- 
perniku". Człowiek, uczony i ksiądz w osobie 
wielkiego astronoma doznaje upokorzeń, zawo- 
dów i cierpień dlatego, że wyrósł po nad tłum, 
że rozumem i sercem nie jest przeciętnym czło- 
wiekiem, uczonym i księdzem. Zasadę miłości 
bliźniego pojmuje on zbyt szeroko w oczach 



fanatyków, bo uznaje szlachetność w Skultecie, 
zwolenniku reformy kościoła, przyjaźni się z bie- 
dnym, prześladowanym marzycielem, przychodzi 
mu w pomoc, ratuje go od zguby. Więc też 
większość kościelna, reprezentowana przez obłu- 
dników i dworaków, co tylko pozory szanują, 
a przed potęgą się jedynie korzą, patrzy nań 
z nieufnością, stara się go poniżyć, a własna 
siostra stęsknionego za uczuciem rodzinnem od- 
trąca jako przyjaciela heretyków. Odkrył pra- 
wdę naukową, którą świat z podziwem kiedyś 
przyjmie, ale ponieważ sprzeciwiała się ona 
przyjętym owocześnie poglądom, rutyna starała 
się ją zdusić, nie dopuścić dzieła do druku, a 
gdy już ono poszło pod prasę, wyrządzono mędr- 
cowi jedne z największych boleści, wystawia- 
jąc w dorobionej przedmowie teoryę jego jako 
hipotezę tylko. I tu również można powtórzyć, 
iż chcąc dobitnie wystawić tragiczne położenie 
myśliciela wśród otoczenia pospolitego, nie liczył 
się autor zbyt skrupulatnie z faktami, ale sam 
zarys kolizyi nakreślił bardzo trafnie. 

W pAcernusie* chciał odmalować człowieka 
z wielkim talentem, a niepospolitym hartem du- 
szy i dzielnością, który z powodu swego ple- 
bejuszowskiego pochodzenia nie tylko nie może 
swobodnie rozwinąć swojej działalności wobec 
niewątpliwej już przewagi stanu szlacheckiego, 
lecz musi zginąć zawiedziony we wszystkich 
swych nadziejach i uczuciach , lekceważony 
i wzgardzony. Ponieważ z powodu „Kopernika" 



— 7 — 

zrobiono uwagę Bapackiemu, iź wybieranie bo- 
haterów z pośród uczonych i artystów, żyjących 
w sferze umysłowej, nie może wypełnić dramatu 
ruchem i akcyą, w „ALrcenusie" przeto pozwolił 
sobie dotworzyó życiorys Klonowioza, przedsta- 
wiając go ńietylko jako autora „Yiotoria deo- 
rum*^ i „Konterfektu jezuitów", ale także jako 
męża czynu, który kieruje obroną Lublina prze- 
ciw rokoszanom. Bo autor zgodnie z zupełnie 
fałszywą, ale w czasie, kiedy dramat swój pisał, 
bardzo rozpowszechnioną tradycyą, przyjmując 
datę śmierci Acerna na r. 1608, wyznaczył dla 
niego starcie z „dyabłem" Stadnickim. Lubo ten 
utwór obfituje w bardzo piękne sceny, a zwła- 
szcza w przemowy poety, nie sprawia przecież 
tak ujmującego wrażenia jak dwa poprzednie, 
a to ńietylko z powodu niehistoryczności głó- 
wnej osnowy, ale także ze względu na zbyt 
czarne, wyłącznie ujemne obrazki życia szlache- 
ckiego. Niepodobna uwierzyć w prawdę całej 
kolizyi, gdy się widzi wśród szlachty same takie 
przewrotne lub liche osobistości, jak Stadnicki, 
Niszczycki, Bielecki, Psarski. Jedyny rozumny 
i uczciwy szlachcic, Żórawski, sam dobrowolnie 
wyrzeka się szlachectwa, odrzuca szablę, staje 
się mieszczaninem; sponiewierany zaś za swoje 
niegdyś wzniosłe dążności ku ulżeniu doli ludu, 
Ołdachowski, dopiero przy samym końcu dra- 
matu głąb swej pięknej duszy odkrywa. 

„Histryoni" ukazali się w druku 1892; a dzi- 
siaj dopiero mają być przedstawieni na scenie. 



— 8 — 

Pierwotnie napisał antor powieść pod tym tyta- 
łem, potem przerobił ją na tragiedyę, a przy- 
najmniej na dzieło dramatyczne. Wątku dostar- 
czyło podanie kościelne o trefnisiu, aktorze Ge- 
nezyusza, który wedle słów Skargi w „Żywo- 
tach Świętych**, nie znając prawego Boga „na- 
większe śmiechy i żarty czynił z chrześcijan 
i obyczajów a nabożeństwa ich, a chcąc się 
z swego onego rzemięsła przymilió Dyoklecya- 
nowi cesarzowi, wkradał się tajemnie na schadzki 
chrześcijańskie i widzieć chciał sprawy ich, i do- 
wiedziawszy się wszystkiego, szedł na miejsce 
igrzysk i błazeństw i rzekł do swych uczniów: 
wiecie, iż cesarzom naszym nadewszystko są naj- 
brzydszy chrześcijanie; chcemy-li u niego łaski 
dostać, oznajmijmy mu o tajemnicach chrześcijań- 
skich i uczynim z nich komedyą i śmiechy". 
Opowiedział im tedy, co i jak mówić mają, a 
on niby to chrzest przyjmować będzie. Ale gdy 
przyszło w rzeczywistości do tej sceny, stał się 
cud: Genezyusz uczuł się przekonanym i wobec 
cesarza wyznał wiarę chrześcijańską, za co został 
umęczony. Mamy tu zatem starcie się dwu prą- 
dów cywilizacyjnych: dogorywającego pogań- 
stwa i rosnącego w potęgę chrześcijaństwa. Ra- 
packi potram dobrze przedstawić jedne tylko 
stronę, t. j. ten stan chwiejny umysłów w Rzy- 
mie, kiedy już nie było silnego przekonania 
wśród wyznawców starej wiary, kiedy w każdym 
niemal domu znajdował się chrześcijanin lub 
chrześcijanka. Co do strony drugiej, zwyciężają- 



— 9 — 

cej powoli, mniej szczęśliwie mu się powiodło ; 
nie udało mu się utrafic właściwej, odpowiedniej 
mowy w ustach świeżo nawróconej Eponiny, 
aktorki, kochanki Genezyusza, lubo ta właśnie 
osobistość miała najważniejszą odegrać rolę w na- 
wróceniu, drwiącego histryona. W jej słowach 
brak prawdziwego porywającego zapału, któryby 
zdołał podziałać na wyćwiczonego w sztuce kra- 
somówskiej Genezyusza. Musiał się tedy posłu- 
żyć autor jej męczeńską śmiercią, po której 
wzrosła ku niej miłość aktora, a nadto zjawie- 
niem się postaci naprzód synowi obojga, potem 
samemu Genezyuszowi, na scenie, kiedy miał 
przystąpić do szyderczego przedstawienia obrzędu 
chrztu. Lubo do wyznawców okultyzmu nie na- 
leżymy, nie chcemy bardzo ganić tego środka, 
używanego już przez tylu dramatyków, a mo- 
gącego się wytłomaczyć nawet racy ona] nie jako 
halucynacya. Sądzimy jednak, że należało głę- 
biej w samych przejściach duchowych bohatera 
uzasadnić przemianę wewnętrzną, trzeba było 
silniej uwydatnić namiętny rozstrój Genezyusza 
po śmierci Eponiny i usprawiedliwić uprzednio 
jego podatność do wizyj, choćby poetyckich 
jeno. Wskutek dość powierzchownego umoty- 
wpwania tej przemiany, dokonywa się ona bądż- 
cobądż cudownie, i nie budzi w czytelniku ta- 
kiego wzruszenia, jakieby wzniecić powinna. 
Stąd też i tragiczność losu bohatera trudno po- 
stawić wysoko; nie w nim bowiem samym żró- 
<}ło nieszczęścia spoczywa, lecz w okoliczno- 



— 10 — 

ściach zewnętrznych. Nie jest to tragiedya, leoz 
szereg obrazów dramatycznych, w których nie- 
jednokrotnie zachodzą sceny śmiertelne. Z po- 
bocznych figur wyróżnić należy Vopiscusa, zna- 
nego historj^ka cesarstwa, który tu występuje 
jako człowiek obojętny w gruncie rzeczy na 
wyznanie wiary, ale dbający o dobrobyt i za- 
szczyty, a więc i zachowanie pozorów. Cesarz 
Dyoklecyan również dobrą jest postacią, jego 
dbałość o formy, stąd pobieranie nauki giestów 
od aktora Apolinarysa, ruchliwość jego umysłu 
w porównaniu z ciężkim trybem myślenia Ma- 
ksyminiana, obojętność względem chrześcijan, pe- 
wne lekceważenie tej władzy, jaką posiadał, 
i gotowość dzielenia jej z innymi, składają się 
na wytworzenie wcale zajmującej sylwetki, drga- 
jącej życiem. Ze scen poszczególnych, rozmowy 
wśród aktorów, należą do najlepszych. Wogóle 
„Histrycni** wielkiego wrażenia nie sprawiają, 
lecz dają się czytać z zajęciem, a niektóre 
ustępy są rzeczywiście piękne. 

„Histryoni" mogą stanowić przejście do dru- 
giej grupy dramatów Rapackiego, w których 
występują ludzie czynu i gdzie kolizye mają 
charakter polityczny lub społeczny. Należą tu, 
wyjąwszy cztery już wymienione, wszystkie inne. 

Chronologicznie najdawniejszym w tej grupie 
jest ,,Mazur-Czart*. Gdyby wszystkiem w utwo- 
rze była niepohamowana siła wyrażenia, byłby 
to najlepszy dramat Rapackiego. Istotnie, dziki, 
nieokiełznany instynkt pożądania i władzy, zmie- 



— 11 — 

szany z żądzą morda i przesądną bojaźliwośoią, 
samowola, targająca wszelkie węzły moralne, a 
przyfcem uległość chwilowa już to szlachetniej- 
szym popędom, już to urokowi niewieściemu — 
tak silnie, z takim powiedziałbym szalonym roz- 
pędem odmalowane zostały w osobie Konrada 
Mazowieckiego, iż postać jego sprawia potężne, 
choć przygnębiające wrażenie. Dom jego jakby 
dom Atrydów w same okropności jest bogaty. 
Ale zbytek tych okropności, bardzo słabo rozja- 
śnionych takiemi figurami jak Jadwiga, Judyta, 
Warmo, osłabia efekt artystyczny. Odtworzenie 
tego zamieszania strasznego, tych okrucieństw 
i łotrostw, jakie w okresie podziałów w XIII 
stuleciu zawichrzyły kraj nasz, niewątpliwie po- 
wiodło się autorowi, ale nie wydało harmonij- 
nego dzieła sztuki, bo nie było przeniknięte 
tym rozmysłem artystycznym, który każe w roz- 
kładzie barw i tonów miarę zachowywać. 

„Maćko Borkowic" — duchowo biorąc — 
jest z tego samego rodu co „Mazur-Czart". Jest 
to człowiek „żądny czynów wielkich i potę- 
żnych", a gdy nie znajduje pola do ich speł- 
nienia, rzuca się do rabunku i mordów. Tylko 
ten gwałtowny temperament już się chwilowo 
przynajmniej daje ująć w karby rozwagi i uczci- 
wości. Słowo króla Kazimierza W. wywołuje 
w nim nastrój szlachetniejszy, skłania do pod- 
dania się uregulowanemu trybowi życia polity- 
cznego. Ale się w nim burzą instynkty samo- 



' 



— 12 -. 

woU i sposobnej tylko szukają chwili, by wy- 
buchnąć nanowo. Wybornie ten stan duszy przed- 
stawia jego monolog: 

Cisza grobowa, jak dżuma, zawisła 

Nad moim zamkiem. Ze snu mię porywa. 

Miejsca ni miru. Przebiegam komnaty, 

Jakby lunatyk. Sąsiad ani krewny 

Za próg zamczyska nie zajrzy. Niedługo 

Droga, co ludzi roiła się tłumem. 

Chwastem zarośnie. Sprzedał się królowi — 

Wołają zewsząd. Kupił go pochlebstwem. 

Złoty mu łańcuch na szyi zawiesił! 

Ha, ha, przekleństwo!... 

Wszystko mi wydarł. Spętał mnie łańcuchem. 

Nie wolno miecza wydobyć mi z pochew, 

Ni śmiało myślą wzięci ć mi nie wolno. 

Bo ja przysiągłem. Przysiągłem zgnić marnie, 

Czekać spokojnie, aż ten królik chłopski 

Przypomni sobie, że jest gdzieś na świecie 

Borkowic jakiś... I ochłap ze stołu 

Rzuci kundlowi... 

Naturalnie, że taki człowiek nie wytrzyma 
wśród narzuconej sobie bezczynności, pogardzi 
łaską królewską, wznieci bant i zginie hardo, 
z podniesioną głową. 

Jak w tych dwu dramatach ład moralny i po- 
rządek państwowy były opoką, o którą rozbijały 
się natury niepohamowane, samowolne; tak 
w „Pro honore domus" uprawniona wola jedno- 
stki do rozporządzania swą osobą w sprawach, 
ją przede wszy stkiem obchodzących, ulega naci- 
skowi starodawnego zwyczaju rozporządzania 



— 13 — 

losem dzieci, a zwłaszcza córek przez rodziców. 
Gertruda Kościelecka pokochała ubogiego dwo- 
rzanina, a przynaglana przez ojca do oddania 
ręki wstrętnemu starcowi Górce, który zapłoni^ 
ku niej niestłumionym afektem, ńmiało zrywa 
ten związek otwartą a dotkliwą odmową, a po- 
tem idzie do klasztoru. Górka, który jest inną 
odmianą burzliwego temperamentu, mści się na 
niej potwarzą, sądząc, że zhańbiona łatwiej mu 
się dostanie. Spotyka go wyrok banicyi; ale 
Gertruda już nie dla świata, a szlachetny jej 
ulubieniec, Stefan, ginie w bitwie z Tatarami. 

W „Odsieczy Wiednia" już nie na jednostki, 
ale na całe masy nacisk położony. To rozległy 
obraz starcia oywilizacyi z barbarzyństwem, 
chrześcijaństwa z islamizmem. Wielkie wypadki 
dziejowe, wiekopomny czyn Jan III przesła- 
niają tu rozwój charakterów indywidualnych 
i uczuć codziennych. Wspaniałe, uroczyste sceny 
przeplatają się z komicznemi i satyrycznemi 
i rozlewają na całość blask pogodny, brzmią 
nutą tryumfu i tern stanowczo wyróżniają ten 
dramat od innych, w których albo zacni i ro- 
zumni giną w walce z fałszem i głupotą, albo 
też obrazowanie zbrodni góruje nad malowidłem 
cnoty. 

Stosownie do sposobu pojmowania kolizyj 
dramatycznych, dba Rapacki więcej o to, ażeby 
dać, ile możności, wielostronny obraz stosunków 
cywilizacyjnych, aniżeli o ścisłą spójność kom- 
pozyoyL Chociaż więc wiele scen przerywa bieg 



— 6 — 

fanatyków, bo uznaje szlachetność w Skultecie, 
zwolenniku reformy kościoła, przyjaźni się z bie- 

4 

dnym, prześladowanym marzycielem, przychodzi 
mu w pomoc, ratuje go od zguby. Więc też 
większość kościelna, reprezentowana przez obłu- 
dników i dworaków, co tylko pozory szanują, 
a przed potęgą się jedynie korzą, patrzy nań 
z nieufnością, stara się go poniżyć, a własna 
siostra stęsknionego za uczuciem rodzinnem od- 
trąca jako przyjaciela heretyków. Odkrył pra- 
wdę naukową, którą świat z podziwem kiedyś 
przyjmie, ale ponieważ sprzeciwiała się ona 
przyjętym owocześnie poglądom, rutyna starała 
się ją zdusić, nie dopuścić dzieła do druku, a 
gdy już ono poszło pod prasę, wyrządzono mędr- 
cowi jedne z największych boleści, wystawia- 
jąc w dorobionej przedmowie teoryę jego jako 
hipotezę tylko. I tu również można powtórzyć, 
iż chcąc dobitnie wystawić tragiczne położenie 
myśliciela wśród otoczenia pospolitego, nie liczył 
się autor zbyt skrupulatnie z faktami, ale sam 
zarys kolizyi nakreślił bardzo trafnie. 

W „Acernusie* chciał odmalować człowieka 
z wielkim talentem, a niepospolitym hartem du- 
szy i dzielnością, który z powodu swego ple- 
.bejuszowskiego pochodzenia nie tj^lko nie może 
swobodnie rozwinąć swojej działalności wobec 
niewątpliwej już przewagi stanu szlacheckiego, 
lecz musi zginąć zawiedziony we wszystkich 
swych nadziejach i uczuciach , lekceważony 
i wzgardzony. Ponieważ z powodu „Kopernika" 



— 7 — 

zrobiono uwagę Rapackiemu, iź wybieranie bo- 
haterów z pośród uczonych i artystów, żyjących 
w sferze umysłowej, nie może wypełnić dramatu 
ruchem i akcyą, w „A^rcenusie" przeto pozwolił 
sobie dotworzyó życiorys Klonowicza, przedsta- 
wiając go ńietylko jako autora „Yictoria deo- 
rum** i „Konterfektu jezuitów", ale także jako 
męża czynu, który kieruje obroną Lublina prze- 
ciw rokoszanom. Bo autor zgodnie z zupełnie 
fałszywą, ale w czasie, kiedy dramat swój pisał, 
bardzo rozpowszechnioną tradycyą, przyjmując 
datę śmierci Acerna na r. 1608, wyznaczył dla 
niego starcie z „dyabłem" Stadnickim. Lubo ten 
utwór obfituje w bardzo piękne sceny, a zwła- 
szcza w przemowy poety, nie sprawia przecież 
tak ujmującego wrażenia jak dwa poprzednie, 
a to ńietylko z powodu niehistoryczności głó- 
wnej osnowy, ale także ze względu na zbyt 
czarne, wyłącznie ujemne obrazki życia szlache- 
ckiego. Niepodobna uwierzyć w prawdę całej 
kolizyi, gdy się widzi wśród szlachty same takie 
przewrotne lub liche osobistości, jak Stadnicki, 
Niszczycki, Bielecki, Psarski. Jedyny rozumny 
i uczciwy szlachcic, Żórawski, sam dobrowolnie 
wyrzeka się szlachectwa, odrzuca szablę, staje 
się mieszczaninem; sponiewierany zaś za swoje 
niegdyś wzniosłe dążności ku ulżeniu doli ludu, 
Ołdachowski, dopiero przy samym końcu dra- 
matu głąb swej pięknej duszy odkrywa. 

„Histryoni" ukazali się w druku 1892; a dzi- 
siaj dopiero mają być przedstawieni na scenie. 



— 8 -- 

Pierwotnie napisał autor powieść pod tym tytu- 
łem, potem przerobił ją na tragiedyę, a przy- 
najmniej na dzieło dramatyczne. Wątku dostar- 
czyło podanie kościelne o trefnisiu, aktorze Ge- 
nezyusza, który wedle słów Skargi w „Żywo- 
tach Świętych", nie znając prawego Boga „na- 
większe śmiechy i żarty czynił z chrześcijan 
i obyczajów a nabożeństwa ich, a chcąc się 
z swego onego rzemięsła przymilió Dyoklecya- 
nowi cesarzowi, wkradał się tajemnie na schadzki 
chrześcijańskie i widzieć chciał sprawy ich, i do- 
wiedziawszy się wszystkiego, szedł na miejsce 
igrzysk i błazeństw i rzekł do swych uczniów: 
wiecie, iż cesarzom naszym nade wszystko są naj- 
brzydszy chrześcijanie; chcemy-Ii u niego łaski 
dostać, oznajmijmy mu o tajemnicach chrześcijan, 
skich i uczynim z nich komedyą i śmiechy". 
Opowiedział im tedy, co i jak mówić mają, a 
on niby to chrzest przyjmować będzie. Ale gdy 
przyszło w rzeczywistości do tej sceny, stał się 
cud: G-enezyusz uczuł się przekonanym i wobec 
cesarza wyznał wiarę chrześcijańską, za co został 
umęczony. Mamy tu zatem starcie się dwu prą- 
dów cywilizacyjnych: dogorywającego pogań- 
stwa i rosnącego w potęgę chrześcijaństwa. Ba- 
packi potrafił dobrze przedstawić jedne tylko 
stronę, t. j. ten stan chwiejny umysłów w Rzy- 
mie, kiedy już nie było silnego przekonania 
wśród wyznawców starej wiary, kiedy w każdym 
niemal domu znajdował się chrześcijanin lub 
chrześcijanka. Co do strony drugiej, zwyciężają- 



— 9 — 

cej powoli, mniej szczęńliwie mu się powiodło; 
nie udało mu się utrafic właściwej, odpowiedniej 
mowy w ustach świeżo nawróconej Eponiny, 
aktorki, kochanki Genezyusza, lubo ta właśnie 
osobistość miała najważniejszą odegrać rolę w na- 
wróceniu drwiącego histryona. W jej słowach 
brak prawdziwego porywającego zapału, któryby 
zdołał podziałać na wyćwiczonego w sztuce kra- 
somówskiej Genezyusza. Musiał się tedy posłu- 
żyć autor jej męczeńską śmiercią, po której 
wzrosła ku niej miłość aktora, a nadto zjawie- 
niem się postaci naprzód synowi obojga, potem 
samemu Genezyuszowi, na scenie, kiedy miał 
przystąpić do szyderczego przedstawienia obrzędu 
chrztu. Lubo do wyznawców okultyzmu nie na- 
leżymy, nie chcemy bardzo ganić tego środka, 
używanego już przez tylu dramatyków, a mo- 
gącego się wytłomaczyć nawet racyonalnie jako 
halucynacya. Sądzimy jednak, że należało głę- 
biej w samych przejściach duchowych bohatera 
uzasadnić przemianę wewnętrzną, trzeba było 
silniej uwydatnić namiętny rozstrój Genezyusza 
po śmierci Eponiny i usprawiedliwić uprzednio 
jego podatność do wizyj, choćby poetyckich 
jeno. Wskutek dość powierzchownego umoty- 
wowania tej przemiany, dokonywa się ona bądż- 
cobądż cudownie, i nie budzi w czytelniku ta- 
kiego wzruszenia, jakieby wzniecić powinna. 
Stąd też i tragiczność losu bohatera trudno po- 
stawić wysoko; nie w nim bowiem samym źró- 
dło nieszczęścia spoczywa, lecz w okoliczno- 



— 8 -- 

Pierwotnie napisał aator powieść pod tym tytu- 
łem, potem przerobił ją na tragiedyę, a przy- 
najmniej na dzieło dramatyczne. Wątku dostar- 
czyło podanie kościelne o trefnisiu, aktorze Ge- 
nezyusza, który wedle słów Skargi w „Żywo- 
tach Świętych'', nie znając prawego Boga „na- 
większe śmiechy i żarty czynił z chrześcijan 
i obyczajów a nabożeństwa ich, a chcąc się 
z swego onego rzemięsła przymilió Dyoklecya- 
nowi cesarzowi, wkradał się tajemnie na schadzki 
chrześcijańskie i widzieć chciał sprawy ich, i do- 
wiedziawszy się wszystkiego, szedł na mieisce 
igrzysk i błazeństw i rzekł do swych uczniów: 
wiecie, iż cesarzom naszym nadewszystko są naj- 
brzydszy chrześcijanie; chcemy- li u niego łaski 
dostać, oznajmijmy mu o tajemnicach chrześcijań- 
skich i uczynim z nich komedyą i śmiechy''. 
Opowiedział im tedy, co i jak mówić mają, a 
on niby to chrzest przyjmować będzie. Ale gdy 
przyszło w rzeczywistości do tej sceny, stał się 
cud: aenezyusz uczuł się przekonanym i wobec 
cesarza wyznał wiarę chrześcijańską, za co został 
umęczony. Mamy tu zatem starcie się dwu prą- 
dów cywilizacyjnych: dogorywającego pogań- 
stwa i rosnącego w potęgę chrześcijaństwa. Ra- 
packi potrafił dobrze przedstawić jedne tylko 
stronę, t. j. ten stan chwiejny umysłów w Rzy- 
mie, kiedy już nie było silnego przekonania 
wśród wyznawców starej wiary, kiedy w każdym 
niemal domu znajdował się chrześcijanin lub 
chrześcijanka. Co do strony drugiej, zwyciężają- 



— 9 — 

cej powoli, mniej szczęńliwie mu się powiodło; 
nie udało mu się utrafió właściwej, odpowiedniej 
mowy w ustach świeżo nawróconej Eponiny, 
aktorki, kochanki Genezyusza, lubo ta właśnie 
osobistość miała najważniejszą odegrać rolę w na- 
wróceniu drwiącego histryona. W jej słowach 
brak prawdziwego porywającego zapału, któryby 
zdołał podziałać na wyćwiczonego w sztuce kra- 
somówskiej Genezyusza. Musiał się tedy posłu- 
żyć autor jej męczeńską śmiercią, po której 
wzrosła ku niej miłość aktora, a nadto zjawie- 
niem się postaci naprzód synowi obojga, potem 
samemu Genezyuszowi, na scenie, kiedy mia2 
przystąpić do szyderczego przedstawienia obrzędu 
chrztu. Lubo do wyznawców okultyzmu nie na- 
leżymy, nie chcemy bardzo ganić tego środka, 
używanego już przez tylu dramatyków, a mo- 
gącego się wytłomaczyć nawet racyonalnie jako 
halucynacya. Sądzimy jednak, że należało głę- 
biej w samych przejściach duchowych bohatera 
uzasadnić przemianę wewnętrzną, trzeba było 
silniej uwydatnić namiętny rozstrój Genezyusza 
po śmierci Eponiny i usprawiedliwić uprzednio 
jego podatność do wizyj, choćby poetyckich 
jeno. Wskutek dość powierzchownego umoty- 
wowania tej przemiany, dokonywa się ona bądź- 
cobądż cudownie, i nie budzi w czytelniku ta- 
kiego wzruszenia, jakieby wzniecić powinna. 
Stąd też i tragiczność losu bohatera trudno po- 
stawić wysoko; nie w nim bowiem samym żró- 
(Jło nieszczęścia spoczywa, lecz w okoliczno- 



— 10 — 

ńciach zewnętrznych. Nie jest to tragiedya, lecz 
szereg obrazów dramatycznych, w których nie- 
jednokrotnie zachodzą sceny śmiertelne. Z po- 
bocznych figur wyróżnić należy Vopisousa, zna- 
nego historj^ka cesarstwa, który tu występuje 
jako cziowiek obojętny w gruncie rzeczy na 
wyznanie wiary, ale dbający o dobrobyt i za- 
szczyty, a więc i zachowanie pozorów. Cesarz 
Dyoklecyan również dobrą jest postacią, jego 
dbałość o formy, stąd pobieranie nauki giestów 
od aktora Apolinary sa, ruchliwość jego umysłu 
w porównaniu z ciężkim trybem myślenia Ma- 
ksy miniana, obojętność względem chrześcijan, pe- 
wne lekceważenie tej władzy, jaką posiadał, 
i gotowość dzielenia jej z innymi, składają się 
na wytworzenie wcale zajmującej sylwetki, drga- 
jącej życiem. Ze scen poszczególnych, rozmowy 
wśród aktorów, należą do najlepszych. Wogóle 
„Histryoni" wielkiego wrażenia nie sprawiają, 
lecz dają się czytać z zajęciem, a niektóre 
ustępy są rzeczywiście piękne. 

„Histryoni'' mogą stanowić przejście do dru- 
giej grupy dramatów Rapackiego, w których 
występują ludzie czynu i gdzie kolizye mają 
charakter polityczny lub społeczny. Należą tu, 
wyjąwszy cztery już wymienione, wszystkie inne. 

Chronologicznie najdawniejszym w tej grupie 
jest „Mazur-Czart^. Gdyby wszystkiem w utwo- 
rze była niepohamowana siła wyrażenia, byłby 
to najlepszy dramat Rapackiego. Istotnie, dziki, 
nieokiełznany instynkt pożądania i władzy, zmie- 



- 11 — 

szany z żądzą morda i przesądną bojaźliwośoią, 
samowola, targająca wszelkie węzły moralne, a 
przytem uległość chwilowa już to szlachetniej- 
szym popędom, już to urokowi niewieściemu — 
tak silnie, z takim powiedziałbym szalonym roz- 
pędem odmalowane zostały w osobie Konrada 
Mazowieckiego, iż postać jego sprawia potężne, 
choć przygnębiające wrażenie. Dom jego jakby 
dom Atrydów w same okropności jest bogaty. 
Ale zbytek tych okropności, bardzo słabo rozja- 
śnionych takiemi figurami jak Jadwiga, Judyta, 
Warmo, osłabia efekt artystyczny. Odtworzenie 
tego zamieszania strasznego, tych okrucieństw 
i łotrostw, jakie w okresie podziałów w XIII 
stuleciu zawichrzyły kraj nasz, niewątpliwie po- 
wiodło się autorowi, ale nie wydało harmonij- 
nego dzieła sztuki, bo nie było przeniknięte 
tym rozmysłem artystycznym, który każe w roz- 
kładzie barw i tonów miarę zachowywać. 

„Maćko Borkowic'' — duchowo biorąc — 
jest z tego samego rodu co „Mazur-Czart''. Jest 
to człowiek „żądny czynów wielkich i potę- 
żnych'^, a gdy nie znajduje pola do ich speł- 
nienia, rzuca się do rabunku i mordów. Tylko 
ten gwałtowny temperament już się chwilowo 
przynajmniej daje ująć w karby rozwagi i uczci- 
wości. Słowo króla Kazimierza W. wywołuje 
w nim nastrój szlachetniejszy, skłania do pod- 
dania się uregulowanemu trybowi życia polity- 
cznego. Ale się w nim burzą instynkty samo- 



— 12 — 

woli i sposobnej tylko szukają chwili, by wy- 
buchnąć nanowo. Wybornie ten stan duszy przed- 
stawia jego monolog: 

Cisza grobowa, jak dżuma, zawisła 

Nad moim zamkiem. Ze snu mię porywa. 

Miejsca ni miru. Przebiegam komnaty, 

Jakby lunatyk. Sąsiad ani krewny 

Za próg zamczyska nie zajrzy. Niedługo 

Droga, co ludzi roiła się tłumem, 

Chwastem zarośnie. Sprzedał się królowi — 

Wołają zewsząd. Kupił go pochlebstwem. 

Złoty mu łańcuch na szyi zawiesił! 

Ha, ha, przekleństwo ! . . . 

Wszystko mi wydarł. Spętał mnie łańcuchem. 

Nie wolno miecza wydobyć mi z pochew, 

Ni śmiało myślą wzlecić mi nie wolno. 

Bo ja przysiągłem. Przysiągłem zgnić marnie, 

Czekać spokojnie, aż ten królik chłopski 

Przypomni sobie, że jest gdzieś na świecie 

Borkowic jakiś... I ochłap ze stołu 

Rzuci kundlowi... 

Naturalnie, że taki człowiek nie wytrzyma 
wśród narzuconej sobie bezczynności, pogardzi 
łaską królewską, wznieci bunt i zginie hardo, 
z podniesioną głową. 

Jak w tych dwu dramatach ład moralny i po- 
rządek państwowy były opoką, o którą rozbijały 
się natury niepohamowane, samowolne; tak 
w „Pro honore domus" uprawniona wola jedno- 
stki do rozporządzania swą osobą w sprawach, 
ją przedewszystkiem obchodzących, ulega naci- 
skowi starodawnego zwyczaju rozporządzania 



I 



— 13 — 

losem dzieci, a zwłaszcza córek przez rodziców. 
Gertruda Kościelecka pokochała ubogiego dwo- 
rzanina, a przynaglana przez ojca do oddania 
ręki wstrętnemu starcowi Górce, który zapłoni^ 
ku niej niestłomionym afektem, ńmiało zrywa 
ten związek otwartą a dotkliwą odmową, a po- 
tem idzie do klasztoru. Górka, który jest inną 
odmianą burzliwego temperamentu, mści się na 
niej potwarzą, sądząc, że zhańbiona łatwiej mu 
się dostanie. Spotyka go wyrok banicyi; ale 
Gertruda już nie dla świata, a szlachetny jej 
ulubieniec, Stefan, ginie w bitwie z Tatarami. 

W „Odsieczy Wiednia" już nie na jednostki, 
ale na całe masy nacisk położony. To rozległy 
obraz starcia oywilizacyi z barbarzyństwem, 
chrześcijaństwa z islamizmem. Wielkie wypadki 
dziejowe, wiekopomny czyn Jan III przesła- 
niają tu rozwój charakterów indywidualnych 
i uczuć codziennych. Wspaniałe, uroczyste sceny 
przeplatają się z komicznemi i satyrycznemi 
i rozlewają na całość blask pogodny, brzmią 
nutą tryumfu i tem stanowczo wyróżniają ten 
dramat od innych, w których albo zacni i ro- 
zumni giną w walce z fałszem i głupotą, albo 
też obrazowanie zbrodni góruje nad malowidłem 
cnoty. 

Stosownie do sposobu pojmowania kolizyj 
dramatycznych, dba Rapacki więcej o to, ażeby 
dać, ile możności, wielostronny obraz stosunków 
cywilizacyjnych, aniżeli o ścisłą spójność kom- 
pozyoyi. Chociaż więc wiele scen przerywa bieg 



— 14 — 

^kcyi, nie pomija icL, lecz owszem szczegółowo 
je maluje, bo jakże tu np. opuścić charaktery- 
styczny opis święta Sebalda, gdzie można ta- 
kie wyborne pomieścić figury, jak kronikarza 
Deichslera, lub obłąkanej Erdmuty, lub różne 
odmiany rzemieślników norymberskich („Wit 
Stwosz"). Podobnież w ^Koperniku" do odzwier- 
ciedlenia fizyognomii duchowej nieodzowne się 
okazały postaci komtura krzyżackiego, pastora 
luterańskiego, kantora, klechy, rybałta, witry- 
kusa, bakałarza, błazna i t. p. W „Mazurze-Czar- 
cie" jakże nie uledz pokusie i nie przedstawić 
z jednej strony pogańskich Prussów, skazanych 
na zagładę, a z drugiej — Krzyżaków, po raz 
pierwszy wchodzących do Polski początkowo 
z lisią pokorą, potem z butą zuchwałą? W „Od- 
sieczy Wiednia" czyż wypadało pominąć Kul- 
czyckiego, nie wspomnieć o jego kawiarni, nie 
wystawić go zajeżdżającego z wozem produktów 
do zgłodniałego Wiednia?... albo też nie wy- 
prowadzić na scenę różnoplemiennego haremu, 
ażeby w nim ukazać szlachetną postać Kamie- 
nieckiej, którą ojciec, wchodząc do obozu ture- 
ckiego, zastaje już przebitą?... Te i tym podo- 
bne epizody sprawiają, że dramaty Rapackiego 
po większej części składają się z szeregu obra- 
zów, dość luźnie ze sobą spojonych, ale nie 
tworzących zwartej, ściśle w sobie skupionej 
całości. Wszystkie te obrazy, albo prawie wszyst- 
kie, mają wartość, przedstawiają jakiś ciekawy 
lub ważny objaw, ale zanadto rozsadzają bu- 



15 



dowę dramatu. To też pod względem kompo- 
zycji najlepsze są te, gdzie takich epizodów 
najmniej, gdzie każda scena jest niezbędną w roz- 
woju akcyi; a do takich należą: ,,Maóko Borko- 
wic", ;,Pro honore domus" i „Histryoni". W in- 
nych są piękniejsze .sceny pojedyncze; są bogat- 
sze motywy cywilizacyjne, lecz w tych panuje 
największa spójność, najdokładniejsze zharmoni- 
zowanie części składowych. 

Od r. 1883 przez lat wiele nie ogłosił Ra- 
packi nowego dramatu; zwrócił się do komedyi 
i powieści. I w tych utworach wiernym pozo- 
stał zasadniczym cechom swojej dramatyki: 
szerokiemi rysami malował tło cywiUzacyjne, a 
na niem najczęściej dzieje wybitnych, energi- 
cznych jednostek, walczących z otoczeniem. 

W komedyi historycznej zrobił Rapacki pe- 
wien krok naprzód, w stosunku do swoich na 
tem polu poprzedników (Korzeniowski, Małecki, 
Wężyk, Szujski, Komorowski), bo już nietylko 
stroną powierzchowna, wyróżnia osoby jego ko- 
Da^dyj od podobnych okazów w teraźniejszości, 
lecz także wybór takich sytuacyj, któreby się 
już obecnie powtórzyć nie mogły. 

„Bogusławski i jego scena" (1888), to ko- 
medya rozgrywająca się w czasach nader wa- 
żnych dla nas, w epoce sejmu czteroletniego, 
a przedstawia w sposób wielce żywy i prawdzi- 
wie dramatyczny walkę o prawa języka narodo- 
wego w teatrze, walkę prowadzoną z przesą- 
dem, uprzedzeniem, nałogiem i złą wolą. Bogu*- 



— 16 — 

sławski, pozyskawszy sobie zwolenników dla 
swej myśli artystyczno - narodowej wśród naj- 
bliższej rodziny Stanisława Augusta występuje 
przeciwko kamerdynerowi królewskiemu, a za- 
razem staroście piaseczyńskiemu B,yxowi, by 
zdobyć możność dawania przedstawień w języku 
ojczystym, by wytrącić teatr francuski z łask 
ogółu. Na razie doznaję niepowodzenia, bo nie 
wszyscy aktorowie tą samą co on myślą byK 
przejęci, musi udać się na Litwę, by tam roz- 
budzić zamiłowanie do widowisk scenicznych; 
ale niebawem wspomoźony ogólną akcyą sejmu 
czteroletniego, korzysta ze zniesienia przywile- 
jów i wraca do Warszawy, aby tu uorganizo- 
wać stałe reprezentacye. 

Ta treść najogólniejsza wskazuje już sama 
przez się, iż sytuacye, w których została rozwi- 
nięta, jako najściślej z przeszłością złączone, już 
się powtórzyć nie mogą, że zatem żywioł dra- 
matyczno-komiczny musi mieć tu swą odrębną 
fizyonomię zewnętrzną i duchową. Naturalnie 
najsilniej się to uwydatnia w scenach powa- 
żnych, w których stosunki społeczno-polityczne 
są odmalowane; ale coś z tego udziela się i sce- 
nom komicznym, których w tej sztuce jest sporo 
i to w dobrym smaku. Postać suflera Skrzypal- 
skiego, przejętego zawodem teatralnym jakby 
najistotniejszą, a nawet jedyną treścią swego 
życia, jego zachowanie się wobeo księżniczki 
Amelii przy poruczeniu się jej łasce z powodu 
swego benefisu, jego deklamacya i udawanie 



• i' 



10 



, 



- 17 - 

różnego rodzaju ohodów, jego humor przy zol* 
moczeniu się w rzeoe, gdy wracano z Litwy, są 
tak świetnie pomyślane i tak dobrze wykonane, 
iż do najlepszych w naszem komedyopisarstwie 
policzone byó winny. Cały akt drugi, przedsta- 
wiający „scen^ za sceną** t. j. zwyczaje, rozmo- 
wy, intrygi aktorów w czasie antraktów od po- 
czątku niemal do końca celuje wyborną chara- 
kterystyką, iskrzącą się nieraz prawdziwym do- 
wcipem, a co ważniejsza prawdziwym komi- 
zmem. Oczywiście, autor brał tu rysy z obser- 
wacyi stosunków spółczesnych w teatrze i dla- 
tego wlał tyle prawdy w swój obraz; lecz do- 
dać też potrzeba, iż umiał bardzo zręcznie zuży- 
tkować wiadomości, przekazane nam przez kro- 
nikę teatralną i ogólną stulecia ubiegłego. Tak 
np. epigramata na E>yksa pisane przez Skrzy- 
palskiego, niesnaski między aktorkami i akto- 
rami z powodu miłości lub nienawiści, rozczule- 
nie szlachcica, który wypadki na scenie trakto- 
wał jako rzeczywiste; takie i tym podobne sceny 
przenoszą nas istotnie w czasy minione i są 
dobrze użytą illustracyą akoyi, odtworzonej 
w sztuce. 

Komedy a „Odbijanego** (r, 1888) przenosi 
nas w -inne czasy i inne stosunki. Autor nie 
określił bliżej chwili, w której akcya się toczy; 
zdaje się nawet, że niezupełnie dokładnie sam 
przed sobą wyjaśnił tę kwesty ę chronologiczną, 
bo na tytule mówi o pierwszej połowie XYIII 
wieku, gdy w tekście rfyszymy o „nowym królu**, 

Manza literatura dramatycuia. T. Ii. S 



- 18 — 

który dyplomami szlachectwa hojnie szafował, 
co rzeczywiście wskazywałoby Stanisława Augu- 
sta, a więc drugą połowę tego stulecia. Ponie- 
waż jednak sprawa ta nie ma żadnego wpływu 
na przebieg działania dramatycznego, możemy 
ją wzmiankować tylko, nie robiąc na ten punkt 
nacisku. Rzecz cała polega właściwie na zetknię- 
ciu się dwu bujnych, awanturniczych, ale, jak 
chce Rapacki, w gruncie szlachetnych natur, 
znanych dobrze z pamiętników i powieści, t. j. 
Stanisława Gozdzkiego i Mikołaja Potockiego, 
starosty kaniowskiego. Gozdzki miał sławę nie- 
ustraszonego rycerza , niezwyciężonego Don 
Juana, a nawet potrosze czarodzieja, gdyż, jak 
szlachta uboższa przy kielichu sobie opowiadała, 
^^S^y S^ się żadna kula nie chwyciła, a on 
mógł rozdzielać swą osobę, jak zechciał: jedno- 
cześnie być w Krakowie, we Lwowie lub Gli- 
nianach. Potocki to rozbisurmaniony magnat, 
nie uznający żadnej po nad sobą woli i prawa, 
drwiący z ludzi, krzywdzący i nagradzający ich, 
opój i nabożniś zarazem, grubianin i człowiek 
honorowy w jednej postaci. Gdy się żyd skar- 
żył, że został oszukany przez ekonoma, który 
sprzedawał po kryjomu dobro pańskie, kazał 
położyć ekonoma, a na nim żyda i dać mu 
pięćdziesiąt, powiadając: „niech szlachcic żydowi 
za ławę służy". A gdy znów inny szlachetka 
poskupował weksle starosty i upominał się o na- 
leżność, taką mu kazał wymierzyć sprawiedli- 
wość: wylać jedną beczkę ze smołą i dno wy- 



^ 19 -- 

jąó, niech jegomość przez beczkę przelezie w bia- 
łym źupanie; jeżeli wyjdzie czystym bez czar- 
nej kropki, zapłacę wszystko bez sądu, a jeżeli 
żupan umaluje dobrze w smole, niechże mnie 
procesuje. Ożenił się z panną Dąbrowską, córką 
swego ekonoma, obchodził się z nią po grubi- 
jańsku, nieraz wypominał, że podniósł ją z ni- 
skiego stanu, więził, przerażał nagłemi strzałami, 
zawsze wymagając bezwarunkowego posłuszeń- 
stwB, i miłości. W drodze ujrzał raz Gozdzki 
oboje, a że został przez starostę znieważony, 
pokochał zaś żonę jego, rozpoczął walkę z ma- 
gnatem, porwał mu żonę, wytrzymał oblężenie, 
raniony, musiał uledz woli swego ojca, a raczej 
macochy, oraz życzeniu starościny, musiał ją 
oddaó mężowi. Ale nie zaniechał wyzdrowia- 
wszy dalszych kroków i po raz drugi wziął sta- 
rościnę, Dopędzony w ucieczce przez Potockiego, 
gotów był życie położyć; ale okazało się to 
niepotrzebnem; starostę ruszyło sumienie, poża- 
łował swego popędliwego postępowania, prze- 
konał się, że żona jego nie może z nim być 
szczęśliwą, zrzekł się praw do niej i sam przy- 
rzekł wystarać się o rozwód, ażeby za Gozdz- 
kiego wyjść mogła. 

Komizmu w tej sztuce niewiele; bo same 
charaktery nie są potemu, ażeby je ze strony 
wesołej malować; w podrzędnych też jedynie 
postaciach karczmarza zazdrosnego i ładnej kar- 
ozmarki, ubogiej szlachty i t. p. znajduje czy- 
telnik trochę podniety do śmiechu. Akcya nie 

1* 



- 20 — 

jest urozmaicona; już podwójne porwanie sta- 
nowi błąd artj^styczny bardzo ważny, jakkol- 
wiek złagodzony przez autora umiej^tnem wy- 
zyskaniem sytuacyi. Rozwija się ona zwolna, 
gdyż komedyopisarz miał widocznie na celu 
głównie wielostronne odtworzenie dwu tak ory- 
ginalnych i istotnie do dramatyzowania nadają* 
cyoh się postaci, jak Gozdzki i Potocki. Przy- 
znać też należy, iż one wychodzą plastycznie 
i upamiętniają się na długo w umyśle czytel- 
nika; gdyby tylko bogaciej i żywiej rozwinięto 
akcyę, mógłby ten utwór zająć poczesne miej- 
sce w naszej dramatyce. Obecnie można mu 
przyznać zalety przeważnie dobrej charaktery- 
styki naczelnych postaci, oraz rozmów znamien- 
nie prowadzonych. 

O powieściach Rapackiego napomknę tu tylko 
dodatkowo, chociaż bynajmniej nie dlatego, że- 
bym je lekko cenił. Przypomnę więc jedynie, że 
w pierwszem większem opowiadaniu: „Grzechy 
królewskie" (1886) starcie się ludu pod przewo- 
dem gorącego, namiętnego Szymona Bzowskiego, 
ze szlachtą, stanowi główny wątek, że sceny 
ludowe, postaci podżegaczy, obrona Czorsztyna, 
ujęcie Bzowskiego, ostatnie jego chwile, są bar^ 
dzo zajmująco, a niekiedy świetnie opisane. 
W późniejszych powieściach: „Do światła", 
„Hanza", „Histryoni" również wielkie prądy cy- 
wilizacyjne, kolizye społeczne, religijne lub na- 
rodowe na pierwszy plan są wysunięte i samemi 
już tematami żywo ku sobie pociągają. W zbiorku 



— 21 — 

krótszych opowiadań i szkiców p. n. „Trefiiiś^ 
są obrazki z życia spółozesnego wzięte, a po- 
między niemi najlepsze te, co przygody i cha- 
raktery aktorów przedstawiają. 

Nie zamykamy rachunków z Rapackim; wdzię- 
czni za to, coimy dotychczas od niego otrzy- 
mali, spodziewamy się jeszcze dużo, bardzo dużo; 
jest w pełni sil i rozwoju talentu, lubi pracę, 
ma głębokie i szczere poczucie obowiązku i za- 
pewne kieruje się w życiu myślami, które wy- 
powiedział przez usta Wita Stwosza: 

Idźmy przez życie z miłością i wiarą, 
Sławę zostawmy późnym pokoleniom, 
Bo ona wtenczas jest czysta i trwała 
I wolna zmazy, gdy ją wieki piszą.... 



XVI. 

Bronisław Grabowski. 

Sfcudyami nad słowiańszczyzną wzbogacony 
w wiedzę faktyczną, a pobudzony do twórczości 
„Popieleni i Piastem" Romanowskiego, wziął 
się Grabowski do opracowywania w formie dra- 
matycznej wątków, wziętych z dziejów i podań 
słowiańskich. 

W najpierwszych dramatach swoich: „Mściwoj 
i Swanhilda" (1876) „Syn Margrafa'* (1880), sła- 
bych pod względem kompozycyi, mdłych w dya- 
logu, pomieścił zajmujące psychologicznie za- 
rysy charakterów i starć między Słowianami 
i Niemcami w różnorodnych odmianach. 

O wiele więcej dojrzałości w układzie, dużo 
poezyi i charakterystycznych szczegółów znaj- 
dujemy w ;,Królewiczu Marku" (1880), osnutym 
na tle walki Słowian południowych z Turkami. 
Królewicz, świetniejący odwagą „junacką", nie 
może jednak, wobec przemagająoej siły wrogów, 
zadać im klęski znacznej i młodo schodzi ze 
Świata, pozostawiając we wspomnieniu współ- 



— 23 — 

ziomków ślad wyraźny i sympatyczny, unie- 
śmiertelniony przez poetów ludowych. 

„Domna Rozanda" (1886) treścią swoją przed- 
stawiała bardzo wdzięczny temat dramatyczny. 
Podobne postaci jak Tymko Chmielnicki, Piotr Po- 
tocki i sama bohaterka tytułowa mieściły w so- 
bie takie bogactwo wstrząsających kolizyj, że 
należało tylko dobrać odpowiedniego dla nich 
wyrazu, ażeby wywołać wrażenie. Autor atoli 
starał się raczej o uwydatnienie pewnych szcze- 
gółów znamiennych, aniżeli o odtworzenie du- 
szy osobistości swoich, a trudności wiersza spra- 
wiały, że dykcya nie mogła się dostroić do wy- 
żyn dramatyczności. Trudnoż się zachwycić taką 
np. przemową Rozandy do Potockiego i Kali- 
nowskiego: 

Przebaczcie, proszę, żem w podzięki biedna 
I go dnem słowem nie umiem wdzięczności 
Wyrazić za to, czego od cnych gości 
Doznaję codzień. Komuż winnam dzięki 
Za ten śpiew słodki, za ten czar piosenki?... 

Nie wzruszą też czytelnika słowa Potockiego, 
pomimo jego szczerej i gorącej miłości, wyrze- 
czone nad zwłokami uwielbionej Bozandy: 

Ukochałem 
Z lat Wczesnych ciebie, ziemski ty aniele! 
Strapienie-m zyskał, gdy ci los wesele 
Zgotował z innym. Dziś mię w wir rozpaczy 
Śmierć t;eoja ciągnie. Niech ci Bóg przebaczy, 



— 24 — 

Żeś przed zlą dolą ncieozki szukała. 
Rozando, różo! Jako róża biała 
Skoszona wcześnie leżysz. Pan Bóg w niebie 
Poskąpił szczęścia dla mnie i dla ciebie. 
O kwiecie drogi, żegnaj! 

Jakże ślizką 
Nadzieja szczęścia! Boże człek igrzysko! 

Stosunkowo najoryginalniejszym utworem dra- 
matycznym Bronisława Grabowskiego jest „Bo- 
ruta" (1890 r.), gdzie wyborny znawca rzeczy 
ludowych, zrobił próbkę ułożenia rodzaju mi- 
steryum na podstawie klechdy, starając się jak- 
najmniej do niej dodawać pierwiastku indywi- 
dualnego, pogłębienia psychologicznego, czy my- 
śli filozoficznej. Więc też u niego świat fanta- 
styczny nie ma tych cech subtelnych, a pełnych 
wdzięku, jak np. w Balladynie Słowackiego, ani 
tego refleksyjnego charakteru, jak w poemacie 
Juliana Korsaka lub w misteryum Aleksandra 
Grozy, albo wreszcie w powieści Kraszewskiego; 
ale odznacza się prostotą, rubasznośoią nawet, 
z dołączonym wyraźnym morałem. Jedynie we 
wprowadzonych epizodycznie dyabłach cudzo- 
ziemskich: Asmodeuszu, Belfegorze, Mefiście 
znajdujemy pewne odstrychnięcie się od toru 
myśli ludowej, ale i to nie w takim stopniu, 
ażeby przez lud zrozumianem być nie mogło. 
Boruta natomiast, to rzeczywiście nasz dyabeł, 
bo w nim cechy narodowe bardzo są wyraźne: 
niechęć do trudzenia myśli abstrakcyami, zami- 
nowanie w lenistwie, niedbalstwo w utrzymaniu 



- 26 — 

jakiegoś porządku i ozjratośoi w loohu łęozy- 
okim, chęć wielka do zabaw i najswywolniej- 
szyoh figlów, pewna dobrodusznośó przy zna- 
cznej porywczości. Przenikanie się świata tego 
fantastycznego z realnym należy oczywiście do 
znamion zasadniczych pomys2a dramatu i wiary 
ludowej. Szlachcic łęczycki Kacper Łoński, znany 
z niepoczciwych postępków i hultajstwa, stąd 
pomawiany o stosunki z Borutą, kocha zapal- 
czywie córkę skarbnika łęczyckiego, Beginę By- 
szewską, którą ojciec wbrew jej pragnieniom 
zaręcza z Tomaszem Zabokrzyckim. Na te zrę- 
kowiny pojawia się nieproszony Łoński, a za 
nim Boruta w czarnej karecie karymi zaprzężo- 
nej końmi. Przyjęty przez szlachtę w imię go- 
ścinności, gdy się zanadto do panny Reginy 
przysuwał, wyzwany na rękę i sztuką krzyżową 
cięty, traci kawał ręki, na której zdumiona 
szlachta dostrzega pazary. Poznany jako Bo- 
ruta, wypłazowany, ucieka i liże się w zamku 
łęczyckim. Łoński staje się narzędziem niecnego 
oligarchy, poczęstunkiem zyskuje sobie znaczną 
część szlachty na przyszły sejmik, ale się kom- 
promituje tchórzostwem, gdy pomimo kumostwa 
lęka się pójść do podziemi zamku, dokąd wpa- 
dło dziecko biednej kobiety. Dokonywa tego 
bez szwanku Tomasz i rozpowiada o bogactwach, 
jakie widział tam nagromadzone. Łoński dla 
obłowu ryzykuje, idzie do Boruty, który mu 
pozwala brać złota, ile unieść zdoła, a gdy wy- 



— 26 — 

ohodził i wspomniał Boga, nogę mu drzwiami 
przyskrzybns^. 

Kasztelan tymczasem nagle umarł; zamek po 
nim kupuje Łoński i za pomocą nikczemnego 
pomocnika porywa Keginę. Cała szlachta łęczy- 
cka, postępkiem tym oburzona, robi wyprawę 
na siedzibę gwałtownika. Łoński spostrzega, że 
podwórzec jego zamczyska powoli się wyludnia, 
a najwierniejsi dotąd sprzymierzeńcy radzą mu 
poddanie się, dobrowolne wypuszczenie Reginy. 
Decyduje się w końcu na to, ale już za późno; 
oblegający lada chwila się wedrą; na wezwanie 
Łońskiego Boruta śpieszy z pomocą, przysyła- 
jąc stado sów i nietoperzy, ale stado to na głos 
pieśni pobożnej z piskiem ucieka. Panami zamku 
zostają oblegający; Łoński chroni się na wieżę 
i stamtąd przesyła zwycięzcom upomnienie, iż 
całą gromadą idą na jednego, wyzywa więc na 
pojedynek, kto zechce z nim się mierzyć. To- 
masz staje do rozprawy i rani śmiertelnie Łoń- 
skiego; uwiedziona niegdyś przezeń Jagna sama 
jedna go żałuje i podpala zamek, ale szlachta 
chciwa łupu, gasi ogień; wówczas wśród grzmo- 
tów i błyskawic „Boruta wpada na scenę na 
drewnianym koniu o trzech nogach^ a za nim 
tłum szatanów. Boruta, wypowiedziawszy słowa 
prawdy „opojom i szalonym pałkom**, nie do- 
puszcza, ażeby jego mienie dostało się im w ręce; 
zamek z trzaskiem zapada się pod ziemię, z ruin 
buchają płomienie; szatani skaczą dokoła Bo- 
ruty świewająo. Uznaniem, że się tak dobrze 



— 27 — 

stało, i ie zniszczenie potępionej siedziby po- 
winno stać się początkiem odrodzenia moralnego, 
„lepszej myśli i lepszego ozynu^ końozy się mi- 
steryum, zamknięte słowami: „Amen, tak się 
stanie!^ 

Gdybyśmy mieli teatr ludowy, ani wątpić, 
że utwór taki, pełen oudownośoi, grzmotów, bły- 
skawic, płomieni, szatanów, kapiący naukami 
moralnemi, mógłby zyskać nie małe powodzenie 
wśród widzów, dJa których fantastyka ma urok 
nieprzeparty. Wiersz tu gładki, dykcya jasna, 
wyrazista. 



XVIL 
Asnyk Jako autor dramatyczny. 

"We wszystkich dotychczasowych zarysach, 
przedstawiających twórczość największego na- 
szego poety w czasach obecnych, mimochodem 
tylko wspominano o jego dramatach i kome- 
dyach. 

Nie było w tem nieznajomości przedmiotu 
lub złej woli, lecz naturalny wynik chęci przed- 
stawienia najważniejszej, najistotniejszej cechy 
talentu Asnyka, tkwiącej w jego liryzmie. Wobec 
świetnych, a subtelnych zalet pieśni i gnomów 
El. ..ego, musiały utwory jego dramatyczne zejść 
z konieczności na plan dalszy. 

Potrzeba jednak mieć świadomość całkowi- 
tej działalności takiego mistrza słowa, jakim jest 
Asnyk; bo w najsłabszem nawet jego dziele mie- 
ści się jeszcze dużo pierwiastków wartych zasta- 
nowienia i rozbioru. 

Prawdziwy liryk chyba wyjątkowo bywa do- 
brym pisarzem dramatycznym; te właśnie za- 
lety, co go czynią znakomitym piewcą uczuć, 
przeszkadzają mu zazwyczaj do rozwinięcia sku- 



— 29 — 

pionej i ześrodkowanej akcyi, do stworzenia 
charakterów odznaczaj ąoyoh się dzielnością czy- 
nów* Dramat wymaga zwartego następstwa "po- 
stanowień i działań ludzi o odrębnych przyzwy- 
czajeniach, a liryk lubi się pieścić subtelnem 
cieniowaniem usposobień i nastrojów, lubi się 
zagłębiać we wnętrze duszy własnej i nadawać 
wszystkiemu odcienie własnego umysłu. Dramat 
zdąża szparko do roztoczenia przed widzem 
skutków pewnego zawikłania, pewnego starcia 
się między ludźmi i ich interesami, a liryk z upo- 
dobaniem zatrzymuje się przy obecnym stanie 
ducha, wesołym czy smutnym, oddając się cał- 
kowicie jego wpływom. Z tak odmiennych wy- 
magań i dążeń musi wyniknąć pewna przeciw- 
stawność między twórcą pieśni, a twórcą dra- 
matów, jak nie mniej między zdolnościami te- 
goż samego pisarza, gdy je chce do różnych 
rodzajów poetyckich skierować. 

O ile Asnyk, jako liryk, wybrnął z trudno- 
ści, doznawanych przy tworzeniu dramatów, po- 
staram się w szkicu niniejszym okazać. 



1. 



Zacznijmy rozbiór od poglądów, wypowie- 
dzianych przez Asnyka w formie dramatycznej. 
Znamy osiem sztuk jego, z których najdawniej- 
sza: 9 Walka stronnictw^ ukazała się równooze- 



^ 30 — 

śnie z pierwszym zbiorkiem poezyi lirycznych^ 
w r. 1869, a ostatnie wyszły z druku w r. 1888. 
"W tym 20 letnim przeciągu czasu poeta nasz 
przechodził parę faz w swoim nastroju ducho- 
wym, lubo pod względem ogólnych poglądów 
i przekonań nie podlegał stanowczym i wybi- 
tnym przemianom. To też tło umysłowe jego 
komedyj i dramatów jest takie samo w pier- 
wszym jego utworze jak i w ostatnim. 

Tłem tem jest czystość i pewna podniosłośó 
atmosfery moralnej. Niema w niem nigdzie sztu- 
cznego patosu i wydwarzania, ale nie ma ró- 
wnież lubowania się w brudach, a nawet popro- 
stu w zwyczajnj^ch, poziomych płaskościach ży- 
cia. To, co w spółczesnej literaturze dramaty- 
cznej francuskiej, a po części i naszej, stało się 
bardzo pospolitem: niewiara i zdrada małżeń- 
ska, płoche miłostki, znikczemnienie moralne — 
u Asnyka albo nie istnieje woale, albo też uka- 
zuje się w niedokonanym jeszcze zamiarze, w for- 
mie wahania się jedynie. 

Ludzie prawi i szlachetni zajmują u niego 
zawsze pierwsze miejsce nietylko w ostatecznym 
wyrazie sztuki, ale i w jej przebiegu. Złych, 
przewrotnych ludzi nie brak oczywiście u Asnyka, 
jak nie brak ich i w życiu rteeczywistem, ale 
poeta nie wydziela im nadmiernej roli w spra- 
wach społecznych, nie pozwala się im rozpano- 
szyć i przewodzić nad dobrymi. 

Pesymistą w swoich utworach dramatycznych 
nigdzie Asnyk nie jest, choć bynajmniej nie za- 



31 



myka oczu na wady swego narodu; przeciwnie 
wytyka je dobitnie, lecz wytyka z wyrozumiałą 
miłością. 

Kamieniem potępienia nie rzuca na nikogo, 
chyba na wyrodków. 

Uświadomienie sobie własnych stron ujemnych 
uważa za obowiązek. 

Przedstawiając np. groźne położenie własno- 
ści ziemskiej w W. ks. Poznańskiem wobec na- 
poru germanizmu, powiada przez usta starca 
sędziwego^ lecz krzepkiego umysłem: „Ojcowie 
nasi ciężko zawinili i my gorzko pokutujemy 
za ich grzechy. Lecz sami co lepszego robimy? 
Oni zatracili całość naszej ojczyzny, a my ją 
roztrwaniamy po kawałku. Cóż zostawimy na- 
stępcom naszym? Wstyd i nędzę. Wyzuci z da- 
wnych swych siedzib, prawi dziedzice tej ziemi, 
służyć tylko będą spanoszonym przybyszom, 
rozpościerającym się z dumą w ich ojcowiźnie, 
lub, co gorsza, tułać się będą bez schronienia, 
przepędzani z miejsca na miejsce, wyrzucani 
z granic własnego kraju, wyjęci z pod opieki 
powszechnego prawa, które dziś nawet zwierzęta 
pod obronę bierze. A czyż to się już nie dzieje 
teraz? Depczą nas, znieważają, zaprzysięgają 
z góry zagładę, a my miasto się bronić, dopo- 
magamy sami do tego dzieła zniszczenia''. (Bra^ 
cia Lerche str. 71 i 72). 

Tak jest, potrzeba się dźwigać, potrzeba wie- 
kowe błędy naprawiać, potrzeba wyrobić w sobie 
wiarę w swe siły. 



-- 32 -^ 

Żywotność nasza się nie wyczerpała, a Asnyk 
pięknie wpJyw jej uosobił w Stefanie Lerohe, 
urodzonym z matki Polki. Długo on był Niemoem, 
uważając zresztą kwestyę narodowości za pod- 
rzędną. Prześladowanie żywiołu polskiego w W. 
ks. Poznańskiem rozbudziło w nim szlachetne 
współczucie, jak to sam ładnie wypowiada: -Do- 
piero gdy zobaczyłem, jak żelazna ręka zwycięzcy 
zacięźyła nad nieszczęśliwym, a szlachetnym 
i wielkim niegdyś narodem; gdy się przekona- 
łem, że lud niemiecki, ów lud myślicieli i poe- 
tów, który niósł niegdyś przed ludzkością świa- 
tła pochodnię, upojony teraz szałem wielkości, 
znie^yaża poczucie prawa i ludzkości, gdy ujrza- 
łem setki niewinnych rodzin, oderwanych od 
cichej pracy, wygnanych w świat daleki, ska- 
zanych na nędzę, może na śmierć głodową: — 
gniewem i oburzeniem wzruszyło się aż do dna 
moje ludzkie sumienie. Dwoistość mego pocho- 
dzenia tem gwałtowniej na jaw wystąpiła. Krew 
matki dopomniała się o swe prawa, wołając: 
Niemcy silne i uciemięźające nie potrzebują 
ciebie! Twoje miejsce w uciśnionych szeregu!** 
(Tamże, str. 94). 

W tej ocenie stosunków narodowych kiero- 
wał się poeta harmonijnym spółudziałem rozumu 
i serca, których rozdżwięku za uprawniony uznać 
nie mógł, jak nie uznawał słuszności jednostron- 
nego idealizmu lub realizmu. Widział on we współ- 
czesnym sobie świecie pewne „zaćmienie ideału**, 
ale bynajmniej go ono o rozpacz nie przyprą- 



-^ 33 — 

wiało. Rozumiał bowiem, iż to zaćmienie wypły- 
nęło z „owego jednostronuego idealizmu, który 
nie licząc się ze środkami, mniemał, źe dość 
jest wierzyć i pragnąć, aby stwarzać ouda na 
ziemi" i stwarzał je rzeczywiście, „dopóki cała 
ludzkość kroczyła pod jego sztandarem, czeka- 
jąc ziszczenia zapowiedzianej przez niego ery 
wolności, równości, braterstwa i uniwersalnego 
szczęścia". Gdy jednak się okazało, „że żadna 
„magiczna formułka nie jest zdolną przekształ- 
cić warunków bytu, ani odmienić odrazu natury 
ludzkiej", nastąpiła natychmiast reakcya: za- 
częto czcić rozum, naukę i zimny rachunek jako 
siły, zapewniające w walce zwycięstwo. Nie na- 
leży wszakże zapominać, że poza niemi istnieją 
jeszcze inne siły takie jak piękno, szlachetność, 
cnota, poświęcenie. Oi, co nadużywają przewagi 
siły fizycznej oraz rozumu — z pogwałceniem 
prawa i słuszności, — „zaszczepiają w krew na- 
rodu truciznę, która prędzej czy później musi 
mu zgotować rozkład i upadek" (Tamże str. 23). 

Wskutek takiego przekonania nie uznawał 
Asnyk różnicy między moralnością prywatną, a 
publiczną, między etyką człowieka pospolitego 
a etyką wielkiógo męża. Tu zasada powinna być 
jedna i obowiązywać bezwarunkowo wszystkich. 

Gdy Eienzi dla zjednoczenia Włoch poczy- 
tywał za rzecz potrzebną popełniać morderstwa 
i skłaniać ludzi do zdrady, to przyjaciel jego 
młodości, Guido, lubo zagrożony śmiercią, nie 
waha się powiedzieć wszechwładnemu trybu- 

Mawza literatura dramatyczna. T. II. 3 



— 34 ~ 

nowi: ^Choesz zbrodnią ubezpieczyć przy- 
szłość? Czyż to nie szaleństwo? Któż przyszłość 
zabezpieczyć jest w stanie? Czyż myślisz, źe ze 
złego dobre powstać może? Jeden występek 
prowadzi do drugich i usunąwszy kosztem stra- 
sznego czynu jedną przeszkodę z swej drogi, 
ujrzysz natomiast z przestrachem tysiąc no- 
wych, które również usuwać potrzeba. Będziesz 
przymuszony zacierać nową zbrodnią skutki po- 
przedniej i tak bez końca, bez końca... A wśród 
tego bezowocnego trudu potępieńca, gdy się 
najmniej spodziewać będziesz, przyjdzie burza 
niewiadomo skąd i pogrzebie w ruinach i ciebie 
i wszystkie zamiary twoje" (Cola Biernie str. 
13B, 136). 

Gdy znów Konrad, syn Kiejstuta, przywdział 
suknię krzyżacką, by. kiedyś przy zdarzonej 
sposobności. Zakon zgubić i Litwę od wroga 
uwolnić, ojciec wypiera się swego ukochanego 
niegdyś dziecka i na jego wywody odpowiada 
słowami, które niewątpliwie z przekonań autora 
wypłynęły: 

Jam w życiu sobie wytknął prostą drogę; 
Kraj swój kochając i czcząc swoje bóstwa, 
Żyłem wciąż prawdą — więc się znać nie mogę 
Na krętych ścieżkach fałszu i oszustwa... 
Znam jedną prawość — więc nie daję wiary 
Cnocie, co chytrze śladem zbrodni kroczy... 
I w mojej starej głowie się nie mieści, 
Że ma kraj zbawić, kto się pozbył części. 



- 3B - 

Trudno, ach, temu, kto raz Mszu zarwie, 

Choć w dobrej myśli duszę swoją splami, | 

Ożyć nADOwo w niewinności barwie 

I szlachetnemi zajaśnieć czynami; 

Wieczna go klątwa potem w życiu ściga, 

Krzyżując wszystkie zamiary najczystsze, 

Pcha do występku, przed którym się wzdryga, 

I w ścieżki coraz prowadzi cieniistsze — 

Więc to, czem gardzi, nazawsze poślubi; 

Co chce ocalić, jeszcze prędzej zgubi, — 

I cała jego rąk skalanych praca 

Pomimo woli na złe się obraca. 

(„Poezye" t. IV, str. 324). 

Wogóle wszyscy, w postępowaniu których 
widnieje fałsz, podejście, obłuda, są u Asnyka 
piętnowani potępieniem i wzgardą, czy to chodzi 
o jakiś drobny podstęp towarzyski, czy też o 
nikczemnośó zagrażającą życiu ludzkiemu. 

Adolf w „Gałązce heliotropu'', z lekka oczer- 
niający przyjaciela i dopuszczający się figla, który 
ma tegoż przyjaciela w oczach ukochanej poni- 
żyć, nietylko traci cel zabiegów swoich, ale się 
przytem na śmieszność naraża. 

Fałszywi wielbiciele talentu malarza Reni- 
ckiego: pani Estetyńska, Wieloradzki, Platono- 
wicz, którzy regulują zachwyty swoje i sposób 
postępowania według powodzenia dzieł mistrza, 
przedstawieni zostali w całej płytkości swego 
umysłu i w całej oschłości swego serca; a cho- 
ciaż sam Kenicki staje w ich obronie, „naiwnymi 
egoistami" ich nazywając, to czytelnik wie, co 
o nich sądzić, i tem większą sympatyą otacza 

3* 



— 36 — 

człowieka zdolnego do pobłażania winnym, kiedy 
o niego samego tylko egoizm ów się zahacza 
(Przyjaciele Hioba), 

Przebiegły i wyrafinowany Weinberg, który 
dążył podstępnie do zaplątania towarzysza broni 
w sieć długów, ażeby zohydziwszy go wobec 
żony, skorzystać ze sposobności i odebrać mu 
jej miłość, ginie samobójczo, wzgardzony przez 
wszystkich. 

Natomiast ma autor współczucie dla osób upa- 
dłych nawet moralnie, lecz żywiących w głębi 
duszy uczucia szlachetne. 

Najlepszym w tej mierze przykładem jest 
malarz Hipolit Cyganek, człowiek nałogowy, cy- 
nik w słowach, szydzący sam z siebie i z swego 
upadku, lecz dla pomoźenia przyjacielowi go- 
tów się pozbyć jedynego skarbu, ulubionego 
obrazu, który sprzedać na swoje potrzeby nigdy 
mu na myśl nie przyszło. 

Asnyk pięknie i prawdziwie maluje stan du- 
szy takiego artysty, co się sam z sobą szamo- 
cze, słabość swoją i poniżenie boleśnie odczu- 
wając. „Być tak jak ja — powiada Hipolit, — 
skazanym na próżne pożądania; nosić w duszy 
ideał, którego dotknąć się nie wolno pod klą- 
twą zrobienia zeń karykatury; być poetą w ma- 
rzeniu, a nędznym partaczem w rzeczywistości: 
to męka nad wszelkie wyrazy, dla której w ca- 
łym świecie nie znajdziesz współczucia. Słyszysz 
tylko dokoła siebie śmiech i urąganie i nie 
znajdujesz nikogo, coby się nie czuł w obo- 



- 37 — 

wiązku pastwienia się nad tobą. Buntujesz się 
przeciw wyrokowi tłumu, czując, że masz w pier- 
siach coś lepszego niż oni... Nic nie pomaga... 
Przychodzi chwila, w której idziesz szukać za- 
pomnienia w kieliszku... Piję, bo zapominam 
wtenczas o rzeczywistości. W gorączkowem upo- 
jeniu widzę przesuwające się przed memi oczyma 
cudowne widzenia, które trzeba tylko uwięzić 
na płótnie. Gdy piję, zdaje mi się, że jestem 
zdolny ukazać ludziom to, co widzę i czuję, że 
dość mi uchwycić za pędzel, aby zawstydzić 
świat i dać coś prawdziwie pięknego. Bozko- 
szne złudzenia! Jest to jedyny mój tryumf, 
wielkość i sława, które kupuję sobie po cenie 
wódki..." 

Na tern wyjaśnieniu stanu duszy swego „Cy- 
ganka** Asnyk nie poprzestaje; odnajduje on 
dla niego szersze usprawiedliwienie w stosun- 
kach życia. Oto co mówi Hipolit do żony swego 
przyjaciela, ttenickiego: „Każdy, kto spotka spo- 
niewieraną przez życie istotę, myśli, że ona od- 
razu z gruntu musiała być zepsutą. Nikt się nie 
zastanowi, jakie przechodziła koleje, jakie walki 
musiała staczać, jakie niewysłowione męki do- 
prowadziły ją do tego stanu... Wystaw pani so- 
bie sierotę, rzuconego w świat bez opieki, bez 
przykładu, bez wskazówki, sierotę, który od lat 
dziecinnych z trudem zdobywać sobie musiał 
każdy kęs chleba, każdą okruszynę nauki. Wy- 
staw go sobie obdarzonego żywą fantazyą, wyż- 
szemi pragnieniami i czułem na wszystkie wra- 



- 38 - 

źenia seroem, a wydanego na pastwę nędzy i po- 
niżenia i łaknąoego na próżno światka wiedzy 
i życzliwych sero ludzkich dla siebie. Ten czło- 
wiek ukochał piękno, poświęcił się z całym za- 
pałem sztuce, przypuszczając, że na ciernistej 
swej drodze zdobędzie przynajmniej jaki skro- 
mny wieniec zasługi, — ale talent nie odpo- 
wiedział jego nadziejom, codzienna walka z gło- 
dem zwichnęła jego pierwotny polot, a ludzie, 
którzy przywykli wszystko podnosić lub obni- 
żać bez miary, zepchnęli jego utwory na samo 
dno piekieł mierności . . . Tak krocząc przez wszy st - 
kie zawody i upokorzenia, ten człowiek musiał 
nareszcie zwątpić o sobie i wyrzec się wszel- 
kiej nadziei lepszego jutra lub pośmiertnego 
uznania. Za cały dorobek pozostała mu tylko 
nędza i rozpacz... Gdyby się znalazła dłoń przy- 
jazna, któraby go powstrzymała w początku, 
byłby może ocalonym. Ale nie! Wszyscy, któ- 
rzy dojrzą pierwszy objaw jego słabości, napię- 
tnują go odrazu pogardą, rozgłaszając i powię- 
kszając jego winę; rzucą mu obelgę w oczy, 
pod którą zakamienieje w swym upadku, zbro- 
jąc się tylko w cynizm i szyderstwo. Pytam się 
pani: Czy to jest miłość chrześcijańska? Ozy lu- 
dzie, otaczający swą opieką i pomocą zwycięz- 
ców, którzy tego nie potrzebują, nie powinni 
raczej zwrócić się do upadających? Czy nie na- 
leżałoby ratować ich, dopóki pora, współczuciem 
i wyrozumiałością? A jednak najszlachetniejsi 
z pomiędzy was bezwzględnem potępieniem po- 



— 39 - 

pychają chwiejącą się nad brzegiem przepaści 
istotę — dumni, że sami na twardym gruncie 
stoją. Takie jest powszechne prawo świata: niema 
litości dla słabych!'' (Przyjaciele Hióba^ str. 
77—79). 

W dodatku Hipolit Cyganek nietylko tłoma- 
czy swój upadek, nietylko wygłasza rozumne 
myśli, nietylko słowami pragnie dopomódz przy- 
jacielowi; lecz istotnie wyświadcza mu przy- 
sługę wielką, dając radę jego żonie, jak ma 
podtrzymać i natchnąć otuchą męża swego. 
Z całego grona mniemanych przyjaciół, on je- 
den nie zawodzi ^Hioba". 

Poprzestaję na tych najogólniejszych rysach 
poglądów Asnyka, o ile z jego utworów drama- 
tycznych wysnuć je można, stwierdzając, że zna- 
mionami ich są: podniosłość, szlachetność i wy- 
rozumiałość... Niektóre szczegółowsze cechy znaj- 
dą się przy rozbiorze komedyj i dramatów. 



2. 

Asnyk twórczość swą dramatyczną rozpoczął 
od komedyj. Najdawniejsze z nich były pisane 
W chwili świeżo rozbudzonego ruchu politycz- 
nego w O-alioyi; w chwili, gdy rozprawy o de- 
mokracyi i arystokracyi, o przewrotach społecz- 
nych i nowych formach życia przewijały się po 



— 40 — 

łamach dzienników, na zebraniach młodzieży, a 
nawet w salonach. 

Jakkolwiek poeta nasz trzymał się wówczas 
zdała od polityki bieżącej, nie mógł przecież 
w tern, co pisał, uniknąć wpływu atmosfery ota- 
czającej i musiał z lekka przynajmniej potrącić 
o zagadnienia, budzące w społeczeństwie mniej- 
sze lub większe zajęcie. 

Naj pierwsza komedya Asnyka, napisana w 2 
aktach prozą, to właśnie „Walka stronnictw" 
(1869, Kraków, str. 137). Pierwiastku politycznego 
jest tu, co prawda, bardzo niewiele; rzecz bo- 
wiem sztuki obraca się około wydania za mąż 
panny, o którą starają się baron i demokrata. 
W pobocznych tylko scenach przedstawione są 
zwichrzone poglądy takich krzykaczy demokra- 
tycznych jak Dantoński i Trąbkiewicz, oraz 
śmieszne pretensye arystokratyczne takich ludzi 
jak baronostwo Rądelkowscy. Właściwe swe za- 
patrywania się wypowiada poeta przez usta Lu- 
cyana: „My artyści, żyjąc w krainie czysto ide- 
alnej; nie mamy nawet pojęcia o przeciwsta- 
wieniu i walce zasad i stronnictw; znamy tylko 
jedną arystokracyę, a tą jest arystokracya gie- 
niuszu i piękności" (str. 124). Sarkastycznie zaś 
charakteryzuje zanik wytwornych form życia, 
mówiąc: „Prawdziwej dystynkcyi trzeba dziś 
chyba szukać pomiędzy lokajami i to starej 
daty^ (str. 78). 

Panna Paulina, o którą toczy się walka, ko- 
chając artystę Łucyana, wyznaje otwarcie, że 



— 41 — 

uie ma w sobie nic a nic z prawdziwej hero- 
iny, gdy bowiem bohaterka romansowa otrułaby 
się w razie sprzeciwienia się jej uczuciom, ona 
dobrodusznie oświadcza: „jak krzykną na mnie, 
to ja zaraz wykonam wszystko**. Sytuaoyi pra- 
wdziwie komicznych brak w tej sztuce, rozmowy 
są dość pospolite, a charaktery wogóle blade. 
Kilka dowcipnych wyrażeń stanowi tu główną 
okrasę. 

„Gałązka heliotropu**, chociaż w osobnej 
książce wyszła dopiero w r. 1882 (Lwów, str. 
70), napisana była w tym samym czasie co i „Walka 
stronnictw"; przynajmniej Estreicher notuje ją 
pod r. 1869. 

Sztuka to znacznie wyższa od poprzedniej. 
Napisana pięknym wierszem, przedstawia natu- 
ralniejszy i swobodniejszy rozwój akcyi, a w cha- 
rakterystyce osób więcej ma dobitności. 

Echa chwili odbijają się tu bardzo słabo 
w samym początku kómedyi, kiedy pierwszy za- 
raz wiersz napomyka o odczytach Henryka 
Schmitta we Lwowie, malujących wiek XVIII, 
a w słowach pana Beockiego, ograniczonego, 
lubiącego dobrze zjeść i wypić ziemianina, od- 
zywa się niechęć do haseJ postępowych: 



Ta filozofia zawsze Dieszczęście przynosi; 

Ot i teraz znów dawny porządek upada 

I pierwszy lepszy przybysz zgubne zdania głosi, 

Liberalizm, socyalizm i anarchię szczepi, 

A więc pytam się panów : jakże ma być lepiój ? 



— 42 — 

Ot głupstwo! Szczęście tylko, że jeszcze my starzy 
W obronie czystych zasad stoimy na straży. 

Tym przybyszem, szczepiącym „liberalizm, 
socyalizm i anarchię'' ma byó w mniemaniu pana 
Beockiego Henryk, poeta „zbyt sielankowy, na- 
iwny i łzawy", wielce nieśmiały apostoł szcze- 
rego i serdecznego uczucia. 

Panu Beockiemu ten marzyciel wzdychający 
do jego pupilki, bogatej sieroty Amelii, wydaje 
się niebezpiecznym jakobinem, dlatego, że j-est 
ubogi, a bywa w domach zamożnych, rządzą- 
cych się zasadą, że dzisiaj „trzeba szukać uzna- 
nia i poparcia w masach". Nie mniej niechęt- 
nem okiem patrzy na Henryka pani Beocka, 
próżna i płytka umysłowo kobieta, mająca pre- 
tensyę do dystynkcyi salonowej. 

Ale poeta znajduje uznanie w sercu samej 
Amelii, która źle wprawdzie tłomaczy sobie je- 
go nieśmiałość a gorszy się jego niezręcznością 
w rozmowie, lecz kocha go rzeczywiście. 

Do wyjaśnienia wzajemnego stosunku obojga 
dopomaga mimo woli obłudny przyjaciel Henryka, 
kuzynek Amelii, Adolf, „prawdziwy pustak bez 
serca i głowy, trzpiot wdzięczny i układny ry- 
cerz salonowy, próżniak i egoista, ufny w swe 
zalety", bo przekonany, że każdą kobietę pod- 
bić potrafi. 

Otóż gdy Henryk postanowił wyznać uczu- 
cia swe listownie, błagając Amelię, by wpięciem 
heliotropu we włosy dodała mu otuchy; Adolf 



~ 43 - 

drze list powierzony sobie, lecz namawia ku- 
zynka, nieświadomą podejścia do uczynienia tego, 
czego Henryk pragnął. Sądził Adolf, że Amelia 
obarzona pewnością siebie, z jaką poeta, ujrza- 
wszy heliotrop we włosach panny, miłość swą 
wyzna, odtrąci Henryka, a jemu odda swą rękę. 

O mało rachuba jego się nie sprawdziła. 
Amelię istotnie razi sposób, w jaki Henryk mówi 
o dowodzie jej miłości; lecz prawdziwe uczucie 
oraz godność w zachowaniu się poety dopro- 
wadzają domyślną pannę do przeniknięcia taje- 
mnicy podstępu kuzynka. To też gdy wszyscy 
mniemają, źe poeta skonfudowany odjedzie, zo- 
stawiając Adolfowi możność ułożenia się z opie- 
kunami Amelii, ta przy wieczerzy sama ofiaruje 
rękę Henrykowi, drwiąc sobie z podstępnych 
knowań kuzyna. Pan Beocki, zapewniony przez 
Amelię, która podsłuchała układu z Adolfem, 
że i Henryk rachunków z opieki nie zażąda, 
zgadza się na małżeństwo. 

Komiczny pierwiastek „Gałązki heliotropu" 
tkwi tylko w figurach państwa Beockich wsku- 
tek ich ograniczenia, płytkości uczuć, pretensyo- 
nalności i chybionego wyrachowania, oraz w nie- 
powodzeniu zarozumiałego, a obłudnego Adolfa. 
Przeważną atoli część komedyi wypełnia liryzm 
zarówno w monologach Amelii i Henryka, jak 
w ich decydującej rozmowie. Te piękności liry- 
czne wynagradzają zapowolny trochę rozwój 
akcyi, której węzeł zadzierzgnięty został wcale 
zręcznie. 



— 44 — 

Z nową komedyą wystąpił Asnyk dopiero 
w lat 10 po dwu poprzednich. Ma ona tytuł: 
„Przyjaciele Hioba** (1879, Warszawa). Składa 
się z dwu aktów, pisana jest prozą. Pierwiastku ko- 
micznego nie ma w niej wcale; jest to raczej 
dyalog satyryczny, aniżeli komedya. 

Fałszywych przyjaciół malarza Gwidona Re- 
niókiego poznajemy troje: Julię Estetyńską, To- 
masza Wieloradzkiego , Oskara Platonowicza. 
Otoczą oni artystę czułością i uwielbieniem, by- 
leby stał „na świeczniku sławy^ i niczego od 
nich nie potrzebował. Niepowodzenie ochładza 
ich zapały: wtedy skłonni są do krytyki, zaczy- 
nają widzieć braki w utworach malarza i nie 
szczędzą mu rad; na pomoc nie śpieszą pocie- 
szając się aforyzmem, że „dopiero w walce 
z przeciwnościami wyrabia się prawdziwie czło- 
wiek i artysta**. Wieloradzki, gdy mu szczery 
przyjaciel O-widona wystawia niebezpieczeństwa, 
na jakie narażonym byó może talent, pasuiący 
się z niedostatkiem, odpowiada z głębokiem prze- 
konaniem, czerpanem z krynicy zadowolonego 
z siebie samolubstwa: „Potrzeba jest matką wy- 
nalazków, doda mu ona energii i polotu. Przy- 
ciśnięty potrzebą, Gwido zasiądzie do pracy i da 
nam, zaręczam panu, prawdziwe arcydzieło, na 
które z utęsknieniem czekamy. Gdybym go wy- 
prowadził z kłopotu, miałbym sobie potem do 
wyrzucenia, że pozbawiłem kraj - arcydzieła..." 

Co gorsza, amatorowie i protektorzy sztuki 
nie wahają się obdzierać biedaka z dzieł jego 



— 45 - 

pędzla. Estetyńska za piękny obrazek przysyła 
Gwidonowi jedną z „najcenniejszych pamiątek 
rodzinnych...** filiżankę, z której Napoleon I-szy 
pił kawę w domu jej dziadka, po przeprawie 
przez Berezynę. I taż sama Estetyńska zapra- 
sza do siebie Gwidona, by obejrzał jej portret, 
zrobiony przez Cabanela, dodając, że zapłaciła 
zań 25 tysięcy franków... 

Nie dosyó i na tern. Ponieważ Leonia wy- 
szła za Gwidona wbrew woli rodziców swoich, 
Estetyńska nie waha się doradzać jej, by w nę* 
dzy opuściła malarza i pogodziła się z rodzi- 
cami, którzy tego tylko czekają; Oskar zaś Pla- 
tonowicz obiecuje wyrobić rozwód i gotów ofia- 
rowaó jej 8wą rękę. 

Gwido pojmuje swoje położenie, z bólem 
przypatruje się poświęceniu Leonii, która lekcy e 
dawać zaczęła, by dom utrzymać, ale nie umiała 
ukryć pewnego rozgoryczenia na widok mnie- 
manego próżniactwa męża, co chcąc oszczędzić 
jej przykrości zawodu, pracował w tajemnicy 
nad obrazem, znikając często z domu i nasuwa- 
jąc powód do przypuszczenia, że hula wraz 
z przyjacielem swoim, Hipolitem Cygankiem. 
Wymownie kreśli wobec żony skutki niedostatku 
i biedy: „Nędza strasznym jest wrogiem domo- 
wego pożycia; wciska się ona między dwa serca 
kochające, zakłóca ich ufność wzajemną, od- 
biera im spokój i powoli oddala je od siebie. 
Exopla po kropli wlewaj 8^c w nie jad codzien- 
nych trosk i umartwień, zatruwa przykrą rze- 



- 46 — 

czywistośoią najidealniejsze ich porywy; oiohą 
szczęśliwość przemienia w smutek, smutek — 
w gorycz i guiew i pastwi się nad nimi tak 
długo, póki nie zwiędnie ten biedny kwiatek 
miłości". Nie chcąc, ażeby Leonia wraz z nim 
cierpiała, popiera zasłyszane przypadkiem pro- 
pozycye Oskara Platonowicza, chce, ażeby go 
żona opuściła, szukając lepszej doli. 

Leonia w rozdrażnieniu, nie rozumiejąc po- 
budek Gwidona, odrzuca zuchwały projekt Pla- 
tonowicza, lecz nie wie, co począć dalej. Wtedy 
szyderca, sponiewierany Hipolit Cyganek, sło- 
wami serdecznemi i rozumnemi przekonywa ją, 
że żona powinna przedewszystkiem otoczyć 
swego męża „jasną i pogodną miłością", uśmie- 
chem szczęścia i zadowolenia dodawać mu otu- 
chy i ufności. „W trudnem położeniu, w jakiem 
znaleźliście się oboje — powiada Hipolit — 
wzięłaś bez wahania się na swe barki ciężar 
dopomagania Gwidonowi. Spełniasz swoje zada- 
nie z odwagą i godnością: jest to już bardzo 
wiele, ale jeszcze nie wystarcza; — trzeba bo- 
wiem w podobnie ciężkich przejściach podwoić 
zasoby niewieściej słodyczy i domyślności serca; 
trzeba, aby mąż wiedział, że poświęcenie żony 
nie jest jej uciążliwem i że nic nie traci ona 
na sile swoich uczuć dla niego. Tymczasem ty, 
pani, przybrałaś mimo woli surowszy i oboję- 
tniejszy pozór pod wpływem powszedniej tro- 
ski. Zdradziłaś się może przed nim z podejrzę- 



— 47 — 

niem lub nieoierpliwośoią, zamiast miękką dło- 
nią pieszczoty ułagodzić jego strapienie. On 
wrażliwy z natury, zgnębiony niepowodzeniem, 
wyrzucający sobie, że cię na taką dolę naraził, 
mógł łatwo przypuścić, że go przestajesz ko- 
chać i cenić. 

Leonia id«ie za radą prawdziwego przyja- 
cielą, odwraca Gwidona od rozpaczliwego po- 
stanowienia; a odniesienie zwycięstwa na kon- 
kursie malarskim sprowadza dla obojga zapo- 
wiedź dni szczęśliwych. Rodzice Leonii godzą 
się z jej małżeństwem, a trójca „przyjaciół Hioba^ 
rozpływa się w oświadczeniach przyjaźni, czci 
i uwielbienia. 

I znowu upłynęło lat 9, zanim się ukazały 
r. 1888 w Krakowie dwa nowe utwory komi- 
czne Asnyka, oba prozą pisane: „Komedy a kon- 
kursowa" i „Bracia Lerche**. „Komedya kon- 
kursowa" to jednoaktowa krotochwila, poświę- 
cona wydrwieniu uprzedzeń, omyłek, intryg 
w konkursach literackich. Poznajemy tu takie 
wielkości powiatowe jak Hugonowski, poczytu- 
jący się za potentata w zakresie twórczym, ta- 
kich krytyków, jak Tenowicz, tJtómacz Anakre- 
onta, i z tego powodu występujący w roli zdo- 
bywcy serc niewieścich, który chcąc podtrzy- 
mać wiarę w swą nieomylność w sprawach lite- 
ratury, szuka zewnętrznych wskazówek, by po- 
znać, jaką sztukę Hugonowski posłał na kon- 
kurs; takich reporterów zarozumiałych jak Ga- 
zetkiewicz, który chcąc otrąbić sławę laureata 



— 48 — 

wypytuje skwapliwie, oo kto jada i ozy ozęsto 
potrzebuje uźywaó kompotu ze śliwek... 

Osnowa tej krotochwili dość interesująca. Bo- 
lesław Bekasiński, młody szlachcic, któremu się 
podobała Stasia, córka Hugonowskiego, nie śmiał, 
mając do czynienia z potentatem twórczości, 
objawić swych uczuć, dopókiby nie zasłużył na 
jaką-taką sławę literacką. Zachęcony przez je- 
dnego z krytyków (Dodeokiego), lubiącego drwić 
ze swych kolegów, napisał sztukę, z której biła 
„woń świeżego siana i obory ^ i posłał ją na 
konkurs. Wskutek złośliwych zabiegów Dode- 
okiego, jak nie mniej wskutek pomyłki Teno wi- 
eża, który sądził, że ma przed sobą utwór 
Hugonowskiego, Bekasiński został laureatem. 
Z początku sława ta, na którą liczył, zaszko- 
dziła mu w oczach ojca panny, co poniósł sro- 
motną porażkę; ale gdy niebawem w wieńcu 
owym okazały się raczej ciernie niż róże, gdy 
Hugonowski posłyszał, źe inni współzawodnicy 
pękają ze złości, i że w jednym z dzienników 
niemiłosiernie „schlastano^ i sztukę uwieńczoną 
i jej autora, zgadza się oddać rękę Stasi Be- 
kasińskiemu, postawionemu pod pręgierzem opi- 
nii publicznej, więc nie groźnemu współzawo- 
dnikowi. 

„Bracia Lerche", komedya w 3 aktach (Kra- 
ków, 1888, str. 111), przedstawia, w porównaniu 
z innemi, największy interes społeczny, gdyż 
maluje rozpaczliwe położenie szlachty polskiej 
w W. Ks. Poznańskiem w chwili wzmożonego 



— 49 — 

parcia giermanizatorskiego i ohydnych ^rugów 
pruskich" . 

Nakreśliwszy tło wysoce dramatyczne, nie 
chciał jednak poeta doprowadzić osnowy swej 
sztuki do bolesnego rozwiązania. Otto Lerche 
jest tu przedstawicielem bezwzględności i gbu- 
rowatości niemieckiej, zaufanej w siłę i pieniądz? 
wzgardliwie traktującej żywioł polski, skazany, 
zdaniem zawziętych Prusaków, na całkowitą za- 
gładę; lecz brat jego przyrodni, Stefan, uro- 
dzony z matki Polki, szlachetny z usposobie- 
nia, a potęgujący tę szlachetność spółczuciem 
dla zgnębionych, występuje z ratunkiem dla 
tych, których Otto pragnie upokorzyć i zni- 
szczyć. 

Lerchowie są to sąsiedzi Stanisława Ra- 
dwana, przyprowadzonego do ruiny skutkiem 
lekkomyślności i nieumiejętnej administracyi. Tai 
Stanisław położenie swoje, ze względu na sta- 
rego ojca, kapitana Tadeusza, żeby o śmierć go 
nie przyprawić wiadomością o przymusowej 
sprzedaży gniazda pradziadowskiego. Nastręcza 
mu się sposobność wybrnięcia z tej sytuacyi, 
gdy Stefan Lerche oświadczył chęć poślubienia 
jego córki, Ireny. Irenie Stefan się podobał; 
nieśmiała więc propozycya ojca nie była jej 
niemiłą; ale sposób nagły, w .jaki Stefan, zmu- 
szony przez gburowatego brata, nie chcącego 
tracić czasu na ceregiele, zamiar swój wyjawił, 
nie postarawszy się wprzódy upewnić o wzaje- 
mności panny, sprawia jej przykrość i wytwa- 

Ma:»za iiUraŁura dramaty czaa. T. U. -4 



— BO — 

rza dziwny, naprężony stosunek między nią a 
narzeczonym. 

To też gdy kapitan, dowiedziawszy się z boku 
o układzie między synem a Lerchami, wybucha 
oburzeniem i dotkliwe robi wymówki wnuczce, 
iż zapomniawszy o obowiązkach narodowych, 
nie pomyślała o tem, że jej synowie mogą kie- 
dyś stanąć w szeregu prześladowców jej naro- 
dowości, Irena odrzuca Stefana, a przyjmuje ofia- 
rowaną sobie rękę Juliusza Poraja. 

Czyni to jednak bez miłości dla nowego na- 
rzeczonego i nie może zapomnieć o swem uczuciu 
dla Stefana, któremu nie trudno było niebawem 
je odzyskać. 

Zmuszonemu przez „rugi* Juliuszowi do opu- 
szczenia W. Księstwa przychodzi Stefan z po- 
mocą, nabywając od niego młyn za cenę bardzo 
wysoką; a tym szlachetnym postępkiem, jak ró- 
wnież przyiznaniem się głośnem do narodowości 
polskiej ujmuje sobie kapitana, a podbija cał- 
kowicie serce Ireny. 

Juliuszowi nie dzieje się przez to krzywda, po- 
nieważ posiadł on serduszko podlotka Dziuni, 
nieświadomej zrazu swego uczucia, lecz tem sil- 
niej następnie niem przejętej, kiedy ujrzała Ju- 
liusza narzeczonym Ireny. Groźne więc zawi- 
kł'łnia kończą się pomyślnie wskutek potęgi 
uczucia Stefana Łerche i jego szlachetnego po- 
święcenia się dla sprawy uciśnionych i. prześla- 
dowanych. 

W komedyi tej wszystkie prawie osobistości 



— BI — 

mają charakterystykę wybitną i w rozwinięciu 
konsekwentną: i Sadwanowie, zwłaszcza kapi- 
tan, i Lerchowie, i kobiety, mianowicie Dziunia, 
utrzymują się w swym charakterze wybornie. 
Kompozycya w pierwszych dwu aktach trzyma 
się spójnie i w niczem niemal przeciwko pra- 
wdopodobieństwu nie grzeszy; dopiero w akcie 
3-im się psuje pr^ez naciągane nagromadzenie 
osób w ogrodzie, przytykającym do dworku Ra- 
dwanów. Szczególniej pojawienie się tutaj Ottona 
Łerohe, którego poprzednio kapitan wyprosił ze 
swego domu, umotywowanem zgoła nie jest. 
Sprawa też nabycia młyna przez Stefana trąci 
nienaturalnością. Akt Ill-ci, bardzo ładny sam 
w sobie, narusza jednolitość budowy komedyi, 
tworząc rodzaj przystawki tylko do niej. 



3. 

Dramatów utworzył Asnyk trzy — i to w nie- 
wielkich odstępach czasu. Pierwszy z kolei wy- 
szedł p. t. „Gola Biienzi, dramat historyczny 
z XV wieku w pięciu aktach prozą oryginalnie 
napisany* (Kraków, 1873, str. 188) i był przed- 
stawiony na scenie krakowskiej 19 kwietnia te- 
goż roku. 

Jest, to piękny i rozległy obraz upodlenia, 
w jakiem znajdowały się Włochy wieku XIV- go, 
kiedy „lud ciemny i uciemiężany" nie miał na- 

4* 



— 52 — 

wet wspomnień wielkiej przeszłości swojej, kiedy 
„samo imię Rssymianina stało się jednoznacznem 
z imieniem niewolnika", kiedy naród „okryty 
pogardą i szyderstwem", „konał w zgniliźnie i 'ze- 
psuciu, nie mogąc umrzeć jeszcze". 

Na tem ponurem tle ukazuje nam poeta po- 
stać Rienz^go, który powziął wielką myśl przy- 
wrócenia potęgi swemu krajowi przfez zjedno- 
czenie wszystkich państewek włoskich. Pozy- 
skawszy zwolenników dla swego zamiaru, zo- 
staje on okrzyknięty przez lud rzym*ski trybu 
nem i zapowiada nową erę, głosząc, że pragnie 
wolności, ale „wolności rozumnej, opartej na po- 
szanowaniu praw i wzajemnej wyrozumiałości", 
że przedewszystkiem starać się będzie zaszcze- 
pić ład i karność i wskrzesić poczucie cnót oby- 
watelskich. 

Duninem atoli i bezwzględnem postępowa- 
niem zraża wielu ze swych dawnych wielbicieli, 
a popadłszy w zatarg z papiestwem, zmuszony 
jest ujść z Rzymu i tułać się długie lata na 
obczyźnie, różnych, bardzo zmiennych losów 
doznając. 

W Rzymie zostawił żonę Paolę pod opieką 
szlachetnego swego przyjaciela, Guidona. Paola 
kochała Rienzego, lecz chciała, by on o niej tylko 
myślał, nią się wyłącznie zajmował; przykro jej 
było widzieć się zaniedbaną dla spraw publi- 
cznych; gdy Rienzi Rzym opuszczał, błagała go, 
żeby ją zabrał z sobą, czuła już bowiem ro- 
dzącą się w sobie skłonność do Guidona. Pod- 



- 53 — 

czas nłeobąoności męża skłonność ta wzrosła do 
takiej potęgi, że Paola nie wahała sie wyznać 
swej miłości Guidonowi. Ale ten, szlachetnie 
pojmując obowiązek opieki, nie przyjął wyzna- 
nia i wskazał Paoli drogę powinności. 

Po latach tułactwa wraca Rienzi znów zwy- 
cięsko do Rzymu, ale tu już nie zastaje dawnego 
dla siebie nastroju; niechętnych i wrogów ma 
więcej, aniżeli przyjaciół. Byli tacy, co chcieli 
przenieść godność trybuna na Guidona i tylko 
szlachetności przyjaciela zawdzięczał Rienzi, że 
bunt przeciw niemu nie wybuchnął. Lecz Rienzi 
o tern nie wie, przeciwnie podejrzewa Guidona, 
staje się względem niego nieufnym, jak wogóle 
względem wszystkich, co mu nie pochlebiają. 
Bo charakter jego wśród walk i nieszczęść spa- 
czył się. Zaczął Rienzi gardzić „sumieniem zwy- 
kłych ludzi", chciał „być wyższym nad ból i trwo- 
gę, nad wstyd i zgryzotę", wyższym „nad wszelkie 
prawo". Dopuszczał się okrucieństw, by po- 
strachem rządzić, a wreszcie, lubo zawsze wy- 
soko cenił Guidona, nie mogąc na nim wymódz 
wydania tych, co mu władzę ofiarowali, skazuje 
go na śmierć. 

Wówczas dostaje cios w samo serce, cios 
wymierzony przez żonę, która napróźno błaga- 
jąc o odwołanie wyroku na Guidona, gdy wy- 
rok ten został spełniony, wybucha energicznem 
wyznaniem: ^Dość łez, dość upokorzeń! Rienzi, 
popełniłeś straszną zbrodnię, a ja jej nie mogę 
pomścić na tobie tak, jakbym chciała: jednak 



— 54 — 

spróbuję cię zranić tam, gdzie cię ranić można 
to jest w uczucin twojej dumy i pychy. Mówi- 
łeś przed chwilą, że żona Bienzego nie może 
być posądzoną o inną miłość. Myliłeś się, jam 
kochała tego człowieka, któregoś zamordował. 
Guido nie był moim kochankiem, to prawda, 
ale dlatego tylko, że nim być nie chciał... Ha! 
wzdrygasz się, bledniejesz z gniewu; ugodziłam 
cię więc nareszcie nie w serce, którego nie masz, 
ale w pychę i zarozumiałość twoją... Ja się urą- 
gam i z twojego gniewu i pogardzam twemi 
groźbami... Pomiędzy nami wszystko skończone, 
wszystko — prócz nienawiści... Patrz, oto zry- 
wam ten pierścień, który pali moją rękę i de- 
pczę go pod nogami — uciekam z pod tego 
dachu, gdzie obecność twoja zaraża jadem po- 
wietrze, a na pożegnanie rzucam ci ostatnie 
przekleństwo. Przeklinam z głębi duszy ciebie 
i wszystkich, co cię otaczać będą, przeklinam 
wszystko, co zrobisz, wszystko, czego się do- 
tkniesz, wszystko, o czem pomyślisz". 

Eienzi nie ulega pod tym ciosem moralnym, 
bo wyniosła jego dusza, zajęta myślą o przy- 
wróceniu do życia ojczyzny wpół umarłej, je- 
dnostkowym bólom się nie poddaje; ale widząc, 
jak wszyscy od niego się usuwają, jak coraz 
bardziej jest osamotnionym, zaczyna wątpić o 
możności urzeczywistnienia swego zamiaru i po 
raz pierwszy w życiu popada w gorzką zadumę. 

Wreszcie tłum podburzony obala swego try- 
buna, który ginąc jeszcze myśli o swojej idei, 






— 56 — 

chociaż wyznać musi, źe nic nie zdziałał. „W grazy 
się — powiada — rozsypują dumne marzenia 
moje — i nie pozostanie po mnie nic, jak tylko 
pamięć wielkich zamiarów i wielkich przewi- 
nień. Ale być może, iż myśl moja przetrwa 
wieki i że to wielkie dzieło zjednoczenia roz- 
dartych części mojej ojczyzny, inne, czystsze ręce 
podejmą i przeprowadzą". 

W streszczeniu tem uwzględniłem tylko po- 
staci główne, pomijając mniej ważne i nie mó- 
wiąc o przedstawicielach tłumu, o scenach zbio- 
rowych, z których parę należy do najlepszych 
w naszej literaturze dramatycznej. Poeta na- 
dał swym osobistościom kształty wspaniałe, po- 
sągowe, ale zbyt spokojne naogół, nie wrzące 
tem życiem, jakie przypuszczamy w takich lu- 
dziach i w takich czasach. Stąd potrzeba pil- 
niejszego wpatrzenia się w te figury, ażeby po- 
znać ich życie wewnętrzne, ażeby ich nie posą- 
dzić o bezkrwistość. Powściągliwość dykcyi, która 
kiedyniekiedy tylko namiętnym biegnie rytmem, 
przyczynia się także do obniżenia wrażeń, jakie 
tkwią w samych sytuacyach. Brak też należy- 
tego ześrodkowania akcyi; opowiadania i zbyt 
długie rozmowy są wadami kompozycyi tego 
utworu, tak bogatego i w położenia dramatyczne 
i w myśli rozumne i w uczucia podniosłe. (Obszer- 
niejszą ocenę znaleźć można w „Przeglądzie pol- 
skim" r. 1873, zeszyt majowy). 

Po „Rienzim* nastąpił w r. 1875 „Zyd, dra- 
mat współczesny, w 3-ch aktach" (Kraków, na- 



' 



— 56 ~ 

kład Adolfa Dygasińskiego i s-ki, str. 80) prozą 
pisany. Treścią jego jest niedoprowadzony do 
skutku zamiar zemsty ochrzczonego semity, Ja- 
kóba Weinberga. Odrzucona miłość zaprawiła 
serce jego niewysłowioną goryczą. Przyczynę 
tego odrzucenia widział, słusznie czy niesłu- 
sznie, w swojem pochodzeniu. „Od lat dziecin- 
nych — powiada — piętno mego rodu wysta- 
wiło mnie na pogardę i szyderstwa wasze. Na- 
próżno jedna wiara łączyła mnie z wami; chrzest 
nie miał siły obmyć pierworodnego grzechu po- 
chodzenia. Napróżno na równi z wami czułem 
się synem jednej ziemi i kochałem ją jak ma- 
tkę — ziemia ta była dla mnie macochą, a jej 
dumne dzieci odpychały mnie ze wstrętem i znie- 
wagą. Nie dla mnie przyjaźń, nie dla mnie mi- 
łość, nie dla mnie stanowisko służącego kra- 
jowi obywatela. W oczach mego plemienia sta- 
łem się renegatem, wobec was byłem tylko ży- 
dem i przybłędą, któremu tylko pieniądz oku- 
puje kłamaną grzeczność i przedajną życzli- 
wość". 

Pokochał Weinberg Natalię, szlachciankę; ro- 
dzicom jej, będącym w kłopotach gospodar- 
czych, dopomógł czynnie; był obsypywany wzglę- 
dami i sądził, że Natalia mu sprzyja; gdy się 
jednak oświadczył, został odepchnięty dlatego, 
jak sądził, że rodzice jej wyszli już z kłopotów 
i nie potrzebowali nadal „żyda". 

Niebawem potem, przyjaciel Weinberga, to- 
warzysz broni, otrzymał rękę Natalii. Od tej 



57 



chwili rozpoczyna się plan zemsty. Władydaw 
był lekkomyślny, tracił znaczne sumy, naruszał 
depozyty, sprzedawał tajemnie brylanty żony, 
ażeby uniknąć hańby. Weinberg ułatwiał mu 
pożyczki, ażeby ozemprędzej doprowadzić go 
do ruiny, zbezcześcić w oczach żony i znaleźć 
sposobność ofiarowania jej usług swoich. Nata- 
lia rzeczywiście, oburzona postępowaniem męża, 
zająwszy się przytem Augustem Skierskim, bir- 
bantem, który w młodości fałszował weksle, 
ale był już na drodze poprawy, postanowiła 
w chwili rozdrażnienia i podniecenia, opuścić 
Władysława. 

Weinberg podstępem chciał zająć miejsce 
Augusta i znowu został energicznie odepchnięty 
i zelżony. Wówczas wylał jad długo w duszy 
skrywany, wołając: „Jak to wygodnie obmyć 
honor swój i całego domu, nie wyłączając i ko- 
chanka, złożywszy csłą winę na karb piekielnej 
intrygi nikczemnego żyda. A czyż to w mojej 
mocy leżało zrobić z Władysława bezmyślnego 
marnotrawcę, niedbałego na żadne obowiązki? 
Czyż w mojej mocy było tobie, dumnej i cno- 
tliwej, kazać się wyrzec tej dumy i cnoty dla 
salonowego fałszerza? Gdyby mąż twój był tem, 
czem być powinien; gdybyś ty pozostała owym 
czystym aniołem, za jakiego cię miałem: — nie 
miałbym nad wami żadnej władzy i nie powa- 
żyłbym się nawet zakłócać wam szczęścia. Ale 
tak — cóż mię miało wstrzymywać? Miałaś zo- 
stać kochanką innego; nic dziwnego, że chcia- 



— 58 — 

łem zająć jego miejsce, bo w oozach moloh by- 
łaś jaż upadłą kobietą^. 

Jakkolwiek w słowaoh Weinberga bardzo 
dożo mieściło się słuszności, ostatni jego frazes 
zbyt był okrutnym, ażeby nie wywołać słusznego 
oburzenia zranionej nim kobiety; chociaż więc 
poczuwała się do winy, stanęła w obronie i sie- 
bie i męża i Augusta, utrzymując, że oni po- 
mimo upadku swego są w porównaniu z Wein- 
bergiem czystymi i dobrymi, gdyż „mają w so- 
bie szlachetne popędy, do których on nie jest 
zdolny". 

E*zeczy wiście takim się okazuje. Gdy w po- 
jedynku amerykańskim wyciągnął los dla siebie 
niepomyślny i gdy obecni zwolnili go od do- 
trzymania zobowiązania, on, odrzuciwszy dumnie 
gjałmużnę'', wydobył pistolet i wymierzył w Na- 
talię; August, zasłaniając ją, ugodzony został 
kulą. Dopiero wtedy zabija się Weinberg, ponie- 
waż go już wszystko zawiodło. 

Postać Weinberga tak wydatnieje w drama- 
cie, że zasłania inne, zwłaszcza, że te inne bierną 
przeważnie odgrywają rolę. Bozwinięciu tej po- 
staci niewiele zarzucić można, bo chyba to tylko, 
że w dwu pierwszych aktach za mało widzimy 
w Weinbergu tych objawów namiętnych, jakie 
wypełniają akt trzeci, że zatem czytelnik lub 
widz nie jest należycie przygotowanym do zro- 
zumienia bohatera w nowej fazie. 

Za mało również jest wskazówek, któreby 
ułatwiły podążenie za zmianą w usposobieniu 



- 69 — 

Natalii. Krok, jaki ozyni, opnssozając męża, jest 
zbyt ważnym w życiu kobiety, ażeby go nie 
miało poprzedzić jakieś rozmyślanie, jakaś walka 
wewnętrzna; a tego momentu poeta nam nie 
malaje. 

Możnaby jeszcze zrobić uwagę, że dwie po- 
staci kobiece (Pokrzywska i Boża), wydatne role 
w 2 pierwszych aktach mające, znikają zupeł- 
nie w akcie trzecim; ale uwaga ta nie może 
stanowić zarzutu; postaci te bowiem miały po- 
służyć jedynie ku uwydatnieniu przyciągającej 
potęgi bogactwa. Boża i Pokrzywska tańczą koło 
Weinberga we własnym interesie (Boża chce się 
zań wydać); płytkie i powszednie te osoby nie 
odczują naturalnie śmierci „żyda^ inaczej jak 
tylko w sposób interesowany. 

„Kiejstuta**, wydrukowanego w r. 1878 (i tło- 
maczonego zaraz na język niemiecki) nazwał 
Asnyk tragiedyą. Przeciwko temu określeniu mu- 
simy zaprotestować, ponieważ istotnej, wysokiej 
tragiczności w utworze tym niema. Kiejstut jako 
osoba nie jest postacią tragiczną w przedsta- 
wieniu naszego poety. Najprzód nie ma w tym 
dramacie kollizyi takiej, któraby prawdziwą grozą 
przejmowała. Nie ma tu starcia się dwu jakichś 
wielkich idei, ani też dwu potężnych namię- 
tności. 

Kiejstut jest szlachetnym rycerzem, posługu- 
jącym się zawsze tylko prawemi środkami, jest 
obrońcą niezależności Litwy, nie chcącym wcho- 
dzić w żadne układy z jej wrogiem, Elrzyża- 



— 60 — 

kami; to prawda; ale równocześnie nie groma- 
dzi on sił swego narodu, by potęgę krzyżacką 
złamać, tylko toczy wojny ze swym synowcem, 
Jagiełłą, małomównym, a chytrym, który tak 
samo jak Kiejstut nienawidzi Krzyżaków, lecz 
nie ma tej spiżowej niezłomności co stryj i go- 
tów łączyć się chwilowo z nieprzyjacielem, by 
cel najbliższy osiągnąć. Stąd działalność Kiej- 
stuta i treść utworu sprowadza się do walki do- 
mowej, wewnętrznej, rodzinnej, w której kolejno 
bierze górę jedna, to druga strona; wróg zaś ze- 
wnętrzny o tyle tylko występuje, że spóźnio- 
nemi zazwyczaj ostrzeżeniami dopomaga do wza- 
jemnego wytępiania się Litwinów. Takie zatargi 
familijne nie mogą budzić w czytelniku zajęcia 
się żywszego; nie drży on o los Litwy, lecz dość 
obojętnie śledzi przebieg zapasów. 

Chciał wprawdzie Asnyk wywołać żywszą 
kollizyą przez wprowadzenie postaci Konrada, 
niby syna Kiejstutowego, Butawta, który porzu- 
cił ukochaną Aldonę, jak Alf-Walter Mickiewi- 
czowski, by zyskawszy ufność Krzyżaków, klę- 
skę im kiedyś zadać stanowczą. Postać ta po- 
służyła poecie do wysnucia dwu scen prześli- 
cznych: najprzód przy końcu aktu I-go, gdy 
Aldona, dojrzawszy Butawta w Konradzie, przy- 
pomina mu dzieje młodości i miłości, a potem 
przy końcu aktu V, gdy Butawt daje się poznać 
swemu ojcu, zniedołężniałemu już i niezdolnemu 
do walki, ale zawsze jeszcze wyznającemu zasady 
prawe i szlachetne. Poza temi wszakże scenami, 



— 61 — 

Konrad jest osobistością bladą i na przebieg 
akcyi wcale nie wpływa. 

Prawdziwą ozdobą dramatu są trzy prześliczne 
postaci: Kiejstut, Aldona i Mary a. 

Kiejstut to wzór rycerza, dzielnego, szlache- 
tnego, pełnego wyrozumiałości i pobłażania dla 
ukorzonych^ wierzącego w dobroć ludzką; wro- 
giem on jest tylko wszelkiej obłudy i nikcze- 
mności. Ani na jedną chwilę, w postępkach czy 
w słowach nie przeniewiorza się temu charak- 
terowi. 

Aldona to natura czuła, wrażliwa, sercem wy- 
łącznie żyjąca, pełna wyobraźni i przeczuciowo- 
ści, gotowa cierpieć lata, byleby pewną była, 
że choć w oddali jest kochaną. 

Marya przeciwnie to kobieta energiczna, śmiała, 
stojąca w obronie swego męża zawsze i wszę- 
dzie, choć go inni lekceważą, choć nim pomia- 
tają. Jak Paoli w dramacie „Cola Rienzi**, tak 
Maryi dał poeta najsilniejsze słowa, gdy się 
przekonywa, że mąż jej już zgładzony. Odpy- 
cha wtedy Aldonę, z perswazyą chcącej wystą- 
pić, i woła: 

Precz ode mnie zdała! 
Precz z twą słodyczą, cichą a obłudną; 
Wszystkim wam ręce krew ofiary kala 
I mnie już więcej oszukiwać trudno. 
Ja już nie jestem, czem byłam niedawno; 
Nie jestem biedną, złamaną kobietą, 
Lecz jestem mordem, jestem złością jawną, 
Jestem zarazą — straszydłem — kometą. 



— 62 — 

I nic ludzkiego nie mam teraz w sobie, 
Odkąd jak wdowa stanęłam w żałobie 
I tylko rzeczy śnić będę okropne. 
Jak upiór ciągle wracając na cmentarz, 
Dopóki zemsty zupełnej nie dopnę 
Nad wami, zdrajcy!... 

I co zapowiedziała, tego dokona z pewnością; 
żyje odtąd tylko uczuciem zemsty. 

Styl „Kiejstuta*^ jest jednakowy w mowie 
wszystkich osób, odznacza się podniosłością, kla- 
sycznym spokojem i cichym jakimś majestatem 
bez cienia fałszywego patosu. Wiersz dramatu 
potoczysty, a wytworny. 



* 



Zastanawiającą jest rzeczą, że taki poeta zło- 
żonych stanów duszy, jak Asnyk, wprowadzał 
do swych dramatycznych utworów tylko natury 
jednolite, nie mające w głębi trudnych do zro- 
zumienia zagadek. Sądził zapewne, źe na sce- 
nie nie ma miejsca do rozwijania bogatych, - a 
skomplikowanych usposobień, że widz domaga 
się takich postaci, któreby odrazu i bez wysiłku 
umysłowego mógł przeniknąć. A naginając swój 
talent do takiego zadania, nie miał poeta pola 
do roztoczenia całej świetności fantazyi i myśli 
swojej. I jak w obrabianiu prostych motywów 
ludowych nie zabłysnął mistrzostwem, tak samo 



^ 63 — 

w utworaoh dramatycznych niektóre tylko ustępy, 
niektóre sceny stoją na wyiynach jego liryki. 
Najświetniejsze tu miejsca są te właśnie, gdzie 
przemawia uczucie, gdzie wybucha namiętność . 
(w „Cola Rienzi", w „Żydzie"., w „Kiejstucie" 
w „Braciach Lerche"; a w innym tonie w „O-a- 
łązce heliotropu"). 

Doskonale umiejąc wyrazić ironię i sarkazm, 
nie miał Asnyk werwy komicznej, nie umiał na- 
kreślić sytuacyi, któraby sama przez się pobu- 
dzała do śmiechu; wogóle nawet mówiąc, w jego 
komedyach z wyjątkiem jednej sceny między 
reporterem a Hugonowskim w „Eomedyi kon- 
kursowej <> nie śmiech, lecz uśmiech jeno powstać 
może. Subtelny umysł poety dalekim jest od 
tego nastroju, w jakim oelowal Fredro, czuć 
w nim pokrewieństwo z Mussetem, mianowicie 
w „Gałązce helio tropu" i „Przyjaciołach Hioba". 

KoUizye dramatyczne wszędzie są u Asnyka 
dobrze pomyślane, jasne, zrozumiałe; brak tylko 
w ich rozwinięciu należytego ześrodkowania; 
czasem są zamało przygotowane, jak w „Ży- 
dzie", czasem zbyt długo rozwleczone, jak w „Cola 
Rienzi", albo też nie zbiegają się w jednem ii 

ognisku idei, jak w „Kiejstucie". Asnyk, wy- 
kwintny artysta, nie lubił zwykłych scenicznych 
efektów, unikał też ich umyślnie i w jednym 
tylko „Żydzie" pofolgował sobie w tej mierze, 
przez co upodobnił ten dramat do innych współ- 
czesnych. 



— 64 — 

Wogóle poeta nasz nie ohcial mieć nio wspól- 
nego, z szablonem, jaki się w nowożytnej dra- 
matyce ustalił; każdy też jego utwór pod wzglę- 
dem sposobu pisania, pod względem obrobienia 
ma cechy odrębne. Nie ma tu figur, któreby się 
powtarzały, nie ma scen, któreby się wzajem 
przypominały; środki też wywołania wrażeń nie 
są z góry obmyślone dla efektu scenicznego, 
lecz wynikają z samej natury osnowy. Liczy 
autor wiele na domyślność czytelnika czy widza 
i nie przynagla go, by się śmiał lub rozrze- 
wniał. Zyskują też sztuki Asnyka, gdy są po- 
nownie odczytywane; za pierwszym bowiem ra- 
^em, przy wielkiej powściągliwości słowa, jaką 
się tu poeta odznaczał, nie wywołują one zazwy- 
czaj silniejszego wzruszenia. 

Proza Asnyka nie budzi podziwu; jest ona 
czysta, jasna, poprawna, szlachetna, wolna od 
wszelkiej przesady i napuszoności, wolna też od 
sztucznych kombinacyj wyrazowych i zawikła- 
nia, lecz blaskiem porównań i przenośni nie ce- 
luje. Wiersz natomiast, jak w lirykach tak w utwo- 
rach dramatycznych zachwyca — stanowi on wi- 
docznie jakby przyrodzony Asnykowi sposób 
wyrażania pomysłów. 

Nie jest twórczość dramatyczna znakomitego 
liryka naszego doskonałą; w budowie jego sztuk 
jest dużo wad technicznych (nieumotywowanie 
wyjść i wejść, częste podsłuchiwanie, powolny 
rozwój akcyi) ; ale czystość i szlachetność atmo- 
sfery duchowej, do której nas wprowadza; ale 



— 66 -^ 

artystyczna prostota dyalogu, nastrój poetyczny, 
mnóstwo głębszych mysU, nieszablonowośó w spo- 
sobie przedstawienia charakterów i syfcuacyj, — 
są to zalety, których lekceważyć niepodobna, 
które owszem z naciskiem uwydatnić należy. 



Nasza ilŁeratura dramatyczna. T.ll. 



xvni. 

Felicyan Faleński jako autor dramatyczny. 

Felicyan Medard Faleński, posługujący się 
jednem albo drugiem imieniem jako pseudoni- 
mem, urodził się w Warszawie 6 czerwca 182Br. 
wykształcenie pobierał częścią w tak zwanem' 
gimnazyum gubernialnem (w pałacu Kazimiro- 
wskim), gdzie się zeszedł z Kazimierzem Kaszo- 
wskim, częścią na Lesznie. 

W gimnazyum gubernialnem można się było 
naó wczas dobrze nauczyć łaciny i greczyzny; 
w wyższych bowiem klasach przedmioty te wy- 
kładał Aleksy Nędzyński, wychowaniec pier- 
wszego uniwersytetu warszawskiego, zamiłowany 
w literaturze starożytnej i umiejący przelać swój 
zapal w młodociane dusze słuchaczów swoich. 

„Przy jego wykładzie — powiada Kazimierz 
Kaszewski — gramatyka przychodziła niejako 
sama; ale co najważniejsza, umiał on odkrywać 
estetyczne strony języka, wydobywać na wierzch, 
razem z formą, piękności myśli, rozkoszować się 
wraz z uczniem wzniosłością pojęć, dzielnością 
zasad ludzkich i obywatelskich, napotykanych, 



^'^V 



— 67 — 

a właściwie mówiąc, wybieranych nmyilnie dla 
słachacza, w autorach. Głos mu drżał ze wzru- 
szenia, kiedy komentował niektóre ustępy z Łi- 
wiusza lub Sarbiewskiego. Nędzyński był może 
jedynym w gronie profesorów, który nie lękał 
się przekroczyć instrukoyi oficyalnej; w wykład 
swój wlewał ducha zdolnego zachęcić, przejąć 
tąż samą miłością do treści, jaką jego serce pa- 
łało. To też byle trafił na żyłkę odpowiednią; a 
uczeń jego przepadł: już on nigdy nie przest&ł 
być wielbicielem tego klasycznego piękna i tych 
studyów, jakie ze swym ukochanym mistrzem 
przebywał, i które jeszcze gdy szron zaległ na 
jego głowie, budzą w nim rozkoszne wspomnie- 
nia" („Echo muzyczne i teatralne** 1884, str. 337), 
Faleński należał do pilnych uczniów Nędzyń- 
skiego i powziął szczere zamiłowanie do świata 
starożytnego, czego dowodem stały się później 
jego prześliczne przekłady z Hezyoda, Hora- 
cyusza, Juwenalisa, jak nie mniej własne jego 
poezye zarówno w poważnym, jak w ironicznym 
trzymane tonie. To też gdy po skończeniu gi- 
mnazyum wstąpił na istniejące około roku 1846 
w Warszawie „kursą prawne**, nie pociągnęły 
go one ku sobie; zapewne chodził tylko chętnie 
na te wykłady, które w związku niejakim z lite- 
raturą klasyczną zostawały, jak np. starożytno- 
ści rzymskie. 

Potem znikł na czas jakiś z oczu kolegom 
i znajomym, oddając się niewątpliwie studyom 
nad językiem i literaturą polską, studyom, których 



— 68 — 

nie zaniedbywał zresztą nigdy przez oały dalszy 
ciąg życia. 

W lipcowym zeszycie „Biblioteki Warsza- 
wskiej ** z r. 1860 ukazał się pierwszy, o ile mi 
wiadomo, drukowany wiersz Felicyana p. t. „Tę- 
skne chłopię^, w zeszycie następnym drugi p. t. 
„Dziwne dziewczę*^, a w rok potem trzeci, bar- 
dzo znamienny, przypominający wyrażenie Ko- 
chanowskiego w „Muzie^ p. n. „Sobie śpiewam, 
nie komu". 

Tu zaszła przerwa kilkoletnia w ogłaszaniu 
drukiem utworów, chociaż nie w ich pisaniu* 
Właśnie z początku r. 1853 pochodzi pierwsza 
powiastka Felicyana p. t. „Z daleka i z bliska". 
Jest to jedyny może u nas prawdziwie humo- 
rystyczny, t. j. z uśmiechem łzami oblanym pi- 
sany, głębokiem uczuciem przeniknięty poemat 
prozą. Łukasz, po piętnastu latach służby woj- 
skowej, wraca w strony rodzinne. Kaleka o je- 
dnej ręce, zbiedzony, wychudły, zapomniawszy 
swojego języka, a nie nauczywszy się obcego, 
w nierozwiniętej swej głowie ma kotłującą się 
wciąż ciżbę myśli, to radosnych, to wątpliwych, 
to rozpacznych, których należycie wyrazić i wy- 
powiedzieć nie umie, ale które czytelnik odczuwa 
w całej ich przygnębiającej potędze. Przybywa 
do wioski i zastaje żonę... za kim innym, gdyż 
on podany był za umarłego. Nie mogąc jej na- 
mówić, by porzuciła swego drugiego męża i po- 
szła za nim, oddala się złamany, z towarzyszem 
Bwej podróży, góralem Maksymem; a nie mo- 



- 69 ~ 

gąo znieść szozęśoia innyoh, topi się wraz z uko- 
chaną swą „sobaczką", jedynym wiernym przy- 
jacielem, jaki ma pozostał. 

Nie wiele znam powieści, któreby tak silnie 
wzruszały za pomocą tak prostych środków, jak 
ta rozdzierająca historya prostaka, nie mogą- 
cego pociągnąć ku sobie niczem, prócz serca 
rozkrwawionego przez ludzi i stosunki. 

I żadna też z późniejszych nowel Felicyana, 
ohoó o wiele kunsztowniej rzeźbiona i artysty- 
cznie wyższa, nie wywarła już takiego wraże- 
nia i nie utkwiła tak silnie w pamięci. 

Felicyan jest także pisarzem dramatycznym. 
Zosta! nim w wieku dojrzałym mając lat 46, 
przygotowany do nowego zawodu oczytaniem 
się w największych mistrzach i przekładami 
z Szekspira i Wiktora Hugo. I tutaj główna 
cecha jego twórczości: artystyczna refleksyjnośó 
pozostała niezatartą, lubo nie przeszkadzała poe- 
cie ani w malowaniu strasznych położeń, ani 
w przedstawieniu wielkich namiętności, ani w roz- 
winięciu uczuó tkliwych, rzewnych, smutnych. 

Próbował autor form rozmaitych; tragiedya 
grecka, Szekspir, Kalderon, "Wiktor Hugo byli 
jego mistrzami, ale on niewolnikiem się ich nie 
stał, korzystając w sposób właściwy sobie z ich 
wskazówek. W każdym z jego dramatów mo- 
żna się dosłuchaó pewnych, czasami wyraźnych 
nawet, oddźwięków z przeszłości literackiej; ale 
każdy ma jako całość swoją fizyognomię odrę- 
bną, z ducha twórcy wynikłą. Jest w nich wszę- 



.-ro- 
dzie Felioyan poetą artystą, któremu nie chodzi 
o poklask tłumu, ale o zadowolenie przede- 
wszystkiem swoich własnych poglądów moral- 
nych i estetycznych, o picjkne, obrazowe, wy- 
kończone obrobienie tematu. Gardzi więc efek- 
tami scenicznemi, jeśliby te miały byó umyślnie 
naciągane, a nie wypływać z samej gł^bi chara- 
kterów, z samej istoty stosunków między ludźmi. 
Pilnuje się ściśle psychologii osób przez siebie 
utworzonych i konsekwentnie ją od początku 
do końca sztuki przeprowadza. Namiętności gwał- 
townych nie unika, lecz w ich oddaniu zacho- 
wuje zawsze pewną artystyczną powściągliwość 
słowa, wskutek tego chłodnym się nieraz wydaje. 
Społecznych celów nie zakładał sobie ni- 
gdy w dramatach; pragnął tylko odtworzyć ko- 
nieczne następstwo pewnych usposobień, poglą- 
dów i starć między ludźmi; a ponieważ robił to 
bez dopasowywania wyników do zamiarów, mo- 
żna z jego kreacyj, tak samo jak z życia, wy- 
snuwać wnioski najrozmaitsze, stosownie do na- 
stroju, charakteru, stopnia rozwinięcia i ukształ- 
cenia jednostki, wnioski te wyprowadzającej. 
Nie zawsze więc w dramatach Felicyana cnota 
tryumfuje nad zbrodnią; nie zawsze winni są 
ukarani. Ale nie znaczy to, żeby autor był obo- 
jętnym na zagadnienia etyczne. Umie on wy- 
stawiać zle i dobre czyny tak, iż sympatya czy- 
telnika nie może być w niepewności, do kogo 
się ma zwrócić; umie on wielkie poświęcenia 
otoczyć aureolą, bez deklamacyi. 



— 71 — 

Rozkochany jest poeta w swoich osobach; 
nie da im powiedzieć nic takiego, coby niezgo- 
dne było' z ich charakterem, lub danem położe- 
niem; ale nawet najmniej ukształoonym zmysł 
jego artystyczny nie pozwala mówić w sposób 
pospolity, powszedni; nawet błazeństwa, wypo- 
wiadane przez trefnisiów, mają u niego swoją 
oryginalność. Nie unika słów grubych, gdzie po- 
trzeba, ale niemi nie szafuje. 

Znamy dotychczas 8 utworów dramatycznych 
Felicyana. 

Naj pierwszym z nich był „Syn gwiazdy" 
(1871, Kraków) w trzech aktach prozą napisany. 
Prolog, archaicznie prosty, opowiada główne wy- 
padki, rozwinięte w dramacie. Tłem, na którem 

m 

roztacza si^ obraz, są ostatnie chwile walki Ży- 
dów z Rzymianami za cesarza Hadryana w po- 
czątkach II-go wieku naszej ery. Istotnym (nie 
tytułowym) bohaterem jest rabbi Akiba, poto- 
mek rodu Dawidowego, dumny, despotyczny, 
nawet okrutny, ceniący tylko siłę fizyczną, po- 
sługujący się fałszem i obłudą dla osiągnięcia 
szlachetnego celu — obrony niepodległości Ży- 
dów. W sercu jego, oddanem całkowicie spra- 
wie narodowej, jest jedno tylko tkliwsze uczu- 
cie. Przed laty pokochał on Hagadę, kobietę 
pełną serca, szlachetności charakteru i podnio- 
słości umysłu: duszę jej na równi ze swoją sta- 
wiał. Była bezpłodną, a on pragnął mieć syna, 
coby wiódł Izraela ku chwale i potędze. Za jej 
zgodą rozwodzi się, bierze jej krewną, która 



— 72 — 

urodziwszy Miriamę, umiera. Hagada zabiera 
Miriamę i zdała od Akiby ją wychowuje. 

Tu występuje motyw, nadzwyczaj ważny 
w rozwinięciu akcyi, ale niestety, bardzo słabo 
uprawdopodobniony. Akiba, chcąc koniecznie mieć 
syna, porywa Bereszyta, syna kowala, odzna- 
czającego się siłą nadzwyczajną i popędami żoł- 
nierskie mi, i podaje go za swego własnego. Ja- 
kim sposobem pochodzenie Bereszyta mogło 
pozostać tajemnicą najściślejszą dla Żydów, co 
mieli oczy na Akibę, jako na osobistość wyda- 
tną, zwrócone? Jakim sposobem utrzymał Akiba 
tę tajemnicę przed Hagadą przez lat kilkanaście, 
chociaż ją za duszy swej połowę uważał? Na 
te pytania nie znajdujemy odpowiedzi w dra- 
macie — i to stanowi pod względem prawdo- 
podobieństwa jego wadę zasadniczą. 

Dramat rozpoczyna się w chwili, gdy Bere- 
szyt, przezwany „synem gwiazdy" (bar Kohebi), 
wciąż jeszcze entuzyazmował młodzież, wciąż 
jeszcze zwycięsko z Rzymianami się potykał 
Do Akiby przybywa poselstwo od Rzymian, 
proponując układy. Poselstwa tego podjął się 
sędziwy Gamaliel ben Azaria, miłośnik mądro- 
ści i spokoju, przekonany, że Żydzi nie zdołają 
wywalczyć sobie bytu niepodległego. Akiba, 
w poczuciu potęgi swojej, odrzuca myśl zgody ze 
wstrętem. Ale właśnie teraz następuje zwrot, 
który ma ku zgubię poprowadzić. 

Hagada wraz z Miriamą, przybywają, bez 
wiedzy Akiby, do jego domu w Bettarze^ oznaj- 



V 



— 73 — 

miąjąo, ie ta oozekiwaó będą przybycia rycerza 
pięknego i dzielnego, którego Miriam poko- 
chała. Gdy z rozmowy zrozumii^, że tym ryce- 
rzem jest Bereszyt, musiał się Hagadzie przy- 
znać Akiba do oszustwa, a równocześnie wy- 
mógł na niej przysięgę, źe tajemnicy nie zdra- 
dzi, gdyż dla tłumu wódz Bereszyt winien po- 
zostać potomkiem Dawidowym, Pierwszy raz 
w życiu nasuwa się Hagadzie wątpliwość co do 
szlachetności mędrca, którego dotąd czciła; 
pierwszy raz smutek i zgryzota z tego powodu 
zakrada się do jej serca. Nieszczęśliwa kobieta 
postanawia jednak dotrzymać przysięgi, chociaż 
wie, źe dotknie serce Miriamy najsroższą bole- 
ścią. Akt I-szy kończy się nie szukanym, ale 
silnym efektem, gdy Bereszyt, upojony zwycię- 
Btwem i nadzieją szczęścia, przybywa do domu 
Akiby, a tu jak grom uderzają weń słowa: Mi- 
riam to siostra twoja! 

Odtąd wszystko w Bereszycie się przemienia, 
bo jego miłość do Miriamy, tak okrutnie zła- 
mana, nie jest już sprężyną jego działania. Zdo- 
bywa wprawdzie Jerozolimę, ale w postępowa- 
niu zarówno z Rzymianami jak ze współziom- 
kami okazuje się wściekłym okrutnikiem. Potem 
opanowuje go rozpaczliwe zobojętnienie; czuje 
on, że już ani kochać ani nienawidzić nie może; 
traci wiarę i w siebie i w Akibę. Równocześnie 
wszczyna się rozstrój wśród ludu; dawni zapa- 
leni zwolennicy Akiby i Bereszyta, jak np. szla- 
chetny Zahulon, gorzki^mi wymówkami rozczą- 



74 



rowanie swoje wypowiadają: Hagada błaga Akibę, 
żeby ją uwolnił z przysięgi dla szczęścia dwojga 
młodych serc, lecz zacięty starzec nie chce sły- 
szeć o tern; lad szemrze; pojawia się już za- 
miar wydania Akiby Rzymianom, oblegającym 
Jerozolimę, a chociaż Zabulon poświęceniem ży- 
cia swego zamiar ten niweczy, położenie groźne 
się nie zmienia. Rzymianie nacierają coraz sil- 
niej: Bereszyt w ostatnim wysiłku woli raz je- 
szcze staje do walki; zraniony śmiertelnie, kiedy 
już Akibie jako narzędzie stał się niepotrze- 
bnym, dowiaduje się od niego o swem rzeczy- 
wistem pochodzeniu. Akiba sądził, że wyjawie- 
niem tajemnicy zetrze w proch młodzieńca, tym- 
czasem daje mu przynajmniej chwilę radości, 
usuwając przeszkodę dzielącą go od Miriamy; 
teraz chciałby żyć dla niej, niestety, śmierć już 
nadeszła. Akiba, widząc rozbite swe nadzieje, 
spostrzegając, że zarówno Hagada jak Miriam 
skłaniają się do chrześcijaństwa jako^ jedynej 
pociechy dla swych dusz „upracowanych"; z prze- 
kleństwem na ustach w chwili gdy Rzymianie 
bramę zamkową wywalają, przebija się sztyle- 
tem. Hagada i Miriam gotowe są na męczeń- 
stwo. 

Wypadki zewnętrzne w tym dramacie służą 
tylko za pobudkę i podnietę do rozwinięcia 
walk wewnętrznych, wywołanych częściowo przez 
różnorodność stronnictw w Izraelu, a bardziej 
jeszcze przez fatalne wyniki oszustwa Akiby, 
który łamie szczęście osób najbliższych sobie, 



- 75 — 

by sztucznie podtrzymać ducha w Izraelu, i za- 
wodzi się na tern najokropniej. Wszyscy mu 
przebaczają wprawdzie, dlatego, źe kochał Ju- 
deę, ale on sam sobie nie przebacza, a ściślej 
mówiąc, nie może przeżyć zawodu, własuem po- 
stępowaniem wywołanego. On też jest prawdzi- 
wie tragiczną tutaj postacią. 

Bereszyt jest to natura mniej złożona i mniej 
pociągająca. Męstwo i dzielność fizyczna, miłość 
wyłączna — to jego cechy; umysłowość jego 
słabo rozwinięta; jako mąż czynu zanadto jdet 
ozułostkowym; nie może znieść cierpienia, choćby 
tak jak Miriam. Co prawda znowuź, to w kobie- 
tach (Hagadzie i Miriam) Mnęcej widzimy zdol- 
ności do rozumowania niż uczuciowości. Ładną 
jest postać ben Jonatana, który kochał Hagadę 
bez wzajemności, w smutku swoim szukał uko- 
jenia u mędrca Gamaliela, a gdy ten umarł, 
wątpiąo przy zgonie, czy w życiu dobrą poszedł 
drogą, udaje się pod Jerozolimę, by jej. bronić 
wraz ze współbraćmi, choć ani w Akibę, ani 
w zwycięstwo nie wierzy. Inne poboczne figury 
nie wiążą się ściśle z akcyą, służą tylko do dya- 
lektycznego, źe tak powiem, uwydatnienia osób 
głównych, ich nastrojów i poglądów. Występują 
oni w epizodzie, przewlekającym działanie, w epi- 
zodzie sądu nad jeńcami. Wypowiada tu zobo- 
jętniały już na wszystko Bereszyt swe pessymi- 
styczne przekonanie, że śmierć jest od życia le- 
pszą. Festus Rzymianin, natura prosta, żołnier- 
ska, przeszedł na stronę Żydów, dlatego, że się 



76 



bili za wolność, ale się zawiódł w nadziei, bo 
ujrzał, źe ta wolność, tak samo jak despotyzm, 
jest „bezmyślna i zwierzęca"; więo życie ma 
zobojętniało. IJryel chrześcijanin dobrowolnie 
oddaje się Żydom, ponieważ wszyscy jego kre- 
wni zostali wymordowani; on sam, wierząc sil- 
nie w Opatrzność, spokojnie oczekuje swego losu. 

Co do wartości dramatycznej poszczególnych 
aktów, największą ma pierwszy (Akiba); drugi 
(Bereszyt) jest rozwlekły, choć ma ładne ustępy; 
trzeci (Miriam) — najsłabszy. Z tego widzimy, 
źe stopniowanie wrażeń nie zostało harmonijnie 
przeprowadzone. W sposobie traktowania obfi- 
tość przenośni, mowy obrazowej przypomina 
Szekspira, lecz rodzaj tych przenośni ma raczej 
podobieństwo do stylu Wiktora Hugo, zróżnicz- 
kowanego dążeniem do zachowania pewnych 
cech dykcyi wschodniej. 

Drugi utwór dramatyczny Felioyana tragie- 
dya „Althea" (w „Bluszczu" 1876, Nr. 13—17) 
ma znamiona stj^lu greckiego zarówno w budo- 
wie, jak i w duchu po części. Tak jak tragiedye 
greckie, składa się ona z ^parodosu", „epejśo- 
dyów" (których jest trzy), „stasimów", „chóru" 
i „egzodosu". Strofy chóru (rymowane) są uło- 
żone doskonale na wzór greckich; w dyalogu 
użył poeta nie jambów, lecz trochejów. Starał 
się o plastykę wyrażenia, nietylko w rozmowach, 
lecz nawet w śpiewach chóru. I, w pojęciu tra- 
giczności bardzo bliskim tu jest Greków Feli- 
cyan; koniecs^ność włada ti; wypadkami; ta 



— 77 - 

wszakże zachodzi od pojęcia greckiego różnica, 
że ją sprowadzają namiętności ludzkie w konse- 
kwentnym rozwoju swoim. Naprężenie tych na- 
miętności jest niespokojniejsze, rozpaczliwsze 
aniżeli w poezyi greckiej. Pessymizm w ocenie 
wartości życia wydatniej e silnie. Bohaterka wdta 
do Chóru: ,,Przeklęci! o bodaj wam wieczne za 
to życie!" 

Jest to tragiedya egoizmu miłości macie- 
rzyńskiej. Althea, gdy syn jej Meleager liczył 
siódmy dzień życia, siedziała j, wpatrzona w trza- 
skającą wśród ogniska żagiew"; wtem weszły 
Parki, a jedna z nich, Kloto, rzekła: „Patrz! 
w tej skrzącej głowni życie twego jedynaka 
płonie; w miarę jak ją trawi ognia żądza, z sił 
żywotnych wytli się on zwolna, aż bez cierpień 
w twych objęciach skona". Althea zgniotła 
w dłoni żar zabójczy i zapewniła nieśmiertel- 
ność synowi poty, dopóki sama zechce; głownię, 
rękojmię życia Meleagra, chowa w złotej skrzynce. 
Meleager wyprawił się właśnie wraz z wujami 
i branką, dzielną królową amazonek, Atalanta, 
przeciwko strasznemu odyńcowi pustoszącemu 
Kalidon. 

Tragiedya rozpoczyna się sceną, w której 
Chór,' zaniepokojony długą nieobecnością króle- 
wicza, modli się do bogini łowów, Dyany. Al- 
thea, czując się równą bogom, drwi z tych mo- 
dłów; wtem występuje wieszczka czy raczej 
zmora Empuza, bawiąca od pewnego czasu w Ka- 
lidonie, przybywszy niewiadomo skąd, uosobię- 



- 78 — 

nie obojętności na wszystko i zwątpienia; nie 
może ona kochać, ani nienawidzieó, a coś ją 
zmusza do wygłaszania wieszczb posępnych: 

Myśl? o, któż mi kiedy 
Przy mnie ją przytrzyma, lub cłioó opamięta! 
Chęć? — O, gdybym własną wolę choć na chwilę 
Mogła mieć ! — lecz próżno ! Równie dniem jak nocą 
Wypoczynku nie znam. Od bladego rana 
Nigdy niestrudzoną siłą wskroś targana 
Miotam się bezwiednie, jak pajęcza przędza, 
Którą tchem szalonym wiatr niemiłosiernie 
Poniewiera niosąc — i przez głóg i ciernie, 
Zdarta w szmaty drżące dalej gdzieś przepędza... 
O nic nie dbać, wszystko wiedzieć, wszystko znać, 
Czytać równie w blaskach słońca przeraźliwych, 
Jak w drętwiących dreszczem czarnych snu otchła* 

[niach, 
Opadnięty z szat widzieć wszędzie świat, 
W nic ufania nie mieć... Ale nadewszystko 
Nic nie kochać! nic nie kochać! nic nie kochać! 



Otóż ta Empuza budzi w duszy Altbei stra- 
szną dla niej myśl, ze syn mógłby się wyrzec 
miłości matki dla niewolnicy, Atalanty. Przyby- 
cie amazonki ze skórą i łbem zabitego odyńoa 
wywołuje wściekłość w Albhei; nio wszakże prze- 
ciwniczce swoje zrobić nie może, gdyż Melea- 
ger obdarzył ją wolnością. Pragnie więc upoko- 
rzyć ją przynajmniej, twierdząc, iż syn wzgar- 
dził miłością narzucającej się branki, ale sama 
zostaje boleśnie upokorzoną dumnemi a chło- 
dnemi słowy Atalanty, że to ona wzgardziła. 



t— 



— 79 — 

TJczaoie zgrozy szarpie łonem matki, która je- 
dnak udaje spokój, gdy Łowiec z gór przy- 
bywa i opowiada, jak Maleager pokonawszy 
dzika, rozesłał trofea pod stopy Atalanty, o oo 
wszczął się spór między królewiczem a wujami; 
wujowie polegli, a Meleager ma podążyć za 
amazonką. W strasznem wzburzeniu Althea wrzuca 
owę starannie przechowywaną głownię w ogień 
na ołtarzu; w tej chwili chce ją stamtąd wyr- 
wać, ale już zapóżno; chce się zabić, lecz po 
namyśle postanawia się ukarać — życiem, które 
będzie dla niej stokroć cięźszem od zgonu. 

Pomimo, że temat bardzo jest oddalonym od po- 
jęć naszych, artystyczne wykonanie sprawia, źe 
tragiedya wywołuje silne wrażenie. Doskonałą 
całością nazwać jej jednak nie można, gdyż 
ostatni epejsodyon zbyt gwałtownie podąża ku 
zakończeniu, a niektóre zawiłości w wyrażeniach 
nie czynią sztuki dość przejrzystą. 

W r. 1884 na konkursie dramatycznym war- 
szawskim, drugą (i jedyną wtedy) nagrodę otrzy- 
mała trzyaktowa tragiedya Felicyana p. t. „Flo- 
ry nda**, wspaniały, pełny poezyi obraz Hiszpa- 
nii w VIII wieku naszej ery. Rozhukane na- 
miętności, mordy, pożogi, zdrady, przewrotność 
i cynizm, a obok tego pobożność do mistycy- 
zmu skłonna' rozwijają się tu na tle historyi 
Floryndy, córki hr. Juliana, który mszcząc się 
zniewagi osobistej, sprowadził wrogów (Maurów) 
do swej ojczyzny. Szczegółowo tej pracy nie 



— 80 -^ 

rozbieram, gdyż dotyohozas ani graną, ani dra* 
kowaną nie była. 

Najwiąkszem wykończeniem artysty oznem od- 
znacza się dramat pięoio^aktowy p. t. ^Królowa^ 
(drukowany w „Ateneum**, 1888, t. I). Bohaterką 
tytułową i rzeczywistą jest Jadwiga. Poeta 
uwydatnił w jej osobie przyzwyczajenia na dwo- 
rze węgierskim do życia wesołego, wytwornego, 
uduchowionego poezyą. Przybywszy do Klra- 
kowa, wydawała się z pozoru „płochą, ciekawą 
wrażeń, chciwą życia". A jednak w tej IB-le- 
tniej dziewicy myśl poważna o potrzebie chleba 
dla ciała i dla duszy ludu przebłyskuje. Nie od- 
razu naturalnie myśl ta się ustala; pragnienia 
młodocianego serca silnie w Jadwidze tętnią, a 
wszelki opór, wszelkie niespełnienie jej woli 
drażni ją, gniewa, do kaprysów nawet dziecin- 
nych pobudza. Poeta bardzo subtelnie wsącza 
w jej duszę wpływy osób otaczających, miano- 
wicie energicznej i ukształconej Nawojki, za- 
mężnej z Litwinem, oraz rozważnego, lecz i uczu- 
ciowego Dymitra z Goraja; mimo to pierwszą 
myśl wzmożenia siły państwa przez związek 
z Litwą samej Jadwidze przypisuje. Pięknie 
przeprowadził Felioyan stopniową psychiczną 
przemianę w duszy bohaterki, której uczucia 
osobiste z widokami dobra ogólnego walczyły. 
Chłodnie najprzód względem Wilhelma z po- 
wodu jego buty i lekceważenia Polski jako kraju 
barbarzyńskiego; potem podrażniona oporem pa- 
nów rady, gotowa pójść przebojem, ale w końcu 



— 81 - 

gdy odkryto stosunki Wilhelma z Krzyżakami 
na zgubę' Polski, sama, dobrowolnie, przystaje 
na związek z Jagiełłą. Całe jej zachowanie 
(prócz popędliwyoh i troohę gminnych dów do 
trefnisia w chwili rozdrażnienia) jest rozumne 
i pełne godności; w jej mowie nieraz są myśli 
głębokie i pięknie wyrażone. A i strona uczu- 
ciowa zaniedbaną nie jest. Jej postępowanie 
zrozumiałem jest psychologicznie od początku 
do końca tak, że mu nic zarzucić nie można, 
ani gdy wyprawia biesiadę z Wilhelmem w klar 
sztorze franciszkańskim, ani gdy odpowiada pa- 
nom radnym, ani gdy sama nad sobą rozmyśla 
i do Matki Boskiej gorące modły zanosi, ani 
gdy tłumi w swem sercu uczucia indywidualne 
i całkowicie dobru kraju chce się poświęcić. 
Biozmowa jej z Ofką, która chwilowo zadurzyła 
się w rycerzu niemieckim Isemburgu, lecz nie 
przestała byó Polką i pragnie na ziemi swojej 
pozostać, dobrze została pomyślana i przepro- 
wadzona; rozjaśnia ona Jadwidze własne jej po- 
łożenie i utwierdza w postanowieniu, jako przykład 
bezpośrednio z życia wzięty. Jadwiga Felicyana 
nieporównanie wyższa jest psychologicznie i arty- 
stycznie od Jadwigi Szujskiego; rośnie, potę- 
żnieje przed nami w dramacie i coraz sympa- 
tyczniejszą się staje. 

Po Jadwidze najlepiej artystycznie obro- 
bioną postacią jest jej trefniś Pies, towarzyszący 
swej pani od samego dzieciństwa, kochający ją 
duszą całą, ukrywający uczucie głębokie pod 

^laaza literatura dramatyczna. T. II. 6 



— 82 — 

szatą żartu, dowcipu lub błazeństwa. Jego roz- 
mowa z Jadwigą w chwili przełomowej, kiedy 
dziewica królowa cierpiała najsrpżej, przypo- 
mina rozmowę Pazia z Maryą Stuart u Sło- 
wackiego, chociaż jest wykonaną zupełnie sa- 
moistnie; jest to jedyne miejsce silnie wzrusza- 
jące. Pies ma bardzo rozległą rolę w utworze 
i zawsze wywiązuje się z niej doskonale. 

Trzecie miejsce co do obrobienia artysty- 
cznego naznaczyłbym Nawojce, dzielnej, ener- 
gicznej niewieście, przywykłej do panowania 
nad mężczyznami i do pochlebstw z ich strony, 
w miarę zalotnej, umiejącej znaleźć słowo do- 
tkliwe, gdy kto nie w myśl jej przemawia i działa. 
Sama siebie wybornie odmalowała, mówiąc: 



Przywiodłam sobie męża z leśnej kniei. 
Ten nie przemocą wziął mię, lecz pokorą. 
Bywało, kniaź mu ledwie karku nagnie — 
Dziki był — jam go wnet zmieniła w jagnię. 
Kożuchem owczym cuchnął i rogoża, 
Dziś kwitnie wonny swą dziarskością hożą 
Z mojej naprawy. Odtąd, męskie żądze 
Tam wieść na pasku zwykłam, gdzie jest, sądzę. 
Korzyść — i takim, ku rycerskiej chwale. 
Nic niekosztownych łask nie szczędzę; — ale 
Wara od mego serca I 



Inne osoby dają się scharakteryzować kil- 
koma słowy. Wilhelm — wytworny, rycerski, 
zamiłowany w poezyi, ale butny i wzgardliwy, 
nie ma prawdziwego, szczerego uczucia. Jego 



— 8B — 

lutnista Suchenwirt składa chłodne i wyszukane, 
na wzór Petrarki, sonety i trochę naturalniej sze 
madrygały. Grniewosz z Dale wio to chytry dy- 
plomata, we wszystkiem szukający własnego 
tylko pożytku. Dymitr z Goraja jest poważnym 
starcem, rozumiejącym wszakże uczucia młodo- 
ciane, bo stracił córkę w wieku Jadwigi. Do- 
biesław z Kurozwęk — ścisły wykonawca prawa, 
Jaśko z Tęczyna — szorstki trochę i szyderczy 
rycerz. 

Sceny tłumne w I-ym akcie są bardzo do- 
bre (przegląd kandydatów do korony przez Pie- 
ria i gawiedź przypomina „Babie koło** Gro- 
chowskiego), lubo od pospolitego realizmu dale- 
kie; zmienność usposobienia gawiedzi, dającej 
się porwać jaskrawemi barwami, uwydatniona 
doskonale. Kompozycya jest tak spójna i tak 
harmonijna, jak w żadnym innym dramacie Fe- 
li cyana. 

Wiersze są miarowe, kiedy malują nastrój 
średni; wszelkie żywsze uczucia objawiają się 
rymami; pospolite mowy wyrażone są jędrną 
prozą; dramat kończy się prześlicznemi tercy- 
nami, w które poeta ujął ostateczne postano- 
wienie bohaterki. 

Najnowszą pracą Felicyana jest trylogia pod 
ogólnym napisem: „Gród z siedmiu wzgórz w le- 
gendzie wieków", wydana w Krakowie r. 1896 
jako pierwszy tom zbiorowego wydania „Utwo- 
rów dramatycznych" (str. 164). 

Każdy z trzech dramatów odtwarza jakąś 



— 84 — 

ważną i pamiętną chwilę dziejową, a wszystkie 
trzy razem dają poznać początek, potężny wzrost 
i smutny rozkład potęgi rzymskiej. 

Pierwszy z rzędu, p. t. „ Juniusz Brutus" — to 
wspaniały moment walki budzącego się poczu- 
cia republikańskiego z dogasającą w samowoli 
i okrucieństwach władzą ostatniego króla, Tar- 
kwiniusza Pysznego (nazywanego przez Feli- 
cyana Wyniosłym), W osobie tytułowego boha- 
tera chciał wystawie poeta rzymską bezwzglę- 
dność i zaciętość w dążeniu do obranego celu, 
którym jest uwolnienie grodu ojczystego od ty- 
ranii człowieka, co nie dobro kraju, lecz własne 
swoje zachcianki miał na widoku. 

Juniusz Brutus, jedyny z rodu, ocalały z rzezi, 
dzięki przywiązaniu synka Tarkwiniuszowego 
Sekstusa^ od lat dziecinnych zaprawiał się do 
ukrywania swych myśli i uczuć, udając jąkałę 
i głupca, by nie zwrócić na siebie podejrzli- 
wych oczu królewskich. Gdy nadeszła chwila 
działania, poświęca on przyjaciół i nieprzyjaciół 
zarówno, ażeby, uśpiwszy czujność Tarkwiniu- 
sza, pozyskać zaufanie ludu i władzę nad woj- 
skiem. W walce z uczuciami własnemi nie waha 
się prawie ani na chwilę, korzysta ze wszystkiego, 
nawet z bezbrzeżnego poświęcenia kochającej 
go Tanakwili, nawet z zaufania, jakiem go da- 
rzy towarzysz dzieciństwa, Sekstus. Co więcej, 
tłumi w sobie niechęć do Kollatyna, lubo ten 
przy pomocy Tarkwiniusza, jego ukockaną Lu- 
krecyę wziął sobie za żonę, a ti!umi dlatego, że 



— 86 - 

uważa KoUatyna za jedynego człowieka, któ- 
remu wolność Rzymu jest drogą, za jedynego, 
z którym ręka w rękę, śmi^do, bez obawy zdrady, 
iść może ku celowi, wypełniającemu całkowicie 
jego duszę. 

Ozy ten przedstawiciel surowej „cnoty", to 
jest dzielności rzymskiej, zawsze budzi sympatyę 
w czytelniku? Nie, są chwile, w których podzi- 
wiamy jeno na chłodno stałość jego duszy, nie 
dającej się zachwiać uczuciu przyjaźni, litości, 
poświęcenia; czasami musimy sobie powiedzieć, 
że trudno nam odgadnąć istotną pobudkę jego 
krwawych czynów, dokonywanych zazwyczaj po- 
średnio; żal nam Tanakwili, której piękna po- 
stać na krótko się tylko ukazuje; żal nam Pro- 
kulusa, który, kochając Tanakwilę, szedł za jej 
skinieniem ślepo; żal nam sędziwej O kryzy i, któ- 
rej syna zimno poświęcił Brutus, chociaż o jego 
prawości nie wątpił. 

Nie, sympatycznym bohater ten nie jest, 
chociaż wielkości odmówić mu nie można, gdy 
nietylko wygłasza bezwzględne zasady, ale też 
i bezwzględnie postępuje. 

„Bogowie! — woła on — dajcie mi panem 
siebie być; precz odemnie ziemskie uczucie 
wszelkie! Anim kochał, ani nienawidzę. Sam je- 
den byłem i sam jeden jestem... Feniks, odra- 
dzający się w dobrowolnych ognia męczarniach, 
żywym jest duszy mojej obrazem. Sam jeden, 
samego siebie ojciec, syn samego siebie, wiel- 



— 86 — 

kiej chwały kapłan niepożyty, moim on mi- 
strzem". 

Sam autor nie podziela, jak się zdaje, zasad 
swego bohatera, gdy za zdeptane uczucia uka- 
zuje mu (przez usta Arunsa) widziadło jego po- 
tomka, ginącego w rozpaczy pod Filipami i po- 
czytującego „cnotę" za fraszkę. Szkoda, że to 
widzenie ma Aruns, jeden z synów Tarkwiniu- 
szowych, a nie jakaś inna szlachetniejsza oso- 
bistość. W ustach lichego człowieka przepowie- 
dnia ta traci połowę wartości swojej. 

Akcya drugiego z kolei dramatu p. t. „Sofo- 
nisbe" przenosi nas do Kartaginy, w czasy wy- 
praw Hannibala na Rzym. Poznajemy tu mało- 
duszne kupieckie społeczeństwo , frymarczące 
wszystkiem, byleby złota zebrać jaknaj więcej. 
Są tu sceny żywo i znamiennie kreślone; sza- 
chrajstwa i nikczemności egoistyczno -handlar- 
skiego nastroju poeta w nich odmalował, biorąc 
oczywiście wzory ze stosunków dzisiejszych, ale 
kolory żując je odpowiednio do znanych szcze- 
gółów dziejowych. 

Sofonisbe kocha Hannibala, który zresztą przez 
cały ciąg akoyi jest w dramacie nieobecny, ale 
przez swojego posłańca kieruje wolą i postano- 
wieniami bohaterki. Świadoma jest ona swego 
położenia; wie, że uczucie jej odwzajemnionem 
nie będzie i w tem widać jej podobieństwo do 
Tanakwili; wie, że w sprawach swej kupieckiej 
ojczyzny musi być towarem, który jej spółziom- 
kowie odstąpią więcej dającemu, t. j. takiemu. 



— 87 — 

co Kartaginie zapewnić będzie mógł pomoc sku- 
teczniejszą. Smutną więc jest i szuka uczucia 
bezinteresownej przyjaźni, jaką znajduje w nie- 
wolnicy Greczynce, pięknej Ohloi; obdarza ją 
wolnością i pozyskuje w niej wierną i oddaną 
sobie całkiem towarzyszkę, z którą może swoje 
myśli podzielić. Znajduje też jeszcze jedno szczere 
uczucie w Simounie, pretendencie do tronu nu- 
midyjskiego, a ta pewność, że na serce i po- 
święcenie dzielnego młodzieńca liczyć może nie- 
zachwianie, osładza jej los, który innym jak tra- 
giczny być nie może. 

Kartagińczycy, opuszczający swoich wodzów 
przez sknerstwo, doznają klęsk ciągłych; Rzy- 
mianie, podniósłszy się po kanneńskiej przegra- 
nej, są pewni zwycięstwa i umieją dyktować 
srogie prawa omdlałym i bezradnym. Sofonisbe, 
oddana niby w małżeństwo pozornemu sprzy- 
mierzeńcowi Kartaginy, ale w rzeczywistości 
uległemu już Rzymowi Masynisie, zginąć musi 
od trucizny podczas uczty weselnej. Ohloe sama 
sobie sztyletem śmierć zadaje. Cała odsłona piąta 
jest prześlicza; najpiękniej tu drga strona uczu- 
ciowa. 

Rzym reprezentują w tym dramacie dwie 
tylko osoby: Concordia, wzięta do niewoli i przez 
lud kartagiński rozszarpana, oraz Leliusz, kieru- 
jący całą ową ucztą weselną, co się śmiercią 
lub upokorzeniem Kartagińczyków i ich sprzy- 
mierzeńców kończy. Pomimo tak szczupłej ilo- 



— 88 — 

śoi osób ze świata rzymskiego, znać ta całą 
wielką — choć ukrytą potęgę Bomy. 

Potęga ta cieniem jest już tylko w drama- 
cie „ Ataulf*. Najprzód Bzymian prawdziwych już 
tu niewiele; przemagają mieszańcy. ^Onota** 
rzymska, t. j. dzielność się ulotniła; jej miejsce 
zajęło niedołęstwo ciała i niedołęstwo ducha, 
objawiające się w mozolnem struganiu wierszy 
(Attalus, Eustacias, Febadius), lub też przewro- 
tność, posługująca się sofizmatami wymowy 
(Constantius). Kobiety, pretensyonalne i zaufane 
w swoją wyższą kulturę, śmieszną tylko odgry- 
wają rolę (Eufrazya, Gaja Apicata, Fastrada). 

Jest wszakże między niemi jedna, siostra ce- 
sarska, Galla Placydya Augusta, której majestat 
zewnętrzny i wewnętrzny budzi cześć niewolni- 
czą w duszy nieukształoonego wodza barbarzyń- 
ców, Ataulfa. Efektowna to (i nietylko teatralnie) 
scena, kiedy ten barbarzyniec, pogardliwie tra- 
ktujący wszystkich, gburowaty względem wy- 
gadanych kobiet rzymskich, nagle w okupieniu 
zgina kolano przed Placydya, przeciągającą 
w milczeniu wraz ze swoim orszakiem przed 
jego olśnionemi oczyma. Nie śmie on na chwilę 
marzyć, żeby Placydya go pokochała, lecz dla 
^i^j gotów zawsze życie swe położyć. To też 
siostra cesarska pierwsza mu rękę swoją ofia- 
ruje i ma w nim aż do zgonu obrońcę nieustra- 
szonego, pragnącego tron jej w Galii zbudować. 
Dopiero po jego śmierci doznaje iPlaoydya całej 



— 89 — 

goryczy zawiohrzonych, rozkładających się sto- 
sunków państwa rzymskiego. 

Obok Placydyi bardzo ładną i sympatyczną 
postacią jest wieszczka gallijska Gwendolen, 
przebywająca w sferach nadobłocznych i chcąca 
wznieść w nie Dun - Glana, zakochanego w niej 
całą duszą i dokazującego cudów walecznoóci, 
ażeby stać się godnym ubóstwianej kochanki, 
w której ziemskiego nic prawie nie ma. Para 
ta jest poetycznem upostaciowaniem podniosłego 
wpływu, jaki wywierać może wyższy duch nie- 
wieści na udoskonalenie ducha męskiego. 

Wszystkie trzy dramata zbudowane są je- 
dnakowo; dzieli się każdy na 5 odsłon; w ka- 
żdej od^onie jest już ściśle zachowana jedność 
miejsca i czasu; każda ma swój oddzielny na- 
pis, wzięty z imienia osoby, która najwydatniej 
tu występuje. Dramata pisane są jędrną prozą; 
tu i owdzie tylko wedle treści sztuki są wple- 
cione pieśni lub wogóle wiersze. Charaktery są 
przeprowadzone przez ciąg akcyi z wielką kon- 
sekwencyą, wahaniom i rozwojowi już nie ule- 
gają i są sobie wierne od początku do końca. 
W umotywowaniu dzi^dania, z małemi wyjątkami, 
czytelnik jest w zgodzie z autorem. Ażeby mo- 
gfy wywrzeć potężniejsze wrażenie, musiałyby 
te dramata mieć więcej pierwiastku namiętnego; 
uczucie w nich jest, ale nie takie, żeby porywało. 

Wspomnieć też trzeba o mało znanym „dro- 
biazgu dramatycznym**, a raczej jedynej druko- 
wanej komedyjce Felicyana p. t. „Tam i z po- 



~ 90 — 

wrotem" (ogłoszonej w „Echu muzycznem i tea- 
tralnem" r. 1889 NNr. 276—279). Węzeł intrygi 
jest wyszukany: rzecz bowiem dzieje się w mie- 
ście, w którem jednocześnie znajdują się dwa 
cyrki: niemiecki i francuski: jeden się pali, a 
w drugim tegoż samego dnia zakazane było 
przedstawienie z powodu zbyt naturalistycznego 
programu. Dwie niby przyjaciółki dooinające so- 
bie wzajem: zamężna Ijaura i kapryśna panna 
Helena, której wbrew narzeczonemu zachciało 
się być w cyrku, wywołują zamieszanie, o mało 
co niezakończone groźnie. Laura, przekonana 
zarozumiale, że narzeczony Heleny w niej się 
kocha, prosi go, by kupU; dla niej lożę, mężowi 
zaś powiada, że chce pójść do cyrku, bo tam 
będzie jej przyjaciółka ze Zdzisławem. Mąż, 
lubo niechętnie, zgadza się zrazu, ale zbunto- 
wany przez swego bogatego wuja chwyta się 
półśrodka, bo wysyła żonę do cyrku wraz ze 
Zdzisławem. "Wuj gani ten środek i obudzą po- 
dejrzenie co do Zdzisława. Rozchodzą się szu- 
kać Laury, która tymczasem znalazła się w bar- 
dzo trudnem położeniu, bo z powodu spalenia 
się cyrku jednego, a zakazu reprezentacyi w dru- 
gim, narazić się mogła, chodząc sama ze Zdzi- 
sławem, na niesławę. Chwyta się tedy nader ra- 
aykalnego środka: proponuje Zdzisławowi wspól- 
ną ucieczkę, ale zawodzi się gorzko, bo Zdzi- 
sław kocha narzeczoną. Helena, która nadbiegła 
niespokojna o Zdzisława, obiecuje ją wobec 
męża całkowicie oczyścić. Jakoż przy pomocy 



— 91 — 

wuja udaje się to szczęśliwie, chociaż czytelnik 
musi sobie powiedzieć, że Laura w myślach za- 
bmęła już zbyt daleko, ażeby można spokojnie 
uwierzyć w pogodne rozwiązanie. 

Ruchu w tej komedyjce jest dużo, dowcipu 
sporo; rozmowy naturalne, ale stylowo bardzo 
ładne. 

Jak w poezyach swoich, tak i w dramatach 
Felioyan jesfc przede wszy stkiem wirtuozem for- 
my; jakąkolwiek obierze, jest jej panem. Wido- 
cznie nad każdym utworem pracuje starannie 
i wytrwale, jak niezmordowany artysta, który 
każdy szczegół pragnie jaknajpiękniej wykoń- 
czyć. Może nawet ta nadzwyczajna dbałość o 
formę przytłumia nieraz gorętsze, namiętniejsze 
wybuchy uczucia i namiętności; powściągliwość 
stylu i jego wykończenie podobać się może 
smakoszom literackim, ale dla ogółu pożądanym 
byłby mniej wytworny, lecz bardziej bezpośre- 
dni wyraz wzruszenia. 

Dodać w końcu winienem, że Faleński był 
przez czas jakiś feljetonistą i krytykiem, a za- 
wsze się odznaczał smakiem wyrobionym i wy- 
kwintnym. Jego studyum nad ^jTrenami'' Jana 
Kochanowskiego, jak niemniej charakterystyka 
twórczości poetyckiej Sępa Szarzyńskiego należą 
do cennych nabytków w naszej krytyce estety- 
cznej. On też pierwszy nas zaznajomił z dziwa- 
cznemi często, lecz oryginalnemi i wstrząsaj ą- 
cemi utworami amerykańskiego fantasty: Edgara 
Poe. Wyrobiwszy język na wzorach staropol- 



— 92 ~ 

Bkioh, przyswoU sobie dawną jędrnośó, a równo- 
cześnie rozczybojąo się w arcydziełach mistrzów 
europejskich, nabrał subtelności i wytwomości 
tak, że styl jego stal się jemu tylko właściwym. 
Może on razić czytelników pospolitych, przy- 
zwyczajonych do sieczki dziennikarskiej, ale bu- 
dzić będzie podziw znawców sztuki wypowia- 
dania swych myśli za pomocą słowa, wiedzą- 
cych, że do rzeczy najtrudniejszych należy — 
zdobycie sobie stylu oryginalnego ^). 



*) Po wydrukowaniu już powyższego ustępu, ukazał 
się tom drugi „Utworów dramatycznych Felicyana" 
(Kraków, str. 130), w którym mieszczą się trzy dra- 
maty: „Althea", „Florynda" i „Franczeska z Rawenny" 



~ir^ 



XIX. 
Dramaty Kazimierza Glińskiego. 

Pierwszym utworem dramatycznym tego po- 
ety byK „Obłąkani" (1882). W dziele tern są sy- 
tuącye istotnie i wysooe tragiczne; charaktery 
tylko do wyżyn tragiki nie dorosły. Autor jest 
prawdziwym poetą w znaczeniu romantycznem; 
umie tęsknić, marzyć, wybuchać namiętnem uczu- 
ciem dobrem lub złem; ale może źle mówię: 
umie, bo to nie jest umiejętność, to bezświa- 
domy wypływ usposobienia, które nie dozwala 
być czem innem jak sobą zawsze i wszędzie. 
To usposobienie stwarza sceny wysokiej piękno- 
ści, ale wyradza również w twórczości, zwłaszcza 
dramatycznej, strony ujemne, od usposobienia 
takiego nieodłączne. 

Główny bohater Gustaw jest dalekiem echem 
bajronizmu. Z natury miękki, wrażliwy, wybu- 
chowy, do chwilowego wytężenia energii po- 
chopny, ale do powolnej, wytrwałej działalno- 
ści niezdolny, wychowany był od dziecka przez 
sceptyka, nikczemnika, który zapuszczał w du- 
szę wychowanka jad niewiary i rozczarowania, 



— 94 - 

ukazując mu życie z ciemnej jedynie strony, 
tak, że młodzieniec ^na chmumem niebie nie 
ujrzał błękitu, na obłooonej ziemi róż nie uj- 
rzał'*. Stracił wiarę, a nie nabył rozumu i wie- 
dzy, serce częścią roztkliwił, częścią obrudził 
w życiu lekkomyślnem i rozpustnem. W głębi 
jednak ma on popędy szlachetne, będące wszakże 
popędami tylko, a nie świadomemi siebie zasa- 
dami, któreby wolę zahartować mogły. Miał on 
w sercu jedyną świętość, którą czcił i kochał. 
Świętością tą była matka. Spodziewa się właśnie 
jej przyjazdu po długiej niebytności w domu; 
kazał oświetlić pałac, przybrać go świątecznie. 
Wtem nagle zmienia rozkazy; na nowe jego 
słowo pałac pogrąża się w ciemności. Ce było 
tego powodem? Dowiedział się przypadkiem, że 
ta świętość, którą czcił i kochał, świętością nie 
była, że sponiewierała honor męża, opuściła 
syna, by się oddawać miłostkom z owym na- 
uczycielem Gustawa, Eogierem, synem wyro- 
bnika, nędzarza, co jak płaz wcisnął się nie- 
gdyś do spokojnego domu, by powoli poprzez 
upokorzenia zawładnąć duszą Amelii, matki Gu- 
stawa, zatruć ostatnie chwile życia jej męża 
i upokarzać następnie swoim stosunkiem — ko- 
chankę. Wiadomość ta była strasznym dla Gu- 
stawa ciosem, który jednak nie wykrzesał z jego 
duszy iskry czynu, gdyż dusza ta była za miękka. 
Jak Hamlet, sam nie wie, co robić ma z matką 
wyrodną i jej spólnikiem; różne zamiary prze- 
latują przez mózg, nie zatrzymując się tu na 



— 95 - 

dłużej; miloząoa pogarda i słówka zatrute, a je- 
dnak niewyraźne przy powitaniu — oto wszystko, 
na co w chwili stanowczej się zdobył. Rogier 
tymczasem, jako zaprawiony do czynów zdra- 
dzieckich, potrafił uwikłać w sieci frazeologicznej 
umysł Gustawa, a na jego serce zastawił sidła 
przy pomocy pewnego bigota, który z powierz- 
chownem naboźeńsstwem doskonale łączyć umie 
nikczemne praktyki. Gustaw spotyka piękne, po- 
etyczne w prostocie swojej i naiwne dziewczę, 
które urokowi jego postaci i czarowi jego głosu 
nie umie i nie może stawić oporu. Zawisła na 
ustach Gustawa „jak mała pszczółka na listku 
dziewanny, chciwa słodyczy"; nie uważała tego 
za rzecz złą, bo „gdy motylowi wolno miód wy- 
pijać z kielichów lilii", to jej można — jak po- 
wiada sama — „z ust kochanka brać pocałunki, 
które nad miód słodsze, a każą drżeć mi nie- 
znaną rozkoszą, jakbyś nie w usta całował, lecz 
w serce". 

Sielanka ta, opisana cudnie, jak mało komu 
dzisiaj się udaje, trwała krótko. Nastąpiły wy- 
rzuty sumienia u Gustawa, niepokój w sercu 
Haliny. Gustaw, przygnębiony moralnie, osła- 
biony fizycznie, znajduje słowa pociechy, radę 
zdrową i pomoc dzielną w osobie starego sługi, 
prostego, poczciwego szlachcica, który w miarę 
wikłania się sytuacyi rośnie na bohatera. Pan 
Jacenty zapisujący kroniczkę swoich czasów 
w „Sylva rerum", cichy i pokorny, staje się 
mścicielem zmarłego dawno pana, co mu po- 



- 96 - 

wierzył testament, którym uzbrojony upokarza 
i przygniata do ziemi występną, ale miękką 
Amelię; ten Jacenty przywiązany wprawdzie do 
pojęcia pańskości, lecz mający głębokie poczu- 
cie moralne, doradza Gustawowi naprawienie 
złego przez ożenienie się z Haliną. Zamiar ten 
atoli, wlewający nowe siły w słaby organizm 
Gustawa, unicestwia Rogier, wysyłając owego 
bigota z wieścią do dziada Haliny, że Gustaw, 
zhańbiwszy ją, porzucił. Wieść wywiera skutek; 
starzec omdlewa, Halina dostaje pomieszania 
zmysłów. Ale nie tu koniec tragice położenia. 
Amelia, żałująca już teraz swego postępku, nie 
może się uwolnić od nacisku nieubłaganego Bo- 
giera, który pragnie posiąść majątek Gustawa, 
gdyż to było wyłącznym celem jego, zarówno 
w pełzaniu owem jak i w rozerwaniu węzłów ro- 
dzinnych. Zagrożona rozgłoszeniem stosunku, tak 
długo i jak się zdawało szczęśliwie tajonego, 
Amelia zdobywa się jeszcze na krok wstrętnego 
bohaterstwa, idzie do chorego syna, by od niego 
uzyskać zapis majątku dla siebie. Lecz ten krok 
wyczerpał jej siły moralne; czuje się już tak 
zdruzgotaną, że myśli o dalszem życiu znieść 
nie może; bierze więc truciznę i umiera, wycią- 
gając ręce do syna, którego prosi o przebacze- 
nie, nie zapominając jednak i w tej ostatniej 
chwili uznać w sobie samej „najbiedniejszej ze 
wszystkich istot", nie przestając ubolewać nad 
własnem cierpieniem. Biedne, zepsute powodze- 
niem, ale dobre dziecko! 



— 97 — 

Okropności, jak widzimy, wiele; węzeł nie 
jeden, lecz parę; tragiczne sytuaoye są, ale nie 
ma ich ześrodkowania, nie ma prawdziwej walki 
tragicznej ; naczelny charakter jest igraszką 
wypadków, lecz nie istotą, któraby przeciwdzia- 
łać umiała. Nastrój ogólny, sposób wywoływa- 
nia efektów, styl przypomina Słowackiego; ale 
autor nie chce pozostawiać czytelnika pod przy- 
gnębiającem wrażeniem; bohater nie kończy ani 
samobójstwem, ani waryacyą. Po tylu gromach, 
w kornej, cichej postawie chyli się do stóp 
umarłej matki. Jacenty po chwili milczenia, 
szanującego boleść Gustawa, przemawia do niego 
na 00 Gustaw: 



„Kto mnie budzi? 
Nie czułem serca w sobie, zmarłbym błogo, 
Na co mi wracasz życie i dla kogo?... 



Jacenty mu odpowiada jednym wierszem, 
streszczającym w sobie całą głębię myśli: „Po- 
kój umarłym — ziemia pełna ludzi! ^ 

Bogier, istotny twórca całego zawikłania, nie 
umiera również, ale życie nie będzie miało dla 
niego nawet tych ponęt, jakie mieć może dla 
Gustawa. Marzenie jego lat młodych rozwiało 
się, majątku nie posiadł, a prócz tego dowie- 
dział się, że Halina, do uwiedzenia której sam 
dopomagał, była jego córką, opuszczoną w dzie- 
ciństwie, gdy mu mara bogactw się ukazała. 

Wad kompozycyi dość licznych wytykać nie 

Ifasza liłaratura dramatyczna. T.U. 7 



— 106 — 

Wogóle wrażenie, jakie wywiera ^Anna Fir- 
lejówna" jest raozej epiczno-liryczne niż drama- 
tyczne, do czego dopomaga i skoczny ośmio- 
zgłoskowy wiersz przejęty z „Zemsty*' Fredro- 
wskiej, a z wielką swobodą, potoczystością i dźwię- 
cznością przez Glińskiego użyty. 

„Almanzor^, jako całość dramatyczna, stoi 
ze wszystkich dotychczasowych utworów naszego 
poety niewątpliwie najwyżej. W nowem wy- 
daniu został on przerobiony, zwłaszcza pod ko- 
nieć, a przeróbka ta wjszła mu na korzyść. Ko- 
lizya silniej tu jest umotywowana, niż gdzie- 
kolwiek indziej. Almanzor, król Maurów^ boha- 
terski wojownik, wywierający wpływ czarodziej- 
ski na wszystkie kobiety, dążąc do ugruntowa- 
nia potęgi swego kraju, popełnia błąd, który 
się mści na nim straszliwie. Mając kochankę 
w osobie śUcznej Aminy, zamierza poślubić Awę, 
hrabinę Kastylii, by jej ziemię do swoich przy- 
łączyć, wzmocnić zatem swe siły, osłabić chrze- 
ścijańskie. Tłómacząc Aminie swe postępowanie, 
powiada, że miłość będzie dla niej, a korona dla 
tamtej. Amina, kobieta chłodna i wyrachowana, 
już poprzednio znienawidziła kochanka, który 
nad nią śmiał przenieść inną kobietę, a więc 
owo wyjaśnienie przyjmuje w dobrej wierze na 
pozór, lecz w głębi duszy przysięga zemstę i łą- 
czy się z przyrodnim bratem Almanzora, Nura- 
dynem, kładąc za warunek zgniecenie potęgi 
króla. Nuradyn staje się uosobionym złym- du- 
chem swego króla i brata, pozbawia go naprzód 



— 107 — 

najwierniejszego wodza Merwana, którego uprząta 
za pośrednictwem doktora truciciela, potem sieje 
intrygi na dworze kastylijskim, budząc krwawe 
podejrzenia w Awie co do syna jej Sanoha, po- 
dejrzenia, które o mało nie doprowadziły do 
otrucia go przez matkę, a które zakończyły się 
wypiciem przez nią samą trucizny przygotowa- 
nej dla syna. Wreszcie na polu bitwy, Nuradyn 
daje pierwszy hasło do odwrotu i pociąga za 
sobą wojsko, wydzierając zwycięstwo z rąk Al- 
manzora, który lwią odwagą potrafił był przy- 
wrócić porządek w armii zdemoralizowanej. Po- 
wraca jeszcze bohater do zamku, by okazać 
wzgardę Aminie, a nad przeniewierozym bra- 
tem złożyć sąd, ale nie może przeżyć swej hańby, 
upadku wszystkich swych planów i samobój- 
stwem kończy swe życie. 

Motywy działania osób dramatu są jasne 
i łatwo zrozumiałe; ambicya, żądza zemsty, pra- 
gnienie władzy, te uczucia ogólno-ludzkie w ka- 
żdym wieku i w każdym kraju napotykane, 
wszędzie też jednakowo pojęte i odczute być 
mogą, a więc wywołać są zdolne interes dla 
sztuki, która ich. grę przedstawia. Umiejętne 
wyoieniowanie charakterów i przeprowadzenie 
ich konsekwentne przez całość akcyi podnosi 
ten interes i potęguje go w miarę doskonałości 
wykonania. W „Almanzorze" zalety powyższe 
odnaleźć można w wysokim stopniu. Bohater 
tytułowy, swojem męstwem i otwartością w po- 
stępowaniu, jest wybornem przeciwstawieniem 



— 108 — 

Nuradyna i Aminy, tej pary wzajem się dopeł- 
niającej, która idzie krętemi ścieżynami obłady, 
ohytrości, podstępu i zdrady. Wobec zapału 
i uniesień Almanzora reprezentuje Nuradyn 
chłodny i rozważny rozum i wyrachowanie, ma- 
jące na celu osłabienie wszystkiego, co jest 
szlachetnym u Almanzora popędem, oraz roz- 
powszechnianie takich wieści, które mogą boha- 
terowi okazać się w skutkach swoich szkodli- 
wemi. Amina nie działa sama przez się, ale pod- 
budza w Nuradynie najprzewrotniejsze jego skłon- 
ności, drażniąc jego lubieżnośó, a uciekając od 
jej zaspokojenia. Chłód temperamentu, połączony 
z żądzą błyszczenia i pragnieniem zemsty, od 
początku do końca logicznie w niej utrzymany 
został, a tym sposobem osiągnął poeta jednóh- 
tośó postaci. 

Zakochany w osobie głównego bohatera, 
Gliński upośledził trochę obóz przeciwny, chrze- 
ścijański, lubo mu pod względem liczby scen 
bardzo znaczne wydzielił miejsce. Ale to miej- 
sce zajmują przedewszystkiem sceny zbiorowe, 
bardzo dobrze, żywo, plastycznie wykonane, 
przedstawiające lud, który oczekuje przybycia 
Maurów z różdżką oliwną. Poznajemy wśród 
tych scen młodego Sancha, napozór lekkomyśl- 
nego tylko rozpustnika, co się za dziewczętami 
ugania, ale w gruncie naturę głębszą, silnie 
uczuciową, w razie potrzeby umiejącą się zna- 
leźć godnie, a walczyć dzielnie. Matka jego, Awa, 
posiada także cechy znamienne. Wydana za ozło- 



— 109 — 

wieka niekoolianego, młodość najpiękniejszą prze- 
pędziła w udręczeniu, tłumiąc popędy krwi go- 
rącej; syna swego uważa za dziecię „gwałtu, nie 
miłości^, więc go nie kocha całem sercem ma- 
tki, a podejrzenie rzucone przez Nuradyna, iż 
syn ten czyha na jej życie, podejrzenie poparte 
zbiegiem okoliczności i tajemniczemi słowami 
czarownicy, skłania ją do uprzedzenia domnie- 
manego ciosu, przez zadanie trucizny Sanchowi, 
ale w chwili stanowczej, kiedy Sancho, pełen 
u&ości i rycerskości, puhar do ust już podno- 
sił, przemaga w niej instynkt matki i popycha 
do spełnienia go własnemi usty. Jest w tym ry- 
sie nagłej decyzyi u kobiety namiętnej bardzo 
silny moment dramatyczny, polegający na czy- 
nie, nie zaś na długich frazesach; i rys ten 
mógłby sam jeden zaświadczyć, gdyby innych 
nie było, że w Glińskim jest trafne poczucie 
i dramatyczności, i sceniczności. 

Poza temi dwiema wybitnie nakreślonemi po- 
staciami, obóz chrześcijański narysowany został 
ogólnikowo, z uwydatnieniem rywalizaoyi oso- 
bistych, dających bardzo niepochlebne wyobra- 
żenie o spójności tych panów w sprawie obrony 
chrześcijaństwa i własnej narodowości. Wpra- 
wdzie mając walczyć z niewiernymi, łączą się 
z sobą chwilowo, ale po odniesionem niespo- 
dziewanie zwycięstwie pewnie żreć się będą na- 
wzajem o kawałki ziem spornych. 

Nie powiem, ażeby takie przedstawienie obozu 
chrześcijańskiego wyszło na dobre dramatowi. 



« 



— 102 — 

w nocy pożywienie, starając si^ łagodnemi słowy 
wplynąó kojąco na jej umysł zwichrzony i żą- 
dzą wściekłej zemsty przejęty. 

Ta Staszka, w diiohu romantyczno -bajroni- 
cznym pomyślana i wykonana, ma w przedsta- 
wieniu poety chwile wysokiej patetycznośoi. 
Skrzywdzona w młodych latach przez Firleja, 
nie chciała przeżyć hańby, pragnąc w nurtach 
rzeki znaleźć spokój na zawsze. Wyratowana, 
przeniknęła się nienawiścią do ludzi i do Boga, 
szukając pomsty nad znienawidzonym woje- 
wodą. Toczy też walkę i z ludźmi, i z Bogiem. 
Oryginalnym jej rysem jest, że chce Boga po- 
zbawić swej duszy, gdyż obmierzła jej się stała 
wszelka pomoc. Urągając więc mocy Boga, „wy- 
stawia pierś na gromy, By ten piorun, co za- 
bija. Wziął ją w chwili grzechu, wściekłą. Tu 
zatopił się jak żmija I otworzył drogę w pie- 
kło". A nie tylko biernie usiłuje Staszka wy- 
wołać gniew Stwórcy, czynami też świętokradz- 
kimi chce się piekłu zasłużyć. Przystępując do 
komunii, kładzie „na ząb Sakramenta, gryzie je 
i kąsa^ — a wtedy jakaś duma ją opanowuje, 
jakiś głos wewnętrzny woła: „że ten Bóg musi 
być bladszy", gdy ona wchodzi do świątyni. 
Skończywszy, jak się jej zdawało, z Bogiem, 
bierze się do ludzi, i przysięga, że nie umrze, 
póki gmachu zamkowego ściany stoją, drwiąc 
z jej siły, i na świat ten patrzą dumnie; nim 
zginie, „wprzód zapieni się czerwona Krew Fir- 
lejów, jako słuszny Wypłat długów". 



— 103 — 

Zarówno Anna, jak Staszka, dopóki się znaj- 
dują w fazie uozuoiowej, dopóki jedna labuje 
się swojemi litosnemi wzruszeniami lub upaja mi- 
łością, a druga wybucha i złorzeczy, — dopóty 
ich zachowanie się i ich słowa pełae są wdzięku 
lub siły, dopóty, jako kreacye poetyckie, dro- 
bnym zaledwie mogą ulegać zarzutom. Ale ina- 
czej się już rzecz przedstawia, gdy im napra- 
wdę działać wypada. Wtedy opanowywa je ja- 
kaś niemoc, jakaś nieudolność, które tem przy- 
krzejsze wywierają wrażenie, źe się ukazują tam 
właśnie, gdzie kolizya dramatyczna wymaga jak 
największego natężenia, by zamierzony efekt 
wywołać. Mocarki w dziedzinie uczuć i fanta- 
zyi, są bardzo ułomnemi kobietami w sferze 
czynu. 

Anna, choć już nietylko serce, ale i siebie 
oddała Mścisławowi, nie znajduje słowa oporu, 
gdy ojciec poleca jej wziąć Marcina Kazano- 
wskiego za męża. Tem dziwniejszą jest ta jej 
bezradność, źe z całego poprzedniego postępo- 
wania ojca czytelnik nabrał przekonania, iż 
Anna zrobi co zechce, gdyż ojciec ją ubóstwia, 
na jej wstawienie się odrazu Mśoisława wypu- 
szcza z więzienia i jako jedynaczce ukochanej 
we wszystkiem ulega. Naturalnie, katastrofa, 
w myśl podania ludowego, była nieuchronną, 
ale zdaje mi się, że wypadłaby zgodniej z ener- 
gicznym i samowolnym charakterem Anny, gdyby 
ta, nie zezwalając na zaręczyny, śmiało prze- 
mówiła w imię swobody swego uczucia. 



— 104 -- 

Możnaby wprawdzie dużo powiedzieć na te- 
mat dawnych stosunków rodzinnych i bezwa- 
runkowego posłuszeństwa dzieci, ale naprzód, 
zawsze i wszędzie wyjątki istnieją, a po wtóre, 
poeta w tworzeniu scen i sytuacyj bynajmniej 
nie trzymał się skrupulatnie tła czasu i bardzo 
dowolnie pod tym względem fantazyowal. Mógł 
zatem fantazyowaó i w sprawie postępowania 
Anny, a fantazya taka byłaby przynajmniej 
usprawiedliwioną względami konsekwencyi psy- 
chologicznej. 

Możnaby i inny jeszcze wynaleźć powód tego 
jakby znieruchomienia bardzo przedtem żywej 
Anny, a mianowicie błąd popełniony w stosunku 
do Mścisława. Ale i tu rozważniejsze zastano- 
wienie każe wcale odmienne zapatrywanie za 
prawdziwsze uważać. Błąd ów nie. jest umoty- 
wowany ani wewnętrznem usposobieniem boha- 
terów, ani okolicznościami; autor musiał się 
uciec aż do wpływu czarodziejskich ziół przez 
Staszkę zgotowanych, by go czytelnikowi obja- 
śnić. Jeżeli go zaś popełniła tak śmiała i ener- 
giczna kobieta, jak Anna, to potrafiłaby z pe- 
wnością pokryć zmieszanie i wystąpić tem od- 
ważniej przeciwko projektowanym ślubom. Anna 
to robi, ale dopiero w ostateczności, a wtedy 
już dodatniego wrażenia nie sprawia; wtedy i jej 
rzucenie się w przepaść na wiadomość, że uko- 
chany zginął sromotnie na palu, traci przjmaj- 
mniej połowę swego efektu. 

Staszka, tak wymowna, czasami porywająca. 



— 105 — 

gdy rozmawiała z Anną lab Mśoisławem (sy- 
nem swoim), lub gdy monologi wypowiadała, 
w zetknięcia się z Firlejem bardzo mało głosi słów 
naprawdę siłę gromu mającyob, a więcej się 
niemi retorycznie przechwala. W sprowadzeniu 
kolizyi jej to niby główna przypadła rola (za- 
danie wywaru owych ziół kochankom), ale jest 
to raczej ozdoba w stylu romantycznym, ani- 
żeli motyw istotnie dramatyczny; właściwie bo- 
wiem nie potrzeba było aź sponiewierania bo- 
haterki, ażeby katastrofę sprowadzić. 

Inne postaci dramatu podrzędne mają zna- 
czenie, a niektóre służą tylko do urozmaicenia 
i rozweselenia ponurego wątku, jak np. dwaj 
rezydenci wiecznie wadzący się z sobą, jak panna 
respektowa, jak totumfacki hetman. W ojcu Anny, 
wojewodzie Firleju, mieszanina czułości i dumy 
lepiej, dosadniej powinna była być przeprowa- 
dzoną, ażeby istotnie uczynić tę postać drama- 
tyczną. Marcin Kazanowski, konkurent, zarozu- 
miały pyszałek i lubieżnik, lubiący grać rolę 
sentymentalnego kochanka za pomocą rozpu- 
szczanych umyślnie przez zauszników wieści, 
również za mało jest rozwinięty. Mścisław Bo- 
gorya, jako szczęśliwy kochanek, jest bardzo 
mdłą figurą, a w działaniu tak go nie widać, źe 
możnaby zapomnieć o jego istnieniu, gdyby nie 
Anna. Guido, lutnista włoski, kochający się w An- 
nie, a przez nią wzgardzony, w mściwości swo- 
jej j©st bardzo powszednim komunałem powie- 
ściowym i dramatycznym. 



— 106 — 

Wogóle wrażenie, jakie wywiera ;,Anna Fir- 
lejówna" jest raczej epiczno -liryczne niż drama- 
tyczne, do czego dopomaga i skoczny ośmio- 
zgłoskowy wiersz przejęty z „Zemsty* Fredro- 
wskiej, a z wielką swobodą, potoczystością i dźwię- 
cznością przez Grlińskiego użyty, 

„Almanzor'', jako całość dramatyczna, stoi 
ze wszystkich dotychczasowych utworów naszego 
poety niewątpliwie najwyżej. W nowem wy- 
daniu został on przerobiony, zwłaszcza pod ko- 
niec, a przeróbka ta wyszła mu na korzyść. Ko- 
lizya silniej tu jest umotywowana, niż gdzie- 
kolwiek indziej. Almanzor, król Maurów, boha- 
terski wojownik, wywierający wpływ czarodziej- 
ski na wszystkie kobiety, dążąc do ugruntowa- 
nia potęgi swego kraju, popełnia błąd, który 
się mści na nim straszHwie. Mając kochankę 
w osobie śHcznej Aminy, zamierza poślubić Awę, 
hrabinę Kastylii, by jej ziemię do swoich przy- 
łączyć, wzmocnić zatem swe siły, osłabić chrze- 
ścijańskie. Tłómacząc Aminie swe postępowanie, 
powiada, że miłość będzie dla niej, a korona dla 
tamtej. Amina, kobieta chłodna i wyrachowana, 
już poprzednio znienawidziła kochanka, który 
nad nią śmiał przenieść inną kobietę, a więc 
owo wyjaśnienie przyjmuje w dobrej wierze na 
pozór, lecz w głębi duszy przysięga zemstę i łą- 
czy się z przyrodnim bratem Almanzora, Nura- 
dynem, kładąc za warunek zgniecenie potęgi 
króla. Nuradyn staje się uosobionym złym du- 
chem swego króla i brata, pozbawia go naprzód 



— 107 — 

najwierniejszego wodza Merwana, którego uprząta 
za pośrednictwem doktora truciciela, potem sieje 
intrygi na dworze kastylijskim, budząc krwawe 
podejrzenia w A wie co do syna jej Sancha, po- 
dejrzenia, które o mało nie doprowadziły do 
otrucia go przez matkę, a które zakończyły się 
wypiciem przez nią samą trucizny przygotowa- 
nej dla syna. Wreszcie na polu bitwy, Nuradyn 
daje pierwszy hasło do odwrotu i pociąga za 
sobą wojsko, wydzierając zwycięstwo z rąk Al- 
manzora, który lwią odwagą potrafił był przy- 
wrócić porządek w armii zdemoralizowanej. Po- 
wraca jeszcze bohater do zamku, by okazać 
wzgardę Aminie, a nad przeniewierczym bra- 
tern złożyć sąd, ale nie może przeżyć swej hańby, 
upadku wszystkich swych planów i samobój- 
stwem kończy swe życie. 

Motywy dzis^ania osób dramatu są jasne 
i łatwo zrozumiałe; ambicya, żądza zemsty, pra- 
gnienie władzy, te uczucia ogólno-ludzkie w ka- 
żdym wieku i w każdym kraju napotykane, 
wszędzie też jednakowo pojęte i odczute być 
mogą, a więc wywołać są zdolne interes dla 
sztuki, która ich. grę przedstawia. Umiejętne 
wycieniowanie chai^akterów i przeprowadzenie 
ich konsekwentne przez całość akcyi podnosi 
ten interes i potęguje go w miarę doskonałości 
wykonania. W „Almanzorze** zalety powyższe 
odnaleźć można w wysokim stopniu. Bohater 
tytułowy, swojem męstwem i otwartością w po- 
stępowaniu, jest wybornem przeciwstawieniem 



-~ 108 — 

Nuradyna i Aminy, tej pary wzajem się dopeł- 
niającej, która idzie krętemi ścieżynami obłudy, 
chytrości, podstępu i zdrady. Wobec zapału 
i uniesień Almanzora reprezentuje Nuradyn 
chłodny i rozważny rozum i wyrachowanie, ma- 
jące na celu osłabienie wszystkiego, co jest 
szlachetnym u Almanzora popędem, oraz roz- 
powszechnianie takich wieści, które mogą boha- 
terowi okazać się w skutkach swoich szkodli- 
wemi. Amina nie działa sama przez się, ale pod- 
budza w Nuradynie najprzewrotniejsze jego skłon- 
ności, drażniąc jego lubieżność, a uciekając od 
jej zaspokojenia. Chłód temperamentu, połączony 
z żądzą błyszczenia i pragnieniem zemsty, od 
początku do końca logicznie w niej utrzymany 
został, a tym sposobem osiągnął poeta jednoli- 
tość postaci. 

Zakochany w osobie głównego bohatera, 
Gliński upośledził trochę obóz przeciwny, chrze- 
ścijański, lubo mu pod względem liczby scen 
bardzo znaczne wydzielił miejsce. Ale to miej- 
sce zajmują przedewszystkiem sceny zbiorowe, 
bardzo dobrze, żywo, plastycznie wykonane, 
przedstawiające lud, który oczekuje przybycia 
Maurów z różdżką oliwną. Poznajemy wśród 
tych scen młodego Sancha, napozór lekkomyśl- 
nego tylko rozpustnika, co się za dziewczętami 
ugania, ale w gruncie naturę głębszą, silnie 
uczuciową, w razie potrzeby umiejącą się zna- 
leźć godnie, a walczyć dzielnie. Matka jego, Awa, 
posiada także cechy znamienne. Wydana za ozło* 



— 109 — 

wieka niekooLanego, młodość najpiękniejszą prze- 
pędziła w udręczeniu, tłumiąc popędy krwi go- 
rącej; syna swego uważa za dziecię ^^gwałtu, nie 
miłości", więc go nie kocha caJem sercem ma- 
tki, a podejrzenie rzucone przez Nuradyna, iż 
syn ten czyha na jej życie, podejrzenie poparte 
zbiegiem okoliczności i tajemniczemi słowami 
czarownicy, skłania ją do uprzedzenia domnie- 
manego ciosu, przez zadanie trucizny Sanchowi, 
ale w chwili stanowczej, kiedy Sancho, pełen 
u&ości i rycerskości, puhar do ust już podno- 
sił, przemaga w niej instynkt matki i popycha 
do spełnienia go własnemi usty. Jest w tym ry- 
sie nagłej decyzyi u kobiety namiętnej bardzo 
silny moment dramatyczny, polegający na czy- 
nie, nie zaś na długich frazesach; i rys ten 
mógłby sam jeden zaświadczyć, gdyby innych 
nie było, że w Glińskim jest trafne poczucie 
i dramatyczności, i sceniczności. 

Poza temi dwiema wybitnie nakreślonemi po- 
staciami, obóz chrześcijański narysowany został 
ogólnikowo, z uwydatnieniem rywalizacyi oso- 
bistych, dających bardzo niepochlebne wyobra- 
żenie o spójności tych panów w sprawie obrony 
chrześcijaństwa i własnej narodowości. Wpra- 
wdzie mając walczyć z niewiernymi, łączą się 
z sobą chwilowo, ale po odniesionem niespo- 
dziewanie zwycięstwie pewnie żreć się będą na- 
wzajem o kawałki ziem spornych. 

Nie powiem, ażeby takie przedstawienie obozu 
chrześcijańskiego wyszło na dobre dramatowi. 



« 



- 110 — 

Ostatecznie bowiem niema w nim ani osobisto- 
ści, ani sprawy, do której by się sercem przy- 
wiązać było można. Pomimo, całego uroku, jaki 
umiał rzucić autor na Almanzora, trudno z nim 
sympatyzować bezstronnemu czytelnikowi. Nie 
reprezentuje on żadnej wyższej idei, a ta, w której 
imię wałczy, idea podniesienia swego państwa, 
nie budzi w nas żywszego zajęcia; trudno się 
bowiem dzisiaj zapalać do oywilizacyi muzuł- 
mańskiej, choćby się pamiętało, że w wieku 
XI-ym, kiedy się akcya dramatu odgrywa, stała 
ona wyżej od chrześcijańskiej. Zawszeż ta cy- 
wilizacya chrześcijańska, pomimo chwilowego za- 
stoju, miała strzelić w górę wyżej i potężniej 
niż jakakolwiek inna; w. niej to tkwiły ziarna 
przyszłego, doskonalszego rozwoju. Almanzor 
ginie, możemy mieć dla niego współczucie, ale 
śmieyć jego nie wywoła grozy tragicznej, bo 
z nim nie schodzi do grobu żadna ogólniejsza, 
większą liczbę serc do bicia pobudzająca dą- 
żność. Zwyciężają chrześcijanie, ale to zwycię- 
stwo otuchy nie budzi; znając usposobienie ksią- 
żąt, jak je autor naszkicował, możemy zwycię- 
stwo to uważać jedynie za szczęśliwy przypa- 
dek, nie zaś za wynik górowania wyższej idei. 
Rozstajemy się z „Almanzorem" pod wraże- 
oiem bardzo niejednolitem. Przypatrzyliśmy się 
tu kilku charakterom dzielnie postawionym i kon- 
sekwentnie rozwiniętym, poznaliśmy grę namię- 
tności potężnych, bezwzględnie zmierzających 
do swego zadowolenia; nasłuchaliśmy się pię- 



— ni- 
knie wyrażonych uozuó, wierszem nieraz prze- 
pysznym, pełnym powagi i poetyczności, albo 
lekkości i wdzięku; — atoli nie możemy po- 
wiedzieć, żeśmy odczytali doskonały dramat. 
Wiązadła tego utworu są silniejsze aniżeli w in- 
nych Grlińs kiego; do zupełnej jednak spójności 
części, do całkowitego ześrodkowania wszyst- 
kich efektów jeszcze tu nie doszło. Za wcześnie, 
zdaje się, ginie Merwan, wierny i uczciwy wódz 
Almanzora; mógłby on był jeszcze z pożytkiem 
dla dramatu występować w dwu aktach nastę- 
pnych. Tak, jak jest obecnie, figura ta staje się 
prawie zbyteczną, bo uwydatnienie przewrotno- 
ści Nuradyna mogłoby się obejść bez tego mordu, 
a uniknęłoby się sceny niezbyt prawdopodobnej 
z doktorem-trucicielem. Może lepiej byłoby, żeby 
hrabina Kastylii i syn jej nie chodzili sami do 
chaty czarownicy Gigzy, wnętrze jej bowiem 
znamy z mnóstwa sztuk dawniejszych, a pano- 
wie wszystkich czasów lubią się posługiwać 
wyręczy cielami, których im nigdy nie brakuje, 
a w ostatku mogą podwładnych zawezwać do 
siebie. 

Takie i tym podobne uwagi przychodziły mi 
przy czytaniu ponownem „Almanzora"; ich dro- 
biazgowość wskazuje, że większych wad nie 
umiałem się dopatrzyć; czy ich niema, kwesty a 
ta już nie należy do mnie. Pożądanem byłoby, 
ażeby dramat ten doczekał się przedstawienia 
iia scenie; wówczas jego zalety i usterki wyra- 
żniejby się oczom widzów przedstawiły. 



- 112 - 

Dopóki to nie nastąpi, poprzestańmy na za- 
notowaniu wrażenia, jakie czytanie wywołuje. 
Poezyi jest w „Almanzorze** tyle, jak w mało 
którym z nowszych naszych, a bodaj i nie na- 
szych tylko, dramatów, a realizmu jest podobno 
dosyć, by dzisiejszych upodobań scenicznych 
nie razie. 

Najświeższy dramat GUńskiego p. t. ;,Król 
Bolesław Śmiały" (1896, Kraków) obok wielkich 
piękności szczegółowych, ma wiele braków w ukła- 
dzie i w przeprowadzeniu charakterów, tak, że 
za postęp w stosunku do „Almanzora'' uważa- 
nym być nie może. 



Julian Łętowski (Książek). 

Z dwu dramatów Juliana Łętowskiego (1867 
t 1897): „Izrael na puszczy** (1880), „Firduzi** 
(1884), pierwszy najwięcej przedstawia matę- 
ryału do charakterystyki poety; to też zajmę 
się tu nim wyłącznie. 

Umysły poetyczne, zniechęcone powierzcho- 
wną bezbarwnością czasów naszych, lubią prze- 
bywać w epokach, które się już niepowrotnie 
z pod bezpośredniej obserwacyi usunęły. Mniej- 
sza o to, czy to będą wieki średnie, czy dzieje 
Greków lub Bzymian, czy też fantastyczne 
Wschodu podania. Tem powabniejsze dla takich 
umysłów są czasy, im w grubszej mgle wieków 
się ukrywają, bo fantazya może wtedy swobo- 
dniej czy dowolniej tworzyć, co się jej jako 
silne, piękne lub wzniosłe przedstawia. Nie po-* 
trzeba natenczas ani studyów historycznych, lub 
archeologicznych, ani zbyt ścisłego przestrzega- 
nia rzeczywistych faktów dziejowych, dość po- 
chwycić i oddać najogólniejsze tło podaniem 

Nassa littnłnra draraaŁyczna. T. II. 8 



— 114 — 

przekazane, ażeby zadowolić Wymagania i wła- 
snego rozuma i rozoma czytelników, czy widzów. 

Temata biblijne mają tę nad wielu innemi 
z zaznaczonej tu sfery wyższość, ie jeżeli ni^ 
z ich szczegółami, to z kolorytem ogólnym 
wszyscy mniej lub więcej są spoufaleni^ tak, 
źe przywodząc je na pamięć, wywołuje się 
równocześnie wspomnienie lat dziecinnych. Ko- 
rzystała z tej wyższości literatura; temata bi- 
blijne stanowiły nieraz treść i misteryów śre- 
dniowiecznych i tragiedyi pseudo-klasycznej i dra- 
matu romantycznego. 

Z tym ostatnim łączy się węzłem pokrewień- 
stwa najbliższego „obraz dramatyczny w pięciu 
odsłonach^, napisany przez Łętowskiego. Poety- 
czne pojęcie życia, potęga miłości, zrywająca 
wszelkie pęta, nawet uświęcone religią, przepo- 
jenie stosunków uczuciami miłosnemi, naiwność 
i zgroza, tragika i sielanka nie tylko zestawione, 
ale naumyślnie przeciwstawione sobie, oto pier- 
wiastki składające się na wytworzenie charakte- 
rów i wypadków w tym obrazie dramaty- 
cznym. Pierwiastki te z powodu, że się je do- 
strzegało w niejednym niesmacznym utworze, 
mogłyby niezbyt przychylnie nastroić umysł rea- 
listycznie usposobiony, gdyby ich zużytkowanie 
było szablonowe, gdyby twórczości i oryginal- 
ności dopatrzyć się nie było można. Na szczę- 
ście, autor „Izraela na puszczyk od metody sza- 
blonowego tworzenia trzymał się zdała, słuchał 
własnego serca i wyobraźni własnej, czuł głę- 



— 115 — 

boko i uozuoia w pięknej, a prostej umiał wy- 
powiedzieć fonnie. Tern uczuciem prawdziwem, 
przenikającem całość, i tą pomysłowością, w wielu 
przebijającą się szczegółach, okupił Łętowski 
ważne usterki kompozycyi i zjednał sobie słu- 
chaczów i widzów. 

Pierwsza osłona składa się jakby z dwu czę- 
ści: w jednej tragiczna sytuacya, w drugiej sie- 
lanka przerwana i zakłócona jawią się przed 
nami. Izraelici znajdują się na puszczy; trudy 
już przebyte i jeszcze grożące zniechęcają, głód 
i zaraza dziesiątkują ludność, jednemu umiera 
kochanka, drugiemu syn, trzeciemu ojciec ; wielu 
wolałoby wrócić napowrót do znienawidzonego 
Egiptu, byleby nie błąkać się w pustyni, nie 
wiedząc, kiedy zabłyśnie dla nich słońce osia- 
dłego życia w „ziemi obiecanej**. 

Na scenie widzimy jednego z umierających, 
który kona z przekleństwem na ustach, złorze- 
cząc sercom swoich współbraci. Lud jest wzbu- 
rzony, zaczyna wyrzekać na swego Jehowę, go- 
tów podnieść bunt otwarty przeciwko prawo- 
dawcy swemu, Mojżeszowi. Wprawdzie trwoż- 
liwsi, słysząc potężny a groźny głos Mojżesza, 
skłaniają się do ucieczki, ale wśród ogółu Izrae- 
litów tyle się już nagromadziło jątrzących ży- 
wiołów, że niektórzy postanawiają wypowie- 
dzieć wprost swoją niechęć i wstręt do dalszego 
pozostawania pod opieką Jehowy. 

Mojżesz, kochający swój naród głęboko, roz- 
rzewniający się w gronie zaufanych nad jego 



— 116 — 

dolą, występuje przecież groźnie wobec szem- 
rżących, a wystawiwszy potęgę Jehowy, karzą- 
cego okropnie za łączenie się- z Moabitkami 
i składanie czci bogom cudzym, gromi ten lud 
o twardym karku, najbutniejszego jednym za- 
machem przygniata do ziemi i wzywa opornych 
do błagania Jehowy o litość. Jeszcze echa na- 
miętnych skarg nie przebrzmiały, a już głowy 
skarżących się pod wpływem słów Mojżesza, 
pochylają się ku ziemi w pokorze. Nawrócenie 
to zbyt szybkie i psychologicznie niełatwo zro- 
zumiałe. Lud, rzeczy wistemi i dotykało emi klę- 
skami rozjątrzony, nie mógł bez jakiejś równie 
dotykalnej pobudki do Boga swego się nawró- 
cić, choćby chwilowo tylko. Zdaje się, że w za- 
kresie pojęć, wśród których autor nas utrzymuje, 
użycie surowości bezwzględnej, np. srogiej kary 
na naj oporniej szego, nie raziłoby widzów, a spo- 
kornienie buntujących się uczyniłoby prawdo- 
podobniejszem ; lud wszędzie i zawsze widomych 
potrzebuje rzeczy, aby uznać potęgę i przed 
nią się ugiąć; abstrakcyjne rozumowania, cho- 
ciażby wymowne, nie stanowią może dostate- 
cznej przeciwwagi dla widomych i dotkliwych 
nieszczęść, które go do sarkania pobudzają. 

Bądź co bądź Mojżesz dokonał wielkiego 
zadania, przywiódł napowrót lud do Jehowy, 
a dla umocnienia go w tej wierze, wydaje su- 
rowe, okrutne prawo, iż ten, kto obcemu bogu 
złoży ofiarę, kto z Moabitką czy Madyanitką 
żyć będzie, karze śmierci uledz winien. Dla prze- 



— 117 — 

strzegania tego prawa naznaozA młodego Fi- 
neesa, który gotów wszystko poświęoió, ażeby 
prawu zadosyó się stało. 

Gdy Mojżesz prawo to ogłaszał, znajdował 
się wśród zgromadzenia jeden ze znakomitych 
przewodników ludu, książę z pokolenia Symeo- 
nowego, Zamry, który już wtedy uczuł, że 
oięźar tego prawa na niego spaść może. Nieda- 
wno jeszcze wraz z przyjacielem swoim Finee- 
sem odbywaU wśród nocy księżycowych wspólne 
przechadzki ze swemi kochankami, dwiema ksią- 
żęcemi sierotami; ale teraz właśnie, w dniu wy- 
dania nowego prawa, on stroni od swej kochanki, 
nie raduje się z zaszczytu, jaki spotkał jego 
przyjaciela, nie dzieli się z nim myślami i uczu- 
ciem, wymyka się z pośród kochającego go 
grona, ażeby pójść do obozu króla Madyanitów 
i tam w objęciach Selli Madyanitki zapomnieć 
o Jehowie i o nowem prawie, a co więcej, spro- 
wadzić potajemnie kapłanów Baal-Fegora do 
namiotów izraelskich. Zanim jednak tam się udał, 
zmuszony był rozmówić się z dawniejszą ko- 
chanką, której na imię Noah. 

Noah jest to dziewica dojrzała, którą sieroc- 
two zahartowało na nieszczęścia i cierpienia, ale 
w której obudziło potrzebę uczucia głębokiego 
i wyłącznego. Namiętność w niej wre, ale zmy- 
słową jej nie czyni. Wie Noah o swej piękno- 
ści i potędze swoich wdzięków, umie wybornie 
używać tej broni, gdy o przeprowadzenie planu 
jakiego chodzi, ale uczuciem swem raz tylko 



— 118 — 

i jednego tylko obdarzyła i wierną mu pozo- 
sfcaje. Czoi i szanuje młodego wodza Izraelitów, 
Jozuego, pragnęłaby zostać dla niego siostrą, 
lecz serca mu swego oddać nie może, bo ono 
do Zamrego- należy. 

Podstępu użyć zawsze gotowa, nawet do- 
puścić się zabójstwa, gdy to Zamremu ma wyjść 
na korzyść. Podejrzewając kochanka o niewierność, 
Śledzi jego kroki, czuwa nad nim, rzuca mu się 
do kolan, błaga go, ażeby nie odchodził: 

Zostań, na wszystko cię zaklinam, zostań! 
Powiedz, że w próżnych gubię się domysłach, 
Powiedz, żem głupia, naiwna jak dziecko, 
Żem ja szalona, żem zła, powiedz, co chcesz, 
Ukarz mię zresztą — nie daj mi się widzieć, 
* Przez dwa, przez siedem nawet dni za karę; 
Ale mi z serca wydrzyj tę okrutną 
Podejrzeń żmiję... 

Napróżno!.. Zamry poszedł. Odtąd rozpoczyna 
Noah swoją nad nim opiekę i swoją zemstę. 
Przed nikim nie wyda, dokąd poszedł Zamry, 
ale sama osnuje spisek, który miał o śmierć 
przyprawić znienawidzoną rywalkę. Nadchodzi 
ojciec Zamrego, poszukując syna; ona go uspo- 
kaja kłamstwem, że Zamry poszedł dla niej po 
różę, bez której ona zasnąć nie może... 

Następnie w drugiej odsłonie przebrawszy 
się i wziąwszy kochającego się w niej sługę, 
Namuela, ku pomocy, idzie do obozu Madyani- 
tów i namawia króla, aby skorzystał ze sposo- 



— 119 — 

bności i tej jeszoze nocy wyrfal kapłanów swoioh 
do obozu izraelskiego, a za przewodnika daje 
twego sługę. Tu spotykamy się z dość rażąoem 
nieprikwdopodobieństwem. Zamry, któremu król 
Madyanitów ani słowa nie powiedział o owem 
mniemanem poselstwie od stronników madyani- 
ckich w obozie izraelskim, daje się prowadzić 
nieznanemu człowiekowi i nie okazuje żadnej 
nieufności. Czyi on sam nie znał drogi, czyż 
potrzebował wskazówek? Jedno tylko mogłoby 
usprawiedUwió powierzenie się kierownictwu Na- 
muela, t. j. gdyby Zamremu powiedziano, iż 
przedsięwzięte zostały środki ostrożności ze stro- 
ny Fineesa czy Jozuego. Ale w takim razie 
czyżby ślepo zaufał słowom, czyżby nie wyba- 
dał Namuela, czyżby nie powziął był podejrzeń? 
Tu, zdaniem mojem, dramat potrzebowałby prze- 
róbki, jeżeli motywowanie postępków ma być 
należycie przeprowadzone. 

Odsłona trzecia jest słaba. Sola Jozuego, 
jako odrzuconego, a roztkliwionego kochanka, 
który błąka się szukając cienia Noaby, a potem 
szarpiącego i trzymającego ją, ażeby nie dopu- 
ścić przeczuwanej sceny krwawej w zetknięciu 
się z Zamrym, który prowadził Sellę i kapłanów 
Baal-Fegora, nie daje estetycznego zadowolenia, 
a sama scena niedoszłego morderstwa Selli, po- 
trzebna dla dalszego ciągu akcyi, mogła była 
krócej i z większym efektem się odbyć. 

Wynagradza braki trzeciej odsłona czwarta. 
Podejrzenie o stosunkach Zamrego z Madyani- 



— 120 — 

ł 

tami rozszerza się wśród Izraelitów. Finees, jako 
sędzia, przedsiębierze poszukiwania, wysyła le- 
witów na zwiady. Noah strzeże kochanka, pra- 
gnąc odwróoió grożące mu niebezpieczeństwo. 
Ponieważ nie udało się jej raz zabić Selli, po- 
rzuca ten zamiar, a natomiast pragnie ocalić 
Zamrego — ale ocalić dla siebie. Prześliczna 
jest scena, w której przypomnieniem dawnej mi- 
łości usiłuje w sercu Zamrego obudzić żywsze 
drgnienia. 

Najprzód maluje cudnemi barwami swoje dla 
niego uczucia, kiedy to „ptaszki drobne, które 
z piosenkami przed namiot przychodziły, uczyła, 
by zawsze śpiewały tylko jedno imię: Zamry! 
kiedy codzień stojąc nad strumieniem dla za- 
czerpania wody, słyszała, jak fale srebrzyste 
szeptały drogie imię: Zamry*'. Następnie wy- 
chwala kochanka: 

Piękny jak słońce, a wdzięczny jak róże, 

Rosnące obok posępnych cyprysów 

Lub smutnych mirtów — a słodki jak palma, 

Co dźwiga krocie soczystych daktyli 

Na swych gałązkach... Oczy zaś miał takie, 

Że gwiazdy na nie patrzyły z zazdrością... 

Ach I ale usta! — Te usta wymowne, 

Co to jeśli się ozwaly, to miodem, 

A gdy szeptały do mojego ucha, 

To niby wietrzyk łagodny, miluchny, 

A gdy sięgały po me pocałunki, 

Waniljowego krzewu wonność 'czułam. 

A potem jeszcze wystawia okropny stan tego, 
kto zdradzony został. Zdradzonemu jakaś dziwna 



— 121 — 

tęsknośó oplata serce swym cierniowym wian- 
kiem; dla niego świat cały kamienieje, słońce 
nie świeoi, kwiaty woni swej nie dają, ptaki 
z piosnką milkną, a gwiazdy kryją się blade 
i drżące w błąkicie. Dla zdradzonego woda 
w strumieniu jest jak łzy słona, cierpka i pa- 
ląoa. Dla zdradzonego nie ma na świecie nic 
oprócz nieszczęścia, nic tylko smutek, osty i ka- 
mienie. — W końcu przywodzi mu na pamięć 
starego ojca, którego kocha, dla którego śmier- 
cią będzie wiadomość, że Zamry sprzeniewie- 
rzył się Jehowie... I możeby czarem swej postaci, 
czarem wspomnień i słów odzyskała serce Zam- 
rego, ale wtedy właśnie, wyprowadzona przez 
arcykapłana Baal-Fegora, pojawia się Sella — 
i czar pryska. 

Bo Sella nie omroczoną smutkiem twarzą, 
nie wyrzutami, zawsze bolesnemi, nie przypo- 
mnieniem minionych zachwytów, mającem za- 
pach zwiędłych kwiatów, ale uśmiechem wesołym, 
pocałunkiem ognistym, zapomnieniem o wszyst- 
kiem, dla użycia chwili obecnej, pociągała do 
siebie Zamrego. Ona nie była groźną, jak mści- 
cielka z mieczem w ręku, nie była silną i wielką, 
ale jak powój i bluszcz owijała się około ramie- 
nia Zamrego, dopóki w tem ramieniu była siła; 
ona z rozkoszą poiła się pocałunkami ust jego, 
dopóki te usta były rumiane. Nie znająca życia, 
nie troszcząca się o jutro, rozpływała się w uści- 
sku rozkoszy, który wszystkiem był dla niej. 
Serce ma dobre, nad niedolą się lituje, rywalki 



— 122 — 

swej nie nienawidzi, śpieszy jej z pomocą, gdy 
ta omdlewa, ale barta niema, drży wobec pra- 
wdziwego nieszczęścia, błaga o życie zagrożone, 
bo jeszcze tak młoda, lęka się trupa, i gdy wi- 
dzi kochanka swego skrwawionym i konającym, 
ucieka od niego trwożna, i mimo jego błagal- 
nych wezwań, nie znajduje siły, by się do niego 
zbliżyć. Ona stworzona do pocałunków ma wstręt 
do krwi rozlanej ; ona lubi krew tylko pulsującą 
w żyłach. W sielance życia rozkwita jak róża, 
w tragiedyi jego zwija się jak mimoza. 

Inaczej Noah. Znajduje się ona w istnie tra- 
gicznem położeniu i do tej sytuacyi w zupełno- 
ści dorasta. Po owej scenie, w której mogła już 
była odzyskać serce Zamrego, następuje inna, 
w której podstęp jej się wydaje. Arcykapłan 
Baal-Fegora poznaje w niej tego posłańca, co 
przybywszy do namiotu króla madyanickiego, 
przygotował zasadzkę na Zamrego i Sellę. Noah, 
zapytana przez Zamrego, nie może temu zaprze- 
czyć i ściąga na siebie jego wzgardę. Odtąd 
nie o odzyskanie kochanka jej chodzić może, ale 
jedynie i wyłącznie o uchronienie go od śmierci, 
o przekonanie go, że jeżeli dopuściła się pod- 
stępu, to nie na to, ażeby go życia pozbawić. 
Wtedy staje się ta kobieta stróżem namiotu 
Zamrego. Nie może wprawdzie powstrzymać 
ojca jego, ażeby tam do wnętrza nie zajrzał, 
a zajrzawszy z rozpaczą w sercu nie odszedł 
i nie szukał zgonu w płomieniach, ale nie do- 
puszcza tam lewity, szpiegującego postępki po- 



— 123 — 

dejrzanego księcia, a używszy potęgi swych po- 
wabów dla wydostania od niego noża, zabija 
dyszącego żądzą rozkoszy służebnika Jehowy. 
A gdy i to morderstwo i pozyskanie dla swej 
sprawy Jozuego nic nie pomogło, i gdy prze- 
biegłość Fineesa wyśledziła przyczynę zmiany 
usposobienia w Zamrym, wtedy ona robi po- 
święcenie straszne: wypiera się swej dla uko- 
chanego miłości, wyznaje swą mniemaną miłość 
do Jozuego, byleby podejrzenia Fineesa usunąć. 

I to napróźno. Żarliwość lewitów wykrywa 
w namiocie Zamrego i Madyanitkę i kapłanów 
Baal-Fegora. Finees musi spełnić wyrok prawa 
i skazać winnych na ukamienowanie. A gdy 
Zamry szydzi z tego wyroku i odwołuje się do 
swych popleczników, otaczających namiot, w któ- 
rym ich wodza na śmierć skazano, Finees sam 
przebija buntownika. Noah do ostatniej chwili 
porusza wszystkie sprężyny celem oswobodzenia 
kochanka, nie zważa na to, że go kapłani po- 
tępili, staje przy nim, a po jego zgonie chwyta 
miecz i nie dozwala nikomu dotknąć się trupa, 
wyzywa Sellę, by ją zabiła, a gdy ta strwożona 
lęka się nawet spojrzeć na żelazo, sama sobie 
śmierć zadaje. 

Wtedy, po raz drugi w dramacie, staje przed 
ludem Mojżesz, karci go za upór, ogłasza wszech- 
potęgę Jehowy, mającą się wznieść nad stosami 
trupów, i zagrzewa do walki z wrogami. Młody 
wódz izraelski Jozue, stłumiwszy w sercu boleść 



— 124 — 

indywidualną z okrzykiem : ^śmierć Madyani- 
tom^ opuszcza soenę. 

Taka jest treśó „obrazu dramatycznego". Roz- 
ważany jako rzecz osnuta na tle stosunków ser- 
cowych jest on dziełem pięknem i w kilku za- 
ledwie ustępach potrzebowałby może albo spro- 
stowania, albo dokładniejszego obrobienia. Na 
tę stronę kładłem też nacisk w rozbiorze obe- 
cnym. Ale obok niej jest druga, ogólniejsza, do- 
tycząca całego ludu izraelskiego, nakłanianego 
do wyznawania jednego boga, Jehowy, a zosta- 
jącego w stosunkach wrogich z pokrewnemi so- 
bie plemionami, czczącemi bogów innych. Autor 
nigdzie nie wspomina o blizkiem powinowactwie 
Madyanitów i Izraelitów, o wspólnych ich trą- 
dy cy ach, przyzwyczajeniach i kulcie zapewne, 
a przedstawiając motywy odstępowania Izraela 
od czci Jehowy, zaznacza tylko albo znękanie 
klęskami, albo skłonność do niewiast madyani- 
ckich. Ażeby zaś odebrać moc wszelkim powa- 
żniejszym powodom, robi arcykapłana Baal-Fe- 
gora rodzajem Kalchasa z „Pięknej Heleny", 
któremu idzie tylko o własne wygody i zyski. 
Zdaje się, że dzisiejszy dramatyk nie ma po- 
trzeby być rzecznikiem kultu Jehowy, a wro- 
giem kultu Baala; a choćby nawet z jakichkol- 
wiek względów usposobienie takie w nim istniało, 
to dla samej sztuki lepszą byłoby rzeczą, gdyby 
kapłani przeciwnego obozu zachowali godność, 
powołaniu swemu właściwą; pokonać równego 
pod względem sił nieprzyjaciela jest zaszczy- 



— 125 — 

tniej, aniżeli zwyciężyć słabego nikczemnika. 
W takiem pojęciu jaśniej też, wyraźniej zary- 
sowałaby się dusza Zamrego, który w obecnej 
kompozycyi jest zbiorem różnorodnych uczuó, 
niedoprowadzonym do jedności psychicznej. Prze- 
bija się w nim i serce dobre, kochające ojca, 
i dusza szlachetna w ostatniej jeszcze chwili 
myśląca o dobru ludu, a obok tego zawistna 
ambicya, zazdroszcząca zaszczytu przyjacielowi 
i niewyraźna, niezdecydowana ohęó odegrania roli 
zbawcy narodu, i słabość charakteru zapomina- 
jąca o wszystkiem dla pocałunku, i jakaś de- 
moniczna, szydercza skłonność do naigrawania 
się, trochę na sposób nowożytny, z religii i z pra- 
wa. On sam nie dochodzi nigdy do świadomo- 
ści swej roli; król Madyanitów musi mu przy- 
pominać, że może się stać zbawcą swego ludu. 
^dyby autor uczynił z niego przedstawiciela 
świadomej siebie opozycyi względem Mojżesza, 
wówczas te niepogodzone w jego sercu uczucia 
zlałyby się w jedno; Zamry sam w swojem su- 
mieniu nie potrzebowałby uważać się za zdrajcę, 
ale za uprawnionego rzecznika interesów naro- 
dowych, pojętych inaczej, aniżeli w kole Moj- 
żeszowem. Tym sposobem stałby się Zamry nie 
tylko dramatycznym w zakresie indywidualnym, 
ale i w ogólnym. 



XXI. 
Aleksander Świętochowski (Władysław Okoński). 

Kiedy biorę książkę Aleksandra Świętochow- 
skiego do ręki, pierwszą myślą, jaka mi się na- 
stręcza, bywa zazwyczaj s: użyję rozkoszy styla. 

Nie chcę przez to powiedzieć, iżbym nie spo- 
dziewał się znaleźć w pismach Świętochowskiego 
karmi dla rozumu lab fantazyi ; przeciwnie wiem 
z gćry, iż jej braku wcale nie zaznam ; — pra- 
gnę jedynie zaakcentować tę cechę znamienną, 
że karm owa podana mi będzie w formie wy- 
twornie wykończonej, o którą autor dbał tyleż, 
co i o treść samą. 

Styl nie należy w piśmiennictwie naszem do 
rzeczy, stanowiących troskę szczególną twór- 
ców. Po większej części idziemy i w tej spra- 
wie za brzmieniem rubasznego przysłowia: „jak 
zwał, tak zwał, byle tylko dał". Świeżość, bar- 
wność, plastyka, oryginalność wyrażenia, lek- 
kość, werwa, dowcip ukazują się w artykułach, 
rozprawach, powieściach, dramatach o tyle, o ile 
wrodzony talent pewnego pisarza ma te zalety 
w zasobach swoich. Ale żeby do uprawy tych 



— 127 — 

darów natury chciał ktoś u nas przykładać sta- 
rania i baczności, to jui należy do wyjątków. 

A nie mam tu bynajmniej na myśli niedbal* 
stwa, a nawet prostej ńi^chlujności pospolitych! 
pismaków, bazgrzących na kolanići,< M ittt źAś-^ 
rżenia chwili do mózgu wsączają; lecz sidstij^ 
tę uwagę do najpierwszych i najznakomitszych 
gwiazd naszego literackiego podniebia. Świecą 
one tak samo jak gwiazdy na firmamencie od- 
powiednio swojej wielkości, ale nie posiadają 
pospolicie ochoty, a może nawet świadomości, 
by blask swój natęźaó lub przyciemniać. Najle- 
psi nawet, największym talentem obdarzeni pi- 
sarze nasi nie chcą zadawać sobie trudu prze- 
glądaliia i poprawiania swoich rękopismów, nie 
są czuli na pewne usterki nietylko względem 
subtelniej szego pojmowania stylu, ale nawet 
względem zwykłych, pospolitych, elementarnych 
przepisów sztuki pisarskiej. 

I tak np. można się prawie założyć, że rzadko 
przyjdzie utalentowanemu pisarzowi na myśl 
uwaga, jak nieładnie brzmi dla ucha Częste, nie- 
raz w jednem zdaniu parokrotnie powtórzone 
słówko były 1>yłaj było; jak ponawiające się na 
początku, w środku, lub na końcu wyrazów 
dźwięki pewne, użyte bezwiednie, t. j. bez za- 
miaru wywoływania szczególnego efektu, niemile 
drażnią słuch człowieka wrażliwego na formę 
wysłowienia. Dotychczas u nas zwracano uwagę 
na takie szczegóły w rozbiorze póei^yi tylko, 
If^jtykając chropowatości wiersza; co do prozy, 



— 180 — 

u nas niemal zakorzenionych: skondensował swe 
wyrażenia tak, iż dla niewprawnych w myślenie 
mogą sii^ one niekiedy zagadkowemi wydawać, 
a opromienił je taką świetnością, że migocą się 
one, jak drogie kamienie. Świetność tą bierze 
autor częściej z umiejętnego, artystycznego ze- 
stawienia pojęć, wytwarzających świeże, orygi- 
nalne przenośnie, aniżeli ze świata zjawisk 
zmysłowych, któremi od wieków posługiwali się 
poeci 

Ni^hiazwalbym Świętochowskiego „kolorystą" 
w stylu, ponieważ w obrazach jego zauważyć 
można niewiele ciepłych barw; jest to raczej 
mocarz słów „lśniących jak mozajka", chociaż 
rzadko „śpiewających jak słowiki"; jest to ar- 
tysta, rozporządzający nadzwyczaj bogatem sło- 
wnictwem, obeznany doskonale z właściwościami 
wyrazów i zwrotów przez siebie używanych, 
wybredny w wyborze i doborze każdej cząstki 
składającej się na frazes, czuły niesłychanie na 
harmonię dźwięków, świadomy tajników zarówno 
mowy, jak myśli, zasobny w dowcip wytworny, 
skłonny do antytez i epigramatycznego sposobu 
formułowania swych wywodów i określeń. 

Długie to wyliczenie zapewne nie wyczerpuje 
wszystkich cech stylu Świętochowskiego, bo sub- 
telność jego wysłowienia nie da się ująć w ja- 
kąś formułę już znaną — a to samo właśnie 
dowodzi najlepiej jego oryginalności. 

Możnaby jeszcze bardzo długo mówić o przy- 
miotach, odznaczających formalną stronę twór- 



'WaEyscj pnwie mpoinuiftją. le dii«ło 

Blowa pneznaczone j«ei me^lko dta umj'rfi('* 

ale takie dla słacha. 

Świ^toohowski stanowi w tej miene ohlnboy 
Tyjątek. Od początku swego Uteraokicgo aa* 
wodo, t. j, od czasu, gdy pnblicjstjką zajmować 
ai^ zaczął, nie zanfal od wyłącznie wrodzonemu 
talentowi swemn , eubtelnemu poczucia stylo, 
lecz starał się kształcić go i doskonalić; a kiedy 
eią vraąf do tworzenia dziel sztuki, dnuuatdw 
i powieści, jeszcze usilniej nad owladni^citm oa- 
nędzia twórczego pracował. Wszelka niepopn- 
wnośó, chropowatość, pospolitość raziła go, jak 
„zgrzyt żelaza po szkle"; stąd popadał niekiedy 
w ostateczność, w zbytnią wytwomość wyraie> 
nift, która niezawsze licowała z temperamenteo 
i nkszałceniem osób rozmawiających ;^alo wsku* 
tiej pieczołowitości o styl, wyodrębnił i» 
ipy wspólczesnycL prozaików, 
[io wyłowienie Swi płocho WHh^ 
a zalety, o których dotydeat 
Sibyśmy w nim pisarza popnnige 
Ł Jest on jeszcze czerni rjt^ A^ 
Inym. Jak najkrócej<7»^ '^ 
ność polega? Jii^/^ 
Bozególnej zwi^f^ 



— 180 — 

u nas niemal zakorzenionych: skondensował swe 
wyrażenia tak, iż dla niewprawnych w myślenie 
mogą się one niekiedy zagadkowemi wydawać, 
a opromienił je taką świetnością, że migocą się 
one, jak drogie kamienie. Świetność tę bierze 
autor częściej z umiejętnego, artystycznego ze- 
stawienia pojęć, wytwarzających świeże, orygi- 
nalne przenośnie, aniżeli ze świata zjawisk 
zmysłowych, któremi od wieków posługiwali się 
poeci 

Ni^hiazwałbym Świętochowskiego „kolorystą" 
w stylu, ponieważ w obrazach jego zauważyć 
można niewiele ciepłych barw; jest to raczej 
mocarz słów „lśniących jak mozajka", chociaż 
rzadko „śpiewających jak słowiki"; jest to ar- 
tysta, rozporządzający nadzwyczaj bogatem sło- 
wnictwem, obeznany doskonale z właściwościami 
wyrazów i zwrotów przez siebie używanych, 
wybredny w wyborze i doborze każdej cząstki 
składającej się na frazes, czt^y niesłychanie na 
harmonię dźwięków, świadomy tajników zarówno 
mowy, jak myśli, zasobny w dowcip wytworny, 
skłonny do antytez i epigramatycznego sposobu 
formułowania swych wywodów i określeń. 

Długie to wyliczenie zapewne nie wyczerpuje 
wszystkich cech stylu Świętochowskiego, bo sub- 
telność jego wysłowienia nie da się ująć w ja- 
kąś formułę już znaną — a to samo właśnie 
dowodzi najlepiej jego oryginalności. 

Możnaby jeszcze bardzo długo mówić o przy- 
miotach, odznaczających formalną stronę twór- 



— 131 — 

czośoi Świętochowskiego, ale boję się, czy i tak 
już nie przekroczyłem granicy cierpliwości czy- 
telników, pisząc uwagi, jakie mi się nastręczyły 
przy odczytywaniu jego dramatów i opowiadań. 



I. 

Świętochowski jest pisarzem posługującym 
się metodą tworzenia przedmiotowego^ do czego 
nawykł jako dramatyk, ale do realizmu artysty- 
cznego nie przyznaje się zgoła. Z romantyzmem 
się rozstał, na bohaterów wybiera często ludzi 
powszednich, nie ukrywając ich słabostek lub 
śmieszności, lecz zaznacza w nich takie strony, 
które sympatycznie dla nich usposobić nas muszą. 

I tak, w jednej ze swoich nowel wystawia 
„Małorosa" Podolaka. Ani odrobiny w nim tej 
poety czności i tej szczególnej przyjaźni z na- 
turą, w jakie wyposażyły Ukraińców w ogóle, 
a Kozaków w szczególności nasze ukraińskie 
poemata i nasze ukraińskie powieści. Jest to 
sobie prosty chłop, który w służbie wojskowej, 
czy też pod innemi wpływami nauczył się tro- 
chę czytać i pisać, ale któremu wysłowienie się 
idzie z trudnością, który długo napocić się musi, 
zanim kilka zdań napisze. W zalecankach swo- 
ich ani pomyśli nawet o przynoszeniu kawałka 
chmury dla swej lubej ; on woli dać jej kawa- 
łek perkaliku, bo ma zdrowy rozsądek i żyje 
wśród świata rzeczywistego, nie chodził on do 



- 132 — 

szkoły ukrainofilów i nie bawi się w fantastykę. 
Nie rozmawia z trawami, nie baje o sokołach, 
nie pyta się wiatru lub rzeki o swoje dolę i nie- 
dolę, ale kłóci się z podejrzanym o kontrabandę 
handlarzem i swoim rywalem, udaje się do szla- 
chcica z prośbą o odstąpienie chaty i kawałka 
gruntu, bo wie, że kto się chce ożenić, musi 
mieć chałupę i trochę sprzętów, źe mu sokół 
lustra, o które wielce dba kochanka, nie przy- 
niesie, a trawa o tyle tylko może mu być po- 
żyteczna, iż w niej zdarzy się znaleźć dobrą 
poimkę. 

W innej powiastce: „Chawa Eubin" daje nam 
poznać biedną, niemłodą już, niepiękną, kilkor- 
giem dzieci i mężem niedołęgą obarczoną ży- 
dówkę, przekupkę na jak najmniejszą skalę. 
Obraca ona trzechrublowym kapitałem, przyno- 
szącym jej dziennie około 25 groszy, musi więc 
wszystkie siły wytężać, ażeby najprzód kapitału 
nie zmarnować, a powtóre, żeby mieć dziennie 
26 groszy, z których wyżywić musi siebie, dzieci 
i męża husyta. Łatwo pojąć, w jakim kierunku 
położeniie takie wyrobić musiało uczucia i myśli 
przekupki. Namiętność zarobku, chęć i bojażń 
rezyka, kłamstwo handlarskie, niepokój myśli, 
obrachowującej każde poruszenie ręki, co sięga 
po grosze, zobojętnienie popędów tkliwych, 
a rozwinięcie praktycznych: oto cechy najgłó- 
wniejsze. Chawa Bubin zostawi w domu pła- 
czące dzieci i poleci wiorst kilkanaście, by spie- 
niężyć towar, o który się lęka, żeby się nie ze- 



— 133 — 

psuł. Ona się nie rozozola i nie roztkliwia na 
próżno, bo to zyska nie przyniesie; a przecież 
ma głębokie uozucie macierzyńskie, bo dla ko- 
góż cały ten zachód podejmuje, jeżeli nie dla 
czworga żołądków. Tak jest żołądków, autor 
mówi to wyraźnie i porównywa Chawę do wil- 
czycy; która się raduje, jeżeli zdobędzie wołowe 
udo dla dzieci. Żołądek jest to wyraz, który 
brzmi mniej ponętnie niż serce^ i może dla nie- 
których być niesmaczny ; cóż robić, kiedy wiado- 
mo, że gdyby żołądek nie miał karmi, toby i o ru- 
chach czy porywach serca nie można było mówić. 

I dopóki artysta pozostaje na tym przed- 
miotowym punkcie widzenia; póki każe przema- 
wiać samym faktom, powstrzymując się od oso- 
bistego komentarza; poty poza osobistością po- 
wszednią dostrzegamy wielkie uczucie: miłość 
macierzyńską, miłość ojcowską, miłość rodzin- 
ną; — gdy zaś autor wystąpi jako publicysta, 
to bardzo często psuje nam wrażenie. 

Dwie powiastki Świętochowskiego kończą się 
mniej więcej takim frazesem: „Biedaku, ja ci 
to, żeś chciał u nas pracować i naszym być 
bratem, przebaczam^. Dopóki się czyta o bie- 
dnym Damianie, którego w chwili blizkiego urze- 
czywistnienia najdroższych pragnień sprząta kula 
kontrabandzisty, lub o zabiegliwej Chawie Ru- 
bin, której nadzieję wyżywienia rodziny odej- 
muje zemsta próżniaka i pijaka, albo wreszcie 
o poczciwym Karolu Krugu Szlązaku, któremu 
nienawiść mularza warszawskiego z pod nóg 



— 134 — 

deskę usuwa: dopóty odczuwamy głęboką bo- 
leść kochanka i syna, matki i ojca, dopóty po- 
staci te jako indywidua artystyczne wywierają 
potężne wrażenie. Ale jak przychodzi do czy- 
tania owego uogólniającego frazesu, który już 
wprost wypłynął z usposobienia autora, wraże- 
nie to zaczyna się mącić. Wtedy przypominamy 
sobie te niemiłe figury z Aleksandrowa lub So- 
snowca, od których coprędzej radzibyśmy się 
oddalić; wtedy zaczynamy kontrolować powie- 
óciopisarza wyrzekającego na naszych ekonomi- 
stów, co to przeciwko żydom wrzeszczą, i do- 
chodzimy do tej uwagi, że przecież ci ekono* 
miści, chociażby zresztą najmniej warci, nigdy 
nie występowali przeciwko biedakom zarabiają- 
cym na życie pracą swoją i trudem, ale walczyli 
przeciw próżniactwu wyzyskującemu lekkomyśl- 
ność; wtedy gotowiśmy przytoczyć fakta świad- 
czące nie już o ' tem, że w fabrykach wyższe 
posady zajmują Niemcy, ale o tem, że tutejsi 
robotnicy nie dostają w nich roboty. 

Ów frazes, brzmiący jak wymówka, wydaje 
się nam niesprawiedliwy*; my przecież nie mamy 
tak złego serca, ażebyśmy chcieli zazdrościć ka- 
wałka chleba dla tych, co pracują na naszej 
ziemi, choćby nawet nie wypowiadali świadomej 
chęci zostania braćmi naszymi. Świętochowski 
przeciwnie świadomość tę akcentuje jako za- 
wartą w pracach i losach bohaterów swoich; raz 
nawet każe Karolowi Krugowi wypowiedzieć tę 
myśl wobec współzawodników rzemiosła, cho- 



— 135 — 

oiaź to woale nie wypływa ani z jego sycia, ani 
też ze stopnia jego inteligenoyi. Eliedy się so- 
bie przypomni rys nadzwyczaj trafiiy, tegoż 
Kraga dotyoząoy, który w ostatniej chwili prosi 
towarzysza Wilhelma, ażeby sprowadził jego żonę 
i dzieci do Warszawy, bo tu można earóbić; to 
tradno sobie wyjaśnić owo powoływanie się na 
braterstwo inaczej, jak po prosta przestawie- 
niem myśli autora w głowę Elruga, gdzie ona 
prawdopodobnie nigdy nie postała. Daleko więc 
słuszniej szą, bo wypływającą z treści powiastki, 
jest końcowa uwaga zastosowana do „Chawy 
Bubin^ : „Biedna Ghawo, ja oi to, żeś na mojej 
zieini pracować i jej chlebem deieci swoje żywić 
chciała^ przebaczam". 



n. 

Co do pojęcia człowieka przez Świętochow- 
skiego, to w dramatach bogactwo i różnorodność 
natury ludzkiej przedstawiają się sprowadzone 
do minimum. Temperamenty i charaktery w wy- 
rażeniu swoich uczuć i myśli, w postępowaniu 
zacierają się do niepoznania a czasami znikają 
nawet zupełnie. Panującym wszędzie typem jest 
człowiek rozumujący, dowcipny aż do rozkrwa- 
wiania ran serca własnego, wykształcony wykwin- 
tnie, zręczny dyalektyk, mówiący abstrakcyami 
zamienionemi w obrazy. Czy to będzie niewol- 
nik grecki z IV wieku przed Chrystusem, czy 



— 186 — 

patryoyusz rzymski z ozasów Cezara, ozy szla- 
chcic polski z połowy XVJ-Li stulecia, czy dzier- 
żawca z początku obecnego, czy adwokat spół- 
czesny lub inżynier, czy młodzieniec wracający 
ńwieźo po latach kilkunastu z pośrodku ludów 
^ dzikich^, — wszyscy przemawiają językiem, wła- 
ściwym jedynie i wyłącznie samemu autorowi, 
wszyscy mają na zawołanie nadzwyczajną zrę- 
czność dyalektyczną i obfitość porównań i obra- 
zów, wszyscy są sprytni i przebiegli w myślach, 
mniej zdolni do czynu, drażliwi, nerwowi, uci- 
śnieni, pesymiści i cynicy potrochu. 

Co się powiedziało o mężczyznach, to pra- 
wie bez wyjątku zastosować się daje do kobiet; 
są to umysły wykwintnie wykształcone, wła- 
dnąoe skarbami mowy tak jak mrfo kto wła- 
dnie, wyposażone fantazyą bujną i lotną, rozu- 
miejące każdą subtelność myśli i szermujące sło- 
wami, jak wytrawni i wytworni sofiści. Z po- 
zoru możnaby te osoby wziąć nawet za istoty 
pozbawione serca, które pochłonęła zdolność 
rozumowania. W gruncie rzeczy tak nie jest; 
mają one wiele uczucia i to głębokiego, wulka- 
nicznego, ale tak się przyzwyczaiły do ukrywa- 
nia go w głębi duszy, tak się uzbroiły w kolce 
dla świata otaczającego, że uczucie to wydo- 
bywa się na jaw rzadko i nie wypowiada się 
prostą mową serca, ale amplifikacyą poetyczną. 
Oto np. jak szlachcic polski na początku wieku 
bieżącego wyraża swe uczucie dla poddanki, 
wychowanej w domu pańskim, błagając, by za- 



— 137 — 

pomniała o ohwilowem jego zaohowaniu się, gdy 
się dowiedział o jej rodzie : ^Aniele mój, nie gardź 
ozlowiekiem, który chwilowo omdlał w swem 
uozaoiu, uderzony w jego nigdy nietkniętą strunę. 
Z mlekiem matki wyssałem moją szlachecką 
dumę, dotąd oddychałem jej powietrzem^ ani raz 
serce moje nie zadrgało poza Icółem jej promieni — 
i ty chciałaś, ażebym ja w jednej chwili zrzucił 
z siebie naturę dwudziestu pięciu lat mego ży- 
cia i oblókł inną? Dlaczego nie przyzwyczai- 
łaś mnie do tajemnicy swego pochodzenia? Gzy 
sądziłaś, żem orzeł, urodzony w pawiem gnie- 
ździe? że na drzewie mego rodu jestem zupełnie 
różnym od innych owocem? Nie nazywaj tego śle- 
pym, kto przed niespodziewaną błyskawicą zmrużył 
zlęknione oko. Jeszcze dotąd myśl w chmurach 
mi tonie, dotąd nie widzę jasnego jej światła; 
ale nigdy niegasnącą gwiazdą w tej burzy jest dla 
mnie miłość) która przed niebezpieczeństwem 
w obronie twojej nie zadrży. Pod klątwą wie- 
cznej na moją cześć hańby, daj mi prawo upo- 
mnieć się za twoje krzywdę**. Aktor nowocze- 
sny, otrzaskany ze wszystkiemi tyradami miło- 
snemi, nie mógłby się wyrazić stylistycznie 
piękniej i teatralnej. 

A znowuż kiedy Michał Pielesz, szlachcic 
polski z połowy XVill wieku, procesowany 
przez wojewodę, pragnącego wydrzeć mu żonę, 
do której niegdyś się zalecał, na jego propozy- 
cyą ironiczną wydania mu błazna, odstępuje mu 
żonę; to oczywiście w duszy jego musiała się 



— 138 — 

odbyć straszna walka; aator nie przedstawia jej, 
awaźająo to może za rzeoz spowszedniała, lecz 
wyraża tylko rezultat w słowach wypowiedzia- 
nych do adwokata : „Racz pan oświadczyć woje- 
wodzie, że mu nie dam błazna, ale odstępuję żonę^. 

Rozumie się, że dobrze poszukawszy znala- 
złyby się różnice i pomiędzy temi postaciami; 
ale na cóż się przyda takie szperanie, które od- 
po Wiedniem jest tam, gdzie chodzi o abstrakcye, 
a nie tam, gdzie o żywe osoby. 

A jakie postaci, takie i warunki, wśród któ- 
rych żyją. Są one dosyć jednostajne. W wię- 
kszej części dramatów rzecz idzie o swobodę, 
o niezależność osobistą, której grożą jakieś nie- 
przyjazne potęgi, czy to w formie wszechwła- 
dnego pana, czy przemożnego magnata, ozy 
opinii publicznej, czy wspózawodnictwa. Osoby 
zawikłane w tę walkę nie wychodzą właściwie 
z tej jednej sytuacyi i są podobni zazwyczaj 
do ptaka silnego wprawdzie, ale zamkniętego 
w mocniejszej od niego klatce. Nie widzimy tych 
ludzi w różnorodnych stosunkach, poznajemy ich 
tylko z jednej strony. Idea wolności osobistej 
jest bezwątpienia bardzo pięknem hasłem zaró- 
wno dla dzieła myśli jak i dla dzieła sztuki; ale 
jeżeli przynosi się jej w ofierze prawdopodo- 
bieństwo życiowe, nie może się stać artystycznie 
skuteczną. Chcąc np. o ile możności najsilniej 
przedstawić tragiczność położenia niewolnika gre- 
ckiego, robi go Świętochowski wykształconym 
filozofem: ale na tem nie poprzestaje, filozofowi 



— 139 — 

tema każe jeszcze wykonywać z rozkazu pana 
bezmyńlne roboty, omywać lińcie gąbkami, od- 
pędzać motyle itp. Niema wątpliwości, że byli 
uczeni niewolnicy w Grecyi; lecz ich panowie 
umieli korzystniej odzyskiwać koszta łożone na 
ich wykształcenie. Kupiec czy przemysłowiec 
ateński kazał uczonemu niewolnikowi przepisy- 
wać dzieła sławnych autorów, uczyć dzieci, pro- 
wadzić rachunki, bo do obcierania liści gąbkami 
mógł użyć najzwyklejszego idyotę. Nie mówię 
tu o srogości tyrańskiej pana względem niewol- 
ników, gdyż zapewne autor nie myślał przed- 
stawiać w dramacie swoim ogólnego stanu nie- 
wolnictwa w O-recyi, tylko malował pojedynczy 
wypadek, a przeciwko temu protestować trudno. 
Z tego samego względu nie myślę robić wy- 
rzutu autorowi, aż do znudzenia powtarzanego, 
jakoby w „Poddance" i w „Błaźnie" chciał ob- 
rzucać błotem przeszłość naszą, wystawiając 
w pierwszej nieludzkie obchodzenie się pana 
z chłopką, a w drugim — przedajność sędziów 
i przemoc magnacką. Zarzut ten jest zapewne 
wynikiem dwu czynników: wielkiej draźUwości 
narodowej, która nie umie odróżnić miłości od 
bałwochwalstwa, i wielkiej skłonności do szyb- 
kich a nierozwaźnycli uogólnień a może i krótko- 
widztwa, które każdy fakt pojedynczy poczytuje 
za prawidło i w utworze sztuki, malującym in- 
dywidua, dopatruje się obrazu ogółu. 

Zgodziwszy się jednak raz na takie pojęcie 
człowieka abstrakcyjne a przynajmniej jedno- 



— 140 — 

stronne, znajdziemy w dramatach wiele pier- 
wszorzędnych zalet. A przedewszystkiem ocza- 
ruje nas styl wszystkimi blaskami drogich ka- 
mieni najstaranniej oszlifowanych. Autor unika 
.jak zarazy wszelkich wyrażeń pospolitych , 
utartych i spowszedniałych. Przenośnie jego 
i porównania oryginalne i świeże, a zwykle 
nadzwyczaj tra&e, nie mają nic wspólnego ze 
zwykłemi tego rodzaju figurami retory cznemi ; 
polegają one przeważnie na przywracaniu, albo 
nadawaniu wyrazom abstrakcyjnym znaczenia 
konkretnego, na wlewaniu w te oderwane poję- 
cia życia i ruchu. Dowcip, mianowicie dowcip 
ąjadUwy, jest zawsze na zawołanie autora. 11 a le 
gonie de V<yppróbre możnaby o nim powiedzieć, 
jak się wyraził Taine o Swifcie ; z temperamentu 
i usposobienia satyryk i pamflecista, przenosi 
swą niepohamowaną werwę i swój subtelny zmysł 
dostrzegania różnic do dramatu i wywołuje na 
usta uśmiech spokojny, czasami bolesny. Szcze- 
rego, serdecznego śmiechu nigdy on nie wzbu- 
dzi, ale przejmuje niekiedy strachem. Ostrze 
jego błyszczy jak stal, migoce jak brylant. A dya- 
log! Zawsze świetny, dościga niejednokrotnie 
granic dramatyczności i ożywienia. 



Nazwa dramatów nie wszystkim dyalogowanym 
utworom Świętochowskiego w równej mierze przy- 
stoi. Z pojęciem dramatu łączy się pojęcie dwu sił 



— 141 — 

działających w kierunku przeciwnym; im siły te 
bęclą równomiemiejsze, tem dramatyoznośó bę- 
dzie większa. Tymczasem, jak wspomniałem, po- 
staci wprowadzone na scenę przez autora znaj- 
dują się pod zaklęciem siły wyższej, z którą 
walczyć im niepodobna, mogą się jedynie pod- 
dać losowi, albo umrzeć. „Antea^ np. składa się 
właściwie z dwu scen tylko: jednej, w której 
dwaj niewolnicy filozofowie zaprawiają się do 
znoszenia przykrości życia wzajemnem z siebie 
szyderstwem, i drugiej, w której przyprowa- 
dzona niewolnica, ukochana niegdyś przez Du- 
losa, okazuje więcej chęci używania dostatków 
w objęciach jego pana, niż dzielenia wszystkich 
przygód niewolnika. Dulos całuje Anteę wobec 
pana i idzie na pal. — ;,Na targu" rodzina niegdyś 
wolna ma być sprzedana; bezsilna rozpacz ma- 
tki, która się lęka tylko jednego, żeby jej nie 
rozłączono z dziecięciem, i spółzawodnictwo kilku 
kupców chcących nabyć tę rodzinę, już to całą, 
już to osobno, stanowi węzeł dramatyczny; roz- 
wiązuje go kupiec najbogatszy, zabierający męża, 
co już zaciskał pętlicę na swej szyi, żonę i dzie- 
cię razem. — W „Poddance" los dziewicy wy- 
chowanej po pańsku, a następnie przez młodego 
dziedzica, którego żądzy uledz nie chciała, za- 
mienionej w sługę, rozstrzyga konstytucya księ- 
stwa warszawskiego, nadająca wolność osobistą 
włościanom. — W „Dachówce" (1887 r.) człowiek 
rozumny i zacny, mąż i ojciec uwielbiany, dyrek- 
tor fabryki^ dopomagający czynnie i skutecznie, 



— 142 — 

komu tylko może, spełniający dobrodziejstwa 
bez wymówek i przechwałki, uprzedzający cu- 
dze życzenia, ginie nagle od kawałka martwej 
bryły, spadłej z wysokości domu. 

Wszystkie te cztery utwory nazwałbym chę- 
tniej obrazkami lub dyalogami dramatycznemi, 
gdyż w nich włańciwej walki dramatycznej nie 
ma, albo jeżeli jest, to ją rozstrzyga okoliczność 
zewnętrzna, nie zaś czynniki wewnętrzne. 

Prawdziwymi dramatami są: „Niewinni", „Nie- 
śmiertelne dusze^, „Helyia'', „Błazen", „Za ma- 
ską^, „Piękna", „Aspazya". 



IV. 

„Niewinnymi", napisanymi w r. 1874, nagro- 
dzonymi na konkursie r. 187B, debiutował Świę- 
tochowski w literaturze dramatycznej i na sce- 
nie jako Władysław Okoński. Wszystkie główne 
właściwości jego talentu widnieją już w tej pier- 
wszej sztuce: oryginalność stylu, nadzwyczajna 
umiejętność dyalektyczna, ujmowanie kwestyj 
z nowej jakiejś strony, wkładanie określonej 
idei w stosunki i kolizye między ludźmi, a je- 
dnak unikanie długich rozpraw z powodu tej 
idei, mającej się uwydatnić w samej akcyi. 

Zofia, wychowana w surowych zasadach moral- 
nych przez swego przybranego, jak długo mnie- 
mała, a rzeczywistego, jak się później okazało, ojca, 
przekonawszy się, że mąż jej Bolesław, już 



— 143 — • 

w czasie pożycia małżeńskiego, nie szczędził hoł- 
dów dla jej niegdyó przyjaciółki, Julii Krzewni- 
ckiej, która pokochała go całą potęgą swego 
namiętnego serca, rozstaje się z nim, wołając: 
„Uwodzicielu i kłamco, weź sobie tę obłąkaną — 
to twoja żona! Łączę was i błogosławię wszyst- 
kiemi nieszozęiciami, jakiemi się wzajemnie po- 
gnębicie! Zgubiłeś ją, więc bądź jej mężem; zna 
cię, więc nim być możesz!^ 

Postąpiła tak pod wpływem zasad surowych, 
nie przebaczających żadnego od nich odstąpie- 
nia, lecz nie porachowała się ze swem sercem. 
Po rozstania z Bolesławem, wziąwszy do siebie 
dziecko, przepędza czas za granicą, we Wrocła- 
wiu, nie mogąc znaleźć ukojenia. Ojciec, pojmu- 
jący jej tęsknotę, stara się w niej wyrobić za- 
niedbane w poprzedniem wychowaniu uczucie 
wyrozumiałości i przebaczenia. Nie udaje mu 
się to apostolstwo przez czas dość znaczny; 
z początku etyka, potem zaciętość górowały nad 
wszelkiemi perswazyami i dowodzeniami. Mau- 
rycy zwątpił już prawie o zmiękczeniu serca 
ukochanej córki, gdy wtem dwa czynniki mu 
dopomagają: oburzenie i współczucie. Oburzyła 
się Julia na zuchwalstwo Alfreda, przyjaciela 
Bolesławowego, który śmiał z oświadczynami 
wobec niej wystąpić; współczucie zaś obudziło 
się w niej na widok Julii, korzącej się przed 
nią, a wyznającej swą miłość dla jej męża, po- 
mimo że ją odtrącił. Słowa Julii gorące i szczere, 
może najsilniej uczuciowe, jakie Świętochowski 



— 144 — 

kiedykolwiek napisał, musiały oddziałać na cUo- 
dną (z pozoru) bohaterkę. „Ja miałabym go nie- 
nawidzieó? — odpowiada Julia na uwagę Zofii — 
Za 00? To musiałabym także nienawidzięć słońce, 
że nie chce tylko dla mnie świecić, gieniuszów, 
że nie chcą tylko o mnie myśleć, Boga, że nie 
tylko o mnie pamięta. Alboż on mnie skrzy- 
wdz«? Cóż Jńce winno, że sie słonecznik za 
nim obraca? Czy za drobną szkodę, jaką po- 
niosłam, nie wynagrodził mnie tysiącem zachwy- 
tów? Że nie chce być moim, za to mam go nie- 
nawidzięć? Nie, ja go tylko kochać umiem 
i mogę"... 

Wobec takiego wyznania czemźe okazać się 
musiała Zofii krzywda, jaką jej wyrządził Bole- 
sław! Jeżeli Julia złamanie swojego życia na- 
zwała „drobną szkodą"; to przewidywane dopiero 
przez żonę następstwa czyż nie musiały zmaleć 
w jej umyśle? Ale Zofia jest mocno drażliwa 
i uparta; potrzeba było aż bolesnej spowiedzi 
jej ojca, który ją spłodził w związku niepra- 
wym, ażeby ją nakłonić ostatecznie do przeba* 
czenia Bolesławowi. 

Mąż ma wiele podobieństwa do swej żony. 
Poczuwając się do winy, jakkolwiek lekkiej, usi- 
łował zrazu przebłagać Zofię; ale gdy ta odtrą- 
ciła go stanowczo, zaciął się w sobie i o prze- 
jednaniu myśleć przestał. Wyjechał do Szwaj- 
caryi, trawił czas na smutnem rozmyślaniu, raz 
spróbował samobójstwem skończyć dni swoje, 
ale uratowany przez wiernego sługę, który, z po- 



— 146 — 

ręki Maurycego mu dany, strzegł go i pilnował 
jaknaj baczniej, z bolesną rezygnacyą postano- 
wił £yó dla dziecka. 

Przybywszy do Wrocławia, by dziecko swe 
odwiedzić, nie myślał udawać się w pokorę przed 
Zofią, chociaż w gruncie duszy miał tak samo 
głębokie do niej przywiązanie, jak ona do niego; 
nawet interwencya Maurycego nie podziałała nań 
łagodząco; dopiero ukorzenie się Zofii i cieplej- 
sze jej słowa stopiły lodową skorupę, pokrywa- 
jącą wulkan uczuć, i sprowadziły zgodę, pra- 
wdopodobnie już trwałą, opartą na tem przeko- 
naniu, głoszonem przez Julię i Maurycego, że 
jesteśmy bezwładnemi narzędziami siły fatalnej, 
któri nami porusza, że zatem winy wzajemne 
powinniśmy sobie darować, bo kto poznał wszyst- 
ko, ten wszystko przebaczył. 

Wprawdzie uczucia i namiętności ludzkie 
drwią sobie z rozumowego, choćby najmocniej- 
szego przekonania; wprawdzie idea przebaczenia 
wszystkiego i wszystkim nie może znaleźć po- 
twierdzenia w sumieniach naszych; ale drama- 
towi wystarcza to przeświadczenie, źe pomiędzy 
Zofią a Bolesławem usuniętą została przeszkoda, 
co ich poróżniła, goryczą serca napoiwszy. sNie 
dziwimy się już nawet, źe wiadomość o samo- 
bójstwie Julii nie wywarła głębszego wrażenia 
na Zofii, jak się tego obawiał Bolesław, — ach! 
bo największe nawet cierpienie cudze nie do- 
równywa najlżejszemu zadraśnięciu miłości wła- 
snej!... łatwiej wybaczyć występek, popełniony 

Nasza literatura dramatyczna. T. H. 10 



— 146 • - 

względem innyoh, nić obrazę nam samym wy- 
rządzoną. 

^Niewinni^ jako. dramat mają oharakter walki 
czysto wewnętrznej; wypadki są tu jedynie środ- 
kami obudzenia w osobistościach głównych pe- 
wnego szeregu myśli, mającego doprowadzić do 
takiego lub innego postanowienia. Węzeł dra- 
matyczny tkwi w duszach, a nie w splątaniu 
stosunków zewnętrznych. Został on przez autora 
związany i rozwiązany misternie, chociaż jeszcze 
nie z tą finezyą, jaką Okoński okazać w niektó- 
rych późniejszych dramatach. Co do układa, ża- 
dnych prawie zarzutów zrobić nie można; „Nie- 
winni^ stanowią całość spójną i dobrze zbudo- 
waną; może tylko uczynić wolno uwagę, iż akt 
ni-ci w zakończeniu zasłabo trochę wygląda; 
wiadomość o śmierci Julii zbyt chłodno została 
przyjętą przez osoby zainteresowane. 

Dramat Okońskiego wyróżnił się od wszyst- 
kich innych wytwornością dyalogu. Ponieważ 
rzecz rozgrywała się wśród ludzi jednakowej 
sfery i podobnego wykształcenia, tożsamość stylu 
wszystkich osób nie bardzo raziła; a sam styl, 
wobec wielkiego zaniedbania go w komedyaoh 
prozą pisanych, musiał świetnością swoją wy- 
wrzeć potężne wrażenie. 

Tematem swoim materyalnym, że tak po- 
wiem — wyrażającym się w nieporozumieniu 
małżeństwa, nie odbiegali „Niewinni" od innych 
komedyj; tylko teza deterministyczna budziła 



■^-ayi^pii ^1 ■• 



— 147 — 

opozyoyą z jednej , a uwielbienie z drugiej 
strony. 



V. 

■ 

Szereg dramatów „ideowych" rozpoczyna ^Oj- 
ciec Makary* (napisany r. 1876). Stanowi on 
pierwszą część, zamkniętą zresztą w sobie, try- 
logii mającej ogólny napis ;,Nieśmiertelne du- 
sze". Zasadniczym motywem dramatycznym tej 
trylogii jest walka jednostek samodzielnych a 
wyjątkowych ze zwyczajami, przesądami, przy- 
jętymi poglądami i samolubnem bałwochwal- 
stwem „interesu*. Tytuł zaś trylogii objaśniają 
końcowe słowa bohaterki części trzeciej i osta- 
tniej: „I ja wierzę w nieśmiertelność dusz. Je- 
żeli najdrobniejszy atom nie ginie w naturze, 
choć się od swych związków odrywa i wyzwala; 
to również ludzkie myśli i uczucia, chociaż bez- 
imienne i z innemi spojone, pozostają na wieki 
w duchu świata. Co z dusz naszych wyszło, to 
trwać będzie... Ci wszyscy, po których rozpo- 
starł się nasz wpływ dobroczynny, przedłużą ży- 
cie nasze za grobem i podadzą jego nić poko- 
leniom następnym... Biegnijcie, myśli moje, w czas 
daleki i rodźcie nowe"... 

Istotną bohaterką trylogii jest właśnie ta 
Kegina, co powyższe myśli przed zgonem wy- 
powiedziała. Córka człowieka zniesławionego za 
szczere przekonania swoje, wychowana w zasa- 

10* 



— 148 — 

daoh stanowozego oporu względem wszystkiego, 
co narusza w czemkolwiek swobodę myśli i uczu- 
oia, odziedziczywszy znaczny majątek, postano- 
wiła żyć „sama^ bez względu na innych ludzi, 
na tak zwaną opinię publiczną. Za to tylko i za 
to wyłącznie została potępioną.. Pogardziła więc 
ludźmi i wyniosła się po nad nich. Oto jej du- 
mny, indywidualistyczny program: „Jestem dla 
siebie ogniskiem stworzenia. Ze wszystkiego, co 
mi się od ludzi należy, najbardziej strzegę mo- 
ich praw człowieczych. Dla nikogo z musu się 
nie poświęcę, cnoty w umartwieniu znać nie 
chcę, obowiązku zapomnienia o sobie nie rozu- 
miem. Niech inni przechodzą życie, nie zauwa- 
żywszy siebie; mnie ten nimbus pokory nie wabi. 
Dla mnie ludzkość nie jest obłokiem kurzu, któ- 
rego wszystkie źdźbła biedź muszą za popędem 
jednego powiewu. Ile ludzi, tyle osobnych świa- 
tów — ja jednym z nich i wiem o tem. Nie 
chcę być niedostrzegalnem ziarnkiem kupy mie- 
rzonej masą, nie chcę poruszać się jedynie ru- 
chami gromady, ale przedewszystkiem żyć dla 
siebie i przez siebie^. 

Nie była jednak wcale samotnicą. Rozumie- 
jąc, że ta tylko kobieta usuwa się od świata, 
która chce upaść, „rozmaite kruki nawykłe wi- 
dzieć w swobodzie" kobiecej „jedynie chęć ze- 
psucia", zaczęły się koło niej zlatywać, a ona ich 
nie odganiała, ciesząc się „z nielitościwą roz- 
koszą" ich zawodami, doprowadzając niejednego 
do szaleństwa. Wskutek oczernień, rzucanych 



— 149 — 

na nią przez owych zawiedzionych, opinia o niej 
pogarszała się ciągle; widziano w niej przewro- 
tną, a niebezpieczną, bo inteligentną i dowci- 
pną rozpustnicę, chociaż ona była najzupełniej 
czystą. Zatamowano jej wszystkie drogi, na któ- 
rych mogła i chciała byó użyteczną dla nie- 
szczęśliwych; dobrodziejstwa musiała spełniać 
potajemnie i bezimiennie. Jej rzekoma rozpusta 
słynęła w całem mieście, * j^j rzeczywiste do- 
bre uczynki nieznane były nikomu. Nie zrażała 
się tem jednak, postanowiła owszem, nietylko 
"W swej niezależności wytrwać, nietylko wszyst- 
kich odtrąconych wspierać^, ale nadto każdą 
dostępną jej duszę na podobną drogę przepro- 
wadzić. Wtedy zaczęły się jej niepio wodzenia. 
Swoboda może się także stać prawem niebez- 
piecznem. Słowami Reginy, przemawiającej w imię 
zupełnej swobody, jedna z kobiet upadłych po- 
ciągnięta została do głębszego jeszcze upadku 
(Melania), prosta zaś dziewczyna do zboczenia 
z drogi prawej. Najwięcej atoli zabolało Re- 
ginę narażenie młodziutkiego i niewinnego dzie- 
cka (Cecylii) na zamach, podjęty przez jednego 
z odprawionych adonisów (Ksawerego hr. Ja- 
strzębca). 

Właśnie w sprawie Cecylii styka się Regina 
z ojcem Makarym. W księdzu tym i jego histo- 
ryi chciał autor przedstawić niebezpieczeństwa 
celibatu kapłańskiego. Powiedzmy z góry, że 
mu się ta postać nie udała w pierwszym dra- 
macie. Jest to osobistość zupełnie melodramaty- 



— 150 — 

czna. Ten ksiądz, nazywany przez Reginę ,, wiel- 
kim i zacnym człowiekiem^, nie miał po prostu 
mówiąc ani charakteru, ani poczucia godności 
osobistej. To też jego katusze, jako ojca nie 
mogącego się przyznać do swych dzieci: 25-le- 
tniego Aurelego Wiszara i 16-letniej Cecylii, ni- 
kogo chyba wzruszyć nie potrafią. Nie jest to 
ksiądz, któryby wierzył bezwzględnie w dogmata 
wiary; ze wszystkich bowiem dwa tylko zdaje 
się uznawać: istnienie Boga i nieśmiertelność 
duszy. Taki ksiądz nie mógł w ascetyzmie i bi- 
czowaniu się szukać środka przebłagania Boga 
czy też udoskonalenia własnego; w ustach ta- 
kiego księdza niedorzecznie brzmi odpowiedź 
na pytanie Aurelego, kto mu zabrania przyznać 
się do ojcostwa: „Wszystko: wzbroniłyby mi 
kamienie, gdyby przemówić mogły**. Gdyby 
Makary miał charakter i gdyby był wyższym 
człowiekiem (o „wielkości" nie mówię nawet); to 
albo nie złamałby ślubów dobrowolnie złożo- 
nych i nie zostałby ojcem zaraz po wyświęce- 
niu na księdza (ma lat 50, a syn 26); albo po- 
rzuciłby klasztor i wyrzekł się stanu kapłań- 
skiego. Uważanoby go wówczas za zapowietrzo- 
nego, to prawda; życie miałby ciężkie, ale za- 
wsze mógłby zrobić to, co robi w 50-ym roku 
życia t. j. pójść na misyonarza do Afryki, na 
misyonarza cywilizacyi bez względu na Kościół. 
Wówczas byłby człowiekiem prawym, godzą- 
cym słowa swoje z czynami. Możnaby go było 
potępiać ze stanowiska kościelnego, ale ze sta- 



II" ' ' ^ . 



— 161 — 

nowiska ozysto ludzkiego należałoby aznaó w nim 
poczucie godności osobistej. 

Zresztą, pomijając kwestyę etyczną, ojciec 
Makary gra bardzo niepoczesną rolę w drama- 
cie pod tym napisem. Umie tylko mówić, pio- 
runować, narzekać, szydzić, ale nie umie dzia- 
łać. Ze wszystkich scen, w których występuje, 
jedna tylko, mocno przypominająca Hamleta, 
rozmowa z braciszkiem Jacentym, sprawia głę- 
bsze wrażenie, lubo z charakterem ojca Mąka- 
rego nie łatwo ją pogodzić, bo Hamletycznego 
nastroju ani przedtem, ani potem w nim nie 
widzimy. 

Z innych osób dramatu interesują nas trzy: 
niewinna, serdeczna, dobra Cecylia i wyuzdany 
rozpustnik, sądem lokaj skim uznany za niego- 
dziwca, Ksawery hr. Jastrzębiec; wreszcie brat 
Cecylii, Aureli Wiszar, przybyły z pośród dzi- 
kich, gdzie lat kilkanaście, posłany przez o. Ma- 
karego, przepędził, lecz niezmiernie łatwo przyj- 
mujący znamiona wytwornie wykształconego czło- 
wieka. 

Wszystkie te trzy osoby wraz z E>eginą wy- 
stępują w drugiej części trylogii „Nieśmiertel- 
nych dusz", napisanej w 12 lat po pierwszej p. t. 
„Aureli Wiszar". Regina jest tu żoną tytuło- 
wego bohatera i jego natchnieniem. Z jej to 
porady zakłada Aureli papiernię i dopuszcza ro- 
botników do udziału w zyskach. Oburza tem 
innych przedsiębiorców, którzy po daremnych 
usiłowaniach, by odwieść Wiszara od zamiaru. 



— 162 — 

używają wszystkich godziwych, a przeważnie 
niegodziwych środków do obalenia współzawo- 
dnika. Udaje się im to w zupełności. Cecylia, 
kochająca syna jednego z bogatych przemy- 
słowców (Kreislera), umiera, gdy Justyn, choć 
zacny młodzian, oddala się od niej, ażeby nie 
drażnić ojca i powoli na swą stronę go zjednać. 
Oszczerstwa, miotane przez br. Jastrzębca na 
E>eginę i Aurelego, rozpraszają skrupuły jego 
wuja hr. Ścibora co do połączenia się z Kreis- 
lerem przeciwko Wiszarowi. Obniżona w zmo- 
wie fabrykantów cena papieru, naraża Wiszara 
na straty; ponabywane przez konkurentów jego 
weksle, odbierają mu kredyt; podburzani robo- 
tnicy domagają się podziału zysków, a gdy ich 
nie otrzymują, ponieważ fabryka niepomyślnie 
się rozwijała, podpalają papiernię i wrzucają 
w nią Aurelego. 

żona Wiszara jest tytułową bohaterką trze- 
ciej części trylogii: „Regina". Po okropnej śmierci 
męża, udała się do Afryki, gdzie o. Makary bar- 
dzo rozległą rozwinął działalność jako krzewi- 
ciel oświaty i moralności wśród murzynów. Tu 
dopiero występują na jaw: mądrość, zacność 
i godność o. Makarego w walce z przedstawi- 
cielami rozmaitych „interesów", pokrytych brzmią- 
cemi hasłami cywilizacyi. Każdy z tych przed- 
stawicieli radby pozyskać ojca Makarego dla re- 
prezentowanej przez siebie sprawy, bo wpływ 
tego misyonarza jest niemal cudowny. Ale o. 
Makary nie chce się wysługiwać interesom An- 



— 163 — 

glii, Francyi, Niemiec ozy Kościoła, pragnie za- 
chować dla siebie i swojej działalności całkowitą 
niezależność, podtrzymywany w tern dążeniu 
przez Beginę, która z zapałem się wzięła do 
pracy oświecania i umoralniania nieszczęśliwych, 
wyzyskiwanych krwawo przez Europejczyków — 
i dlatego oboje giną. Trucizną zabijają nieprzy- 
jaciele o. Makarego jego wiernych pomocników, 
a w końcu i jego samego i podburzają za po- 
mocą wódki murzynów, tak, że Regina, nie chcąc 
się dać w moc tłuszczy, sama podpala chatę, 
w której się znajduje. Słowa tej dzielnej kobiety, 
która w całej trylogii najistotniejsze ma zna- 
czenie, doskonale streszczają losy tych wszyst- 
kich, co wbrew prądowi, sami przez się działać 
pragną: „Kiedy chciałam żyć samotną, wyklęto 
mnie; kiedy chciałam być sprawiedliwą wagą 
pracy ludzkiej — unieszczęśliwiono mnie; kie- 
dym chciała tu spędzać z umysłów noc barba- 
rzyństwa, z serc dzikość pożądań, a z życia nę- 
dzę i krzywdy, skazano mnie na zagładę. Czy 
ród ludzki jest rzeczywiście tak nikczemny, czy 
tylko jego nikczemność tak śmiałą, a uczciwość 
bojażliwą?**... 

Ze wszystkich postaci przedstawionych w „Nie- 
śmiertelnych duszach** najoryginalniejszą, naj- 
konsekwentniej przeprowadzoną i prawie zupełną 
kreacyą jest Begina. Ojciec Makary z powodu 
błędów popełnionych w pierwotnem pojęciu tej 
osobistości, częściowo tylko t. j. jako misyonarz 
w trzeciej części, zadowolić może. Inne osoby 



— 164 — 

musimy nazwać sylwetkami tylko, zarówno Ce- 
cylię i Aurelego, jak hr. Jastrzębca, br. Ścibora, 
Kreislera (ojca i syna), figury robotników i t. d. 
Jako dramatom, jednej głównie rzeczy bra- 
kuje „Nieśmiertelnym duszom" — żywszego 
pierwiastku uczuciowego. Jest go nieco w „Ojcu 
Makarym" i dlatego, pomimo wad w figurze na- 
czelnej i w układzie, robi on większe wrażenie, 
niż „Aureli Wiszar", przepełniony sprawami spo- 
łeczno-ekonomicznemi, lub „Begina", gdzie szcze- 
góły etnograficzne i sprawy handlarsko-polity- 
czne więcej zajmują miejsca niż historya serc. 
Nie można jednak zaprzeczyć, że i one w robo- 
cie artystycznej, posiadają pierwszorzędne za- 
lety; tylko jako całość pozostawiają nas chło- 
dnymi. 



VI. 

„Helvia" to najprzedniejszy klejnot w twór- 
czości Świętochowskiego. Córka rodu, „któ- 
rego połowa swą krew na ołtarzu rzeczy- 
pospolitej wylała", dwudziestoletnia Hehia, ob- 
darzona sercem namiętnem i gwałtownem, wy- 
obraźnią bujną i świetną, umysłem wykształ- 
conym i subtelnym, trzykrotnie na drodze swej 
spotyka „boga niezwyciężonego", jak nazywano 
Juliusza Cezara, wielkiego wojownika na polu 
bitwy, wielkiego serc pogromcy na forum i w ko- 
mnatach. Poznaje go w okresie chwały najwię- 
kszej po zwycięstwie odniesionem nad potężnym 



■ł^ 



— 166 — 

współzawodnikiem, święcącego tryumfy. Baz wi- 
dzi go na pogrzebie swego ojca, jak zbliża się 
do płaczącej i mówi łagodnie a czule: ^^Ziemia 
długo cieszyła się twym ojcem, Helyio, niech 
teraz niebo się ucieszy. Nie płacz, bo on prosi bo- 
gów, ażeby ciebie nam nie zabrali*'. Potem żegna 
Cezara wybierającego się na wojnę, zapewne 
przeciwko Pompej anom ; Cezar odwraca się i wzro- 
kiem przesyła jej tak serdeczne i tak wymowne 
pożegnanie, że po wielu miesiącach mówić o 
niem spokojnie nie może. A jak to spojrzenie, 
tak i owe słowa wyryły się niezatarfcemi ślady 
w jej umyśle i nie odstępowały jej nigdy, pod- 
nosząc bohatera na wyżyny bóstwa. Wreszcie 
widzi go po raz trzeci wśród uroku zwycięstwa 
i upojenia tryumfem, krew jej kipi warem,, traci 
świadomość niemal w „dreszczu szalonej rozko- 
szy". Gdy koło niej przechodził, zamknęła po- 
wieki, lecz usłyszała, jak, mijając ją, powiedział: 
„W tem wielkiem morzu ludzi, jak nurek od 
razu dostrzegłem najpiękniejszą perłę. Ach, gdyby 
łaskawy bóg ozdobił nią dziś laur mego try- 
umfu!^ Helyia życzeniem tem się nie obraża, 
ono jest wyrazem i jej gorących pragnień, a 
wychodząc z ust bohatera-bóstwa, traci wszystko, 
coby miało w sobie ubliżającego, gdyby z ust 
zwykłego śmiertelnika wychodziło. Helyia wy- 
znaje głośno, że bogi dając Cezarowi gieniusz, 
dały mu prawo panowania nad ludźmi i że co 
do niej, wolałaby być zgnieciona stopami boha- 
tera, niż wzniesiona ramionami tchórza. I nie 



— 1B6 — 

dlatego bynajmniej, jakoby czuła swoją maloóć, 
swoją nicość! Nie! Helyia ma świadomość swej 
piękności i potęgi. -Gdybym spojrzawszy w zwier- 
ciadło najmętniejszej wody — powiada o sobie 
do niewolnicy — spytała je o wróżbę, powie- 
działoby mi niezawodnie, że niema śmiertelnika, 
któryby wezwaniem odemnie wzgardził**. Ona 
oczarowana była tym nieprzepartym urokiem, 
jaki rzuca na ludzi wrażliwych siła i bohater- 
stwo. Wszak jej niewolnica Mira, córa zimnej 
północy, ujrzawszy Cezara, mówiła do swej pani: 
„Helvio, straszny to człowiek! Oko jego pali, 
głos nawskroś przenika, a każde słowo rozka- 
zujące, jak gdyby je grzmot poprzedzał, lub ła- 
godne, jak gdyby je zefir przynosił. Zdaje się, 
że jego wola bogów by strwożyła, a boginie 
w objęcia-by mu ściągnęłaś Toż nie dziw, że 
córa gorącego południa płonie „jak słup ognia**, 
omdlewa z rozkoszy, każe zasłonić okna, zam- 
knąć drzwi, ażeby żadną szczeliną nie wybiegł 
z komnaty ani jeden krzyk jej wzburzonej piersi, 
a przed niewolnicą, piastunką niegdyś swoją, 
nie jednym krzykiem, ale całym potokiem słów 
wezbrane uczucia wylewa. 

O niczem mówić, o niczem myśleć nie może, jak 
tylko o owem spotkaniu i dziwi się, że niewol- 
nica wy krzyków jej nie rozumie, że nie wie, o 
kim pani jej tak długo w rozmarzeniu opowia- 
dała. W jej upojeniu wielką rolę grają zmysły, 
ale większą jeszcze wyobraźnia, która wszystkie 
przedmioty i wszystkie okoliczności, odnoszące 



^F^Ę^^ 



— 167 — 

się do owej wielkiej chwili spotkania, w blaski 
słoneczne ubiera. Według niej niebo na przyję- 
cie Cezara ,,oblekło się w całą swą jasność, zie- 
mia rozpromieniła się weselem najrozkoszniej- 
szej zalotności, boginie przesyłały mu z po za" 
obłoków miłosne uśmiechy, listki wawrzynu, 
pieszcząc jego dumne czoło, nienasycone po- 
całunkami, drżały upojone ich słodyczą". A cóż 
dopiero sam tryumfator! „On jak Mars w ludz- 
kie ciało przybrany, rzucając spojrzeniami bły- 
skawice, przed któremi oko słońca się zmrużyło, 
i barwiąc zwrócone do niego twarze rumień- 
cami szczęścia, jechał wspaniały do świątyni, 
prując zwolna oblewające jego rydwan fale na- 
rodu... Gdy znikł w murach Kapitolu, zdawało 
jej się, że za nim wszystko powietrze tam wbie- 
gło"... Czyż to nie szał wyobraźni? 

A rozwaga? Kozwaga kiedy niekiedy przelo- 
tnemi, właściwemi sobie błyskami, przerzyna to 
morze jasności fantazyjnej, ażeby tembardziej 
uwydatnić kontrast pomiędzy tem, co inni ludzie 
widzą, a tem, co rozigrana wyobraźnia wytwa- 
rza... To na czoło Helvii ogień jej twarzy „rzuca 
łunę wstydu"; to przy dotknięciu zimnego mar- 
muru przedstawiającego popiersie jej ojca, bu- 
dzi się strach w jej duszy, tak, że każe niewol- 
nicy wynieść „posągi ojca i bogów" z komnaty; 
to znów przypomina sobie, że dla matki, brata 
i narzeczonego Cezar jest mordercą rzeczypo- 
spolitej, którego „oni nie mogąc żelazem, szty- 
letują przynajmniej złorzeczeniem" — ■• i żaka- 



— 158 — 

żuje Mirze wspominaó imię Cezara wobeo matki, 
brata i narzeczonego... To wszystko przychodzi 
jej na myśl chwilami, ale nie przeszkadza sofi- 
styce wyobraźni, tym napomknieniom rozwagi 
przeciwstawić misternej tkaniny złudnych fan- 
tazmatów. Posągi ojca i bogów wyniesie się; 
rodzinie nazwiska nowego bóstwa się nie wspo- 
mni, a zobowiązanie względem narzeczonego 
zaspokoi się uwagą, że „miłość żon dla boha- 
terów nie powinna być obrazą dla mężów"... 
Uwaga, godna występku popełnionego w wy- 
obraźni. Ale występek mógł się spełnić w rze- 
czywistości, gdyby budząca się namiętność na- 
potykała przeszkody tylko myślowe, abstrak- 
cyjnej gdyby przeciw czarowi, rzuconemu przez 
wielkiego męża, walczyły tylko idee ogólne, 
niezwiązane ściśle z osobą oczarowaną. Ażeby 
wzburzone fale piersi do równowagi przypro- 
wadzić, ażeby przeciw uosobionemu urokowi 
skutecznie wystąpić, nfuszą tu idee ogólne w ciało 
się zamienić, muszą tak blizko ziemi się do- 
tknąć, że już żadna sofistyka usunąć ich nie po- 
trafi. Na wytrzeźwienie umysłu nic tak dobrze 
nie działa, jak żywe bezpośrednie wrażenie, zo- 
stające w przeciwieństwie z marą fantazyi. Bez 
walki wewnętrznej tu się nie obejdzie. Wyobra- 
źnia użyje wszelkiej możliwej broni, ażeby marę 
swoją zabezpieczyć od ciosów, ale jeżeli w czło- 
wieku oprócz tej „poetycznej łgarki* jest serce 
i rozum, to zwycięstwo nie po jej stronie^ 

Helyia walczy sama z sobą, czy ma wezwać 



— 1B9 — 

Cezara na schadzkę, czy nie, gdy przychodzi 
jej matka Kryspina, matrona zacna, godna imie- 
nia Kornelii, patrycyuszka, nienawidząca całą 
duszą Cezara, co w motłocbu szukał narzędzia 
do wyniesienia się. Słowa jej nabrzmiałe uczu- 
ciem dźwięczą jak pobudka, powołująca wolnych 
do zrzucenia jarzma nałożonego przez uzurpa- 
tora: „Służalcze dusze prześcigają się w lizaniu 
stóp swego pana, jak gdyby senat rzymski był 
psiarnią dyktatora, a naród jego zwierzyną. 
Boże opiekunie! ciśnij chociaż w bezwstydne 
oczy prochami wielkich czynów rzeczypospoli- 
tej, niech bezkarnie nie krzywdzą ich pamięci 
swojem sprzedajnem poddaństwem! Panuj, Ce- 
zarze, jeśli nie znajdzie się ani jedna ręka, która- 
by ci podaną przez podłość koronę z głowy 
strąciła^... Matka powiada Helyii, że jej brat 
ukochany Scypion za kilkadziesiąt wierszy sa- 
tyrycznych na Cezara, został uwięziony i przed 
sądem ma stanąć. To pierwszy powiew v/ytrze- 
źwiającej rzeczywistości. Silnym on jeszcze nie 
jest. Fantazya wynajdzie w nim wiele stron sła- 
bych. Najprzód rzecz to niepewna, jaki wyrok 
sąd wyda, a powtóre wykonanie wyroku zależy 
od Cezara, a „bohaterowie brzydzą się zemstą 
na słabych*'. Jeśli Cezar chce rzeczywiście przy- 
wdziać purpurę, to przecież „nie będzie swego 
królewskiego płaszcza kąpał w krwi takich jak 
Scypion jagniąt... On o jego uwięzieniu nic nie 
wie, bo by go z pewnością natychmiast starał 
się uwolnić"... Tak sobie myśli Helvia, i posta- 



— 160 — 

nowi wszy wezwać Cezara na schadzkę, aby go 
prosić o uwolnienie brata, wysyła niewolnicę 
z tem zleceniem. Wtem wchodzi narzeczony 
Licyniusz, młodzieniec, w którym virtus romana 
połączyła się najściślej z zamiłowaniem swobód 
rzeczypospolitej. Dzielnym on jest i wymownym; 
przeciwko Cezarowi spiskuje. Hj8lvia pełna na- 
dziei pomyślnego załatwienia sprawy brata, nie 
wątpiąc, źe u Cezara wszystko uprosi, obojętnie 
przyjmuje narzeczonego i nie waha się wyznać 
swego uwielbienia dla wielkiego bohatera. Roz- 
mowa ta Licyniusza z Helvią, będąca wymianą 
pocisków wzajemnych, dotyczących osoby Ce- 
zara, doprowadza do zerwania węzłów, jakie 
łączyły narzeczonych. Licyniusz widzi z bole- 
ścią, źe narzeczona jego tonie w zaślepieniu, 
i mówi: „Bądź zdrowa, może nazawsze, bo nim 
zostałem twoim narzeczonym, już byłem oby- 
watelem, a wolę pozostać republikaninem, niż 
mężem królewskiej służebnicy. Kochałem cię 
bardzo, ale mniej niż ojczyznę, jej więc muszę 
cię poświęcić. Może ona mnie za to wynagrodzi 
ręką innej, nie wyrodnej swej córki. Ty bądź 
z kim chcesz szczęśliwa^. A dowiedziawszy się, 
że Scypion uwięziony, dodaje szyderczo: „Brat 
w więzieniu za Cezara, a siostra w domu Ceza- 
rowi ze swych uczuć ofiary składa!" 

Pozornie sądząc, rozmowa ta zmienia sytua- 
cyę tylko zewnętrznie; ale głębiej się zastano- 
wiwszy, widzimy w niej ważny w dramacie ruch 
naprzód. Utrata miłości i szacunku ze strony 



— 161 - 

człowieka, co wedle samej Helyii byi jedynym 
w Bzymie mężem, którego po Cezarze koohaó- 
by mogta, pognębia ją moralnie. Chociaż nic 
jeszcze nie wie o rezultacie poselstwa Miry, wy- 
znaje sama przed sobą, co kryła starannie przed 
Licyniuszem, że w sercu boleść tylko czuje. 
A jakkolwiek wiary w Cezara jeszcze nie traci, 
dusza jej już jest przygotowana do zwrotu, 
który ma niebawem nastąpić. 

Dzieje się to za sprawą brata, Soypiona. 
Jest to młodzieniec wesoły, dowcipny, lubiący 
brać wszystko ze strony komicznej, zapalony 
do swobody, gardzący niebezpieczeństwami, prze- 
drwiwający własne nieszczęścia, a tem lepiej 
umiejący drwić ze śmieszności cudzych. Przy- 
rzekł on bogom, że poty martwić się nie bę- 
dzie, póki znajdzie w Rzymie choć jednego re- 
publikanina, któremu-by mógł przeczytać wier- 
sze na chwałę Cezara i nie obawiać się, że go 
zadenuncyuje. Otóż on opowiada siostrze, jak to 
Cezar, który „tyle długów płaci Wenerze, ile 
Marsowi'', jadąc przez miasto, nie ominął żadnej 
pięknej buzi, nie rzuciwszy jej miłosnego umi- 
zgu. G-dy już załatwił się z ceremonią uroczy- 
stości i szedł do domu, spotyka Julię, cioteczną 
siostrę Lioyniusza, i szepcze do niej: „W tem 
morzu ludzi odrazu jak nurek... 

— Kłamie Julia — przerywa mu Helvia, 
która sądziła, że do niej tylko owe miodowe 
słówka wystosował Cezar. 

— Nie kłamie i nie Julia — odpowiada Scy- 

Nasza literatura dramatyczna. T. II. 11 



— 162 — 

pion, tylko idący za nią zdaleka Łicyniusz, który 
naprzód przypomniał Cezarowi, gdzie jego żona 
mieszka, a potem i mnie i wielu innym zdarze- 
nie opowiedział. 

Cios ten był straszny, godził nie w próżność, 
lecz w dumę kobiecą, przemieniał ideał boha- 
tera w postać lubieżnika, który się uśmiecha do 
każdej pięknej twarzyczki. Wyobraźnia Helvii 
starała się wprawdzie cios ten jeszcze odeprzeć 
przypuszczeniem, że to, co mówi Scypion, jest 
plotką, i jako wielka sofistka, żądała wielkim 
głosem prawdy! Ale usiłowania te były próżne. 
Rzeczywistość niemiłosiernie rozdzierała iluzye. 
Brat skazany na wygnanie; Licyniusz i trzydzie- 
stu innych spiskowców również. Helvia nieru- 
choma przysłuchuje się opowiadaniu o tem, aż 
dotknięta w końcu szyderstwem Licyniusza, po 
chwili pasowania się z boleścią, z dumą upoko- 
rzoi^ą, z nadziejami zawiedzionemi, składa przed 
swojemi upokarzające już teraz wyznanie, że 
„przez cały dzień dzisiejszy" ubóstwiała Cezara, 
a korzystając z naznaczonej schadzki obiecuje 
pomścić wspólną krzywdę sztyletem. 

To jedna kara dla Helyii, ale jest i druga 
nie Jej dotkliwa. Pozbywszy ei, mar wyobra- 
żni, czuje, że kocha Licyniusza i sama teraz 
błaga o miłość wzajemną. A na to odbiera od- 
powiedź; „Nie tu, — tam, gdzie mnie twój je- 
dnodniowy kochanek wysyła, o to pytać i pro- 
sió mię możesz". Brat zaś zawsze złośUwy, do- 
daje na pożegnanie: „Helvio! jeśli nie do Ce- 



— 163 — 

sara, przybądź do nas''... — a natomiast żegna 
się serdecznie z matką i ze starą nie«^olnieą... 
Dramat oały zbudowany jest na zagadnieniu 
psychologicznem. Nie o Cezara 1 nie o obyczaje 
rzymskie tu chodziło, ale o walkę w duszy czło- 
wieka, która wszędzie mniej więcej jednakowo 
się przedstawia. . Nie ma tu działania zewnętrz- 
nego, ale jest potężny ruch dramatyczny we- 
wnętrzny; autor postaciom swoim każe działać 
nie czynami, ale postanowieniami; stąd też je- 
dna z najlepiej określonych i najdokładniej zna- 
nych widzowi osób, sam Cezar, nie pojawia się na 
scenie, aż&by utrzymać akcyę w tej sferze we- 
wnętrznej, ażeby ją odpowiednio do zamiaru 
harmonijnie zakończyć. Gdyby Cezar był na sce- 
nie, wówczas cały rozwój dramatu innym-by 
musiał pójść torem; wówczas bowiem nie cho- 
dziłoby o marę wyobraźni, ale o istotny, rze- 
czywisty stosunek Helvii do Cezara. W tym 
stanie, w jakim autor go utworzył, dramat ów 
polega na właśoiwem pojęciu uczucia Helyii. 
Jeżeli je uważać będziemy za miłość prawdziwą, 
ter wówczas wyda się nam Helyia istotą nader 
płytką' zmieniającą uczucia w przeciągu kwa- 
dransa, chociaż kochanek wcale się nie zmienił, 
gdyż tylko dotyka] niej wystąpiły te rysy, jakie 
jej poprzednio z opowiadań w rodzinie były 
znane; wówczas i rozwiązanie wyda się mniej 
właściwem. Jeżeli zaś uczucie Helyii poczytamy 
za chwilowe olśnienie wyobraźni, to zmiana jego 
nietylko dziwić nas nie będzie, ale okaże się 

U* 



— 164 — 

konieozną wobec zetknięcia się blizkiego z rze- 
czywistością, wobec poruszenia takich uczuć 
głębokich i prawdziwych jak godność osobista, 
miłość brata, narzeczonego i miłość kraju. Wtedy 
rozwiązanie harmonijnie zaokrągli całość — za 
grzech wyobraźni utrata złudzeń. 

Jeżeli w ten sposób zapatrywać się będziemy 
na Helvię, jeżeli w dramacie nie zechcemy szu- 
kać rysów specyficznie rzymskich; to wówczas 
i styl jednostajny, złożony z antytez i świetnych 
przenośni, nie będzie nas raził. Wszak i w tra- 
giedyi greckiej, gdzie występują nie jednostki, 
ale typy, styl jest jednakowy. Najwięcej cech 
indywidualnych ma w tym dramacie Scypion, 
on też wiele ożywienia dodaje dyalogowi pate- 
tycznie wogóle nastrojonemu. Inne postaci są 
raczej typowe niż jednostkowe. Całość sprawia 
podniosłe, prawdziwie piękne wrażenie; gwałto- 
wnych uczuć nie obudzą, ale szlachetne strony 
serca porusza. 

Podobne uwagi zrobić można co do 6-akto- 
wego dramatu p. t. „Aspazya** (188B r.). Naj- 
wytworniejsze towarzystwo ateńskie z czasów 
Peryklesa może, w naszem przynajmniej mnie- 
maniu, ideahzującem odległą przeszłość cywili- 
zacyjną, przemawiać słowami i zwrotami najpię- 
kniejszemi i najcudowniejszemi, jakie sobie wy- 
obrazić potrafimy w prozie. Tam gdzie występują : 
Sofokles, Eurypides, Protagoras, Fidyasz, Ana- 
ksagoras, Perykles, Sokrates, Aspazya, nie mo- 
żna się targować o realistyczne zabarwianie 



— 166 — 

dyalogu, tembardziej gdy sobie przypomnimy, 
że tragiedya grecka zgoła nie zwracała uwagi 
na dykcyę charakterystyczną. Świętochowski sta- 
rał się, lubo w szczupłym zakresie, uwydatnić 
różnice usposobień i stopnia wykształcenia w spo- 
sobie wyrażania swych myśli; najdzielniej po- 
wiodło mu się tam, gdzie sarkastyczny dowcip 
był na miejscu, najsłabiej tam, gdzie chodziło o 
wypowiedzenie głębokiego uczucia. 

Dramat ma raczej charakter szeregu obra- 
zów malujących nam umysłowośó i obyczajowość 
Aten Peryklesowych na tle walki postępowej 
demokracyi z obłudną arystokraoyą, aniżeli ca- 
łości jednolicie przeprowadzonej i potężnie za- 
gniskowanej. Jako obraz cywilizacyjny jest to 
rzecz większa i głębsza od „Helvi"; lecz jako 
kompozycya artystyczna — słabsza. Zwycięstwo, 
dane Peryklesowi i Aspazyi nad tłumem wzbu- 
rzonym, nie zostało tak przekonywająco — spo- 
sobami dramatu — uzewnętrznionem, ażeby mo- 
gło być harmonijnem rozwikłaniem kolizyj, sil- 
nie poprzednio zarysowanych. 

Największe pokrewieństwo z „ Aspazyą" w try- 
bie wykonania i w niektórych postaciach ma 
trzecia część „Duchów" (1896), przedstawiająca 
najliczniejsze cechy dramatyczne. Tylko myśl 
zasadnicza jest zupełnie inna, znacznie podnio- 
ślejsza; nie chodzi tu bowiem o wolność myśli 
i postępowania indywidualnego wbrew trądy- 
cyjnie przekazanym normom , ale o duchowe, 
wewnętrzne udoskonalenie się przez zdolność 



— 166 — 

do ofiary, poświęcenia, przez miłość dla wszyst- 
kich, a najprzód dla tycłi, co są uciśnieni, bie- 
dni i cierpiący. Aryos i Orla nie są tak świetni 
jak Perykles i Aspazya; lecz wyrażają ideę nie- 
porównanie źywotniejszą i wznioślejszą — tylko 
że ich jako symbolów, nie podobna rozważań 
z punktu widzenia wyłącznie dramatycznego. 



„Piękna** to żona profesora uniwersytetu, na- 
turalisty. Wszystkie przymioty, jakie posiadać 
może, ulegają całkowitemu zaćmienia wskutek 
obecności tego jednego, który objawia się w niej 
w stopniu najwyższym. Ktokolwiek z mężczyzn 
ją zobaczy, stary czy młody, chłodny czy na- 
miętny, uczony czy ograniczony, widzi w niej 
ten jeden tylko przymiot, a widząc poddaje się 
łatwo jego czarującemu wpływowi. Mąż, profe- 
sor naturalista, wybrał ją i kocha dlatego, że, 
jak powiada, mądrością kobiety jest jej piękość; 
a cały szereg wielbicieli zdanie jego niewątpli- 
wie podziela. 

Czy ta „piękna" nie ma rzeczywiście żadnej 
innej zalety prócz swej piękności? Jest wy- 
kształconą i dowcipną, dowodzą tego wszystkie 
jej słowa; ma dobre serce, jak się to okazuje 
w rozmowie z siostrą męża, Ireną; troskliwość 
macierzyńską względem córeczki objawia wpra- 
wdzie raz tylko, ale zapewne lubiła z nią prze- 



— 167 — 

bywać, lubiła ją wychowywać, gdyż oóreozka ta 
właśnie nauczyła ją, według własnego zapewnie- 
nia Emilii — cierpliwości. 

A obok tych przymiotów dodatnich spostrze- 
gamy w niej usposobienie, które może ją do 
wielu zdrożności etycznych doprowadzić. Jest 
zalotną zarówno w giestach, spojrzeniach, jak 
i słowach, j^ddy na ulicy ktoś nieznajomy mile 
na mnie spojrzy — mówi ona do Ireny — na- 
tychmiast dziękuję mu równie miłem spojrze- 
niem, nie dlatego, ażebym w tym względzie 
czuła niedostatek, ale dlatego, że lubię poru- 
szać się między przyjaciółmi^. Idzie jej bardzo 
^o bezwyjątkową miłość wszystkiego i wszyst- 
kich tak dalece, że jeśliby cały świat ją poko- 
chał, prócz jednego człowieka, wytężyłaby wszyst- 
kie siły, ażeby i jego pozyskać dla siebie^. 

Czy jest to zalotność bezwiedna, zalotność 
kwiatu pociągającego oczy kształtem i barwą, 
upajającego zapachem? Przypuszczenie takie 
trudnem jest do przyjęcia, bo trudnem do zro- 
zumienia, „Piękna" — to nie dziewczę naiwne 
i szczere, to mężatka i matka, doświadczona 
w stosunkach towarzyskich i umiejąca zapewne 
odróżnić zmysłową żądzę do uczucia idealnego. 
Zna ona potęgę uroku swych wdzięków i umie nią 
władać wybornie ; komplementów i dwuznaczni- 
ków tiómaczyć jej nie trzeba. Kobieta, która 
powiada: „tak nas natura stworzyła, że wszy- 
stkie pragniemy żyć piękne a umrzeć cnotliwe 
i dlatego wolimy, ażeby za życia chwalono na- 



— 168 — 

8zą piękność niż. cnotę, która właściwie jest 
przyjemnością naszych dzieci** — kobieta taka 
naiwną być nie może. Zalotności więc jej przy- 
znać musimy świadomość zupełną^ a fakt. że 
zalotność* ta obraca się w sferze niewinnych 
stosunkowo podbojów salonowych, wyjaśnić so- 
bie musimy chłodnym temperamentem Emilii, 
który pozwala jej patrzeć na sprawy świata 
z wesołej tylko strony, szukać wszędzie i we 
wszystkiem zabawy i cieszyć się niezmąconą po* 
godą umysłu. Cierpień nie doświadczyła, biedy 
nie zaznała; rodzice ją pieścili, mąż wszystkie 
jej zachcianki spełniał; czuła się zadowoloną 
i szczęśliwą. Jej zdaniem, „czas zbyt nas drogo 
kosztuje, ażebyśmy na tęsknotę godzinami tracić 
go mogły^. Posiada tak „przezorne nerwy, że 
na smutek znieczulają się, a na przyjemność 
wraźliwieją". Poczytuje za niedorzeczność „za- 
trzymywać się myślą przy tem, co rani, a omi- 
jać to, co goi**. Patrząc na człowieka, nie myśli 
o jego szkielecie, ale o pokrywającem go ciele; 
troski i przykrości pomija, a szuka zadowolenia 
i rozkoszy. 

I dzięki swemu szczęśliwemu usposobieniu, 
łatwo przyjemności te znajduje. Zaniedbała mu- 
zykę, ponieważ nikt zręczności jej palców nie 
pochwałił, a gdy zaczęli powszechnie uwielbiać 
zręczność jej nóg, polubiła taniec; trzyma się 
bowiem tego zdania, że kobiety mają w tem 
tylko stałe upodobanie, co się w nich światu 
szczególnie podoba. Bawi się wesoło i swobo- 



— 169 — 

dnie, otoczona jest rojem wielbicieli, gotowych 
na jej skinienie do wszelkich pońwięcoń. Nie ma 
pragnień żadnych, bo zaledwie jakie w duszy 
jej się zrodzi, natychmiast zostaje zaspokojonem. 
Całkowitą z nią sprzeczność stanowi siostra 
męża, Irena. To uosobiona brzydota. Matce usta 
krzywiły się, gdy ją całowała; ojciec pieszczot 
jej nie znosił, siostry wzgardliwie ją upośledzały, 
ludzie ośmieszali, a brat naturalista brzydką 
pannę na wypróbowanie trucizny indyjskiej — 
na równi z kotem — przeznaczał. Te wielkie 
i małe, ale ustawiczne upokorzenia i udręczenia 
wyrobiły w niej usposobienie zgryźliwe, dręczące 
siebie i innych, nie dające ani chwili uspokoje- 
nia, ani odrobiny łagodnie uśmiechniętego szczę- 
ścia. Uczyła się i uczyła znakomicie, ale nauka 
ta na nić się jej osobiście — w jej mniemaniu, — 
nie przydała, bo nie zjednywała jej serc, a choćby 
jednego tylko. Pragnienia niezaspokojone drę- 
czyły ją i denerwowały gorzej aniżeli widome, 
zewnętrzne przykrości. Nauka, będąc widocznie 
nabytkiem z zewnątrz wziętym a nie przyswo- 
jonym na treść własną duchową, nie przypro- 
wadziła rozkołysanych fal wyobraźni i uczucia 
do pewnej równowagi, ale zwiększyła tylko 
okropność udręczeń przez świadome rozważanie 
ich przyczyny. 

Na chwilę zdawało się jej, że raz przecie 
w życiu szczęśliwą nazwać się będzie mogła; 
Henryk Mścich, artysta muzyk, pełen zapału 
i namiętnych porywów młodzieniec, natura z pło- 



— 170 — 

mienną wyobraźnią, został jej narzeczonym. Złu- 
dzenie atoli trwało chwilę tylko. Henryk, po- 
znawszy Emilią, uległ czarowi, jaki wkoło sie- 
bie „piękna^ roztaczała i zapalił sią idealnem, 
Gzystem (jak sądził) dla niej uczuciem, a dla 
Ireny zobojętniał. Zachowanie się Henryka przy 
pierwszej wymówce, jego słowa, ułożenie walca 
dla „pięknej", odegranie go dla niej były to 
ciosy, których Irena w takiem usposobieniu, 
w jakiem się znajdowała, znieść nie mogła; 
a gdy w namiętnym szale powiedział narzeczo- 
nej, że dlatego pokochać jej nie mógł, iż była 
brzydka, rozpacz jej szczytu dosięgła. Ostatnim 
pchnięciem w jej udręczone serce były słowa 
nauczyciela jej nigdy ś, 60-letniego powieściopi- 
sarza, Zenona. 

Człowiek ten miał dobre, szlachetne popędy, 
kochał kilka przynajmniej osób, ale przypatry- 
wanie się na j różnorodniej szym objawom życia 
ludzkiego, ich analiza szczegółowa, w celu zu- 
żytkowania materyału życiowego na utwory wy- 
obraźni, na ich artystyczne opracowanie, zatarły 
w nim subtelność w odczuwaniu cierpień osób 
żywych, których serce drgało tuż przy nim. Są- 
dził niekiedy, że z istotami żywemi może tak 
postępować jak z tworami własnej fantazyi. Jako 
zręczny sofista, umiał i lubił świetnym stylem 
wypowiadać najdziwniejsze paradoksy, zwłaszcza 
gdzie chodziło o ochronę miłości własnej, a wy- 
powiadał je ostro i bezwzględnie, mało dbając, 
czy one kogo śmiertelnie nie zranią. Z taką wła- 



— 171 — 

śnie bezwzględnością wystąpił ze swoją teoryą 
o piękności i brzydocie wobec swojej dawnej 
uczennicy, którą, jak się zdaje, nauczył głównie 
szyderstwa i złośliwego dowcipu. Chcąc się uspra- 
wiedliwić przed Ireną, że i on został pięknością 
Emilii olśniony, zapomina o jej okropnem po- 
łożeniu, o jej rozpaczliwem rozdrażnieniu, i ra- 
tuje tylko własną dumę „niedorzecznemi sło- 
wami^, jak je sam później, dla pocieszenia Ireny, 
nazywa. „Gdyby natura była świadomą — po- 
wiada — tworzyłaby brzydotę tylko w złości; 
gdyby była miłosierną, nie stworzyłaby jej ni- 
gdy, bo ulitowałaby się nad nieszczęśliwym lo- 
sem oszpeconych nią istot; piękność jest nie 
tylko wartością, ale i prawem istnienia kobiety^. 
Łatwo zrozumieć, jak te słowa musiały po- 
działać na nerwową naturę Ireny, „Więc ja nie 
mam nawet prawa istnienia?" — zapytuje gwał- 
townie, ale wnet pamięć o swej brzydocie, która 
tyle chwil gorzkich w życiu jej sprawiła, i teraz 
przychodzi w pomoc zmieszanemu sofiście, sta- 
rającemu się napróżno zatrzeć wrażenie słów 
dopiero co wyrzeczonych. Irena, w rozpaczy, nie 
szuka nawet środka obrony w tak zawsze nam 
usłużnej miłości własnej ; wyznaje głośno, że 
jest brzydką: „Dziś już nie bronię się — po- 
wiada — tej strasznej myśli, że na twarzy swo- 
jej noszę przekleństwo natury, wyłączające mnie 
od udziału w najdroższych uczuciach. Tak je- 
stem brzydka, że zdaje mi się, iż mniej od in- 
nych ludzi gwiazd widzę, bo z odrazy przede 



— 172 — 

mną do nieba się ohowają. Jeśli dasze za karę 
z lepszych oiał w gorsze przechodzą, to moja 
w poprzedniej postaci chyba ziemię rozbić chciała, 
kiedy ją taką brzydotą ukarano**. Ta przesada 
wyrażeń wskazuje głęboko wzburzoną i oszalałą 
już niemal duszę; a gdy jeszcze jedno wrażenie 
do tego przepełnionego goryczą naczynia zapa- 
dło; gdy Irena posłyszała, jak w sąsiednim po- 
koju przedchwilowy jej narzeczony grał w jej 
pokoju walca, ułożonego i dedykowanego dla 
„pięknej", porywa strzałę zatrutą, kaleczy się 
i umiera marząc o ukochanym i dając szyder- 
czą przestrogę tym, co się zbiegli na wieść o za- 
truciu, ażeby nie ją, lecz Emilią ratowali. 

Drugiem przeciwieństwem Emlii jest Teresa, 
córka bogatego garbarza. Ani piękna ani brzydka, 
w sentymenta się nie bawi, rozdrażnienia na wi- 
dok zalecanek tego, którego na męża sobie wy- 
brała, nie doznaje, a jeżeli nie chce dopuścić, 
ażeby ten przyszły mąż wysysał słodycz z kwia- 
tów napotykanych po drodze, to głównie ze 
względu na to, żeby apetytu nie stracił. Do za- 
pewnienia sobie ręki tego człowieka bierze się 
praktycznie, z nieomylnem wyrachowaniem : sku- 
puj© j®go weksle, pomiędzy któremi są i fałszo- 
wane. Nie idzie jej ani o moralne przymioty 
przyszłego, ani nawet o skłonienie jego serca 
dla siebie, idzie jej tylko — jak sama powiada — 
o jego „kochane ciało'', w które może kiedyś 
natchnąć zdoła trochę miłości. Śmiała, cyniczna 
nawet dąży do celu niezachwianie drogą pewną. 



— 173 — 

Co ją do Ryszarda skłania, wyrozamowaó tru- 
dno. Zdaje się, że ambicya zostania wyszarzaną 
hrabiną nie lechoe wyobraźni córki garbarza. 
To, źe przed trzema laty pokochała młodego 
urwisa „sercem niedoświadczonem**, teraz gdy 
doświadczenia nabyła i gdy stę dokładnie do- 
wiedziała, jakim łachmanem człowieka jest ten 
jej niegdyś ukochany, mogłoby w niej chyba 
obudzić chęć upokorzenia rozpustnego hrabicza. 
Atoli w sprawach serca niezawsze i nie na 
wszystkie natury oddziaływa rozumowanie. Po- 
pęd mimowolny, ślepe uczucie pobudzają ludzi 
do robienia rzeczy, które przed trybunałem lo- 
giki usprawiedliwićby się nie dały. 

Hrabia Ryszard robi wszystko, ażeby Tere- 
sie dać uczuć, że tylko zmuszony finansowem 
położeniem odda jej swą rękę. Zaniedbuje ją, 
upokarza, wreszcie bardzo jawnie okazuje swoje 
zapały dla „pięknej". Jest to lampart salonowy 
z sumieniem zanikłem, z sercem wystygłem; 
krwi mu tylko trochę pozostało w żyłach i ta 
sprawia, że chwilami miewa pewne pożądania. 
Takiem pożądaniem jest chęć zdobycia wzglę- 
dów „pięknej''. I postępuje dla urzeczywistnie- 
nia tej zachcianki jak jaki markiz z zeszłego 
stulecia. Choć goni ostatkami, choć się zadłuża 
po uszy, zakłada przecież ogród botaniczne zoo- 
logiczny dla profesora- na turalisty, ażeby mógł 
mieć często sposobność widywania się z jego 
żoną. Pragnąc pozyskać „piękną**, nie rujnuje 
się na uczucia, bo już jest bankrutem, nie prze- 



— 174 — 

mawia językiem namiętności, bo krew w jego 
żyłach sączy się cienką niteczką; ale używa 
irodka, który na pewne usposobienia działa naj- 
skuteczniej, ciągle posługuje cię słownikiem wy- 
szukanego pochlebstwa. Emilia, co, jak wiemy, 
wszystkie wytężyłaby siły, ażeby jednego nie- 
przyjaznego jej człowieka pozyskać, dostaje pe- 
wnego zawrotu głowy od tego dymu komple- 
mentów, którego kręgami Ryszard przy każdem 
spotkaniu ją otacza. Zdaje się, że jest to zawrót 
głowy, nic więcej. Nie jest to jakaś świeżo obu- 
dzona namiętność, któraby w tym chłodnym 
temperamencie rewoluoyą sprawiła, nie jest to 
ciekawość poznania czegoś dotąd jej niewiado- 
mego; nie jest to pragnienie odmiany wśród 
jednostajności. Nieświadomością tego, co robi, 
tłómaczyć się nie może ; kobieta zamężna, która 
przyrzeka przyjść na schadzkę, wie niewątpliwie, 
po co idzie. Jest to więc chyba kaprys chwi- 
Iowy, który się z równą łatwością przy pewnym 
wpływie zewnętrznym rozwieje, jak powstał pod 
urokiem słów, głaszczących miłość własną. 

Rolę tego zewnętrznego wpływu bierze na 
siebie nieprzebrany w dyalektycznych figlach 
Zenon, który talent swój zużytkował tym razem 
na rzecz moralności i spokoju domowego. Do- 
wiedziawszy się o naznaczonej schadzce, zjawia 
się przed umówioną godziną w salonie Emilii 
i opowiada jej treść powieści, którą zamierzył 
„pięknej^ dedykować. Może Zenon należał do 
starej gwardyi romantycznej, a może też jako 



— 176 — 

praktyczny psycholog rozumiał potrzebę podzia- 
łania na nerwy, dość że w streszczeniu swego 
utworu dobiera jak naj ekscentryczniej szych wy- 
rażeń, ażeby zwrócić uwagę słuchaczki. Powieść 
była dosłownem powtórzeniem tego, co około 
„pięknej^ się działo. Bohaterka jest tak uroczą, 
^źe chyba zapatrzone w nią planety wolniej 
biegną i w drogach swoich błądzą, że nieraz 
przybite jej spojrzeniem gwiazdy z miejsca się 
nie ruszają, że często olśnione jej pięknością 
słońce z nieba w porę zejść zapomina^. Natu- 
ralnie ulega najrozliczniejszym pokusom i spra- 
wia wokoło siebie spustoszenia; młodzieniec pe- 
łen nadziei złamał życie w walce, jego narze- 
czona samobójczo je sobie skróciła itp. Tu nasz 
sofista-powieściopisarz, rozwija swoją teoryę pię- 
kności z innej niż przed Ireną strony. Kobieta 
piękna, według tej teoryi, jeśli nie posiada wy- 
jątkowych sił do oporu, stwarza około siebie 
bezwiednie warunki, których nieprzeparty fata- 
lizm pcha ją i jej wielbicieli do upadku. Dziś 
może ją powstrzymać jakaś przesakoda, jutro 
obowiązek, pojutrze bojaźń, ale przyjdzie czas, 
w którym nic jej nie powstrzyma. 

Zenon trafił z opowiadaniem swojem na na- 
der odpowiednią do przyjęcia morału chwilę 
w usposobieniu Emilii; mając pójść na schadzkę, 
czuła oczywiście pewną obawę i już była silnie 
podrażnioną; następnie służąca nastraszyła ją 
możliwością dostania szerzącej się ospy a prze- 
rażenie, jakiego doznała, musiało pobudzić sze- 



— 176 — 

reg myśli nie bardzo harmonizuj ąoy eh z chęoią 
pójśoia na sehadzkę miłosną. Wtedy właśnie 
słyszy głośno wymówione te obawy, które ją 
pooichu dręczyły; słyszy jaskrawo i bez obsło- 
nek odkryty widok na przyszłość zhańbioną. 
Zrzuca więc okrycie; ,i pozostaje w domu. Ry- 
szard czekał napróźno. 

Czy Zenon brał swoją teoryą o fatalizmie 
piękności na seryo? Jeżeli obok bujnej wyo- 
braźni i wielkich zdolności dyalektycznych po- 
siadał i zdrowy rozsądek, to zarówno ten jak 
i wiele innych pomysłów swoich musiał poczy- 
tywać jedynie za środek, którym się w danym 
wypadku posługiwał dla wywołania pewnego 
skutku. Bo gdyby kobiety poszły za jego ra- 
dami, to ród ludzki w bardzo krótkim czasie 
zaginąoby musiał. Brzydkie, według jego orze- 
czenia, nie mają prawa bytu; piękne znów, we- 
dług dragiego orzeczenia, muszą być niemoralne, 
tak źe chcąc je od upadku zabezpieczyć, wy- 
padałoby w kolebce je okaleczać i zeszpecać, — 
a wtedy byłyby brzydkiemi, które, jak wiemy, 
prawa bytu nie mają. Zenon potrafiłby może, 
jako utalentowany sofista, i z tej trudności lo- 
gicznej wybrnąć, ale gdyby go poproszono, ażeby 
szczerze i bez wykrętów wyznał prawdę, to jako 
człowiek z szlachetnemi popędami, żałowałby 
tak jak wobec Ireny „słów niedorzecznych", 
które albo w rozdrażnieniu, albo dla popisania 
się z dowcipem, albo wreszcie dla zatrzymania 



— 177 — 

kobiety na drodze onoty okolioznośoiowo wy- 
głosił. 

Nie dotykam ta kwestyi, o ile sam autor 
solidaryzuje się z poglądami Zenona. Wolno 
przypuszczać, że na chwilę pociągnięty był uro- 
kiem paradoksu, ale po bliższej rozwadze uznał, 
że, choó uroczy, jest paradoksem i wolał poprze- 
stać na zaznaczeniu prawdy, której nikt nie za- 
przeczy, że piękna narażona jest na mnóstwo 
pokus ze strony mężczyzn, ulegających przede- 
wszystkiem i bezpośrednio urokowi formy ze- 
wnętrznej. Myśl tę przeprowadził autor w spo- 
sób tak świeży, tak oryginalny; utwór swój 
oblał takim blaskiem dowcipu, że się nań pa- 
trzy, jeżeli nie z zachwytem, to w każdym ra- 
zie z takiem zajęciem, jakie obudzają brylanty. 

Nie chcę jednak przez to powiedzieć, że 
dramat jest bez zarzutu. Największym, według 
mnie, jest brak żywszego temperamentu w ,, pię- 
knej^ i brak uczucia, a choćby namiętności 
w Ryszardzie. Skutkiem tych obu braków sto- 
sunki tych dwojga ludzi najmniejszego nie bu- 
dzą interesu; przysłuchujemy się tylko dowci- 
pnym rozmowom, ale nie zajmujemy się ich du- 
szą. Autor zbyt jednostronnie pojął piękność, 
jako piękność zewnętrzną, nie uwydatniając, 
psychicznej, a nawet naumyślnie ją zasłaniając 
Wogóle mówiąc, rysunek postaci jest zanadto 
subtelny i potrzeba głębszego wpatrzenia się, 
ażeby pochwycić znamienne, odróżniające cechy 
osób w skład dramatu wchodzących, tak dalece 

Na«za literatura dramatyczna. T. II. I o 



- 178 — 

pochłania je tło. Wszyscy są dowcipnymi fra- 
zeologami, wszyscy podobnych używają zwro- 
tów, porównań, antytez, nawet figury poboczne 
takie jak Janusz, Gracy an. Drugi zarzut ciąży 
na niepotrzebnej, pod wzglądem dramatycznym, 
śmierci Ireny. Śmierć ta nic a nic w dramacie 
nie zmienia, tak jakby istotnie kot tylko został 
otruty. Dopiero w opowiadaniu Zenona stanowi 
śmierć ta jeden z argumentów, za pomocą któ- 
rych powieściopisarz działa na wyobraźnią Emi- 
lii. Takie ustosunkowanie przyczyny i skutku 
psychologicznie wytłómaczyć się nie da. 

Budowa dramatu wogóle jest zręczna, nie- 
podobna wszakże pochwalić częstych podsłuchi- 
wań, wchodzenia na scenę bez należytego upo- 
wodowania; a szczególniej nie można nazwać 
inaczej jak sztuczką tego trzykrotnego pojawia- 
nia się profesora - naturalisty w przechadzce po 
ogrodzie na to, ażeby wypowiedzieć zdania, 
które z rozmową innych, nie biorących udziału 
w tej przechadzce, stanowią sprzeczność komi- 
czną. Sprawia to efekt w teatrze, ale efekt to 
naciągany. 



VIII. 

Z pomniejszych dramatów „Błazen'' i „Za 
maską'' przedstawiają nam walkę ubogich i uci- 
śnionych z bogatymi i potężnymi. 

"W „Błaźnie" wszechwładny na sejmikach 



— 179 — 

i w trybunale wojewoda rujnuje procesami szla- 
chetkę, dobija go zarzutem nieprawego pocho- 
dzenia, a to celem wydarcia mu żony pięknej, 
przywykłej do życia wystawnego, zepsutej. Szla- 
chetka walczył do ostatniej chwili, dopóki się 
nie przekonał, że żona jego na te wszystkie za- 
chwyty nie zasługuje. 

^Za maską" zostaje człowiek, który dla ka- 
wałka chleba zapiera się własnych przekonań, 
pracuje w interesie stronnictwa klery kalnego, 
ale potajemnie wychowuje córkę swoją w zasa- 
dach liberalnych. Przychodzi chwila, w której 
mecenas jego zażądał czegoś więcej niż pisania 
artykułów obrzucających obóz postępowy wszel- 
kiego rodzaju paszkwilami, zapragnął wydać jego 
córkę za swego klienta, ażeby zrobić z niej 
swoją kochankę. Walka serca ojcowskiego ze 
względami pieniężnymi stanowi właśnie treść 
dramatu, który się rozstrzyga bardzo smutnie. 
Córka stanowczo się opiera projektowi podanemu 
przez mecenasa - hrabiego, kocha bowiem toło- 
dzieńca prawego i postępowca; ojciec dla wzglę- 
dów materyalnych wyklina ją wobec swego me- 
cenasa, a potem na osobności tak przemawia do 
dwojga kochanków: „Dzieci moje — kłamałem, 
ja was błogosławię, a chociaż z rozkazu opu- 
szczę i przeklnę, kochać i wspierać będę za 
mnską'^. Zachodzi tylko pytanie, jak taki czło- 
wiek znikczemniały mógł się odważyć na wy- 
chowanie córki w zasadach, o których wiedział, 
że kiedykolwiek zagrożą jego stanowisku. 

12* 



— 180 — 

^Pauzaniasz'' (1882) to jakby ostatni akt dra- 
matu. Katastrofa, dotykająca króla i wodza spar- 
tańskiego, który połączył się z królem perskim 
i helotami dla zgnębienia eforów, jest jego osno- 
wą. Cechę dramatyczności posiada mianowicie 
scena między Pauzaniaszem a Korosem, wysłań- 
cem helotów, który według autora domaga się 
oswobodzenia wszystkich niewolników i doznaje 
od dumnego wodza lekceważącej odprawy. Tu- 
cydydes wprawdzie powiada, że to sam Pauza- 
niasz, dla zjednania sobie helotów, obiecywał im 
swobodę, ale dramatyk, chcąc w szczupłym obrę- 
bie akcyi, jaki sobie zakreślił, uwydatnić dumę 
wodza, musiał się uciec do zmiany szczegółów 
relacyi historycznej. Taż sama potrzeba ześrod- 
kowania efektów była powodem przeniesienia 
części akcyi z Tenaru do Lacedemony. Nie ro- 
zumiem tylko, dlaczego Świętochowski nazwisko 
niewolnika, co zdradził Pauzaniasza, zmyślił; 
zdaje się, że dziejowy Argilios powinien był 
otrzymać pierwszeństwo przed fikcyjnym Gri- 
fosem. 



Z powyższego przeglądu wyciągnąć można 
uzasadniony wniosek, że jak w stylu, tak i w tre- 
ści wyróżnił się Świętochowski od innych dra- 
matyków naszych. Nie w samych zdarzeniach 
konkretnych, lecz raczej w głębi ducha ludz- 
kiego szukał on motywów walki dramatycznej ; 
a wyświetlenie pewnej idei więcej dla niego 



— 181 — 

znaczyło niż plastyczne odtworzenie jakiegoś 
charakteru. Najogólniej mówiąc, był on i w dra- 
matach wymownym rzecznikiem swobody jedno- 
stkowej i społecznej, ale w jej cieniowaniu prze- 
szedł już bardzo rozległą skalę tonów i barw. 
E>ozpoczął od deterministycznego skrępowania 
woli naszej czynnikami zewnętrznymi i we- 
wnętrznymi, a skończył (w „Duchach") na uwiel- 
bieniu zasady ofiary, poświęcenia — krok ol- 
brzymi, wyszlachetnieniem bohaterów i myśli 
przewodniej znamienny !... 



XXII. 
Początki naszej komedyi społecznej. 

Jak w przyrodzie, tak i w twórczości poe- 
tyckiej wszelkie przemiany odbywają się nie 
nagłymi kataklizmami, lecz drogą powolną i usto- 
pniowaną. 

"Widzieć to można we wszystkich rodzajach 
literackich, a więc i w komedyi. Z pierwszego 
wejrzenia moźnaby poczytać sztukę Molierow- 
ską (u nas Fredrowską) za coś zupełnie innego 
aniżeli którakolwiek komedya charakterów w do- 
bie nowożytnej. Poszukawszy jednakże podo- 
bieństw pomiędzy niemi, odnajdziemy je bez 
wielkiego trudu. Przecież ci, co wszystkie kształty 
komedyi nowszej dostrzegają zarodkowo w Mo- 
lierze, nie bez słuszności mogą przytoczyć „Mi- 
zantropa" jako zaczątek literatury komicznej 
w nowym duchu. 

Przystańmy na to, ale dodajmy zaraz, nie 
wchodząc w" szczegóły zbyteczne i nie śledząc 
przeobrażeń pomnieJ8Z3'ch, że ażeby z ^Mizan- 
tropa" mogła powstać która komedya Augier'a, 
potrzeba było pojawienia się „Wesela Figara" 



— 183 — 

• 

Beaumarohais'go, który stężałą masę typowośoi 
ożywił i uskrzydlił wprowadzeniem do niej pier- 
wiastku indywidualnego. 

I u nas również, pomiędzy Fredrą a kome- 
dyopisarzami nowożytnymi, były także ogniwa 
pośrednie, a między niemi najważniejsze stano- 
wił Józef Korzeniowski, przemieniwszy typy na 
charaktery zindywidualizowane. 

W ciągu jego działalności komedyopisarskiej, 
zachodziły we Francyi, która na polu dramaty- 
cznem prym ciągle trzymała, przeobrażenia nie- 
małej doniosłości zarówno w wyborze tematów, 
jak i w sposobie ich traktowania. Przedstawi- 
cielem głównym tych przeobrażeń był tu Emil 
Augier, charakter prawy i wyniosły, umysł roz- 
Jegły, o wyrobionych poglądach, obserwator by- 
stry i przenikliwy, stylista jędrny i dowcipny. 
Przejąwszy od poprzedników swoich charaktery 
indywidualne, wzbogacił je rysami szczegółow- 
szymi i dobitniejszymi, bez gubienia się w od- 
cieniach i subtelnościach, a w wyborze tema- 
tów kierował się poczuciem ważności i donio- 
słości objawów społecznych. Traktował te objawy 
zawsze poważnie, z przejęciem się głębokiem 
stroną ich wpływu pa wielkie masy. Biczował 
niemiłosiernie przez lat 80 najróżnorodniejsze 
ujemności swego społeczeństwa, podejmował za- 
gadnienia palące, które w danej chwili najży- 
wszy budziły interes, lecz zagadnieniom tym 
umiał nadaó trwałą podstawę, gdyż nie powierz- 
chowne tylko chwytał cechy, ale sięgał do głębi 



~ 184 — 

i umiał natrafić na warstwy duszy ludzkiej nie- 
poźyte. 

Cechą jego umysłu i jego działalności była 
szczerość i prawość. Nie gonił za paradoksami, 
by chwilowy pozyskać poklask; lecz albo przed- 
miotowo kreślił obrazy wad i śmieszności, albo 
też wybuchał oburzeniem na takie przejawy 
przewrotności i zgnilizny, które wstrząsnąć mu- 
siały sercem człowieka, noszącego w sobie ideał 
szlachetności i podniosłości. 

Wobec takiego usposobienia nie mogło być 
miejsca na wesołość bez troski, na śmiech swo- 
bodny a głośny: komedya musiała przybrać cha- 
rakter poważniejszy, śmiech musiał się zamienić 
w uśmiech ironii lub sarkazmu; wszelkie bła- 
znowanie należało wykluczyć. Mimo to przecież 
komedye Augiera nie staiy się bynajmniej su- 
chemi zbiorami morałów lub grzmiących tyrad, 
lecz były obrazami ludzi żywych, sytuacyj prze- 
nikniętych prawdą, a odmalowanych z nadzwy- 
czajną nieraz werwą satyryczną. 

Sposób traktowania rzeczy w dobie najświe- 
tniejszej twórczości Augiera, kiedy pisał „Bez- 
czelnych** (Les effrontćs), „Syna Griboyera", „Imć 
pana Gruórin", był realistyczny, ale miarkowany 
delikatnem poczuciem piękna i sztuki. Mistrzów- 
stwo w układzie scen, siła stylu niepospolita, 
czyniły go panem umysłów w teatrze. 

Na naszą literaturę dramatyczną sztuki Augiera 
zacz^y oddziaływać stosunkowo dość późno. 
Wprzódy przetłomaczono np. „Honor i pieniądze** 



— 185 — 

(1855) Franoiszka Ponsarda, który jako tragik 
wcześniej zaczs^ tworzyć od Augiera, lecz jako ko- 
medyopisarz w dziesięć lat dopiero po pierwszej 
jego sztuce wystąpił; — zanim ukazała się „Fi- 
liberta** (1860) w przekładzie Władysława Sa- 
bowskiego. Gdy wszakże komedye Augiera wpro- 
wadzono do teatru naszego, cieszyły się one 
powodzeniem ogromnem i budziły zajęcie go- 
rączkowe. Wyparły go później z tego stanowi- 
ska sztuki Aleksandra Dumasa syna, ciętością 
dyalogu i paradoksalnością lub niezwykłością 
twierdzeń iskrzące się. Oo więcej, nawet Okta- 
wiusz Feuillet i Wiktoryn Sardou, wśród ciągle 
zmieniających się usposobień, zyskiwali sobie 
zwolenników i wielbicieli, jako łatwiejsi do spo- 
ufalenia się i naśladowania, aniżeli mistrz słowa, 
głębią swego ducha i wyniosłą powagą imponu- 
jący. Zdaje się jednak, że teraz znowu nastąpi 
zwrot do utworów wielkiego komedyopisarza, 
gdy teatr warszawski zapowiada ich wznowienie. 
Wśród autorów naszych dramatycznych, po- 
przedzających bezpośrednio nowsze pokolenie, dwu 
było takich, co niewątpliwie znali dobrze rozwój 
komedyi francuskiej: Jan Chęciński i Wacław 
Szymanowski. Chęciński jako aktor, czasowo re- 
żyser, już z fachu swojego musiał się zaznaja- 
miać z najświeższymi płodami scenicznymi. Czy 
jednak znajomość ta wpływała na jego własną 
twórczość? W małej tylko mierze, jak się zdaje. 
Dostrzedz można pewien wpływ na tak zwane 
przysłowia dramatyczne („Przed obiadem i po 



— 186 — 

obiedzie", „Cicha woda brzegi rwie** i t. p.); al© 
w komedyach większych („Szlachectwo duszy" 
1869, Porządni ludzie" 1861, „Poświęcenie" 1866, 
„Krytycy" 1874) oddziaływanie owo jest bardzo 
drobne. Autorowi jakby brakło śmiałości do roz- 
winięcia tematu na rozległą skalę społeczną, 
więc po staremu poprzestaje na szczuplejszej 
sferze rodzinnej, a pamiętny dawnego określenia 
komedyi, nie w^aźy się kolizyi dramatycznej na- 
prężać, chociaż wszystkie rysy wewnętrzne cha- 
rakterów ku temu zmuszają. 

Komedya, która mogła mieć pretensyę do 
znaczenia społecznego i która rzeczywiście ze 
względów czasowych miała powodzenie wielkie, 
to „Szlachectwo duszy". Przeciwstawione w niej 
zostały zalety i zasługi dzielności i prawości 
osobistej przesądom urodzenia i uroszczeniom 
bogactwa. Gdyby Chęciński umiał był pogłębić 
charaktery, nie poprzestając na kilku rysach 
ogólnikowych, przesadnych zarówno w obrazo- 
waniu złego jak dobrego; gdyby potrafił był 
nadać słowom osobistości swoich dodatnich wię- 
cej siły przekonywającej, rozumowej, nie po- 
przestając na tyradach uczuciowych: to prze- 
ciwstawienie owo mogłoby było nabrać istotnie 
doniosłości społecznej i utworzyć komedyę wyż- 
szej wartości. Tak jak jest przy najzacniejszych 
myślach i uczuciach, nie robi wrażenia starcia 
się ludzi żywych wśród warunków współcze- 
snych, lecz wrażenie frazesów dość mdłych, 
przybranych w kształty ludzkie. Ponieważ na- 



— 187 — 

strojem odpowiadało ^Szlachectwo duszy" ów- 
czesnemu usposobieniu inteligenoyi, chodzącej do 
teatru i czytającej książki, cieszyło się więc 
uznaniem chwilowem. Uznanie to jednak wkrótce 
przebrzmiało i dziś, gdyby się odważono przed- 
stawić tę sztukę, wydałaby się zapewne utwo- 
rem bardzo już starym. 

W „Porządnych ludziach** był materyał na 
silną satyrę społeczną, zapewne nie takiego zna- 
czenia, jak „Bezczelni'* Augiera, ale bądź co 
bądź nie banalną. Ci bowiem „porządni ludzie", 
używający w świecie najlepszej opinii, czczeni 
w domu, są to albo wydziercy cudzego mienia, 
sprawcy cierpień i udręczeń, przywłaszczający 
sobie w dodatku sławę dobroczyńców, albo też 
lichwiarze i intryganci, wyzyskujący wszystkich 
i wszystko. Ta nikczemnośó obłudna zadugiwała 
oczywiście na chłostę dotkliwą ; tymczasem autor 
starał się usilnie, ażeby wieść o szelmostwie tych 
ludzi nie przedostała się poza kółko najbliż- 
szych — i to wyzyskiwanych — znajomych. Ta 
bojażliwość autorska zaszkodziła sztuce, mającej 
parę szkicowo dobrych postaci (natur artysty- 
cznych, szlachetnych a nieopatrznych) i kolizyę 
w pomyśle bardzo dramatyczną, gdyż jeden 
z owych „porządnych", Antoni Ładzioki, ma 
córkę dobrą, serdeczną, kochającą i kochaną, 
którą wiadomość o nikczemnym postępku ojca 
mogła była zabić. Chęciński tej kolizyi nie tylko 
nie chciał wyzyskać, lecz ją całkowicie w wy- 
konaniu pomysłu usunął. Uzyskał przez to po^ 



— 188 — 

godne rozwiązanie sztuki, ale się dobrowolnie 
pozbawił scen najbardziej dramatycznych i naj- 
silniej do serca przemawiających. 

Podobne uwagi można zrobić co do „Po- 
święcenia i „Krytyków". W pomyśle mają one 
starcia potężne i dające się wspaniale rozwinąć, 
w wykonaniu mdłe, albo też krzykliwe, melo- 
dramatyczne efekta psują założenie. Niema tu 
tego, co Augierowskim komedyom dawało trwa- 
łość artystyczną i społeczną, niema poważnego 
a głębokiego wejrzenia w namiętności ludzkie, 
w głąb ducha ludzkiego, niema siły i jędrności 
W malowaniu charakterów i sytuacyj. 

Wacław Szymanowski przetłómaczył kome- 
dyę Ponsarda „Honor i Pieniądze", a w pięć 
lat potem napisał sztukę oryginalną p. t. „Dzieje 
serca", premiowaną na konkursie r. 1860. I tu- 
taj chodzi o honor i pieniądze. Życie wystawne, 
namiętność do gry w karty pogrąża prezesa 
w długi i stawia go nad przepaścią. Z ratun- 
kiem śpieszy bankier Geld, rachunkowy, zaro- 
zumiały, śmieszny swojem popisywaniem się nie- 
dorzeczną erudycyą, ale ostatecznie dość dobro- 
duszny i uczciwy, nie szukający zemsty. Chce 
się on żenić z córką prezesa, ponieważ ta może 
dom reprezentować. Nie kocha jej i głośno przy- 
znaje się do tego otwarcie, uważając miłość za 
czynnik w małżeństwie niepotrzebny. Prezes, 
przyciśnięty grozą nędzy, skłania córkę do wstrę- 
tnego jej związku. Julia wszakże poczytywrfa 
za swój obowiązek uprzedzić Gelda, że nie tylko 



~^^PV|W* ^ ■■ 



— 189 — 

go nie kocha, leoz nadto, źe kooha innego. G-eld 
uważa, że taka spółka we troje nie zdała się na 
nic i cofa się od niebezpiecznego przedsięwzię- 
cia. Julia poszła za skłonnością serca a interesa 
majątkowe prezesa za pośrednictwem Gelda ja- 
koś się uregulowały. Honor został ocalony, wpra- 
wdzie nie przez samoistne postanowienie zagro- 
żonych, którzy się już godzili z położeniem, 
lecz wskutek szczerości Julii z jednej, a prze- 
zorności bankiera z drugiej strony. Pieniądze 
zaś nie wyglądają tu bardzo wstrętnie, trochę 
tylko śmiesznie; śmieszność tę umniejsza nawet 
autor tem, że jednego z rycerzy honoru, poetę 
Adama, uczynił również śmiesznym, lubo mu nie 
odjął zasadniczej szlachetności. 

I Szymanowski zatem, podobnie zresztą jak 
Ponsard, gwoli pogodnemu rozwiązaniu sztuki, 
nie chciał wyprowadzić najdalszych konsekwen- 
cyj, na jakie narazić może poddanie się wszech- 
władzy pieniądza; stworzył tym sposobem ko- 
medyę, która miała w sobie zarodki społeczne, 
ale zatrzymane w rozwoju. 

Grdy komedya ta przedstawiona była w War- 
szawie, bawił w Paryżu, uczęszczając na wy- 
kłady w Sorbonie, 21-letni młodzieniec, pełen 
życia i spragniony jego uciech, Józef Narzym- 
ski (urodzony 8 lutego 1839 r. w Radzikach, 
małych w Prasnyskiem, z Jana i Katarzyny 
z Grąbczewskich). Niewątpliwie chodził on i do 
teatrów, gdzie sztuki w nowym duchu: Augiera, 
Dumasa syna, Feuilletta były grywane. Jakie 



— 190 — 

narazie wywarły one wrażenie na umyśle zdol- 
nego młodziana, nie wiemy; ale niewątpliwą 
zdaje się rzeozą, iź społeczne ich. znaczenie mu- 
siało żywo przemówić do człowieka, który miał 
jakby wrodzone poczucie interesów społecznych. 

Nie znamy wprawdzie pierwszej sztuki Na- 
rzymskiego, napisanej jeszcze w r. 1869, ale sam 
już jej tytuł: „Wielki człowiek powiatowy" 
zdaje się wskazywać, że sprawa społeczna mu- 
siała w niej na pierwszym być planie. Druga 
sztuka, wydrukowana w Poznaniu z datą r. 1863 
p. t. „Niekomiczna komedya w trzech aktach'' 
(str. 88), jakkolwiek bardzo młodzieńcza pod 
względem techniki dramatycznej , przedstawia 
nam przecież umysł niezmiernie wrażliwy na 
prądy chwili. Chciał tu Narzymski zobrazować 
stosunki krajowe z r. 1861 i 1862 i użył ku 
temu alegoryi t. j. odmalował starcie się opinij 
przeciwnych w kształcie zatargu prywatnego. 
Pod względem artystj^cznym utwór na tem ucier- 
piał; stał się naciąganym, nienaturalnym, nie- 
prawdopodobnym. Ale w każdym razie stał się 
dla nas cennym psychologicznym dokumentem, 
świadczącym o przekonaniach i dążnościach spo- 
łecznych. 

Plenipotent niegdyś księcia Janusza, baron, 
doprowadził swego chlebodawcę do zupełnego 
ubóstwa, a sam porósł w pierze. Córka księcia, 
piękna i szlachetna Amelia, musi biegać za le- 
kcyami „wśród błota i chłodu, by lichy grosz 
zarobić na kawałek chleba". Sam książę my- 



— 191 — 

śli o procesie z przywłaszczycielem, ale gdy ten 
z własnego popędu zaofiarował mu 2.000 rocznej 
pensyi, Janusz zarówno z wrodzonego sobie 
usposobienia dyplomatycznego, jak nie mniej 
pod wpływem rad swego przyjaciela, hr. Kaliksta, 
wielce pobożnego i drżącego na myśl o skan- 
dalu, postanawia, wbrew błaganiom córki i per- 
swazyom młodego entuzyastycznego maIarza,Zdzi- 
sława, przyjąć propozycyę barona, z wyraźnem 
zastrzeżeniem, że z pretensyj dalszych bynajmniej 
nie kwituje. Syn barona, Artur, młodzieniec roz- 
pustny i cyniczny, zapaławszy żądzą posiadania 
Amelii, porywa ją w porozumieniu ze swym ojcem, 
i w domu swoim umieszcza. Książę przybywa 
zgnębiony po córkę, ale znowu ulega poszeptom 
dyplomacyi i zaklęciom bigota, by nie robić ha- 
łasu; bierze od barona słowo honoru, że Amelii 
nic złego się nie stanie w jego domu; chce już 
odejść, gdy nadbiega Zdzisław z przyjacielem 
swoim, doktorem Grustawem, i groźbą wymusza 
na baronie nie tylko oddanie Amelii, ale i zwrot 
majątków księcia. W pojedynku z Arturem ra- 
niony, otrzymuje, lubo chłop z urodzenia, rękę 
księżniczki, pozostawiając księcia i hrabiego w tem 
przyjemnem dla nich złudzeniu, że szczęśliwy 
obrót całej sprawy zawdzięczać należy dyplo- 
macyi i modłom. 

Pod względem ukJadu mnóstwo jest w sztuce 
błędów, charaktery niero zwinięte, monologi bar- 
dzo długie; autorowi nie chodziło o dobrą kom- 
pozyoyę, tylko o efektowne sytuacye, wypowie- 



1 



— 192 — 

dzenie swych uozuó, które wcielił w postać Zdzi- 
sława, oraz o wychłostanie poglądów przeci- 
wnych, zwłaszcza hrabiego, którego sposób wi- 
dzenia rzeczy uwydatniono najznamienniej w na- 
stępnej przemowie: 

Święte są słowa księcia! taki siłą moralną, 
Siłą naszego ducha — bezcielesną — wielką, 
Wobec której moc ziemska jest drobną kropelka 
Przy oceanie — siłą czystą, nie orężną, 
A panującą wszędzie i wszędzie potężną 
I twą powagą chłodną — a bierną godnością, 
Niewzruszonym spokojem, szlachetną biernością, 
Znosząc żarty z pokorą, modląc się w cierpieniu, 
O! modląc się, wciąż modląc i cierpiąc w milczeniu, 
Książę zwalczysz barona, przekonasz, naprawisz, 
Sam odzyskasz majątek i grzesznika zbawisz. 

Wprost przeciwne jest zdanie Zdzisława: 

Książę! jam dziecięciem ludu; 

Zrodzony wpośród cierpień, łez krwawych i trudu, 
Wśród pól się wychowałem; w siermiędze i boso. 
Wśród biednych, co pracują nie piórem, lecz kosą — 
O, ja nie mam trądy cyi; ani szereg długi 
Antenatów poza mną, ani koron. — Pługi, 
Sierpy, kosy i praca — oto herby moje, 
I całej mej fortuny tych rąk oto dwoje! 
I to serce i głowa; — a jednak, na Boga, 
Mnie, mnie — chłopu — ta niby dyplomacyi droga 
Nikczemną się wydaje. 

Jak ta przemowa Zdzisława, tak i całe pro- 
wadzenie akcyi jest gorączkowe; efekty nie są 
obrachowywane i rozwijane; lecz tylko w miarę 



— 193 — 

8ytuaoyj samych i zmiennej siły słowa raz sła- 
biej, to znów mocniej się zaznaczają. 

Po ogłoszeniu tej sztuki, zamilkł Narzymski 
na lat kilka, przebywał w Dreźnie, Krakowie, 
Poznaniu. W r. 1871 zaczął pisywać do świeżo 
wtedy założonego przez Edmunda Oalliera „Ty- 
godnika Wielkopolskiego**, prowadzonego w du- 
chu postępowym. W artykułach Narzymskiego 
widaó wielkie zajęcie się teatrem. Zasługują 
mianowicie na uwagę dwie rozprawki: jedna 
p. t. „Słówko o teatrze, znaczeniu tegoż i o mo- 
ralności scenicznej" (NN. 16 — 17), druga „O re- 
pertuarze teatralnym** (N. B2). W obu zasadnicze 
poglądy są te same. Autor bardzo wysoko ceni 
sztukę sceniczną, nazywa ją „najdemokratyczniej- 
szą z form sztuki", kwitnącą tam przedewszyst- 
kiem, gdzie nietylko arystokracya, ale i masy 
były zdolne poznać i ocenić artyzm. „Żadna wy- 
stawa, żadne galerye — powiada — żadna bi- 
blioteka, ani nawet prelekcye i odczyty nie są 
w stanie tak szybko, tak po.tężnie oddziaływać 
na zmianę pojęć, na podniesienie poglądów, 
uczuć, a, nawet do pewnego stopnia na moral- 
ność publiczną szerszych warstw, jak dobry 
i dobrze prowadzony teatr" (N. IB). Ze względu 
na to jego znaczenie i na „realistyczny kieru- 
nek epoki, odpychającej liryzm, żądającej pla- 
stycznych obrazów życia", poczytuje teatr za 
^jeden z najpotężniejszych środków propagandy" 
myśli rozumnych, dążeń dobrych. Kreśląc ideał 
Disarza dramatycznego, kładzie nacisk zarówno 

Nasza literatura dramatyczna. T. II. 13 



— 194 — 

na stronę wewnętrzoą, ideową sztuki, jak i na 
artyzm wykonania. Pisarz dramatyczny „nie po- 
winien ani na chwilę zapominać, że naród go 
słucha, że słowo jego odbija się w serc tysią- 
cach, że jego idee mogą być ziarnem pysznych 
kwiatów lub nikczemnego zielska^. Jest on dzi- 
siaj nietylko sztukmistrzem, lecz i „myślicielem, 
moralistą, propagatorem, agitatorem". W zakre- 
sie jego twórczości leży prawie wszystko: „Ostrze- 
gać przed zgubnymi prądami, prześladować prze- 
sądy, siec i chłostać wszystko, co podłe i ni- 
kczemne, ideałami wieść w sfery szlachetniejsze, 
postaciami bohaterów budzić odwagę gasnącą 
i wyszlachetniać dusze, podnosić kwestye 
społeczne, których kodeks nie obejmuje; 
słowem, kuć uparcie tę drogę postępu, jaką 
ludzkość idzie; pchać bryłę sihiemi ramiony : — 
oto wielkie, zaszczytne zadanie dramaturga, po- 
dzielane przez niego z tysiącami pracowników 
na innych drogach, ale do spełnienia którego 
on ma od wielu więcej środków i pole obszer- 
niejsze". 

Zaznaczywszy tak silnie dążność społeczną 
dramatu, dodaje Narzymski przestrogę: „Nie 
wolno być dramatycznemu pisarzowi tylko 
sztukmistrzem ; — ale najświetniejsza tendencya, 
najgenialniejsze czy najszlachetniejsze idee nie 
uwalniają go od tego, by był artystą w całem 
słowa tego znaczeniu". Bozumie autor dosko- 
nale, jak trudno jest, odgadnąwszy „prądy pa- 
nujące, pogodzić wymagania artystyczne z wy- 



— 195 — 

maganiami ohwili; na to potrzeba osobnego ta- 
lentu, któremu niektórzy dramatyoy francuzcy 
zawdzięczają swoje powodzenie. Trzeba przede- 
wszystkiem „studyowaó życie, chwytać kwe- 
sty e palące, choćby z ich zniknięciem i sztuka 
miała stracić wartość swoją, brać typy własne, 
z życia wzięte, a nie szukać ich w książ- 
kach lub własnej fantazyi". Tu wystę- 
puje Narzymski w obronie dramatyków francu- 
skich, których utworom zarzucano niemoral- 
n o ś ć. „Bomans mężatki, wprowadzanie upadłej 
kobiety, lada wyrażenie niezupełnie purystow- 
skie, nadają sztuce cechę niemoralności w oczach 
panów krytyków. Tymczasem jest to błąd tem 
zgubniejszy, że wiąże ręce autorom i krępuje 
ich w ciasnem kole konwenansu^. Takie wła- 
śnie kwestye „drażliwe i dwuznaczne" należą, 
zdaniem Narzymskiego, do tych, „które podno- 
sić, wyjaśniać, oczyszczać z przesądów jest rze- 
czą pisarzy dramatu". Powołuje się tu na auto- 
rów francuskich, mówiąc: „Feuillet w Pokusach 
i w Julii dał obraz walk, jakie kobieta prze- 
chodzi, nim padnie, i pokazał, jak często nawet 
dobry mąż do przepaści popchnąć ją może, jak 
brak taktu, serca, rozumu stają się przyczyną 
nieszczęścia; winna jest tu ukarana, ale widz 
jej przebacza, a potępia prawdziwego winowajcę. 
Inny pisarz, Al. Dumas (syn), podniósł drugą 
kwestyę i w Pojęciach pani Aubray z kobiety 
upadłej zrobił bohaterkę, pokazał, że nie zawsze 
jawnogrzesznica nawet zasługuje na potępienie, 

13* 



— 196 - 

i źe to społeczeństwo, które tysiące dziewcząt 
zostawia bez opieki, bez religii, bez chleba, a 
otacza je wszystkiemi pokusami, nie ma prawa 
być zbytecznie sarowem względem ofiar wła- 
snej niezdarności (? może : niezaradność i), 
nie ma prawa zamykać im drogi poprawy i cnoty. 
Podnosząc to, młody Dumas był nietylko mo- 
ralnym, nietylko szlachetnym, ale prawdziwym 
chrześcijaninem. — Myślą, która natchnęła Po- 
jęcia pani Aubray, były owe najpiękniejsze 
słowa, jakie wyrzeczono na ziemi kiedykolwiek: 
kto z was bez winy, niech rzuci na nią kamie- 
niem. Obie te kwestye są palące, na czasie, wa- 
żne i sprawiedliwe. Na dziesięć wypadków wia- 
rołomstwa, dziewięć razy mąż winien. Na sto 
Upadłych kobiet 99 razy winowajcą jest społe- 
czeństwo lub jego wykształceni reprezentanci. 
Surowość dla kobiet, pobłażliwość dla mężczyzn, 
będąc z jednej strony demoralizującą niespra- 
wiedliwością, pogarsza jeszcze złe. Gdyby uwo- 
dziciele byli równie surowo sądzeni, jak ich 
ofiary; ofiar tych byłoby mniej daleko; gdyby 
im zostawiono drogę poprawy i rehabilitacyi, 
wiele z nich wróciłoby ze złej drogi wcześnie" 
(N. 16). 

Poglądy takie, które, mówiąc nawiasem, po- 
dzielało wówczas całe myślące młode pokole- 
nie, wskazywały, jak silnie przeniknięty był Na- 
rzymski potrzebą podejmowania „kwestyj palą- 
cych **, jak chodziło mu o chwytanie „chwilowych 
prądów" na gorącym uczynku. 



— 197 — 

Nie chciał jednak Narzymski woale, by nasi 
dramatycy stawali się ślepymi naśladowcami fran- 
cuskich. Ten, co kazał wglądać w samo życie, 
a nie w książki lub wytwory fantazyi, pragnął 
przedewszystkiem, by autorowie polscy czerpali 
treść z życia polskiego. To też w artykule o re- 
pertuarze teatralnym położył silny nacisk na 
potrzebę wprowadzenia do niego sztuk swoj- 
skich, na potrzebę utrwalenia tradj^cyi drama- 
tycznej ojczystej. Stąd postawiwszy wymaganie, 
by dla odświeżenia umysłu „zapylonego reali- 
zmem dzisiejszych komedyj i dramatów^, da- 
wano w teatrze tragiedye Szekspira, Słowackiego, 
Schillera, Goethego i Wiktora Hugo (czasem), 
radził w każdym sezonie dawać „kilka sztuk 
Fredrowskich, jeden lub dwa utwory Korzenio- 
wskiego'', gdyż one zawsze „świeźemi zostaną", 
gdyż one „są wzorem, są tem, co dla Fran- 
cuzów Moliere**. Co więcej, sądził, że „nie za- 
szkodziłoby sięgnąć i głębiej, poprosić o pomoc 
Krasickiego, Zabłockiego, nawet Bohomolca'', 
radząc jedynie, by tych prób naszej rodzącej 
się sztuki „nie nadużywać, ale je zwolna poka- 
zywać, bo są w nich rzeczy cenne". 

W przyswajaniu komedyj francuskich dora- 
dzał zachowanie „miary i taktu", mówiąc: „po- 
jawia się rocznie we Francyi cztery, może pięć 
dobrych utworów; tłómaczyć je, ale dać pokój 
tym stosom fars, któremi zanieczyszczamy na- 
sze repertuary". 

Wreszcie raz jeszcze uwydatniając potrzebę 



— 198 — 

odzwierciedlania w teatrze wszystkich stron i me- 
tamorfoz życia, dodaje, że „utwory oryginalne, 
dotykające kwestyj bieżących, malujące życie 
nasze własne, muszą zaciekawiać bardziej pu- 
bliczność, jak (!) obrazy z życia obcego, jak (!) 
kwestya u nas jeszcze lub już nie ist- 
niejąca". 

Sam Narzymski w twórczości swojej był 
wierny temu programowi. Nie kopiował Francu- 
zów, ale przejąwszy od nich wskazówkę i co do 
strony technicznej dramatu i co do obrabiania 
tematów społecznych, zwrócił się do badania 
życia własnego społeczeństwa i objawy dla niego 
ważne wziął za przedmiot komedyj swoich, po- 
zostawiając na boku i niewiarę małżeńską i kwe- 
sty ę kobiet upadłych, które to objawy w ko- 
medyi francuskiej tak gorąco usprawiedliwiał. 

Pierwszy z tych utworów drukowany był 
roku 1871 w „Tygodniku Wielkopolskim** (NN. 
19 — 26). Nazwał go autor „obrazkiem sceni- 
cznym** (w 2 aktach) i słusznie. Akcya bowiem 
w tej sztuce jest rzeczą podrzędną; charaktery- 
styka osób, zwłaszcza głównej, Filipa Nereusza 
Lichockiego , oraz przedstawienie stosunków 
i usposobień mieszczan krakowskich w roku 
1794 ym stanowią główne zadanie sztuki. Cia- 
snota umysłu, oschłość serca, sobkostwo, tchó- 
rzliwość, pycha i nadętość pana prezydenta, 
który rządził się samowolnie w Krakowie, do- 
póki wypadki nadzwyczajne nie kazały mu szu- 
kać pomocy u rajców miejskich, przeważnie 



— 199 — 

woale od niego nie lepszych, zostały odmalo- 
wane dosadnie na podstawie pamiętników sa- 
megoź Łichookiego. Sytuacye komiczne wywią- 
zują się ta w sposób naturalny przez zestawie- 
nie pychy, pewności siebie, zarozumiałońci, po- 
miatania niższymi, dopóki się czuł pan prezy- 
dent na pewnych nogach, z bezradnością, tchó- 
rzliwą pokorą, wymuszonym patryotyzmem, gdy 
mu zagroziło niebezpieczeństwo i gdy pozba- 
wiony urzędu, powoływany był na mustrę przez 
rzeźnika i miał pójśó do wojska. Miłość jego 
córki, Andzi, do śmid!ego i rezolutnego ślusa- 
rza, Feliksa Budzyńskiego, którego pan prezy- 
dent jako rzemieślnika lekceważył, tworzy więź 
estetyczną, sprzęgającą sceny poszczególne, po- 
święcone odmalowaniu rajców krakowskich; a 
równocześnie miłość ta wybawia Lichockiego 
z kłopotów, gdyż za przyrzeczenie ręki córki 
Budzyńskiemu, zyskuje w przyszłym zięciu za- 
stępcę w wojsku. Żywioł komiczny wzmożony 
tu jest przez wprowadzenie postaci starej panny, 
siostry Lichockiego, śmiesznej i przesadnej, oczy- 
tanej w romansach i porównywającej wciąż sy- 
tuacye w nich odtworzone, ze stanem rzeczy 
w jej otoczeniu. Postać ta pochyla się ku kary- 
katurze. 

Tło historyczne w tej sztuce istnieje, lecz 
ma znaczenie tła tylko wyłącznie. Zdaje się bo- 
wiem, że Narzymskiemu nietyle chodziło o wierne 
odmalowanie chwili dziejowej, z której wziął 
przedmiot do swego obrazka, ile o danie nauczki 



— 200 — 

rajcom miejskim spółozesnym, w szczególnośoi 
zaś krakowskim, jakimi być nie powinni. Stąd 
niewątpliwie pochodzi przewaga rysów ujemnych 
w przedstawieniu owych rajców. Narzymski nie 
zaprzecza bynajmniej, iżby pomiędzy nimi nie 
było ludzi pojmujących obowiązki obywatelskie; 
wprowadza nawet trzy osobistości rozsądne i z do- 
brą wolą postępujące; ale im nie nadaje ról 
wybitnych, tak że ich głosy giną wśród chaosu 
nieświadomości, ograniczenia, samolubstwa i tchó- 
rzostwa prezydenta i godnych jego towarzyszy. 
Jeżeli domysł tu wyrażony jest słuszny, to 
„Prezydent m. Krakowa w kłopotach**, pomimo 
swego tła historycznego, byłby jedną z owych 
sztuk, chwytających kwestye społeczne na go- 
rącym uczynku, o jakie się Narzymski w arty- 
kułach swoich dopominał. Wyraźnie już cechę 
tę noszą na sobie dwie komedye czteroaktowe, 
nagrodzone na konkursie krakowskim w r. 1871 
i 1872; „Epidemia" i „Pozytywni", przedsta- 
wione zaraz w teatrach; drukowane najprzód 
w czasopismach, a w r. 1876 wydane w War- 
szawie w książkach oddzielnych (nakładem Celsa 
Lewickiego). Ozy na technikę tych utworów wpły* 
nęło przedstawienie (bez powodzenia *) „Nieko- 
micznej komedyi" w Poznaniu, w końcu paź- 
dziernika 1871 r.? Zdaje się, że nie; gdyż „Epi- 



^) Zobacz recenzyę z tego przedstawienia, pomie- 
szczoną w N. 45 „Tygodnika Wielkopolskiego", podpi- 
saną trzema gwiazdkami. 



— 201 -. 

demia^ przynajmniej była już wówozas na kon- 
kursie. 

Chęć łatwego a szybkiego wzbogacenia się, 
to jedna z chorób, tocząca wnętrze organizmu 
spoleojBnego w czasach dzisiejszych. Karty, ru- 
leta, loterya, gra giełdowa — oto środki, które 
pozornie prowadzą najprościej do celu, a wgrun* 
cie rzeczy rujnują jednostki i rodziny, demora- 
lizują zaś społeczeństwo. Ludzie nienauczeni 
smutnemi przykładami, niezraźeni bolesnem do- 
świadczeniem, niepomni na przyszłość, lecą jak 
szaleni ku zgubie. 

Jedną z tych dróg, o których wspomniałem, 
zajmuje się ^Epidemia^. Gorączka gry giełdo- 
wej, co przez lat kilka epidemicznie grasowała 
w Galioyi i w całej Austryi, a skończyła się 
głośnym ^krachem** w r. 1873-im, dala sposo- 
bność Narzymskiemu do napiętnowania osób, 
dobrowolnie zarazić się nią pozwalających i wy- 
kazania szkodliwego jej wpływu zarówno pod 
względem materyalnym, jak i moralnym. 

Karwacki, obywatel majętny, uczciwy, roz- 
sądny, posiadający córkę, o którą się stara młody 
inżynier, Bolesław Stawiński, unikał dotąd najlżej- 
szej nawet wzmianki o chęci grania na giełdzie; 
co więcej, jako nieprzyjaciel wszelkiego ryzyka, 
wierzący tylko w dobre wyniki rodzajów pracy, 
tradycyjnie przekazywanych, nie chciał przyjąć 
projektu Bolesława co do osuszenia wielkiej 
przestrzeni bagien i pobudowania tam cukro- 
wni, gdyż „spekulacya to nie rzecz szlachcica^. 



_ 202 — 

jak powiada. Napróźno wystawia Bolesław ko- 
rzy śoi dla kraju, z wykonania projektu jego 
płynące (^kawał ojczystej ziemi, dziń bez uży- 
tku leżący, przemieni się na źródło bogactwa 
dla właścicieli, da pracę i chleb tysiącom ludu 
biednego, a tam, gdzie dzisiaj pustka i cisza 
śmiertelna, będzie ruch i życie"); — wszyscy 
obywatele, zgromadzeni u Karwackiego, odma- 
wiają swego współudziału; jeden tylko żyd, Ei- 
horn, zgodził się na zyskowną propozycyę. 

Za to ciź sami obywatele (oprócz Karwa- 
ckiego na razie), nie chcący ani grosza włożyć 
w interes, wątpliwy ich zdaniem, idą graó na 
giełdzie. Przykład ten oddziaływa powoli i na 
Karwackiego. Słysząc i widząc, jak ten i ów 
wygrywa po kilkanaście i kilkadziesiąt tysięcy; 
dowiedziawszy się, że znakomitości okoliczne 
biorą w tej grze udział, rozsądny dotychczas 
i oględny Karwacki pomyślał również o wygra- 
niu naprzód maleńkiej sumy na bransoletę dla 
córki, potem większej na karetę, potem jeszcze 
większej dla zaokrąglenia posagu — i dał się 
wciągnąć w zaczarowane koło wielbicieli for- 
tuny. Zbrzydł mu Bolesław, który napróźno sta- 
rał się go odwieść od niebezpiecznego hazardu, 
wystawiając wszystkie złe skutki, jakie za sobą 
pociągnąć może; przeniósł się do Wiednia i po- 
wierzył swe losy w ręce bankiera, barona Gold- 
szmita. Tu właściwie rozpoczyna się węzeł intrygi. 

Goldszmit, człowiek 45-letni, który młodość 
swoją przepędził w kantorze wśród papierów 



— 203 — 

bankowych i nauczył się obrachowywać wszystko 
na pieniądze, pokochał flepo, namiętnie, córkę 
Karwackiego, Maryę. W tej sferze, namiętności 
takie, graniczące z obłędem, zdarzają się nieraz. 
Baron gotów wszystko swe mienie zloiyć a stóp 
ubóstwianej kobiety. Chcąc się z nią oienić, 
gdyż inne środki posiadania jej nwaiał — i słu- 
sznie — za niemożliwe, postarał się przede- 
wszystkiem o oddalenie Boledawa. Namawia 
tedy niejakiego Pieczeniarskiego, zupełnie od 
siebie zależnego, a upadłego moralnie człowieka, 
ażeby wydrukował w gazecie artykuł przeciwko 
eksploatującym i eksploatowanym w grze gieł- 
dowej, artykuł, w którymby początkowe litery 
jasno wskazywały Karwackiego jako głupca, 
poddającego się dobrowolnie wodzeniu za nos 
przez chytrych i nikczemnych giełdowiczów. Ar- 
tykuł ten, podcyfrowany inicyałami Stawińskiego, 
sam Goldszmit przynosi Karwackiemu i chce 
z nim zerwać stosunki, jeżeliby się nie zgodził 
na usunięcie Bolesława ze swego domu. Zboga- 
conemu i rozgorączkowanemu już grą obywa- 
telowi nie trudno przyszedł wybór między ba- 
ronem a inżynierem. Nie tłomacząo się więc 
wcale, a obrzucając Bolesława obelgami, wypo- 
wiada mu dom i zrywa zamierzone małżeństwo. 

Bolesław się usuwa i to na długo. 

Goldszmit wszakże nie dopiął jeszcze przez 
to swego celu. Na propozycyę zaślubienia Ma- 
ryi odebrał odpowiedź (naturalnie przez osobę 
trzecią), że śmierdzi czosnkiem i cebulą. Więc 



— 196 -- 

i źe to społeczeństwo^ które tysiące ddewcząt 
zostawia bez opieki, bez religii, bez chleba, a 
otacza je wszystkiemi pokusami, nie ma prawa 
być zbytecznie sarowem względem ofiar wła- 
snej niezdarności (? może : niezaradnońoi), 
nie ma prawa zamykać im drogi poprawy i cnoty. 
Podnosząc to, młody Dumas był nietylko mo- 
ralnym, nietylko szlachetnym, ale prawdziwym 
chrześcijaninem. — Myślą, która natchnęła Po- 
jęcia pani Aubray, były owe najpiękniejsze 
słowa, jakie wyrzeczone na ziemi kiedykolwiek: 
kto z was bez winy, niech rzuci na nią kamie- 
niem. Obie te kwestye są palące, na czasie, wa- 
żne i sprawiedliwe. Na dziesięć wypadków wia- 
rołomstwa, dziewięć razy mąż winien. Na sto 
Upadłych kobiet 99 razy winowajcą jest społe- 
czeństwo lub jego wykształceni reprezentanci. 
Surowość dla kobiet, pobłażliwość dla mężczyzn, 
będąc z jednej strony demoralizującą niespra- 
wiedliwością, pogarsza jeszcze złe. Gdyby uwo- 
dziciele byli równie surowo sądzeni, jak ich 
ofiary; ofiar tych byłoby mniej daleko; gdyby 
im zostawiono drogę poprawy i rehabilitacyi, 
wiele z nich wróciłoby ze złej drogi wcześnie" 
(N. 16). 

Poglądy takie, które, mówiąc nawiasem, po- 
dzielało wówczas całe myślące młode pokole- 
nie, wskazywały, jak silnie przeniknięty był Na- 
rzymski potrzebą podejmowania „kwestyj palą- 
cych", jak chodziło mu o chwytanie „chwilowych 
prądów" na gorącym uczynku. 



197 



Nie ohciat jednak Narzymski woale, by nasi 
dramatyoy stawali się ślepymi naśladowcami fran- 
ouskich. Ten, co kazał wglądać w samo życie, 
a nie w książki lub wytwory fantazyi, pragnął 
przedewszystkiem, by autorowie polscy czerpali 
treść z życia polskiego. To też w artykule o re- 
pertuarze teatralnym położył silny nacisk na 
potrzebę wprowadzenia do niego sztuk swoj- 
skich, na potrzebę utrwalenia tradj^cyi drama- 
tycznej ojczystej. Stąd postawiwszy wymaganie, 
by dla odświeżenia umysłu ;,zapylonego reali- 
zmem dzisiejszych komedyj i dramatów", da- 
wano w teatrze tragiedye Szekspira, Słowackiego, 
Schillera, Goethego i Wiktora Hugo (czasem), 
radził w każdym sezonie dawać „kilka sztuk 
Fredrowskich, jeden lub dwa utwory Korzenio- 
wskiego'', gdyż one zawsze „świeźemi zostaną", 
gdyż one „są wzorem, są tem, co dla Fran- 
cuzów Moliere". Co więcej, sądził, że „nie za- 
szkodziłoby sięgnąć i głębiej, poprosić o pomoc 
Krasickiego, Zabłockiego, nawet Bohomolca", 
radząc jedynie, by tych prób naszej rodzącej 
się sztuki „nie nadużywać, ale je zwolna poka- 
zywać, bo są w nich rzeczy cenne". 

W przyswajaniu komedyj francuskich dora- 
dzał zachowanie „miary i taktu", mówiąc: „po- 
jawia się rocznie we Francyi cztery, może pięć 
dobrych utworów; tłómaczyć je, ale dać pokój 
tym stosom fars, któremi zanieczyszczamy na- 
sze repertuary". 

Wreszcie raz jeszcze uwydatniając potrzebę 



— 198 — 

odzwierciedlania w teatrze wszystkich stron i me- 
tamorfoz życia, dodaje, że „utwory oryginalne, 
dotykające kwestyj bieżących, malujące życie 
nasze własne, muszą zaciekawiać bardziej pu- 
bliczność, jak (!) obrazy z życia obcego, jak (!) 
kwestya u nas jeszcze lub już nie ist- 
niejąca". 

Sam Narzymski w twórczości swojej był 
wierny temu programowi. Nie kopiował Francu- 
zów, ale przejąwszy od nich wskazówkę i co do 
strony technicznej dramatu i co do obrabiania 
tematów społecznych, zwrócił się do badania 
życia własnego społeczeństwa i objawy dla niego 
ważne wziął za przedmiot komedyj swoich, po- 
zostawiając na boku i niewiarę małżeńską i kwe- 
styę kobiet upadłych, które to objawy w ko- 
medyi francuskiej tak gorąco usprawiedliwiał. 

Pierwszy z tych utworów drukowany był 
roku 1871 w „Tygodniku Wielkopolskim** (NN. 
19 — 26). Nazwał go autor „obrazkiem sceni- 
cznym" (w 2 aktach) i słusznie. Akcya bowiem 
w tej sztuce jest rzeczą podrzędną; charaktery- 
styka osób, zwłaszcza głównej, Filipa Nereusza 
Łichockiego , oraz przedstawienie stosunków 
i usposobień mieszczan krakowskich w roku 
1794 ym stanowią główne zadanie sztuki. Cia- 
snota umysłu, oschłość serca, sobkostwo, tchó- 
Tzliwość, pycha i nadętość pana prezydenta, 
który rządził się samowolnie w Krakowie, do- 
póki wypadki nadzwyczajne nie kazały mu szu- 
kać pomocy u rajców miejskich, przeważnie 



~ 199 — 

woale od niego nie lepszych, zostały odmalo- 
wane dosadnie na podstawie pamiętników sa- 
megoż Łichookiego. Sytuaoye komiczne wywią- 
zują się tu w sposób naturalny przez zestawie- 
nie pychy, pewności siebie, zarozumiałości, po- 
miatania niższymi, dopóki się czuł pan prezy- 
dent na pewnych nogach, z bezradnością, tchó- 
rzliwą pokorą, wymuszonym patryotyzmem, gdy 
mu zagroziło niebezpieczeństwo i gdy pozba- 
wiony urzędu, powoływany był na mustrę przez 
rzeźnika i miał pójśó do wojska. Miłość jego 
córki, Andzi, do śmid!ego i rezolutnego ślusa- 
rza, Feliksa Budzyńskiego, którego pan prezy- 
dent jako rzemieślnika lekceważył, tworzy więź 
estetyczną, sprzęgającą sceny poszczególne, po- 
święcone odmalowaniu rajców krakowskich; a 
równocześnie miłość ta wybawia Lichockiego 
z kłopotów, gdyż za przyrzeczenie ręki córki 
Budzyńskiemu, zyskuje w przyszłym zięciu za- 
stępcę w wojsku. Żywioł komiczny wzmożony 
tu jest przez wprowadzenie postaci starej panny, 
siostry Lichockiego, śmiesznej i przesadnej, oczy- 
tanej w romansach i porównywającej wciąż sy- 
tuacye w nich odtworzone, ze stanem rzeczy 
w jej otoczeniu. Postać ta pochyla się ku kary- 
katurze. 

Tło historyczne w tej sztuce istnieje, lecz 
ma znaczenie tła tylko wyłącznie. Zdaje się bo- 
wiem, że Narzymskiemu nietyle chodziło o wierne 
odmalowanie chwili dziejowej, z której wziął 
przedmiot do swego obrazka, ile o danie nauczki 



— 200 — 

rajcom miejskim spółozesnym, w szczególności 
zaś krakowskim, jakimi być nie powinni. Stąd 
niewątpliwie pochodzi przewaga rysów ujemnych 
w przedstawieniu owych rajców. Narzymski nie 
zaprzecza bynajmniej, iżby pomiędzy nimi nie 
było ludzi pojmujących obowiązki obywatelskie; 
wprowadza nawet trzy osobistości rozsądne i z do- 
brą wolą postępujące; ale im nie nadaje ról 
wybitnych, tak że ich głosy giną wśród chaosu 
nieświadomości, ograniczenia, samolubstwa i tchó- 
rzostwa prezydenta i godnych jego towarzyszy. 
Jeżeli domysł tu wyrażony jest słuszny, to 
„Prezydent m. Krakowa w kłopotach**, pomimo 
swego tła historycznego, byłby jedną z owych 
sztuk, chwytających kwestye społeczne na go- 
rącym uczynku, o jakie się Narzymski w arty- 
kułach swoich dopominał. Wyraźnie już cechę 
tę noszą na sobie dwie komedye czteroaktowe, 
nagrodzone na konkursie krakowskim w r. 1871 
i 1872: „Epidemia" i „Pozytywni", przedsta- 
wione zaraz w teatrach; drukowane najprzód 
w czasopismach, a w r. 1876 wydane w War- 
szawie w książkach oddzielnych (nakładem Celsa 
Lewickiego). Ozy na technikę tych utworów wpły* 
nęło przedstawienie (bez powodzenia ^) „Nieko- 
micznej komedyi" w Poznaniu, w końcu paź- 
dziernika 1871 r.? Zdaje się, że nie; gdyż „Epi- 



^) Zobacz recenzyę z tego przedstawienia, pomie- 
szczoną w N. 45 „Tygodnika Wielkopolskiego", podpi- 
saną trzema gwiazdkami. 



— 201 -. 

demia^ przynajmniej była już wówczas na kon- 
kursie. 

Chęć łatwego a szybkiego wzbogacenia się, 
to jedna z cborób, tocząca wnętrze organizmu 
spolecsnego w czasach dzisiejszych. Karty, ru- 
leta, loterya, gr* giełdowa — oto środki, które 
pozornie prowadzą najprościej do celu, a w grun- 
cie rzeczy rujnują jednostki i rodziny, demora- 
lizują zaś społeczeństwo. Ludzie nienauczeni 
smutnemi przykładami, niezraźeni bolesnem do- 
świadczeniem, niepomni na przyszłość, lecą jak 
szaleni ku zgubie. 

Jedną z tych dróg, o których wspomniałem, 
zajmuje się ^Epidemia^. Gorączka gry giełdo- 
wej, co przez lat kilka epidemicznie grasowała 
w Galicyi i w całej Austryi, a skończyła się 
głośnym ^krachem** w r. 1873-im, dala sposo- 
bność Narzymskiemu do napiętnowania osób, 
dobrowolnie zarazić się nią pozwalających i wy- 
kazania szkodliwego jej wpływu zarówno pod 
względem materyalnym, jak i moralnym. 

Karwacki, obywatel majętny, uczciwy, roz- 
sądny, posiadający córkę, o którą się stara młody 
inżynier, Bolesław Stawiński, unikał dotąd najlżej- 
szej nawet wzmianki o chęci grania na giełdzie; 
co więcej, jako nieprzyjaciel wszelkiego ryzyka, 
wierzący tylko w dobre wyniki rodzajów pracy, 
tradycyjnie przekazywanych, nie chciał przyjąć 
projektu Bolesława co do osuszenia wielkiej 
przestrzeni bagien i pobudowania tam cukro- 
wni, gdyż „spekulacya to nie rzecz szlachcica^, 



— 196 -- 

i źe to społeczeństwo^ które tysiąoe dziewcząt 
zostawia bez opieki, bez religii, bez chleba, a 
otacza je wszystkiemi pokusami, nie ma prawa 
być zbytecznie sarowem względem ofiar wła- 
snej niezdarności (? może: niezaradności), 
nie ma prawa zamykać im drogi poprawy i cnoty. 
Podnosząc to, młody Dumas był nietylko mo- 
ralnym, nietylko szlachetnym, ale prawdziwym 
chrześcijaninem. — Myślą, która natchnęła Po- 
jęcia pani Aubray, były owe najpiękniejsze 
słowa, jakie wyrzeczono na ziemi kiedykolwiek: 
kto z was bez winy, niech rzuci na nią kamie- 
niem. Obie te kwestye są palące, na czasie, wa- 
żne i sprawiedliwe. Na dziesięć wypadków wia- 
rołomstwa, dziewięć razy mąż winien. Na sto 
Upadłych kobiet 99 razy winowajcą jest społe- 
czeństwo lub jego wykształceni reprezentanci. 
Surowość dla kobiet, pobłażliwość dla mężczyzn, 
będąc z jednej strony demoralizującą niespra- 
wiedliwością, pogarsza jeszcze złe. Gdyby uwo- 
dziciele byli równie surowo sądzeni, jak icłi 
ofiary; ofiar tych byłoby mniej daleko; gdyby 
im zostawiono drogę poprawy i rehabilitacyi, 
wiele z nich wróciłoby ze złej drogi wcześnie" 
(N. 16). 

Poglądy takie, które, mówiąc nawiasem, po- 
dzielało wówczas całe myślące młode pokole- 
nie, wskazywały, jak silnie przeniknięty był Na- 
rzymski potrzebą podejmowania „kwestyj palą- 
cych**, jak chodziło mu o chwytanie „chwilowych 
prądów^ na gorącym uczynku. 



— 197 ~ 

Nie chciał jednak Narzymski woale, by nasi 
dramaty oy stawali się ślepymi naśladowcami fran- 
cuskich. Ten, co kazał wglądać w samo życie, 
a nie w książki lub wytwory fantazyi, pragnął 
przedewszystkiem, by autorowie polacy czerpali 
treść z życia polskiego. To też w artykule o re- 
pertuarze teatralnym położył silny Aacisk na 
potrzebę wprowadzenia do niego sztuk swoj- 
skich, na potrzebę utrwalenia tradycyi drama- 
tycznej ojczystej. Stąd postawiwszy wymaganie, 
by dla odświeżenia umysłu „zapylonego reali- 
zmem dzisiejszych komedyj i dramatów", da- 
wano w teatrze tragiedye Szekspira, Słowackiego, 
Schillera, Goethego i Wiktora Hugo (czasem), 
radził w każdym sezonie dawać „kilka sztuk 
Fredrowskich, jeden lub dwa utwory Korzenio- 
wskiego", gdyż one zawsze „świeżemi zostaną", 
gdyż one „są wzorem, są tem, co dla Fran- 
cuzów Moliere". Co więcej, sądził, że „nie za- 
szkodziłoby sięgnąć i głębiej, poprosić o pomoc 
Krasickiego, Zabłockiego, nawet Bohomoloa", 
radząc jedynie, by tych prób naszej rodzącej 
się sztuki „nie nadużywać, ale je zwolna poka- 
zywać, bo są w nich rzeczy cenne". 

W przyswajaniu komedyj francuskich dora- 
dzał zachowanie „miary i taktu", mówiąc: „po- 
jawia się rocznie we Francyi cztery, może pięć 
dobrych utworów; tłómaczyć je, ale dać pokój 
tym stosom fars, któremi zanieczyszczamy na- 
sze repertuary". 

Wreszcie raz jeszcze uwydatniając potrzebę 



— 198 — 

odźwi^reiedlAoia w teatne wssjsdich stron i me- 
tomorfoz źydA, dodaje^ ie „nliwoiy oryginalne, 
dotykające kwestyj bieżącyelir maliijące śycie 
nasze własne, miiszą zaciekawiać bardziej pn- 
bliczność, jak (!) obrazy z iycia obcego, jak (!) 
kweatya u nas jeszcze lab j a i nie ist- 
niejąca^. 

Sam Narzymski w twórczości swojej był 
wierny tema programowi. Kie kopiował Franca- 
zóWf ale przejąwszy od nieb wskazówkę i co do 
strony technicznej dramata i co do obrabiania 
tematów społecznych, zwrócił się do badania 
życia własnego spc^eczeństwa i objawy dla niego 
ważne wziął za przedmiot komedyj swoich, po- 
zostawiając na bokn i niewiarę małżeńską i kwe- 
sty ę kobiet npadłych, które to objawy w ko- 
medyi francuskiej tak gorąco usprawiedliwiał. 

Pierwszy z tych utworów drukowany był 
roku 1871 w „Tygodniku Wielkopolskim** (NN. 
19 — 26). Nazwał go autor „obrazkiem sceni- 
cznym" (w 2 aktach) i słusznie. Akcya bowiem 
w tej sztuce jest rzeczą podrzędną; charaktery- 
styka osób, zwłaszcza głównej, Filipa Nereusza 
Łichockiego , oraz przedstawienie stosunków 
i usposobień mieszczan krakowskich w roku 
1794 ym stanowią główne zadanie sztuki. Cia- 
snota umysłu, oschłość serca, sobkostwo, tchó- 
rzliwość, pycha i nadętość pana prezydenta, 
który rządził się samowolnie w Krakowie, do- 
póki wypadki nadzwyczajne nie kazały mu szu- 
kać pomocy u rajców miejskich, przeważnie 



~ 199 — 

wcale od niego nie lepszych, zostały odmalo- 
wane dosadnie na podstawie pamiętników sa- 
megoź Łichockiego. Sytuacye komiczne wywią- 
zują się ta w sposób naturalny przez zestawie- 
nie pychy, pewności siebie, zarozamiałości, po- 
miatania niższymi, dopóki się czuł pan prezy- 
dent na pewnych nogach, z bezradnością, tchó- 
rzliwą pokorą, wymuszonym patryotyzmem, gdy 
mu zagroziło niebezpieczeństwo i gdy pozba- 
wiony urzędu, powoływany był na mustrę przez 
rzeżnika i miał pójść do wojska. Miłość jego 
córki, Andzi, do śmiałego i rezolutnego ślusa- 
rza, Feliksa Budzyńskiego, którego pan prezy- 
dent jako rzemieślnika lekceważył, tworzy więź 
estetyczną, sprzęgającą sceny poszczególne, po- 
święcone odmalowaniu rajców krakowskich; a 
równocześnie miłość ta wybawia Łichockiego 
z kłopotów, gdyż za przyrzeczenie ręki córki 
Budzyńskiemu, zyskuje w przyszłym zięciu za- 
stępcę w wojsku. Żywioł komiczny wzmożony 
tu jest przez wprowadzenie postaci starej panny, 
siostry Łichockiego, śmiesznej i przesadnej, oczy- 
tanej w romansach i porównywaj ącej wciąż sy- 
tuacye w nich odtworzone, ze stanem rzeczy 
w jej otoczeniu. Postać ta pochyla się ku kary- 
katurze. 

Tło historyczne w tej sztuce istnieje, lecz 
ma znaczenie tła tylko wyłącznie. Zdaje się bo- 
wiem, że Narzymskiemu nietyle chodziło o wierne 
odmalowanie chwili dziejowej, z której wzit^ 
przedmiot do swego obrazka, ile o danie nauczki 



— 200 — 

rajcom miejskim spółozesnym, w szosególnośoi 
zaś krakowskim, jakimi być nie powinni. Stąd 
niewątpliwie pochodzi przewaga rysów ujemnych 
w przedstawieniu owych rajców. Narzymski nie 
zaprzecza bynajmniej, iżby pomiędzy nimi nie 
było ludzi pojmujących obowiązki obywatelskie; 
wprowadza nawet trzy osobistości rozsądne i z do- 
brą wolą postępujące; ale im nie nadaje ról 
wybitnych, tak źe ich głosy giną wśród chaosu 
nieświadomości, ograniczenia, samolubstwa i tchó- 
rzostwa prezydenta i godnych jego towarzyszy. 
Jeżeli domysł tu wyrażony jest słuszny, to 
„Prezydent m. Krakowa w kłopotach**, pomimo 
swego tła historycznego, byłby jedną z owych 
sztuk, chwytających kwestye społeczne na go- 
rącym uczynku, o jakie się Narzymski w arty- 
kułach swoich dopominał. Wyraźnie już cechę 
tę noszą na sobie dwie komedye czteroaktowe, 
nagrodzone na konkursie krakowskim w r. 1871 
i 1872: „Epidemia" i „Pozytywni", przedsta- 
wione zaraz w teatrach; drukowane najprzód 
w czasopismach, a w r. 1876 wydane w War- 
szawie w książkach oddzielnych (nakładem Celsa 
Lewickiego). Ozy na technikę tych utworów wpły- 
nęło przedstawienie (bez powodzenia^) „Nieko- 
micznej komedyi" w Poznaniu, w końcu paź- 
dziernika 1871 r.? Zdaje się, źe nie; gdyż „Epi- 



*) Zobacz recenzyę z tego przedstawienia, pomie- 
szczoną w N. 45 „Tygodnika Wielkopolskiego", podpi- 
saną trzema gwiazdkami. 



— 201 - 

demia^ przynajmniej była już wówczas na kon- 
kursie. 

Chęć łatwego a szybkiego wzbogacenia się, 
to jedna z chorób, tocząca wnętrze organizmu 
społeosnego w czasach dzisiejszych. Karty, ru- 
leta, loterya, gra giełdowa — oto środki, które 
pozornie prowadzą najprościej do oełu, a w gran- 
cie rzeczy rujnują jednostki i rodziny, demora- 
lizują zaś społeczeństwo. Ludzie nienauczeni 
smutnemi przykładami, niezrażeni bolesnem do- 
świadczeniem, niepomni na przyszłość, lecą jak 
szaleni ku zgubie. 

Jedną z tych dróg, o których wspomniałem, 
zajmuje się „Epidemia^. Gorączka gry giełdo- 
wej, co przez lat kilka epidemicznie grasowała 
w Galicyi i w całej Austryi, a skończyła się 
głośnym „krachem** w r. 1878-im, dała sposo- 
bność Narzymskiemu do napiętnowania osób, 
dobrowolnie zarazić się nią pozwalających i wy- 
kazania szkodliwego jej wpływu zarówno pod 
względem materyalnym, jak i moralnym. 

Karwacki, obywatel majętny, uczciwy, roz- 
sądny, posiadający córkę, o którą się stara młody 
inżynier, Bolesław Stawiński, unikał dotąd najlżej- 
szej nawet wzmianki o chęci grania na giełdzie; 
co więcej, jako nieprzyjaciel wszelkiego ryzyka, 
wierzący tylko w dobre wyniki rodzajów pracy, 
tradycyjnie przekazywanych, nie chciał przyjąć 
projektu Bolesława co do osuszenia wielkiej 
przestrzeni bagien i pobudowania tam cukro- 
wni, gdyż „spekulacya to nie rzecz szlachcica^. 



;fipjL Y^a^ii^L. JK^pncm w\'ww^ ' Jk Sniwflgir 

i^^i^syf^r „Juitwie '^ń^srrs^ EHnrs'- ciek me xrr> 



Z* v> cii e&ni otjiras^ie cprocm Kuwa- 
<^M^i^o nsk nzi^^. tie cŁ^^r mni gnascm vłośyć 

w iuv^^ w^xphwj ieb KOaiiiera. idą grmć na 
gi^ozi^. PrzjkhA v&n oidzijljwm powoli i na 
Kiarw«/^ki«go. Sijsz^e i widząc jak tm i ów 
^y^T^* po kilkanaście i kiik3drie«iąt tysięcy; 
dowiedziawszy nę, ie znakomitości okoliczne 
biorą w tej grze ndziat, rozsądny dotychczas 
i oględny Karwacki pomyślał również o wygra- 
niu naprzód maleńkiej snmy na bransoletę dla 
córki- potem większej na karetę, potem jeszcze 
większej dla zaokrąglenia posagu — i dal się 
wciągnąć w zaczarowane koło wielbicieli for- 
tuny. Zbrzydł mu Bolesław, który napróżno sta- 
rał się go odwieść od niebezpiecznego hazardu, 
wystawiając wszystkie złe skutki, jakie za sobą 
pociągnąć może; przeniósł się do Wiednia i po- 
wierzył swe losy w ręce bankiera, barona Gold- 
Hzmita. Tu właściwie rozpoczyna się węzeł intrygi. 
Goldszmit, człowiek 45-letni, który młodość 
swoją przepędził w kantorze wśród papierów 



— 203 — 

bankowych i nauczył się obraohowywaó wszystko 
na pieniądze, pokochał ślepo, namiętnie, oórkę 
Karwackiego, Maryę. W tej sferze, namistnośoi 
takie, graniczące z obłędem, zdarzają się nieraz. 
Baron gotów wszystko swe mienie złożyć u stóp 
ubóstwianej kobiety. Chcąc się z nią ożenić, 
gdyż inne środki posiadania jej uważał — i słu- 
sznie — za niemożliwe, postarał się przede- 
wszystkiem o oddalenie Bolesława. Namawia 
tedy niejakiego Pieczeniarskiego, zupełnie od 
siebie zależnego, a upadłego moralnie człowieka, 
ażeby wydrukował w gazecie artykuł przeciwko 
eksploatującym i eksploatowanym w grze gieł- 
dowej, artykuł, w którymby początkowe litery 
jasno wskazywały Karwackiego jako głupca, 
poddającego się dobrowolnie wodzeniu za nos 
przez chytrych i nikczemnych giełdowiczów. Ar- 
tykuł ten, podcyfrowany inicyałami Stawińskiego, 
sam Qoldszmit przynosi Karwackiemu i chce 
z nim zerwać stosunki, jeżeliby się nie zgodził 
na usunięcie Bolesława ze swego domu. Zboga- 
conemu i rozgorączkowanemu już grą obywa- 
telowi nie trudno przyszedł wybór między ba- 
ronem a inżynierem. Nie tiomacząo się więc 
woale, a obrzucając Bolesława obelgami, wypo- 
wiada mu dom i zrywa zamierzone małżeństwo. 

Bolesław się usuwa i to na długo. 

Goldszmit wszakże nie dopiął jeszcze przez 
to swego celu. Na propozycyę zaślubienia Ma- 
ryi odebrał odpowiedź (naturalnie przez osobę 
trzecią), że śmierdzi czosnkiem i cebulą. Więc 



- 204 — 

pchany żądzą zemsty, a zarazem posiadania Ma- 
ryi, obmyśla sposób zniesławienia jej. Wykona- 
wcą jest nikczemny cynik, Artur Kwocki, wy- 
chowany przez pobłażliwą matkę dewotkę i je- 
zuitów, O dwunastej w nocy, wobec umyślnie 
sprowadzonych świadków na ulicy, schodzi Ar- 
tur po drabinie jedwabnej z balkonu, przytyka- 
jącego do pokoju Maryi, przekupiwszy jej po- 
kojówkę, ażeby udawała swą panią. W kilka dni 
wieść się rozgłosiła; gazety wiedeńskie opisały 
ten wypadek; Maryi nie chciano nigdzie w do- 
mach „szanujących się" przyjąć. 

Na Karwackiego spadły naraz trzy gromy: 
niesława córki, utrata całkowita majątku przez 
grę na giełdzie, wiadomość, że i jego syn Wła- 
dysław fałszował weksle, tak samo jak Artur 
i przezeń podmówiony. Jedyny ratunek, jak ła- 
two się domyśleć, może dać bankier. Marya, 
mając sobie przedłożony przez ojca stan rze- 
czy, zgadza się na małżeństwo z Goldszmitem 
pomimo wstrętu, jaki względem niego odczu- 
wała; — równocześnie jednak mdleje. Karwacki 
już się przygotowuje do samobójstwa. Nie wia- 
domo, jakby dalej poszły rzeczy, gdyby się nie 
zjawił Bolesław. On załatwia wszystko; oczyszcza 
się z zarzutu, jakoby był autorem owego arty- 
kułu dziennikarskiego, demaskuje Goldszmita, 
wykrywając jego machinacye, uzdrawia i uszczę- 
śliwia Maryę, która ma zostać jego żoną. 

Najwydatniejszą w całej kemedyi postacią 
jest bez wątpienia Karwacki. Powolna i stopniowa 



— 205 — 

przemiana tego człowieka pod wpływem gorą- 
czki giełdowej debrze została przeprowadzona. 
Mianowicie scena namysłu przed ostatecznem 
zdecydowaniem się na grę (akt I, 11) wybornie 
maluje człowieka, który narazie ma najlepsze 
zamiary i na pierwszem miejscu stawia chęć do- 
pomożenia „poczciwemu Józefowi^, co ma dzieci 
buk, a długów bez liku i lada dzień może pójść 
z torbami. Ale i humor i usposobienie zmieniają 
się po sześciu miesiącach gry; gorączka robie- 
nia coraz większych pieniędzy opanowuje go 
silnie; Karwacki czuje się jakiś nie swój, zła- 
many, rozstrojony ogromnie, drażliwy nadzwy- 
czajnie. A gdy ów „poczciwy Józef" przysyła 
list z prośbą o pożyczenie 20,000 guldenów, 
które go wyratować mogą, Karwacki odrzuca 
list z niechęcią, powiadając: „ci ubodzy krewni, 
to plaga prawdziwa!** Dodając zaś: „odmówić 
jednak trudno**, nie myśli szczerze o spełnieniu 
tej wewnętrznie danej obietnicy... Żałować tylko 
potrzeba, źe Narzymski nie użył potężniejszych 
słów na odmalowanie stanu duszy Karwackiego 
w chwili, gdy przekonany o mylności obranej 
drogi, o nieszczęściu, w jakie grą swoją pogrą- 
żył całą rodzinę, wyrzuca sobie z goryczą swe 
nierozsądne postępowanie i bierze pistolet do 
ręki (akt IV, 12). 

Baron Goldszmit jest osobistością o wiele 
słabiej narysowaną. Człowiek, kupczący sumie- 
niami ludzkiemi, począwszy od najniższej aź do 
najwyższej klasy; człowiek, dla którego nie ma 



— 206 — 

nio świętego na ziemi; zarozumialec, przekonany, 
że wszystkiego za pieniądze dostać można, wy- 
zyskujący złe skłonności, jakie na drodze swej 
spotyka, nie jest w komedyi zbyt wstrętnym. 
Dlaczego? Czy miłość dla Maryi tak go prze- 
obraża? Ależ on dla tej miłości dopuszcza się 
największych łotrostw; ależ ta miłość to tylko 
pożądliwość zmysłowa! Postać to w sztuce osta- 
tecznie dosyć cicha, nie popisująca się cynizmem, 
dokonywająca wszystkiego z zimną krwią, z po- 
wagą, niemal z namaszczeniem. 

O Bolesławie Stawińskim nie wiele da się 
powiedzieć. Jako inżynier występuje on właści- 
wie tylko w pierwszych kilku scenach; mówi 
rozsądnie, ale wymowy nie posiada. Zajęcie się 
matematyką i mechaniką nie wycisnęło na nim 
cechy odrębnej. Jest to typ młodzieńca szlache- 
tnego, stałego w miłości, niezrażającego się prze- 
szkodami, trochę sztywnego deklamatora, trochę 
idylicznego pasterza z Arkadyi. Zresztą poka- 
zuje się zbyt mało w ciągu akcyi, nie ma więc 
sposobności odsłonięcia przed nami wszystkich 
zalet swoich, całego bogactwa swej duszy; mu- 
simy się tego domyślać tylko. 

Inj^czej jest z Arturem Kwockim, wycho- 
wankiem jezuitów, stosującym w praktyce za- 
sadę: cel uświęca środki. Jest to postać mło- 
dzieńca, która co do cynizmu i wyuzdania bar- 
dzo niewiele w literaturze naszej znalazłaby po- 
dobnych. Drwi z mamy, drwi z księży, bez skru- 
piU^u podpisuje weksle imieniem matki i bez- 



— 207 — 

czelnie przyznaje się do tego, gdy został przy- 
party do muru. Poczucie godności osobistej za- 
tracił w sobie doszczętnie; dla pieniędzy staje 
się powolnem narzędziem w ręku Goldszmita 
i najnikczemniejszy plan jego wykonywa z całą 
swobodną lekkomyślnością, do jakiej jest zdolny 
zgniłek moralny. 

Postaci kobiecych w „Epidemii** jest pięć: 
pani Karwacka, Marya, Ewelina, pani Kwooka 
i pokojówka Zuzia. 

Pierwsze dwie są to charaktery pełne po- 
święcenia, miłości i rezygnaoyi; nigdy nie wy- 
stępują czynnie, ulegając woli męża i ojca; umieją 
cierpieć i modlić się. W roli Maryi jest parę 
sytuacyj pięknych moralnie i scenicznie. 

Ewelina, kochanka Goldszmita i ministra, 
dama z półświatka wiedeńskiego, nakreślona 
kilku śmiałemi rysami, o tyle potrzebna jest 
w komedyi, źe wskazuje drogi, na których ban- 
kier zdobywa wiadomości potrzebne w sprawach 
giełdowych. 

Pokojówka Zuzia gra również na giełdzie, 
jak państwo; żądza zarobku popycha ją do chę- 
tnej usługi w celu zniesławienia swej panienki, 
do kradzieży portmonetki, zostawionej przez 
Artura, kradzieży spełnionej bez żadnego wy- 
rzutu sumienia. 

Żywioł komiczny (po większej części pra- 
wdziwie komiczny) reprezentuje Kwocka, ko- 
bieta poszcząca trzy razy na tydzień, spowia- 
dająca się 00 miesiąc, plotkarka zawołana, wścib- 



— 208 — 

ska z zamiłowania, grająca na giełdzie, ponie- 
waż ksiądz Hipolit powiadał, źe to grzechu nie 
stanowi, straszliwie ukarana lekcewaźącem wszyst- 
ko i nikczemnem postępowaniem swego pie- 
szczocha, któremu niczego odmówić nie umiała. 

Z postaci męskich,, stanowiących przyprawę 
komiczną sztuki, wymienić można szlachtę gra- 
jącą na giełdzie i pociesznie rozmawiającą o po- 
łożeniu interesów europejskich z ryciny w „Klad- 
deradatschu^, oraz lokaja, przedstawiającego wraz 
z Zuzią rozszerzanie się „epidemii^ giełdowej 
na niższe warstwy społeczne. 

Nasuwa się tu zestawienie z utworami fran- 
cuskimi podobnej treści, a mianowicie z „Gieł- 
dą" (La Bourse) Ponsarda. Wyznać potrzeba, iź 
umiejętność rozłożenia światła i cieni, szerokość 
poglądu na znaczenie giełdy i nadużycia gry 
giełdowej, umiejętność w dramatyczaem przed- 
stawieniu zarówno szerzenia się gorączki wśród 
wielkich mas, jak i stopniowego przetwarzania 
się usposobień i pojęć ludzi rozsądnych pod 
wpływem zgubnego działania gry, o wiele świe- 
tniej się przedstawia u autora francuskiego, ani- 
żeli u naszego. Już sam początek komedyi, da- 
jący nam naocznie poznać rozległą klientelę 
agenta giełdowego i jego lokaja, lepiej i dra- 
matyczniej rzecz maluje , aniżeli przygodne 
wzmianki o Zuzi i Janie i rozmowa pomiędzy 
niemi. Margrabina, która czyni votumj że wy- 
stawi kościół z wygranej na giełdzie, doskonalej 
przedstawia połączenie dewocyi z żądzą zysku, 



— 209 — 

aniżeli trywialna trochę Kwocka. A cóż dopiero 
wymiana zdań miedzy agentem giełdowym a 
Leonem, który, kochając bogatą pann,, pognie 
dorównać jej majątkiem i dlatego tylko posta- 
nawia grać na giełdzie. Delatour jest to czło- 
wiek uczciwy, w niczem niepodobny do Gold- 
szmita; umie on wskazać znaczenie giełdy, ale 
zarazem wie, jak niebezpiecznie jest powierzać 
swe losy zawodnym kombinacyom gry. 

... W dwóch obozach staje szereg graczów długi: 
Po jednej stronie słabi, a silni po drugi ój ; 
Gdy pieniężnie orężny zajmie boju ścióżkę, 
On sam jeden stanowi spadek lub podwyżkę. 
Tak dalece, że, będąc panem bojowiska, 
Słaby hufiec wciąż traci, gdy silny wciąż zyska. 
W nierównym pojedynku i zręczność usłuży, 
Jednym wieść, w czas schwycona, wykrzesze zysk 

[duży ; 
Ci z umysłu fałsz sieją, a bijąc w dzwon trwogi, 
Z ogólnego popłochu wynoszą plon błogi; 
Inni znów, dywidendy zwabiając rozkoszą, 
Kruchego przedsiębiorstwa akcye podnoszą; 
Potem się ich pozbywszy z chęcią równie szczerą, 
Też akcye wbrew nabywcom zniżają na zero. 

Trafnie i wymownie maluje również wzma- 
ganie się żądzy zysku w miarę wygrywania: 

Zysk zaostrza pragnienie, złoto zawrót niesie. 
Po zdobytym dostatku — obfitości chce się; 
Obfitość wzrok odsłania i chęć dumną bodzie 
Do przepychów i władzy i zamków na lodzie, 
Z niczego coś się rodzi, mało daje więcój; 
Aby przyjść do tysiąców, dość jest chcieć tysięcy. 

Nasza literatura dramatyczna. T. U. 14 



— 210 — 

Gdy więc cięższe przebyte, człek ma ślad utarty, 
Idzie brzegiem przepaści tuż przed nim otwartśj, 
Śmiało i coraz dalej, a gdy już przy kresie: 
Upada — i z upadku już się nie podniesie. 

Leon oczywiście nie chce brać tej przepo- 
wiedni do siebie i mniema, że gdy tylko zbie- 
rze fundusz dostateczny, aby rękę ukochanej 
pozyskać, zatrzyma się w grze giełdowej. Przej- 
muje się jednak gorączką zarobku i umie już 
niebawem wynaleźć sofizmata, usprawiedliwia- 
jące jego postępowanie. Już wtedy ceni wysoko 
wielki „umysł giełdowy" i przenosi go nad umysł 
wielkiego filozofa i wielkiego polityka: 

Wszak podziwiamy, kiedy śmiałe oko 

Zbada niebo i gwiazdy, tak nad nim wysoko, 

Chociaż one w swym chodzie, ruchu oddalonym, 

Posłuszne prawom stałym i niep omszonym. 

Ale ten, co poznawszy żądz ludzkich szaleństwa. 

Ukróci je i ujmie w karby posłuszeństwa, 

I nagnie do swych celów poryw ich skrzydlaty: 

Ten więcej czyni, niżby odkrył światy... 

Patrz na to zbiegowisko ludów, które wzajem 

Pomieszały się mową, stopniem, obyczajem, 

Jak to biegnie do Giełdy, drga jej ruchem, zdaniem, 

Bo ona świata sercem i ześrodkowaniem; 

Ona węzłem, co wszystko łączy, wiąże czynem, 

Przyjaźni Londyn z Wiedniem i Paryż z Berlinem; 

A sądząc własnym sądem strony niespokojne. 

Nosi w fałdzie szat swoich pokój albo wojnę'). 



1) Wyjątki z , Giełdy" Ponsarda przytaczam w tJió- 
maczeniu Henryka Cieszkowskiego (Zob. „Bibliotekę 
Warszawską" 1864 r., zeszyt majowy i październikowy). 



- 211 - 

Trudno nie przyznać, że takie i tym podo- 
bne myśli, rozwijane przez osoby komedyi, na- 
dają kwesty i interes szerszy, rozleglej szy, ani- 
żeli wyłączne skupienie uwagi na ujemnej tylko 
stronie gry giełdowej i na losach osób prywa- 
tnych'. 

Takąż właściwość, z dodatkinm większej ener- 
gii słowa, mają komedye Augiera, zajmujące się 
kwesty ą giełdy i gry namiętnej. 

Jest mianowicie wśród sztuk Augiera jedna, 
która nawet tytułem zbliża się do „Epidemii"; 
to La contagion („Zaraza**, wystawiona 17 marca 
1866 r.). Baron d'Estrigaud ma wiele podobień- 
stwa z baronem Goldszmitem; jest to również 
łotr bez sumienia, który, by zadowolić swe na- 
miętności, gotów na wszelką nikczemność. Sto- 
sunek jego z panną Nayarette, dowcipną i prze- 
wrotną intrygantką, przypomina stosunek Gold- 
szmita z Eweliną. W osobie pana Tenancier 
i jego syna Lucyana są rysy zbliżone do tych, 
jakie u Narzymskiego w Karwackim i synu jego 
Władysławie widzimy. Tylko córka Tenanciera 
jest odmienną zupełnie od Maryi; innym także 
jest inżynier Andrzej Łagarde. Inżynier ten ob- 
myślił wspaniałe przedsiębiorstwo przemysłowe, 
wykopanie kanału w Hiszpanii południowej, ma- 
jące zaszkodzić interesom Anglii w Gibraltarze. 
Z planem tym przybywa do Paryża, by pozy- 
skać kapitalistów i zapewnić sobie sławę, iak 
niemniej zdobyć posag dla swej ukochanej sio- 
stry. Baron d'Estrigaud potrafił zainteresować 

14* 



— 212 — 

giełdę względem tego przedsiębiorstwa. Wtem 
zjawia się agent angielski, ofiarujący baronowi 
trzy miliony, byleby sprawa ta upadła. I baron 
dla pewnego zysku przyjmuje propozyoyę, a 
Andrzeja stara się oszołomić wprowadzeniem go 
w wir zepsutych obyczajów paryskich. O mało 
co nie udało mu się dokonać swego zamiaru; 
ostatecznie jednak Andrzej, ujrzawszy przed sobą 
przepaść, nad którą zaprowadziła go żądza 
używania, cofa się i opuszcza zatrutą atmosferę 
z wyrazami oburzenia moralnego ^a bagnisko, 
skąd ledwie co się wydobył. 

Rzeoz naturalna, że w rozleglej szem i śmiel- 
szem pojmowaniu zadania dzis^ały nietylko wła- 
ściwości talentów, lecz także natura stosunków 
francuskich, pozwalających na tworzenie szero- 
kich kombinacyj społeczno-politycznych. Autor 
polski zmuszony był liczyć się z warunkami 
życia o wiele ciaśniejszemi i choćby miał na- 
wet umysł śmielszy, to zachowanie prawdopo- 
dobieństwa musiałoby polot jego hamować. 

Też same warunki życia naszego, tylko z in- 
nej dziedziny, nie dozwoliły Narzymskiemu roz- 
winąć szerzej tematu poruszonego w „Pozy- 
tywnych**. 

Ale przedewszystkiem musimy wyjaśnić,, co 
autor przez „pozytywnych** rozumiał. Że nie 
miał na myśli zwolenników filozofii pozytywnej 
Comte'a, o tem wyraźnie uprzedził sam w przed- 
mowie do swej komedyi, powiadając: „Wie on 
(autor), że żadna teorya nie może do gruntu 



— 213 — 

zepsuć szlachetnej natury, źe człowiek serca 
pójdzie za jego głosem, choć mu rozum przy- 
pominać będzie, że ten niby głos jest tylko 
fizycznym fenomenem; wie, źe wśród koryfeu- 
szów pozytywizmu są ludzie wielkich zasług, 
serca i poświęcenia". Co do teoryi samej Comte'a 
mniemał Narzymski, źe Jego klasyfikacya nauk 
jest arcydziełem, a metoda jego, zastosowana 
do nauk przyrodzonych, stanowi erę ich roz- 
woju**. Nie zamierzał również stawać w obro- 
nie marzycielstwa przeciwko pracom, ^dobrobyt 
i ekonomiczne podniesienie kraju mającym na 
celu", nie chciał zohydzać „kierunku praktycz- 
nego", jaki się wówczas przejawiać zaczął; za- 
ręczał, że kierunkowi temu przyklaskiwał serde- 
cznie i rozumiał doskonale prac tych znaczenie 
i wartość. Powstawał tedy przeciwko temu, co 
się zwykle nazywa materyalizmem praktycznym, 
a co zawarł autor w następnych punktach: „od- 
rzucanie wszystkiego, co się zmierzyć, zważyć, 
rozebrać chemicznie lub obliczyć cyframi nie da, 
słowem, czego empirycznie zbadać nie można, 
a stąd idąca negacya wszelkiej Istoty, będącej 
początkiem i twórcą wszech rzeczy; zaprzecze- 
nie wszelkiego duchowego pierwiastku w czło- 
wieku i wszelkiej egzystencyi po za grobem; 
głębokie przekonanie, źe jest istotą czysto ma- 
teryalną; egoizm uznany za jedyne prawo". 
Z tem wyliczeniem łączy Narzymski uwagę, źe 
takie ostatecznie konkluzye mieści w sobie po- 
zytywizm. 



— 214 — 

Nie wchodząc ta w rozbiór, czy autor miał 
słuszność utożsamiając nauki materyalizmu prak- 
tycznego z pozytywizmem, musz^ najprzód za- 
uważyć, że w samej sztuoe nie ma rzeczywi- 
stych przedstawicieli wszystkich tych kon- 
kluzyj, są jeno wcielone objawy braku serca, 
zepsucia, patrzenia z ubóstwieniem na interesa 
tylko materyalne, a z pogardą — na wyższe 
cele, ku którym naród zdążać powinien. 

Powtóre, zaznaczyć wypada, że Narzymski 
brał do swych „Pozytywnych" wzorki z Gali- 
oyi i to ze sfer szlachecko- arystokratycznych, 
zachowujących wszystkie zewnętrzne oznaki po- 
bożności. 'Jeżeli sobie przypomnimy, że sztukę 
swą pisał autor po ogłoszeniu „Teki Stańczyka" 
(1869 i 1870) i wywołanych przez nią protestach 
w imię uczucia przeciw oportunistycznemu ro- 
zumowi; to musimy przyjść do wniosku, iż Na- 
rzymskiemu, chociaż nie mówił tego wyraźnie, 
chodziło głównie o wychłostanie tych egoistów, 
co swoje własne interesa nad ogólniejsze prze- 
kładali, nadużywając hasła trzeźwości i prakty- 
czności politycznej. Liczne wzmianki i aluzye, 
wspomnienie o „tromtadratach" lwowskich, któ- 
rych publicysta, wysługujący się arystokracyi, 
ma skarcić, wnioskowi powyższemu nadają ce- 
chę prawie pewności. 

Poznajemy w komedyi trzy pokolenia: sta- 
ruszków 70-letnich, ludzi w średnim wieku i mło- 
dzież od 19 do 27 lat liczącą. Wśród najstar- 
szego pokolenia widzimy dwu serdecznych przy- 



— 215 — 

jaoiół, mających mnóstwo wspólnych wspomnień 
o młodoóci przeżytej ^chmurnie i górnie^, Adama 
Chorjrńskiego i Franciszka Dowgiełłę. Obaj mają 
serca najszlachetniejsze, ale różną się usposobie- 
niem i właściwościami umysłu. 

Ghoryński jest to natura miękka, łagodna, 
nie umiejąca się gniewać, pobłażliwa i wyrozu- 
miała, sądząca wszystkich według swego gołę- 
biego serca; ma jedną namiętnostkę, lubi zbie- 
rać i skupować stare książki i szpargały, wszel- 
kie zresztą zabytki przeszłości. Majątek roz- 
dzielił między dwu synów z dwu żon, starszego 
Leona i młodszego Alfreda; żyje z procentu, 
jaki mu obaj wypłacają. Namiętność antykwar- 
ska pochłania ten procent i zmusza do robienia 
długów. Nabywa je w tajemnicy Alfred, zimny, 
wyrachowany, goniący za groszem 24 letni mło- 
dzieniec. Nabywa nie na to, żeby je pocichu 
spłacić, ale żeby doprowadziwszy pod cudzem 
nazwiskiem do licytacyi ruchomości ojca, odu- 
czyć go „marnotrawstwa**. Leon, szlachetny i kie- 
rujący się popędami uczucia, poeta w duszy, 
stracił znaczną część majątku swego na cele 
publiczne; mimo to nietylko wypłaca ojcu na- 
leżny mu procent, ale nadto stara mu się osło- 
dzić starość nabywaniem dla niego cennych za- 
bytków. On też długo osłaniając brata swego, 
płaci weksle ojcowskie i pozwala w dodatku, 
by wdzięczność za to spadała na Alfreda. 

Dowgiełło ma umysł świeższy od Ohoryń- 
ckiego, jest surowszy i posiada właściwą Litwi- 



— 216 — 

nom ostrożność i przebiegłość. Wnuozka jego 
Hanna stała się przedmiotem zabiegów Alfreda, 
liczącego na jej znaczny posag; w skrytości zaś 
zaś kocha ją Leon. Dowgiełło, po wziąwszy po- 
dejrzenie co do interesowności konkurenta, wy- 
stawia go na próbę; rozgłasza, że majątek utra- 
cił, że zatem wnuczka jego posagu mieć nie 
będzie. Tak zręcznie sprawę poprowadził, że 
pomimo usilnych badań Alfred nie mógł się 
przekonać o zmyśleniu i uwierzył w ruinę Do- 
wgiełły. Wówczas naturalnie zwrócił zaraz afekty 
swoje do hrabianki Julii, najmocniej przeko- 
nany, że ta mieć będzie posag ogromny. Tryum- 
fuje łatwo nad hr. Jesionowskim, stałym wiel- 
bicielem hrabianki, i osiąga cel swoich pragnień: 
zostaje mężem Julii. Następuje rozczarowanie; 
dowiaduje się bowiem nieszczęsny łowiec posa- 
gowy, że Julia nie ma nic zgoła; cały bowiem 
majątek jest własnością jej matki, która wła- 
śnie w wilię ślubu córki, wyszła w sekrecie za 
młodego literata, wieszającego się u klamek 
pańskich, Eugieniusza Kornackiego, u którego 
„Tartuffe może się uczyć obłudy**. Scena gwał- 
townych wymówek, potem układy pieniężne. 
Hrabia Jesionowski ze swojej strony pragnie 
korzystać z dobrej okazyi i projektuje sobie 
romans z młodą mężatką, która do Alfreda 
wskutek jego brutalności zrazić się musiała. Pod- 
słuchał rozmowy o tem Leon i wyzwał hrabiego 
na pojedynek. Raniony w nim, wywołuje objawy 
szczerego uczucia Hanny, która już oddawna, 



— 217 — 

odczuwszy w Alfredzie brak serca, pokochała 
Leona. Tworzą oni szczęśliwe małżeństwo, a 
stary Chorjmski doznaje ta najtroskliwszej opieki 
pod każdym względem, nie wyłączając i jego 
słabostki do „starożytności'^. Alfred poróżni- 
wszy się z żoną, przesiaduje u brata i nudzi się; 
a kiedy postępowaniem Eugeniusza oburzona 
matka Julii, przekazuje jej swój majątek, sama 
zaś chce osiąśó na dewooyi, małżonek godzi się 
z położeniem i z życiem we troje, pocieszając 
się tem, że rola to „większej części mężów wiel- 
kiego świata, a przynajmniej tych, którzy się 
z bogatemi pożenili pannami^. 

Przeciwieństwo zasad i postępowania najja- 
skrawiej uwydatnił autor w postaciach dwu braci. 
Leon szlachetny i cichy, tłomaczy brata wobec 
innych, wierzy długo w jego prawość, stara się 
przynieść ojcu pociechę, bije się za honor Al- 
freda, ufa, że dobra sprawa zwyciężyć w końcu 
musi. Alfred, samolub i wyzyskiwacz, nie kocha 
nic i nikogo prócz siebie; ojcu rachuje procent, 
jeśli dożywocie wypłaci miesiąc naprzód; gotów 
go licytować, traci nawet poczucie godności oso- 
bistej, byle mieć dochody. Wielkie hasła są dla 
niego frazesami tylko. W rozmowie z Leonem 
(akt II, 8c. 6) wypowiada swoje poglądy, które 
najlepiej może służą do uwydatnienia dążności 
komedyi: „Ach, polityka! poezya!... Wiemy my 
dobrze, do czego was one doprowadziły!... I do- 
kądźe doszliście, wychowani na Mickiewiczu, 
Słowackim, Krasińskim ? . . . Zdenerwowani bzi- 



— 218 — 

kami rymowanemi, rozmarzeni fikoyami, rozmi- 
łowani w ideale niepodobnym do urzeczywistnie- 
nia, rwaliście się przez lat sto do celu, którego 
doścignąć niepodobna — popełnialiście szaleń- 
stwa za szaleństwami. Spojrzyj na siebie, mój 
Leonie! Byłeś młody, pełen siły i życia, maję- 
tny, miałeś świetną przed sobą kary erę... aleś 
czytywał Dziady i Irydyona, a Kordyana umia- 
łeś na pamięć... I oto dziś jesteś złamany, zruj- 
nowany, nieszczęśliwy, ze szramą na czole, z opi- 
nią szaleńca w kołach ludzi poważnych, a co 
najgorsza, z pustkami w kieszeni; — nie ma co 
w bawełnę obwijaó; polityka i poezya zgubiła 
was; ale na szczęście wyście byli ostatnimi sza- 
leńcami". 

To charakterystyka dążeń społecznych, potę- 
pionych przez „Tekę Stańczyka'': a oto zaraz 
program w głównych punktach zgodny z zasa- 
dami tejże Teki: „My nauczeni doświadczeniem 
waszem, weszliśmy na drogę rozsądku... i wy- 
braliśmy kierunek pozytywny; dziecinne marze- 
nie złożyliśmy ad acta i przestaliśmy roió o celu, 
który was bałamucił. Poetyczne tyrady odrzuci- 
liśmy precz, bo one rozmarzają tylko słabsze 
głowy, a dla umysłów pozytywnych są śmieszną 
egzaltacyą. Pojmujemy życie, jak jest; zga- 
dzamy się na to, co jest, i wiemy, że zmarno- 
wanego na jakieś bziki szlachetne życia nic nie 
zapłaci. Ponieważ ogół głupi, więc trzeba jeszcze 
czasem frazesów używać, ale wierz mi, w rze- 
czywistości nowa era rozpoczęła się z nami . . , 



— 219 — 

era rozsądku... era pozytywnych dąćeń i pra- 
ktycznych celów". 

W dalszych słowach Alfreda brzmią jui 

się wielkich celów i ideałów. Szczęóciem na- 
zywa zadowolenie zacboeń, potrzeb, żądz; a że 
to zadowolenie możliwe jest przy pieniądzach, 
więc zdobycie pieniędzy jest rzeczą główną. 
„Nie myślę zbawiać ludzkości — powiada — ni 
wielkich idei rozsiewać, ni nawet być marszał- 
kiem rady powiatowej... Nie!... Dorabiać się 
będę uparcie, zacięcie, pracowicie... nie dlatego 
żebym kochał pieniądze, ale że mnie to bawi... 
życie zapełnia i daje środki użycia lat kilkudzie- 
sięciu, jakie mogę przebyć na ziemi. Gusta moje 
może się zmieniać będą. Dziś za pieniądze ku- 
pować będę konie i kobiety... potem może wła- 
dzę i sławę pochlebców... potem mężów dla có- 
rek... potem pomnik marmurowy lub zbawie- 
nie duszy... Czy ja wiem? dość, że iść będę 
ciągle w górę, ciągle bez przerwy... z okiem 
spokojnem i tabliczką w ręku... bawiąc się, ale 
nie cierpiąc, obojętny na to, co mnie nie do- 
tyka, i zawsze zadowolę wszystko, czegokolwiek 
^oje ja zażąda. A umrę z tern miłem przeko- 
naniem, żem z życia całą wyczerpał słodycz, 
żem go nie zmarnował, żem go chorobliwym 
sentymentalizmem i gonieniem za mrzonkami 
nie zatruł**. 

Alfred modlił się w kościele, bywał nawet u 
spowiedzi; a robił to z kilku powodów, raz, że 



^— 



— 220 — 

go to nic nie kosztowało, a mogło się kiedyś 
na coś przydać, powtóre iż to stawiało dobrze 
człowieka w towarzystwie, a szczególniej w oczach 
kobiet, które rządzą towarzystwem. 

Leon, wysłuchawszy teoryi brata, odrzekł mu 
spokojnie: „Może masz racyę, zarzucając swoim 
ojcom i braciom starszym rozpoetyzowanie się... 
rozmarzenie... ale wy wpadacie w drugą gorszą 
ostateczność. Jak niebaczne dzieci odrzucacie 
talizman dlatego, że myśmy zanadto weń wie- 
rzyli. To próżno. Twój materyalizm jest także 
jednostronnością... Myśmy padli jak orły, lecące 
zbyt wysoko; wy zgnijecie, jak gady w błoto 
wdeptane... Przyjdzie czas, gdy zdobywszy wszy- 
stko, poczujesz brak czegoś, czego kupić nie 
można... poczujesz pustkę wkoło siebie i w so- 
bie... za sobą i przed sobą... a gdy ostatnia na- 
dejdzie chwila, zrozumiesz, żeś zmarnował życie, 
żeś się pozbawił tych wszystkich uroków i roz- 
koszy, których wspomnienie trwa dłużej, niż 
smak dobrego obiadu**. 

Nie mogły wpłynąć ani te słowa Leona, ani 
też przykre doświadczenie, jakie przebył w chy- 
bionem małżeństwie, by się Alfred do zasad 
brata nawrócił; rdza samolubstwa przegry:da 
w nim pierwiastki szlachetne. 

Jeszcze jaskrawszym okazem znikczemnienia 
duszy jest literat Eugeniusz Kornacki, udający po- 
bożnego dla przypodobania się sferom arystokra- 
tycznym, autor „Masonów polskich" i pogromca 
„tromtadratów". W młodym wieku (ma lat 26) 



— 221 — 

zatracił jaź wszelkie poczacie moralne. Żenił eię 
ze starą hrabiną, matką Julii dla jej pieniędzy 
i w rozmowie z hr. Jesionowskim, drwiąo ze 
swej ćony, podaje cyniczne powody, które go 
skłoniły do zawarcia wstrętnego małżeństwa: 
„Ty, hrabio, wyobrażenia nie masz, co to za 
tortura bazgrać codzień androny, z których się 
człowiek sam śmieje, budować wspaniałe frazesy 
o moralności, o obowiązkach, zasadach i innych 
podobnych niedorzecznościach. Wy wprawdzie 
codzień robicie to także... ale mówić a pisać to 
różnica... Z początku to bawi, lecz potem obrzy- 
dnie!... Tu świat szaleje, używa, je, pije: złoto 
z rąk do rąk się przelewa... a ty siedź w cie- 
mnej redakcyjnej izbie i buduj pobożny arty- 
kuł i wymyślaj ludziom , którym zazdrościsz... 
Ale cóż, karyera przedewszystkiem... Za to dziś!..'' 
Odepchnięty przez żonę, gdy się zaczął po- 
kątnym miłostkom oddawać, ma zamiar nacią- 
gnąć poczciwego, miękkiego Leona, by dał fun- 
dusz na założenie dziennika. Twierdzi więc, że 
się owych dawnych zasad wyparł i będzie bro- 
nił haseł najświętszych. Leon już gotów uwie- 
rzyć w nawrócenie grzesznika i dać pieniądze; 
lecz czuwał nad nim przezorny Dowgiełło i za- 
drwił z tego wilka, naciągającego niezgrabnie 
skórę baranka. Wytwarza to może jedyną pra- 
wdziwie komiczną scenę w sztuce, przepełnionej 
poważnemi refleksy ami i naprężonemi sytuacya- 
mi. „Myślałem założyć dziennik... organ broniący 
praw i zasad najświętszych'' — mówił Eugie- 



— 222 — 

niusz, przekonany, że swemi poprzedniemi wy- 
znaniami zyskał już sobie zaufanie Leona i Dow- 
giefly. ,,1 nie masz funduszów** — przerywa mu 
podstępnie stary wyga. „ZgadUśoie panowie — 
odrzecze przyszły redaktor... — I właśnie, gdy 
śmiertelnie smutny bezsilnością moją, której 
przyczyną Alfred, spojrzałem na was i światio 
błysnęło mi przed oczyma i pomyślałem"... Dow- 
giełło przerywa mu kładąc rękę na jego ramie- 
niu i kończąc niby jego frazes: „Oto dwa ba- 
rany, które się ostrzydz dadzą, byle ich dabą 
połechtać stronę?... Nieprawda, brateńku?" A na 
wymówkę Leona, dodaje: „Jakto, to ty nie wi- 
dzisz, że pan Eugieniusz chciał wypróbować, ile 
też w starych i nJodych waryatach jest dobro- 
duszności?... A!... to już zanadto poezyi, mój 
Leonie!" Eugieniusz mówi do siebie myśląc 
o Dowgielle: „A, lis!** a głośno: „Panie, ubli- 
żasz mi... Pan Dowgie]ło mi nie wierzy... a ja 
Bogiem się świadczę i honorem ręczę"... Wtem 
przynoszą telegram od hr. Jesionowskiego, adre- 
sowany do Eugieniusza, brzmiący, jak następuje: 
„Książę Kalikst, hrabia Paweł i ja tworzymy 
firmę i staramy się o koncesyę... Interes milio- 
nowy, a prawie pewny, wskutek znanego ci sto- 
sunku, jaki mnie wiąże z B. Dla poparcia je- 
dnak w kraju zakładamy dziennik. Przybywaj 
więc. O barwie organu dowiesz się, a zresztą 
to ci wszystko jedno". Wyższy komizm, 
wynikający z przeciwstawienia owych wielkich 
zasad, których obronę dopiero oo zaprzysięgał 



— 223 — 

Eugieniusz, ręoząo honorem i ówiadoząo si^ Bo- 
giem, tym lekceważącym słowom, jakie o tem 
wypowiada Dowgielło i telegram hr. Jesionow- 
skiego, należy do pomysłów szczęśliwych i do- 
brze rozwiniętych. 

Znikczemniałe charaktery Alfreda i Eugie- 
niusza uwydatniają się raz jeszcze w ostatniej 
scenie, gdy małżonek Julii, który za 100 ty- 
sięcy zgodził się odgrywać rolę parawanu, prosi 
małżonka jej matki, potrzebującej łaski tejże, 
chcąc dojechać do Wiednia, — by mu wyrobił 
udział w koncesyi. A gdy ten się wzdraga, Al- 
fred mówi niby spokojnie: „żona to u hrabiego 
uzyska''. Wówczas Eugieniusz zaczyna się targo- 
wać o cenę pośrednictwa i uzyskuje dwa ty- 
siące, Alfred zaś mówi do siebie: „mógł pięć 
wytargować!* 

Inne osoby komedyi nie są już tak zna- 
mienne, jak poprzednio scharakteryzowane. 

Hrabia Jesionowski, rujnujący się na stajnię 
wyścigową, lekkomyślny i bez zasad, lubiący 
miłostki, które nie obowiązują i zbyt wiele nie 
kosztują, z drwiącym uśmiechem przyjmujący 
wszystko, zachowuje zawsze przytomność umy- 
słu i dobry ton towarzyski ; jest odważny i ani 
myśli odmawiać pojedynku, gdy ktoś go żąda 
od niego. 

Hrabina Zenobia Skalińska, kobieta 45-letnia 
bogata, żądna jeszcze życia i użycia, łapie sobie 
młodego Eugieniusza, a gdy ten ją zaczął zwo- 
dzić, odpycha go i niby dewooyi chce się po- 



— . 224 - 

święcić; ale niebawem przebacza mu grzeszki, 
by mieć męża bądź co bądź. 

Jej córka Julia, światowa panna, niemajętna, 
lecz uchodząca za bogatą, szuka człowieka, coby 
jej zapewnić mógł dobrobyt, wyrzeka się serca, 
lecz niebawem żałuje tego, spostrzegłszy, że ko- 
bieta bez uczucia wyżyć nie może. Zapewniwszy 
sobie oiiarą 100 tysięcy swobodę, pójdzie za- 
pewne drogą poszukiwań coraz to nowego ide- 
ału, a może pod wpływem Leona i Hanny na- 
wróci się do życia cichego i cnotliwego. 

Hanna wreszcie, jak zazwyczaj nasze boha- 
terki dodatnie, to dobra, szlachetna dziewczyna, 
raz się zdobywająca na objaw wyraźny uczucia 
dla człowieka, co ją kochał, lecz wzajemności 
nie spodziewał. 

Takie są myśli przewodnie i osobistości głó- 
wne, przeprowadzone w komedyach Narzym- 
skiego. Przyznać potrzeba, że autor ich znał 
dobrze swoje społeczeństwo , zuał jego pier- 
wiastki składowe, zastanawiał się poważnie i su- 
miennie nad przyczynami wad narodowych i roz- 
stroju a raczej zamętu moralnego, jaki się w ró- 
żnych warstwach w przeszłości czy w teraźniej- 
szóści dostrzegać dawał. Zadanie komedyopisarza 
społecznego, by prądy czasu i kwestye palące 
roztrząsał, wskazując złe, a podnosząc dobre 
objawy, spełniał z rozwagą i szczerością, zna- 
mionującą człowieka przejętego silnie ukocha- 
niem kraju, oburzonego dowodami upadku ducha 
i zgniUzny moralnej. Jak w młodzieńczym swoim 



— 226 — 

utworze (^Niekomiczna komedya"); tak i w osta- 
tniej swej pracy (>Pozytywni«), pomimo zmie- 
nionych pod niektórymi względami poglądów, 
przejawia się ten sam duch prawy, kierujący 
się zasadami szlachetnemi , kochający wielkie 
cele i wielkie ideały, a nienawidzący wszelkiej 
podłości, wszelkich poniżających układów z su- 
mieniem. 

Można go tedy nazwać twórcą naszej kome- 
dyi społecznej. Wszystkie utwory innych auto- 
rów, zadugujące na to miano, napisane zostały 
po ^Epidemii** i „Pozytywnych". Nie rozwinął 
wprawdzie Narzymski szeroko tematów przez 
siebie podejmowanych, ale ti!omaczy go to, iż 
w szczupłych szrankach naszego życia społe- 
cznego nie miał dostatecznej podniety ku trakto- 
waniu rzeczy na skalę rozległą. Kto wie zre- 
sztą, czy nie byłby w dalszych swych pracach 
uczynił dalszego kroku naprzód, gdyby nie śmierć 
przedwczesna (4 lipca 1872 r.). 

Czy był równie dzielnym artystą jak obser- 
watorem społecznym ? 

Wiemy, że artyzm cenił wysoko; wiemy, że 
tendencya nie usprawiedliwiała wad układu i cha- 
rakterystyki ; należy jednak zauważyć, iż mó- 
wiąc o komedyi, najwięcej się zawsze rozsze- 
rzał nad jej tematem, nad kwestyami przez nią 
poruszonemi. We własnych też utworach dał 
pierwszeństwo tematowi. Ludzie jego nie tylko 
w pomyśle, ale i w zachowaniu się, są istotami 
rzeczy wistemi, działaj ącemi w warunkach rze- 

Masza literatura dramatyczna. T. II. 15 



— 226 - 

c zy wiaty o h; zawsze się jasuo przed umysłem 
czytelnika i widza rysują. Sytuaoye są prawie 
wszystkie naturalne i bez sztucznego i gwałto- 
wnego naciągania: tu i owdzie tylko znajdzie 
się jakiś środek teatralny przestarzały, np. mi- 
mowolne podsłuchiwanie, pociągające za sobą 
ważne następstwa. Niekiedy dla efektu przecią- 
gnięta jest struna, dźwięczy zbyt silnie, np. 
w „Pozytywnych" hałaśliwa scena, wyprawiona 
przez Alfreda, oszukanego w swych nadziejach 
co do posagu żony. Można tu powiedzieć wraz 
z hrabią, że choć położenie było bardzo przy- 
kre, ale należało zachować formy życia wielko- 
światowego i nie robić awantury, nie licującej 
z konwenansami. Wszak można ludziom uczynić 
bardzo dotkliwe, bardzo bolesne wyrzuty, nie 
sprawiając wrzawy. Układ scen nie zawsze za- 
dawala u Narzymskiego. Niema w jego komę- 
dyach tego ześrodkowania efektów, tej spójno- 
ści kompozycyi, jaka znamionuje np. sztoki 
Augiera. Nie rozbieram szczegółowo tej sprawy, 
gdyż nie miałoby to już dzisiaj celu; zaznaczam 
tylko moje spostrzeżenie, dodając, że „Epide- 
mia" lepiej się pod tym względem przedstawia, 
aniżeli „Pozytywni", w których akt czwarty za- 
miast być zwięzłem rozwiązaniem, porusza zbyt 
wiele zagmatwanych interesów. 

Pod względem stylu, miał Narzymski jedne 
wielką zaletę: jędrnośó wyrażenia. Lubił się 
streszczać, pisał zazwyczaj krótkiemi, urywanemi 
zdaniami. Kiedy chodziło o uplastycznienie sy- 



— 227 — 

tuaoyi lub o sformułowanie poglądów, styl ten 
ozynił zadość wymaganiom dramatycznym. Ale 
kiedy szło o przedstawienie uczucia namiętnego 
i wzburzonego, dykcya taka wydaje się suchą. 
Uczuć tkliwych, serdecznych wyrażać Narzym- 
ski nie umiał; stąd pochodzi ubóstwo scen mi- 
łosnych i uiepozomość bohaterek dodatnich. Ale 
nie tylko role kobiece tracą na owej właściwo- 
ści stylu; w niektórych sytuacyach przydałoby 
się i mężczyznom słowo letniej sze, akcent po- 
tężniejszy, np. w monologu Karwackiego, gdy 
zamyśla o samobójstwie. 

Komedye Narzymskiego dają pole do roz- 
wagi, ale nie wzruszają. Żywioł komiczny jest 
w nich słaby, chociaż autor nie był wcale po- 
zbawiony pomysłowości w sytuacyach, mogą- 
cych wywołać uśmiech. Ponieważ jednak trakto- 
wał o rzeczach poważnych, nie chciał obniżać 
ich znaczenia przez częste użycie środków, któ- 
reby mogły myśl czytelnika lub widza wprowa- 
dzić na tory dalekie od zamierzonej przez ko- 
medyopisarza dążności. Zapewne mylił się w tej 
mierze; umiejętne zastosowanie żartu i komizmu 
nie rozprasza uwagi, lecz ją zaostrza, a przery- 
wając poważne dyskusye , odpędza znużenie 
i wraża w pamięć to, o co autorowi chodziło. 
Sposępnienie komedyi społecznej nie może być 
poczytywane za objaw pożądany w rozwoju 
sztuki; śmiech zdrowy jest rzeczą przyjemną 

i pożyteczną zarówno dla ciała jak i dla duszy. 

15* 



— 228 - 

Pogodna kraina artyzmu nie powinna nam prze- 
cież sprawiać przykrości i zasępiać czoła. 

Nie był to objaw wyjątkowy; nie cechował 
wyłącznie Narzymskiego ; widnieje on w prze- 
ważnej części sztuk spółczesnych ; więc mu parę 
uwag poświęcić wypada. 

Byłoby dowodem naiwnego, albo gderliwego 
usposobienia, gdyby się wszystko, co było da- 
wniej, uważało ryczałtem za lepsze, piękniejsze, 
weselsze od tego, co dzisiaj wpośród siebie wi- 
dzimy, co się nam ciągle w oczy rzuca. 

Są ludzie, którzy tak utrzymują, i są chwile, 
kiedy się czaję skłonność do potakiwania im; 
ale dokładniejsza rozwaga nie pozwala nam na 
stanowcze i bezwzględne poniżanie teraźniejszo- 
ści na korzj^ść czasów minionych. Jeżeli nam 
się niekiedy wydaje, że istotnie lepiej dawniej 
bywało, jak mówił stary zrzęda Barttomiej u Kra- 
sickiego, to głównym powodem bywa zazwy- 
czaj ten fakt niewątpliwy, że oddalenie wszel- 
kie — w czasie czy przestrzeni — idealizuje przed- 
mioty, osoby i wypadki : szczegóły drobne, a nie- 
raz bardzo niemiłe, gdy się im dokładnie przy- 
patrujemy, zacierają się, kształty ukazują się 
w liniach czystszych i równiejszych, barwy wy- 
stępują mniej wyraźnie niż zblizka, wytwarzając 
koloryt łagodniejszy i harmonijniejszy. 

Sprawdzić powyższe spostrzeżenie bardzo ła- 
two w przestrzeni; dość jest obejrzeć jaką wio- 
skę czy miasteczko zblizka i zdaleka (z wieży 



— 229 — 

np. jakiej lub wzgórza); sprawdzić je w czasie — * 
trudniej, ale można także, jeśli spytamy spół- 
cześników, co myśleli i mówili o swojej dobie : 
na jednego chwalcę znajdziemy co najmniej pię- 
ciu niezadowolonych. 

Kiedy wznowiono na scenie warszawskiej ko- 
medye Fredry („Dożywocie", „Zrzędnośó i prze- 
kora") i Korzeniowskiego („Żydzi", „Okrężne"), 
nastręczyła się sposobność porównania ich z utwo- 
rami naszej dramatyki spółczesnej, a zarazem 
zestawienia sądów naszych z dawniejszymi o tych 
samych autorach, o tych samych sztukach. 

Czas uidealizował nam utwory Fredry. Któż 
obecnie, czytając jego komedye, a zwłaszcza 
widząc je przedstawione na scenie, nie powie 
sobie, że znajduje w nich osoby nasze z krwi 
i kości pod względem temperamentu, nawyknień, 
pojęć i poglądów, sposobu zachowania się i po- 
stępowania, że język, którym te osoby przema- 
wiają, pomimo wielu usterek gramatycznych, jest 
pod względem zwrotów i całego toku szczero- 
polskim, bogatym, jędrnym, a przecież tak swo- 
bodnym i lekkim? 

Czy tak samo myśleli spółcześni? Niewątpli- 
wie znajdowali się pomiędzy nimi tacy, których 
w zupełności zadawalały pomysły i ich przepro- 
wadzenie : sytuacye, styl, język. Publiczność ba- 
wiła się na nich tak, jak dzisiaj się bawi, bo 
olbrzymiego zasobu werwy komicznej i dowcipu 
słowa żaden inny komedyopisarz polski nie po- 



— 230 — 

siadał w takim stopniu, jak Fredro. Ale kryty- 
ków, i to bardzo surowych krytyków, nie bra- 
kło. Prawie to wszystko, co my dzisiaj uwiel- 
biamy w komedyach Fredry: swojskośó postaci 
i języka, poddawali oni w wątpliwość; owszem 
twierdzili, że tej swojskośoi wcale tam niema. 
Oto dowód: 

W r. 1835, w „Powszechnym pamiętniku 
nauk i umiejętności^, ukazała się, jak wiemy, 
obszerna rozprawa „Nowa epoka poezyi pol- 
skiej", napisana przez Seweryna Goszczyńskiego. 
Jest w niej ustęp poświęcony Fredrze, ustęp 
tem smutnie rozsławiony, że podobno wytrącił 
pióro znakomitemu komedyopisarzowi. Czytamy 
tam między innemi: „Że komedye pisane dla 
narodu powinny schwytywaó i wydawać treść 
jego życia z właściwej swemu powołaniu strony, 
na to się każdy zgodzi, kto przyzna, iż kome- 
dya nie jest cackiem dziecinnem, ale jednym 
z najdzielniejszych środków wychowania i wy- 
kształcenia narodu; że komedye Fredra (!) nie 
odpowiadają temu celowi, że są nie naród owe, 
o tem lepiej niż najdłuższa rozprawa przekona 
odczytanie iohże samych. Nazwiska polskie nie 
są tem samem, co charaktery polskie; kilka 
osób, kilka scen narodowych nie rozleją barwy 
narodowej na wiersze czterech tomów; pasztet 
przysłów bez związku z charakterami i z cało- 
cią dzieła jest tylko słownikiem przysłów; miło- 
sna strona narodu jest to rys jego kosmopoli- 
tyczny; a to jest właśnie wszystko, co ma sta- 



— 231 — 

nowie polskość komedyi Fredra; ale cnoty, 
wady, śmieszności, charaktery pojedyncze, fizyo- 
gnomia ogólna, zgoła cokolwiek tworzy pomniki 
prawdziwie narodowej indywidualności, tego na- 
próźnobyś tam szukał". A o języku i stylu, który 
nam dzisiaj tak mile i pięknie brzmi w uszach, 
cóż powiada ów krytyk? „Wiersz gładki w ogól- 
ności nie jest najwyższym poezyi warunkiem, 
a 00 do Fredra, jego wiersz gładki jest to wy- 
manierowanie języka trybem francuskim, bez 
oryginalności, bez indywidualnej barwy, bez od- 
cienia charakterów, płynny, jak woda, ma też 
smak wody; nie znajdziesz w nim tej jędrno- 
ści, tej mocy, tego wdzięku, jakie ujmują w zna- 
komitszych naszych pisarzach, prawdziwie po 
polsku, z prawdziwym talentem piszących. Ko- 
wnie i dowcip nie stanowi komedyi, a tem mniej 
nie tworzy poety; można słynąć najdowcipniej- 
szym w świecie człowiekiem, a nie być poetą; 
można być poetą, a nie mieć zgoła dowcipu, 
gdy tymczasem komedya, według nas, poezyą 
być powinna. Wreszcie stara bajka, że kome- 
dya cel swój osiągnęła, skoro rozśmieszyła, zgi- 
nęła wraz z owym przesądem, iż ta tragedya 
jest doskonała, w której na żadnych ustach 
uśmiechu nie zobaczysz; o dowcipie Fredra i to 
jeszcze powiemy, że wpada w karykaturę. Całe 
jego komedye karykaturami nazwaćby można". 
A czy to było zdanie odosobnionego tetry- 
ka? Bynajmniej. W r. 1839, kiedy wyszedł już 
piąty tom komedyj Fredry, w „Piśmie dodatko- 



— 232 — 

wem do Gazety Porannej", wyohodząoem pod 
redakcyą Hipolita Skimborowicza , dano taką 
zwięzłą tomu tego reoenzyę: „Ciotunia cho- 
ruje na starość, Zemsta na brak konceptu, 
a Dożywocie na brak prawdopodobieństwa" 
(N. 26). J. I. Kraszewski, jakkolwiek ujmował 
się w r. 1842 w ;,Studyach literackich" za nie- 
pospolitym talentem Fredry, widział przecie 
w jego sztukach „nieskończoną ilość błędów", 
a „Dożywocie", Ciotunię", „Zemstę" poczytywał 
za słabsze od sztuk poprzednich. 

Obecnie takie i tym podobne zarzuty wy- 
jątkowo tylko słyszeć się już dają, nie dlatego 
wcale, żeby się komedye Fredry wszystkie po- 
czytywało za wolne od błędów, którym ich nie 
brak, lubo nie w „nieskończonej ilości", ale dla 
tego, że błędom tym, wobec zalet swojskośoi, 
prawdy życia, komizmu sytuacyi, dowcipu słowa, 
nie nadaje się już tak poważnego znaczenia, jak 
dawniej. 

Nie myślę tu przeprowadzać podobnej para- 
leli sądów dawniejszych i nowszych co do ko- 
medyj Korzeniowskiego; dodam jeno, że autor 
ten, nieporównanie mniej obdarzony werwą ko- 
miczną, pomysłowością i swobodą dyalogu, a przy- 
tem bliższy naszych czasów, choć nie mógł i dzi- 
siaj osiągnąć tego stopnia uznania i uwielbienia, 
jaki Fredrze przypadł w udziale, w każdym ra- 
zie przez ten przeciąg czasu, jaki upłyns^ od 
pierwszego wystawienia sztuk na jego scenie, 
bardzo wiele zyskał w opinii krytyków, czego 



— 233 — 

dowodzą sprawozdania z powodu wznowienia 
^Żydów". 

Stwierdzenie idealizaoyi utworów z talentem 
napisanych za pośrednictwem ozasa powinno byó 
przestrogą, ażebyśmy w ocenie obwili bieżącej 
i tego, co ona z sobą przynosi, nie byli zbyt 
surowymi, jeżeli nie chcemy, ażeby naszych są- 
dów nie przytaczano później jako dowód osę- 
picJ!ego smaku lub uprzedzenia; nie upowa- 
żnia jednak bynajmniej do bezkrytycznego przyj- 
mowania wszystkiego, co nam pisarze, choćby 
bardzo utalentowani, podają. Każdemu czasowi, 
każdej dobie musimy pozostawić prawo wygła- 
szania zdań swoich, a każdy autor krytykowany 
ma tą pociechę, że i przyszłość sąd swój wy- 
powie. 

Korzystam z tego prawa i wypowiem kilka 
uwag odnoszących się do komedyj najnowszych, 
cieszących się powodzeniem niemałem, a napi- 
sanych przez dwóch wybitnych komedyopisarzy 
naszych. Może narażę się niemi na zarzut, iż 
odgrzewam spostrzeżenia, tak niewłaściwie i nie- 
słusznie zwrócone do Fredry przez autora „No- 
wej epoki poezyi polskiej^, i ściągnę na siebie 
przepowiednię, że robota moja podzieli los owej 
rozprawy; zdaje mi się jednak, że kto rozwa- 
żnie i bezstronnie opinie moje oceni, może nie 
tak ochoczo przepowiednię ową uzna za trafną. 
Wolałem zaś sam wydobć z „piwnic archiwal- 
nych" sąd Goszczyńskiego o Fredrze, niż wy- 



— 234 — 

stawiać kogokolwiek na poszukiwania, nienale- 
żąoe do najłatwiejszych. 

Kto był z kolei na „Synu", ostatniej komedyi 
Kazimierza Zalewskiego, i na „Żydach" Korze- 
niowskiego, na „Królewiczu" Edwarda Lubow- 
skiego i na „Dożywociu" Fredry, mógł odrazu, 
z pierwszego wrażenia, bez zagłębiania się w treśó 
sztuk, zauważyć uderzającą różnicę pomiędzy 
temi utworami w tem przedewszystkiem, że da- 
wne komedye są wesołe, a nowe — bardzo 
smutne. 

Czyśmy się dzisiaj wyrzekli śmiechu zupeł- 
nie? Wcale nie, ale w teatrze zachowujemy 
śmiech ten dla fars, czyli krotochwil, a w ko- 
medyach rozważamy różne zagadnienia morahio- 
społeczne, które mogą wywołać zadumę lub roz- 
goryczenie, lecz usposobienia wesołego obudzić 
i podsycić nie zdołają. I w kro toch wiłach, co 
prawda, śmiech bywa inny, nie tak szczery 
i swobodny, jak dawniej, a za to częściej niż 
dawniej z motywów na tle płciowem wydoby- 
wany; bądź co bądź jakikolwiek jest rodzaj 
i stopień jego, śmiech tu panuje. 

W komedyach natomiast charakterów pier- 
wiastek komiczny zeszedł na jakiś organ szcząt- 
kowy, ledwie dostrzegalny; będzie go reprezen- 
tował jakiś pośrednik lichwiarski, narażający się 
na gniewy i wyrzucanie za drzwi, a mówiący 
łamaną polszczyzną; — albo też jakiś idyotyozny 
birbant, któremu nie idzie karta i który myśli 



— 235 — 

swoich w należytą szatę słowa przyoblec nie 
umie, albo tym podobne indywiduum. 

Ponieważ nic na ówiecie nie dzieje sią bez 
przyczyny, więc i ta zmiana w nastroju kome- 
dyi oparta jest na jakiejś podstawie. Przede- 
wszystkiem uległy zmianie stosunki realne. Wa- 
runki bytu stały się trudniejszymi ; nie tak łatwo 
uczynić im zadośó, jak niegdyś. Samo utrzyma- 
nie istnienia, a cóż dopiero zarobienie na roz- 
rywki i zbytek, wymagają wysiłków, które nie- 
jednokrotnie przyprawiają ludzi o zdenerwowa- 
nie, pozbawiają ich swobody myśli, bez której 
rzetelna, szczera wesołość jest poprostu niemo- 
żliwa. Powtóre, samo usposobienie ludzi znacznie 
się zmodyfikowało i czynnik rozbioru, zastano- 
wienia, wyrachowania większą dziś niż poprze- 
dnio odgrywa rolę w życiu umysłowem i mo- 
ralnem. Nie znaczy to wcale, żeby się zmniej- 
szyła lekkomyślność, próżność, zarozumiałość, 
pretensyonaloość i tym podobne wady, które 
dostarczały dawniejszej komedyi mnóstwa po- 
staci bardzo komicznych; ale znaczy to jedynie, 
że z wadami takiemi łączy się nierozdzielnie 
odmienny nieco od dawniejszego sposób oceny 
ze strony ludzi zainteresowanych niemi pod ja- 
kimbądź względem. Dla porównania przypo- 
mnijmy sobie, że takie temata, jak niewiara 
małżeńska, zasadnicze przeciwieństwo dążeń i pra- 
gnień, ruina majątkowa, które dzisiaj stają się 
przedmiotem bardzo naprężonych kobzyj, wesoło 
i lekko były traktowane przez komedyę Fre- 



~ 236 - 

drowską („Mąż i żona", „Zemsta", „Dożywo- 
cie i t. p.). 

Atoli obok tych powodów, tkwiących w sa- 
mej istocie charakterów i usposobień, wywoła- 
nych stosunkami ekonomicznymi i intelektual* 
nymi, oddziaływał na komedy^ naszą przykład 
autorów francuskich. Zajmowanie się przez nich 
kwesty ami społecznemi i politycznemi, rozwija- 
nie tych kwestyj w komedyach prowadziło do 
zmiany tonu, bo tam, gdzie się roztrząsały do- 
niosłe zagadnienia, śmiech był nie na miejscu. 
Możnaby się sprzeczać o właściwość nazwy ko- 
medyi dla sztuk, w których komizmu była za- 
ledwie odrobina; możnaby twierdzić, że odpo- 
wiedniejszem dla nich mianem byłby wyraz 
dramat; lecz zaprzeczyć niepodobna, że do no- 
wych tematów i do nowego sposobu ich trakto- 
wania została przez Emila Augier'a zastosowana 
dobrze metoda dramatopisarska. 

TJ nas nie było wprawdzie możności do obra- 
biania wielu tematów podejmowanych przez 
Francuzów, ale metoda ich została przyjętą przy 
opracowywaniu motywów wziętych z życia pry- 
watnego. Józef Narzymski był pierwszym wpły- 
wowym przeszczepcą tej metody do naszej dra- 
matyki ; on też pierwszy w „Epidemii" i „Po- 
zytywnych", rozbierając zagadnienia doniosłego 
interesu, a nader mało posługując sią żywiołem 
komicznym, nazwał przecież utwory swoje ko- 
medyami. Nie wszyscy komedzopisarze poszli za 



— 237 - 

jego przykładem; niektórzy zaohowali dawną 
skłonność do tworzenia prawdziwie komicznych 
postaci i sytuacyj, rozporządzając znacznym za- 
pasem werwy komicznej (Michał Bałucki, Józef 
Bliziński); ale niektórzy, mniej tego zapasu po- 
siadający, lubo nie bez dowcipu słowa, poszli 
śladem autora „Epidemii". 

Przez czas długi wskutek pilnej obserwacyi 
stosunków miejscowych, ta „poważna'' komedya 
dawała wizerunki mniej lub więcej wierne tych 
stosunków, na jakie obecnie patrzymy, a nie- 
kiedy stwarzała prawdziwie świetne dzieła sztuki. 
Nie tu miejsce przedstawiać rozwój tej twór- 
czości i wyliczać jej płody różnego stopnia do- 
skonałości; dość będzie nadmienić, że najwybi- 
tniejsi przedstawiciele takiej komedyi: Zalewski 
i Lubcwski, dawali nam w swych utworach to, 
z czem się spotykali w Warszawie. Ze zamiast 
szlachty wiejskiej, wypełniającej komedye Fre- 
dry i Korzeniowskiego, przedstawiali nam re- 
prezentantów mieszczaństwa, to było konie- 
cznym wynikiem nietylko pola ich spostrzeżeń, 
ale także i tego wydatnego stanowiska, jakie 
miasto w ostatnich 30 latach u nas zajęło. Że 
następnie, wskutek takiego doboru osób, kome- 
dye ich, lubo odtwarzały objawy życia miejsco- 
wego, mało miały w sobie cech rdzennie swoj- 
skich, niepodobna im tego mieć za złe, boć mie- 
szczaństwo mieszanego pochodzenia plemien- 
nego, stykając się z powodu swych interesów 



— 238 — 

ozęńoiej z zagranicą, aniżeli ze wsią, mało so- 
bie cech takich przyswoić mogło. Ale że kome- 
dyopisarze nasi, kreśląc nawet postaci wiejskie: 
powlekali je pokostem ogólno- europejskim, nie 
starając się dopatrzyć cech specyficznie narodo- 
wych; że w języku swoim więcej ze wzorów 
francuskich, aniżeli ze zdroju czysto polskiego 
czerpali, to już musimy na rachunek własnej 
ich chęci zapisać. 

Właściwość ta przed laty nie rzucała się je- 
szcze w oczy, bo świeżość wielu rysów, zauwa- 
żonych przez komedyopisarzy, zręczna budowa 
techniczna, dowcip dyalogu, przesłaniały ją sil- 
nie; lecz w ostatnich czasach coraz bardziej ten 
brak swojskości uczuwać się daje. 

Oto spostrzeżenia, jakie mi się nastręczyły 
przy porównywaniu sztuk dawniejszych a no- 
wszemi. Uderzyły mnie dwa głównie szczegóły: 
sposępnienie komedyi dzisiejszej i brak wybi- 
tnych cech swojskich — i na szczegóły te położy- 
łem nacisk. Co do pierwszego, to chyba nie ma 
żadnej wątpliwości, iż komedya dzisiejsza nie 
rozśmiesza iuż tak jak dawna, że cięży nad nią 
ponura atmosfera; co do drugiego, może wyma 
gania moje są zbyt wielkie, a ktoś może po- 
wiedzieć nawet — nieuzasadnione. Nie chciałem 
ich jednakże ukrywać przed autorami dzisiej- 
szych komedyj, ponieważ zaznaczenie ich może 
się przecie na coś przydać, choćby pobudzić do 
zastanowienia nad skreślonemi powyżej uwa- 



— 239 — 

gami i do odpowiedniego z nioh użytkowania. 
Nie chciałbym wywoływać rozdrażnień, gdyż te, 
prócz objawów rozgoryczonej miłoóci własnej, 
nic więcej zdziałać nie mogą, ale pragnąłbym, 
ażeby spokojnie i trzeźwo roztrząsano kwesty ę 
tu poruszoną, a byłbym najszczęśliwszym, gdy- 
bym został przekonany o swej pomyłce. 

Zresztą z całego przebiegu wywodów moich 
jasno wynika, że przyczyny główne zmian, zna- 
mionujących się owemi dwoma szczegółami, wi- 
dzę przedewszystkiem w życiu naszem rzeczy- 
wistem, a tylko częściowo w zapatrywaniu się 
naszych pisarzy na autorów obcych. Można ła- 
two nawet stwierdzić kolejność i stopniowośó 
niejaką w przechodzeniu od dawnego nastroju 
do nowszego. Fredro był niewątpliwie wesel- 
szym w komedyach i bardziej swojskim, aniżeli 
Korzeniowski; „Zrzędnośó i przekora", „Doży- 
wocie**, „Zemsta", „Śluby panieńskie", nie mó- 
wiąc już o krotochwilach raczej niż komedyach, 
jak „Damy i huzary", „Pan Jowialski" są chyba 
pod obu tymi względami wyższe od „Żydów", 
„Panny mężatki*^, „Konkurenta i męża" n^^j" 
stra i czeladnika", „Okrężnego". Korzeniowski zno- 
wu, pomimo niezbyt wielkiego zasobu werwy ko- 
micznej, pomimo pewnej sztywności dyalogu, po- 
mimo mniejszej niż u Fredry swojskości wyrażeń, 
nakreślił więcej sytuacyj iście komicznych i stwo- 
rzył więcej postaci swojskich, odmalował więcej 
stosunków miejscowych, aniżeli przeważna część 



— 240 — 

komedyopisarzy z ostatnich lat trzydziestu. Fre- 
dro młodszy pod względem komizmu (co pra- 
wda zazwyczaj niższego), Bliziński i Bałucki 
pod względem komizmu i cech narodowych są 
tu już wyjątkami. 



< 



xxni. 

Kazimierz Zalewski. 

1. 

W niedzielę 7 marca 1869 roku afisz teatru 
Kozmaitośoi zapowiedział przedstawienie nowej 
sztuki, jednoaktówki p. t.: ,,Bez posagu^, pod- 
znaczonej nazwiskiem, które w literaturze dra- 
matycznej do owego czasu zgoła było nieznane, 
a które niebawem miało zabrzmieć sławą roz- 
głośną. 

Zaczęło się przedstawienie, i oto, co ujrzano 
i usłyszano. 

Dwie młode panienki, siostry cioteczne, bo- 
gata Marya i uboga Zofia, zamieniły imiona, 
chcąc wybadać konkurentów pod względem ich 
bezinteresowności. A tak to jakoś zręcznie umiały 
zrobić, że nawet ciocię, pod której opieką zo- 
stają, zmistyfikowały w sposób powyższy. Prze- 
konały się niestety, o potędze złota. Zofia, po- 
czytywana za bogatą, ściągała ku sobie i „słod- 

Nasza literatura dramatyczna. T. II. 16 



— 242 — 

kie oczy^ i „ozule westchnienia^ młodzieży, gdy 
Marya ledwie w jednym tylko Julianie, adwo- 
kacie, znalazła stałego wielbiciela. Serce Zofii 
sManiało się do doktora Henryka, który lubił 
ostentacyjnie wychwalać w rozmowie znaczenie 
pieniędzy i zdobywanego przez nie komfortu. 
Do zawikłań atoli dramatycznych nie dochodzi. 
Gdy się sytuacya wyjaśniła, Henryk dal się po- 
konać, a może i przekonać strategii Juliana. 
Zrazu powodowany niby honorem, w gruncie 
jednak rzeczy szczerem uczuciem, drzemiąoem 
w duszy, pomimo przybranej pozy czciciela zło- 
tego cielca, podał Zofii rękę na dalszą wędrówkę 
życia — zajście zakończyło się pomyślnie i we- 
soło, wszyscy byU rozradowani. 

Aktorowie (Ostrowska, Gąsowicz, Tatarkie- 
wicz, Kwieciński) odegrali swe role doskonale. 
Widzowie byh zadowoleni. Parokrotnie przy- 
woływali wykonawców, a w końcu i autora 
sztuki, dla „poznania także jego powierzcho- 
wności^ jak się wyraził jeden ze sprawozda- 
wców. Na scenę wprowadzony został student 
Szkoły Głównej wydziału prawnego, Kazimierz 
Zalewski. 

Kecenzentów miał autor jednoaktówki — nie- 
wielu. Kenig i Łewestam (najlepsi naówczas 
krytycy teatralni) nie chcieli się widocznie po- 
fatygować dla drobnego utworu autora niezna- 
nego i wrażeń swoich zanotować nie mogli. 
W „Kuryerze Warszawskim** pisywał wtedy 
pod znakiem X przewróconego (M) recenzye 



— 243 — 

sceniczne Aleksander Michaux (Miron), głośny 
wtedy poeta. Wypowiedział on swoje zdanie na- 
zajutrz po przedstawieniu (w Nr. 62 „Kuryera"). 
Nie było ono pochlebne dla młodego drama- 
turga. „Gdyby postaci — pisał on — naszkico- 
wane przez p. Z., były ludźmi poczętymi z du- 
cha i krwi jego, a nie frazesującymi na nader 
już znaną nutę automatami, uznalibyśmy uży- 
teczną dążność jego pracy. Że jednak, niestety! 
wyszliśmy wczoraj z teatru z takiem wraże- 
niem, z jakiem naprzyWad odchodzi się z przed 
znanej, blado-kolorowanej litografii, przedstawia- 
jącej kilka figur, którym z ust wychodzą kartki 
z elementarzowymi aforyzmami; przyznajemy 
więc młodemu autorowi, iż mu jego szkic zgra- 
bnie się napissJ!, ale otwarcie upewniamy, że 
w nim nie ma ani oryginalności pomysłu, ani 
świeżego humoru, ani też siły argumentacyjnej, 
zdobytej pracą ducha samodzielną, patrzeniem 
w życie własnemi oczami'^. 

O wiele powściągliwszym w naganie był 
krytyk z „Kury era Codziennego^ (Nr. 62 ró- 
wnież). Przyznawszy autorowi ^^najlepszą inten- 
cyę", sąd swój sformułował w następnym, tro- 
chę zawiłym okresie: „Założenie samo z siebie 
dość zręczne i dające pole do nader bogatej 
akcyi, brak jednakże, jak się zdaje, doświadcze- 
nia widocznie stanął autorowi na przeszkodzie: 
zbyt pośpieszne wyjawienie tajemnicy, nagła 
przemiana zasobu (! miało zapewne byó: spo- 
sobu) myślenia Henryka, na posag polującego, 

16* 



— 244 — 

moralizująoe uwagi Jana osłabiają pierwsze do- 
bre wrażenie słuohacza, pragnącego zapewne, aby 
dłuższą nieoo drogą te dwie pary do ślubnego 
doszły kobierca; w każdym razie, jak na szkic, 
to dosyó, na komedyę zaś nieoo za msio^. 

Najsympatyczniej atoli powitał młodego dra- 
maturga Wacław Szymanowski, pomieszczający 
wtedy krytyki teatralne w „Tygodniku ilustro- 
wanym" (Nr. 63 z r. 1869). Chwali go najprzód 
za znalezienie dobrego tytułu, boó tytuł, jak 
dodaje słowami pewnego autora francuskiego, 
to połowa dzieła. Opowiadając treśó, uwydatnia 
tylko, podobnie jak recenzent z „Kuryera Co- 
dziennego^, nagłą zmianę w poglądach Henryka, 
co nazywa „niekonsekwentnością". W ocenie 
rozpisuje się dość szeroko, mówiąc między in- 
nemi: „Jak na autora początkującego, rzecz 
przeprowadzona jest gładko. Bez głębokich ba- 
dań społecznych, chwycił, co miał pod ręką, nie 
troszcząc się nawet, czy się z kim nie spotka 
w pomyśle". Ale wypowiedziawszy to ostatnie 
zdanie, Szymanowski zaraz się zastrzega, że by- 
najmniej nie ma zamiaru zarzucać autorowi na- 
śladownictwa, boć co się zdarza w Paryżu, to 
się zdarzyć może i w Warszawie. Potem cią- 
gnie dalej: „W rozmowach czuć dążność do 
frazeologii, niezawsze nowej, dość dobrze je- 
dnak rozwijającej się z kłębka. Nie brak tam 
i dowcipu, w pewnej części oryginalnego, wię- 
cej może pozbieranego tu i owdzie, w każdym 
jednak razie wyswobodzonego z owych zagad- 



• — 245 — 

kowyoh efektów, na które młodzi autorowie tak 
bardzo polować lubią. Ezeoz gładko przechodzi, 
nie przeciąga się, nie nudzi, a przy dobrej 
grze może się podobać i podobała się nawet, 
To już wiele; trzebaby tylko jeszcze pracy, doj- 
rzalszego rozmyd!u i uniknienia pośpiechu go- 
rączkowego, który choć wiele tworzy, niezawsze 
dobrze*'. 

Gdy się zestawi te trzy reoenzye, to się 
w nich ujrzy jedne rzecz wspólną, jedne zaletę 
przyznaną przez wszystkich trzech sprawozda- 
wców, zarówno przez najsurowszego z nich Mi- 
rona, jak przez oględnego z „Kuryera Codzien- 
nego" i przez najźyczliwszego z „Tygodnika". 
Miron powiedział, że Zalewskiemu szkic jego 
„zgrabnie się napisał", bezimienny uznał zało- 
żenie sztuki za „samo z siebie dość zręczne", a 
Szymanowski parokrotnie nadmienił, że sztuka 
„gładko" została przeprowadzona. Innemi słowy, 
dojrzeli oni w „szkicu dramatycznym" Zale- 
wskiego przymiot sceniczności. 

Istotnie, gdy się tylko czyta utwory takie, 
jak „Bez posagu", to się w nich same spostrzega 
wady: charaktery niewyraźne, słabo odznaczone, 
płytkie, wątek mało prawdopodobny, konwen- 
cyonalny, według starych wzorów komedyi uro- 
biony, myśli pospolite, dyalog mdły, a często 
nawet zaniedbany i niepoprawny. Ale gdy się 
ujrzy na scenie te same sztuki, nabierają one życia: 
fizyognomia aktorów, ich głos, ich zachowanie 
się, ich ruchy uplastyczniają charaktery choćby 



— 246 — 

zewnętrznie l^lko, rozmowa już się nie wydaje 
tak jałową, bo przypomina rozmowy rzeczywi- 
ste w życia słyszane, a małe prawdopodobień- 
stwo intrygi przyjmuje się jako jeden z tych 
umownych teatralnych warunków, bez których 
trudno się obyć — przynajmniej na pozór i do 
czasu, dopóki panują pewne nałogi dramatur- 
giczne. 

Ale obok zalety sceniczno&ci należy uwyda- 
tnić drugą właściwość szkicu Zalewskiego, któ- 
rej owocześni krytycy nie zaznaczyli, lecz która 
nam obecnie po latach blisko 30-u rzuca się w oczy. 
Właściwością tą jest mieszczański charakter sztuki. 
Dawniejsi nasi dramatycy przedstawiali nam za- 
zwyczaj życie szlacheckie na wsi ze wszyst- 
kimi jego stosunkami i przejściami; kiedy nie- 
kiedy malowali też chłopów zwłaszcza ukształ- 
conych, przeciwstawiając ich bucie i zarozumia- 
łości szlacheckiej : uluoionemi figarami dodatniemi 
byli poeci, artyści; mieszczanie zwłaszcza bie- 
dni wchodzili do komedyi tylko jako figury 
grubo komiczne, wyjątkowo zaś jako poczciwe, 
zacne serca, umiejące choć w biedzie przytulić 
do siebie sieroty. Był co prawda i Geldhab, 
lecz w tej fazie pochwycony, kiedy się już pii^ 
do arystokracyi. Świat mieszczaństwa średniego 
poruszył przed Zalewskim tylko Bałucki w „Rad- 
cach pana radcy'*, ale wystawił go również z grubo 
komicznej jedynie strony. Zalewski już w pier- 
wszej swej sztuce wszedł na grunt mieszczan- 



•^^■^Sy yT 



247 



ski i pozostał na nim — z małemi zboczeniami — 
do dziś dnia. 

Naturalnie autor szkiou za mało jeszcze po- 
siadał obserwacji i doświadczenia, wchodził bo- 
wiem dopiero w dwudziesty rok swego życia 
(ur. w Płocku 5 grudnia 1849 r.), ażeby tym po- 
staciom miejskim nadać wybitną fizyognomię, 
ażeby przemówić charakterystycznym językiem, 
ażeby wyróżnić ten świat od owego, jaki po- 
przednio panował na scenie, wykazując jego 
głębsze, istotne właściwości; ale bądź co bądź 
zrobił początek w tym kierunku i poszedł na- 
stępnie w nim dalej. 

Jakoż w rok potem przedstawiona była w te- 
atrze Rozmaitości nowa jego jednoaktówka p. t. 
„Wycieczka za granicę**. Tu w rysach drobnych 
już jest więcej znamion życia mieszczańskiego. 
Mamy do czynienia z kamienicznikiem i urzę- 
dnikiem warszawskim, oraz z jego lokatorem, a 
formalności pasportowe odgrywają także nie- 
małą rolę. Aniela, młoda żona Mirewicza wła- 
ściciela domu, nudząc się w Warszawie, nama- 
wia starego doktora Badosta, ażeby jej przepi- 
sz jakie wody zagraniczne, choć jest najzdro- 
wszą w świecie. Poczciwy stary niedołęga, ma- 
jący słabość dla płci pięknej, daje się ubłagać 
jej prośbom i przepisuje jej wyjazd do Ems 
Równocześnie młody lokator Albin chce również 
jechać do Ems za swoją narzeczoną, bogatą 
córką mieszczańską, w tymże mieszkającą domu; — 
a zadłużywszy się za komorne i nie mogąc uzy- 



— 248 — 

skaó od rządcy pozwolenia na wyjazd, zamie- 
rza się adaó pod protekcyę Anieli, bo to ,,z ko- 
bietą zawsze łatwiej niż z mężczyzną*^. Zamiast 
żony spotyka męża i pomieszany nie wie, co 
począć ze sobą. Mirewicz w tym spółozesnym 
zamiarze wyjechania Anieli i Albina widzi coś 
podejrzanego. Zawikłanie atoli znika przy po- 
średnictwie doktora; lokator się wypłaca i do- 
staje kwalifikacyę, Aniela godzi się z mężem 
i zamiast za granicę ma z nim wyjechać na wieś. 
Charakterów i tataj nie ma wybitnych i świe- 
żych; są natomiast dobrzy znajomi, pod wzglę- 
dem psychologicznym, z dawniejszych komedyj: 
mąż zazdrosny i łatwy do przypuszczeń, ubliża- 
jących żonie; żona, nudząca się z powodu braku 
jakiegokolwiek zajęcia, kapryśna, trochę kobie- 
cego sprytu posiadająca; doktór dziwaczny nieco, 
powtarzający wiecznie: „cóżem to chciał powie- 
dzieć^; młodzieniec bezbarwny, goniący za po- 
sagiem — oto i wszystko. Gdy atoli charaktery 
te przedstawiali na scenie: Bakałowiczowa, Szy- 
manowski, Grzywiński, Świeszewski, to można 
było wysłuchać sztuczki z niejaką przyjemnością, 
zwłaszcza, że nie była ona konwersacyjną tylko, 
jak szkic „Bez posagu^, ale posiadała już nieco 
akcyi i ruchu, a w dyalogu, lubo pospolitym, 
zauważyć można było żywość, a niekiedy traf- 
ność obserwacyi i zręczność w jej wypowiedze- 
niu, jak np. w tym argumencie pięknej Anieli, 
wystosowanym do Kadosta, przeciwnego wyja- 
zdom do wód obcych: „No i ty, doktorze, pio- 



'^- 



— 249 — 

ranajesz sa wysyłanie pieniędzy za granioę! No- 
sząc kapelasz paryskie ubranie z kortu angiel- 
shiegOj obuwie ze skóry hamburskiej, zegarek ge- 
newski, laskę mając wiedeńską i cygara paląc ha- 
wańskie, doprawdy łatwo moralizowaó^.' 

Po „Wycieczce za granicę" zaniechał jej 
autor na czas jakiś twórczości oryginalnej, a 
zabrał się natomiast do pogłębienia swych stu- 
dyów nad literaturą dramatyczną, czytając i tło- 
macząc. Jakoż już w r. 1870 w kilka miesięcy 
po wystawieniu „Wycieczki", drukowały „Kłosy" 
jego przekład komedyi jednoaktowej Ernesta 
LegouYÓ p. t. „Bez stanu". Rozczytywanie się 
w Molierze poprowadziło go do przetłomaczenia 
„Świętoszka" i „Szkoły kobiet", które wyszły 
w kilka lat potem w „Bibliotece najcelniejszych 
utworów literatury europejskiej" (1876). Prze- 
kładał także sztuki Alfieri'ego (Orestes) i Szeks- 
pira (Hamlet), ale te, o ile mi wiadomo, w druku 
się nie ukazały. Niewątpliwie na ten czas przypa- 
dło lepsze zgłębienie teatru Fredry, co Zale- 
wskiego skłoniło do wprowadzenia wiersza w pó- 
źniejszych komedyach swoich, jak to poznać 
można z pewnych znamiennych rymów, które 
się u Fredry naprzód pojawiły. 

Studyami temi i doświadczeniem życia wzmOf' 
żony, rozpoczął Zalewski nowy szereg komedyj, 
nie przerywający się aż do chwili obecnej. 



/ 



2B0 



2. 

Owooem tych blisko czteroletnich studyów, 
była, prócz przekładów, oryginalna pięcioaktowa 
komedya wierszem p. t. „Z postc^peoi'^ grana 
w początkach r. 1874. 

W porównaniu z poprzedniemi jednoaktów- 
kami jest ta komedya dowodem rozwoju talentu, 
jakkolwiek nie stanowi bynajmniej jakiegoś wa- 
żnego w nim zwrotu. Brak ńwieżości w pomy- 
śle, wydatności w charakterach, werwy w dya- 
logach i tu jeszcze odczuwać się daje. 

Że bogaty hrabia Kobylański, nie znając się 
wcale na interesach przemysłowych, traci cały 
majątek na spekulacyjnie wydętem przez barona 
Silbera przedsiębiorstwie naftowem; to już w ko- 
medyi ówczesnej nie było pomysłem nowym, 
bo podobne figury i podobne sytuacye nakreślił 
częścią Narzymski w „Epidemii^ (1871), częścią 
Koziebrodzki w „Hrabi Maryanie" (1870). Zale- 
wski czyniąc hrabiego zbyt naiwnym i nieroz- 
ważnym, gdy na pierwszą pogłoskę, nie robiąc 
nawet najmniejszej próby sprawdzenia planów 
przez barona podanych, nie zapytawszy o radę 
kogoś kompetentnego, rzuca się w sieci pająka, 
który go nawet oplątywaó nie potrzebował. Po- 
spiech jego w tej mierze potrzebnym był auto- 
rowi, ażeby czemprędzej sprowadzić nań ruinę, 
która posłużyć miała do rozwinięcia głównej 
tezy komedyi, ale sam w sobie niczem nie jest 






— 251 — 

usprawiedliwiony i musi być poczytany za sta- 
- nowczy błąd w kompczyoyi. Jest to wogóle 
figura słaba i jako przedstawiciel arystokracyi 
i jako świeżo pod naciskiem biedy zwerbowany 
zwolennik haseł postępowych, które kaią czło- 
wieka cenić według własnej jego wartości, a 
nie według odziedziczonych lub nabytych tytu- 
łów lub też stanu kasy. Gdyby tacy Kobylań- 
scy mieli zasilać szeregi postępowców, to nie 
nawieleby się chyba przydali. 

A i szermierz postępu, inżynier górniczy Zdzi- 
sław Krzyski, jako figara dodatnia, nie zaleca 
się również wielką dosadnością rysów. Jest ro- 
zumny, uczciwy, szlachetny, nie traci czasu na 
frazesy, ale odrazu zmierza do czynu; jedzie na 
miejsce mniemanych źródeł nafty, ażeby spra- 
wdzić swoje przeczucia co do ich problematy- 
cznego istnienia; wszystko to są niewątpliwie za- 
lety niepospolite na człowieka, lecz na postać 
dramatyczną jeszcze to nie wystarcza; potrzeba 
bowiem, żeby widz ją miał przed sobą, a nie 
dowiadywał się o jej czynach z opowiadania. 
Zdzisław swoim wyjazdem wcale katastrofie nie 
zapobiegł; został tylko zwiastunem złej wieści. 
Na scenie upamiętnia się głównie jako deklama- 
tor demokratyczny, nie zaś jako człowiek pełen 
energii, torujący sobie sam ścieżkę życia. Ty- 
rady jego zapewne przyczyniły się najwięcej do 
powodzenia i rozgłosu sztuki, ale to było sprawą 
chwili. Nie były i one, co prawda, nowością. 
Podobne do nich słyszano dawniej (r. 1859) ze 




/ T 



— 252 — 



soeny w sztuce Chęcińskiego: „Szlachectwo da- 
szy^. Bądź co bądź jednak uczyniły one i w r. 
1874 wrażenie, bo wtedy na nowo kwestyą de- 
mokracyi i arystokracyi żywo się u nas zaj- 
mowano. 

Tu będzie miejsce, by zaznaczyć stosunek 
Zalewskiego do ówczesnych postępowców, któ- 
rych już wtedy „pozytywistami" nazywano. Za- 
lewski wychował się i wykształcił w tej samej 
atmosferze co i oni; gdy młodzi prawnicy za- 
kładali z początkiem r. 1872 dwutygodnik po- 
stępowy p. t. „Niwa" i on należał do grona za- 
łożycieli. Szybko się atoli wycofał, zrażony po- 
glądami filozoiicznemi, jakie w „Niwie" zaczęto 
wygłaszać. Z tego powodu polemińci postępowi 
krzywo zaczęli patrzeć na zbiega, który w prze- 
konaniach społecznych pozostał wprawdzie de- 
mokratą, ale w zagadnieniach religijnych i filo- 
zoficznych łączył się raczej z zachowawcami. 
To też pomimo ńwięcenia tryumfów teatralnych, 
bardzo długo nie doznawał Zalewski słów po- 
chwały ze strony „młodej krytyki". Nie prze- 
szkadz8iło mu to naturalnie tworzyć i znajdować 
uznanie wśród publiczności, która kwestyami za- 
sadniczemi mało się zajmowsJ!a. 

Ale wróćmy do komedyi „Z postępem". Jest 
w niej i żywioł naprawdę komiczny, którego 
jednoaktówkom brakło. Objawia się on tylko 
w scenach podrzędnych: w urządzaniu salonu 
przez Przepiórkiewicza pod przewodnictwem 
sżczwanego lokaja Jacques'a, w pojawieniu się 




— 253 — 

jego syna zbiegłego z pensy onata i apijającego 
się, oraz w tym podobnych epizodach. Był to 
komizm niższego rzędu, zapewne, ale szczery 
i pobudzający do śmiechu. 

Wiersz, którym była pisana komedya, nie 
odznaczał się lekkością i swobodą, a przewlekał 
niepotrzebnie akcyę. Obciążał on widocznie au- 
tora, i dlatego zaniechał go w dalszych komo- 
dy ach. Wysiłek atoli, jaki zrobił zarówno w tym 
utworze jak w przekładach wierszem, przyczy- 
nił się znacznie do wyrobienia stylu, do pewnej 
wytworności dykcyi, która nie wszędzie wpra- 
wdzie widnieje, ale którą znaleźć przecie można 
w bardzo wielu późniejszych komedyach. 

A mianowicie zaraz następna z r. 1877 zaty- 
tułowana „Przed ślubem^ celuje stylem. Po raz 
pierwszy u Zalewskiego spotyka się tutaj jędrnośó, 
trafność i znamienność wyrażenia, dowcip nie- 
pospolity i bynajmniej nie na grubych dwuzna- 
cznikach oparty, lecz wykwintny i zastosowany 
zawsze do charakteru osoby. Pierwszy akt tej 
komedyi należy, zdaniem mojem, do najlepszych 
rzeczy, jakie Zalewski napisał. August sprytny, 
zręczny, dowcipny, ukrywający uczucie i po- 
pędy szlachetne pod maską żartu i satyry; Dre- 
cki, szczwany lis, samolub, udający wielce ofiar- 
nego i przyjacielskiego; profesor Uczyński, przy- 
tomny, wygadany, bezceremonialny, rządzący się 
w cudzym domu, jak u siebie, syn jego Antoni, 
malarz, zajęty własnemi myślami i polujący je- 
dynie na charakterystyczne figury, ufny w swą 



- 254 — 






przyszło&ó i do uniźonośoi, do szukania protek- 
cji woale nie skłonny — są to postaoi tak do- 
brze postawione i tak wybornie w ruch wpra- 
wionę, źe chciałoby się je widzieć lakierni aż 
do końca. TT najznakomitszych komedyopisarzy 
trudno o lepszy pomysł. 

Dalszy ciąg nie zawodzi w zupełności, ale 
umniejsza tą harmonię wrażeń, jakiej nam do- 
starczył akt 1-szy. August zostaje w swoim cha- 
rakterze do końca i cokolwiekby powiedzieli o 
stosunku tej postaci do rzeczywistości, zaprze- 
czyć trudno, że jako figura komedyi jest wy- 
borna. Zapewne, pomysł zaopiekowania się uczu- 
ciem tak biernej, że aż automatycznej panny 
jak Helena, mógł zaczerpnąć od „Starego męża*^ 
Korzeniowskiego, ale przeprowadził go po swo- 
jemu; a i ta odrobina wzruszenia, jakiej do- 
świadczą, gdy uczuwa, że serce w nim zabiło 
i że musi sUumić to drżenie, by dokonać szla- 
chetnego zamiaru i połączyć Helenę z Antonim, 
wcale mu nie szkodzi, owszem sympatyczniej- 
szym go czyni, bo dowodzi, że nie był tylko 
chłodnym reżyserem komedyi, któremuby cho- 
dziło tylko o dobre jej wykonanie. Wesołość, 
dowcip, dobry humor, nie opuszczają go i czy- 
nią postacią skończoną, upamiętniającą się w umy- 
śle na zawsze. 

Ale na tej doskonałości jego cierpią inne 
osoby komedyi; Drecki traci swoją przebiegłość, 
a ukazuje tylko swoją nikczemność i tchórzo- 
stwo; Antoni przestaje być malarzem, któremu 






— 2BB — 

ohodzi o kształty i barwy, a zamienia na bar* 
dzo pospolitą figurę kochanka, nie umiejącego 
nio przedsięb -aó, tylko zdolnego do słuchania 
cudzej woli, jego wyborny ojciec znika aż do 
końca komedyi, a kiedy się znów pojawia, to 
już nie ma ani jednego z tych rysów znamien- 
nych, jakie w nim poznaliśmy, prócz przytacza- 
nia wyrazów i frazesów łacińskich. Nad całą sy- 
tuacyą zapanował August; wszyscy są mu po- 
słuszni, lub się go lękają; on jest jedynym dzia- 
łaczem w komedyi, inni są wykonawcami lub 
ofiarami jego woli zarówno Drecki, jak Helena, 
jak jej matka, która zmarnowana jej majątek 
i chce ją wydaó bogato za mąi za byle kogo, 
kobieta bez sesca i sumienia, jak śmieszny pier- 
wszy narzeczony Heleny, Klapkiewicz, wypra- 
wiający swoim kosztem bal zaręczynowy, na któ- 
rym jako narzeczonego przedstawiają mu... Au- 
gusta. 

Ta przewaga Augusta nad wszy stkiem i wszyst- 
kiemi, nadaje wprawdzie wielką spójność cało- 
ści i budzi żywy interes w widzu, ale aż za- 
nadto upośledza bohaterkę, którą istotnie jak 
piłkę rzucają z ręki do ręki. Ma ona jedną tylko 
chwilę samodzielności, kiedy opanowuje owo 
uczucie dla Antoniego i postanawia wierną po- 
zostać danemu zobowiązaniu względem Augu- 
sta. Ale wtedy nie ma do rozporządzenia słów 
wnikających do duszy, lecz przemawia zwykłemi 
w komedyi frazesami kobiet cnotliwych. 

Owocześni krytycy wyrzucali autorowi głó- 




— 256 — 



wnie stworzenie obarakteru matki Heleny i wi- 
dzieli w nim zniewagę dla typu matki. Mojem 
zdaniem, niesłusznie. Zalewski typów w dawnem 
znaczeniu wyrazu nie tworzył; nie uogólniał on by- 
najmniej w Łuckiej matek polskich lab chociażby 
znacznej tylko ich części; on brał charaktery in- 
dywidualne, a że takie jednostki jak Łucka, 
obrzydliwie samolubne, spotykają się, temu bez 
krańcowego optymizmu zaprzeczyć niepodobna. 
Łuckiej, jako postaci dramatycznej, zarzucić mo- 
żna (podobnie jak Dreckiemu jej bratu i sprzy- 
mierzeńcowi) zbyt naiwną łatwowierność, z jaką 
przyjmują wiadomość, że stary Uczyński na pro- 
fesorstwie zebrał krocie. Ludzie tego pokroju 
jak Łucka i Dreoki nie dają się tak łatwo wy- 
wieść w pole, chociażby tak zręcznemu człowie- 
kowi jak August. 

Pomimo jednak wskazane tu wady, komedya 
-Przed ślubem** żywością akcyi, jędrnością dya- 
logu, komizmem niższego i wyższego gatunku, 
postacią Augusta góruje nad wielu póżniejszemi 
chronologicznie komedyami Zalewskiego i za- 
znacza bardzo ważną chwilę w rozwoju jego 
talentu. 

Istotnie przez czas długi nie podniósł się 
nasz autor ani w wyborze tematów, ani w spo- 
sobie ich wykonania, a w niektórych utworach 
stanął niżej nawet pod tym lub owym wzglę- 
dem w porównaniu z komedyą „Przed ślubem**. 
Dość sobie przypomnieć pomysły i obrobienie 
takich utworów jak „Złe ziarno** (1876), „Dama 



— 2B7 — 

treflowa" (1878), ^Artykuł 264« (1879), „Pani 
podkomorzyna" (1880), ^Lis w kurniku" (1885), 
ażeby nabrać przekonania, że zakres obserwacyi 
autora rozszerzy! się wprawdzie, że skutkiem 
tego realizm w przedstawieniu szczegółów ży- 
oia wzmógł się znacznie, że zręczność sceni- 
czna, umiejętność użycia efektów się spotęgo- 
wała; — ale zarazem, że pomysłowość nie za- 
iaśnit^a tu nowym blaskiem, że charaktery nie 
nabrały większej wyrazistości psycholo^znej 
i jedynie zewnętrznemi cechami silniej się od 
siebie wyróżniały, że styl wreszcie ulegał róż- 
nym fluktuacyom, lecz naogół świetniejszym nie 
został, a niekiedy popadtJ znowu w zaniedbanie. 

W „Złem ziarnie" pomysł zasadniczy, poko- 
chanie się ojczyma w pasierbicy, nie należy by- 
najmniej do zakresu komizmu, poprowadził też 
do zamiaru samobójstwa i tylko forsownie zo- 
stał od tego dramatycznego rozwiązania wyswo- 
bodzony. Komiczną stronę stanowią tu niektó- 
rzy pretendenci do ręki owej pasierbicy, a zwła- 
szcza niefortunny hr. Fajtaszko. 

„Dama treflowa" istnieje głównie w tytule, 
bo w intrydze pani Zofia żadnego właściwie 
nie bierze udziału; mówi się dużo o jej złym 
wpływie na losy rodziny Marcińskich, ale w akcyi 
przed widzami ten jej czarny charakter wcale 
się nie uwydatnia. Mamy tu tylko zwykłą histo- 
ryę życia nad stan i wdawanie się w przedsię- 
biorstwa przemysłowe bez znajomości rzeczy. 

Nasza literatura dramatyczna. T. U. 17 



— 2B8 — 

Parę soen komioznych na wieczorze literackim, 
zabawna figura archeologa są ozdobą tej sztuki. 

^Artykuł 264** jest grubą farsą, która hała- 
sem na scenie, niewybrednemi konceptami i ka- 
rykaturalnością niektórych figur (Kasper Turoza 
rejent prowincyonalny, pani Kokszowa), zaba- 
wnemi zajściami i t. p. zyskała sobie powodze- 
nie, ale która wartości psychologicznej oo do 
charakterów nie posiada wcale, bo nawet głó- 
wny pomysł sprowadzenia do domu wytwornej 
i lubiącej spokój wdówki, jaką jest Joanna, ta- 
kiego towarzystwa jak Turcza i Kokszowa, jest 
w wysokim stopniu nieprawdopodobny. Zywośó 
i urozmaicenie akcyi ma tu główne znaczenie. 

;,Pani podkomyrzyna** jest komedyą history- 
czną, w której komizmu jest bardzo niewiele, 
a historyi tyle, co w kostiumach, tytułach i wy- 
padkach zewnętrznych. Myśl nawiązania nanowo 
strun serdecznych, zerwanych wskutek wyjścia 
za mąż za bogatego starca, i to z mężczyzną 
czującym swą godność, za pośrednictwem upo- 
korzenia jego miłości własnej, mogła byó obrana 
chyba przez kobietę podstarzałą, zmysłowo je- 
dynie żyjącą, a nie przez młodą, uroczą i do- 
wcipną wdówkę, jaką miała być pani podkomo- 
rzyna. 

„Lis w kurniku^ jest trafnym, choć nieco 
rozwlekłym obrazem stosunków małomiasteczko- 
wych, wzajemna zawiść ludzi jednego fachu, 
intrygi aptekarza, głupota młodzieży, niezręczna 
zalotność kobiet, plotki, rywalizacye i i d. są 



— 2B9 — 

dobrze odmalowane na tle starań warszawiaka 
o wyszukanie sobie posażnej żony, w czem mu 
przeszkadza dawna jego miłość, platoniozna zre- 
sztą, do żony kolegi szkolnego, a obecnie re- 
jenta, miłość, która w duszy sentymentalnej ko 
biety pozostawiła ślady głęboko i o mało oo 
tragicznie się nie zakończyła. 

W powyższem wyliczeniu opuściłem naumyśl- 
nie jednoaktówkę: „Spudłowali" osnutą na tle 
dziejowem walki flamandów z rządem hiszań- 
skim w XVI wieku. Jest to krotochwila wesoła, 
pełna wdzięku, nadzwyczaj zręcznie przeprowa- 
dzona, a choć taka lekka z pozoru i treści, za- 
wiera przecież błyski myśli głębszych i budzi 
Uczucia szlachetniejsze. O ileż ona wyższa po- 
mimo swych drobnych rozmiarów, od „Arty- 
kułu 264" !... Tu estetyk i psycholog nic niema 
do zarzucenia i składa dzięki komedyopisarzowi, 
że mu nastręczył parę chwil czystej i prawdzi- 
wej przyjemności duchowej. 



3. 

Najdojrzalsze pod względem myśli i obrobie- 
nia komedye Zalewskiego datują się od r. 1883. 
Wielostronna rozwaga nad dzisiejszymi stosun- 
kami społecznymi , pilna obserwacya objawów 
życia, doświadczenie zdobyte całym lat szere- 
giem pozwoliły autorowi objąć okiem szersze 
widnokręgi i wniknąć poza powierzchnię pozo- 

17* 



— 260 — 

rów. Franouzoy komedyopisarze, a mianowicie: 
Emil Augier i Aleksander Dumas syn, dostar- 
ożyli Zalewskiemu wskazówek, jak kwestye spo- 
łeozne w utworze scenicznym traktować, lecz 
wątek rzeczowy brał on z własnych spostrze- 
żeń i z własnego zastanawiania się nad swem 
otoczeniem. Jako artysta musiał korzystać z przy- 
kładu tych, którzy w stwarzaniu charakterów, 
w prowadzeniu intrygi, w kreśleniu sytuacyj, 
w dyalogu i dowcipie przewyższyli wszystkich 
komedyopisarzy spółczesnych ; jako człowiek, 
myślący o swem społeczeństwie, jego wady, sła- 
bości i śmieszności miał na względzie, pragnąc 
być malarzem swojego czasu. 

Wybrał kilka stron życia wydatnych, budzą- 
cych żywe zajęcie, stanowiących zagadnienie 
chwili i te z wielką werwą, niepospolitą bystro- 
ścią, a nieraz z prawdziwym dowcipem i komi- 
zmem odtworzył. Stosunek różnych klas ludno- 
ści do sprawy wyborów ma miejsce wydatne, 
stosunek żydów do rdzennej ludności w małżeń- 
stwach mieszanych, udział Niemców w gospo- 
darce społecznej i w naszem życiu towarzyskiem : 
oto trzy główne zagadnienia, które Zalewski 
w najlepszych komedyach swoich z wielkiem po- 
wodzeniem i wielkim talentem rozwinął. 

W młodzieńczej swej pracy: „Z postępem" 
nie szczędził barw czarnych w malowaniu prze- 
biegłości i bezczelności żydowskiej i baron Sil- 
ber był tam typem giełdziarza, który w środ- 
kach nie przebiera, byleby się zbogacić; nic go 



'■ ■■n*'"» '^i łT"*^ 



— 261 — 

nie obchodzą honor i sumienie, byleby tylko na 
kryminał nie zasłużyć. W utworach później- 
szych użył autor więcej środków cieniowania, 
by wykazać różne stopnie giętkości sumienia, 
zarozumiałości, śmiesznostek kupieckiego hono- 
ru, wreszcie uczciwości, rozumu i szlachetności. 
Bozumem i względną przynajmniej uczciwo- 
ścią wznosi się nad całą rzeszę prezes Pomper 
(w komedyi „Górą nasi"), który sam własną 
pracą, sprytem, niepospolitemi zdolnościami, zdo- 
był sobie wielką fortunę, wykształcił się fachowo, 
nabył ogłady, przyjmowany jest w najlepszych 
towarzystwach, trzęsie kolejami i towarzystwami 
kredy to wemi, sięga nawet po najwyższą dostę- 
pną w danych warunkach godność. Arbitralność 
jego nie znosi żadnych ograniczeń, żadnej opo- 
zycyi, prócz chyba pozornej, służącej jedynie do 
wykazania jego rozumu i wspaniałomyślności. 
Doskonały on jest, gdy daje rozporządzenia dy- 
rektorowi co do przebiegu posiedzenia niby — 
akcyonaryuszów, a właściwie zależnych od niego 
urzędników. Przewidziana tam jest opozycya, 
z jaką głęboką ironią powiada o przedstawicielu 
tej opozycyi: „jasny blondyn, wąsy zwisłe, mó- 
wi z takiem przekonaniem; moźnaby przysiądz, 
że on proponuje naprawdę !" A potem każe mu 
polecić, żeby szczególniejszą uwagę zwrócił na 
jeden z paragrafów taryfy przewozowej : „Niech 
przemawia — powiada — w imieniu obywatel- 
skiem, żądając obniżenia, tylko niech za bardzo 
nie ściska! Ja wtedy wypowiem dłuższą mowę 



— 262 — 

o roli i poparoiu ziemiaństwa i obniżymy cenę 
transportu pszenioy i żyta o 72 kopiejki na stu 
pudaoh — odbijemy się za to na okowioie i na 
cakrze". 

Albo jak pięknie rozdziela gratyfikacye ! So- 
bie, jako prezesowi, przeznacza tylko 30.000, 
wiceprezesowi 16.000, dyrektorom, członkom ko- 
mitetu po 8000, zarządowi i biura razem 10.000, 
ale z nich połowę weźmie szef biura, oponent 
dostanie 300, a inni po 160, 26 i 10 rubli. Dba 
przezorny prezes i o prasę, bo „ta hałastra za- 
wsze plam na słońcu dopatrzy!" j)Tym — po- 
wiada do dyrektora — którym można, zatkaj 
pan gardła truflami i szampanem, z wybitniej- 
szymi ja pogadam !** 

Do takich wybitniejszych dziennikarzy na- 
leży Maryan Dolski. Tego Pomper pozyskać so- 
bie nie potrafił o tyle, ażeby go we wszystkiem 
popierał; lecz zdołał go przekonać o swoim ro- 
zumie i pożytku, jaki działalność jego przynieść 
może. Długa pomiędzy obudwoma dyskusya nie 
ma co prawda charakteru dramatycznego; za- 
wiera atoli dużo myśli zdrowych i zaintereso- 
wać może w wysokim stopniu pomimo swojej 
rozciągłości. Jest to rozmowa prawdziwa dwu 
ludzi, którzy istotnie mają coś do powiedzenia, 
z których każdy ma właściwe argumenta zmu- 
szające do rozwagi. 

W sprawie wyborów przepadł wprawdzie 
Pomper pomimo użycia wszelkich rozporządzal- 
nych środków, pomimo spółdziałania takich obro- 



— 263 — 

tnyołi spekulantów, jak Szwindelman; porażka ta 
wszakże w niozem nie osłabiła potęgi króla ko- 
lejowego; on wpływowym pozosZe, a nawet 
groźnym okazaó się może. Na niego nie oddzia- 
ływa nawet ńmiesznośó. Żona jego Hersylia po- 
rozumiewała się z kochankiem za pomocą tele- 
fonu; sprawa ta się wykrywa, lecz Pomper ró- 
wnowagi umydowej nie traci: on jest wyż- 
szym nad takie bagatele i wie', że gdy on 
zechce, żona jego będzie przyjmowaną w naj- 
pierwszych salonach; wszelkie pozory zostaną 
ocalone. 

Jednem słowem, jest to postać w wielkim 
stylu pomyślana i bardzo dobrze przez ciąg 
akcyi przeprowadzona. Takiej , któraby się 
jej równała, niema drugiej w repertoarze Za- 
lewskiego, a i wśród figur u innych na- 
szych komedyopisarzy zatrzyma naczelne swe 
miejsce. 

Na niższej skali pod względem inteligencyi 
i znaczenia, ale wyżej pod względem uczuć 
sympatycznych, jakie budzi, stoi stary Antoni 
Apfel; umysł jasny, trzeźwy, zdający sobie spra- 
wę ze wszystkich stosunków, rozumiejący uprze- 
dzenia do ochrzczonych żydów, nie łudzący się 
bynajmniej co do wyjątkowości swej pozycyi. 
JeżeU zezwolił na małżeństwo swego syna Er- 
nesta z córką zbankrutowanej szlachty, to dla- 
tego tylko, że Ernest naprawdę pokochał Zofię 
i tylko w związku z nią widział swe szczęście. 
Przewiduje on, że niezbyt pomyślnie rokować 



— 264 — 

można o pożyoiu małżeńskiem mało dobranej 
pary, zwlaszoza, że przy niej zamieszkali znaro- 
wieni dawniejszem życiem rodzice Zofii; nie bie- 
rze atoli stąd pochopu do drażnienia tego sto- 
sunku. Znamiennem jest jego wyrażenie, gdy się 
rozstaje z Ernestem: „Uściskaj żonę ode mnie!., 
albo tylko ukłoń się jej pięknie!"... 

W uczuciu uczciwości stoi na stanowisku ku- 
pieckiem; ponieważ nie zbankrutował podstęp- 
nie, to choć wierzyciele otrzymają mały zale- 
dwie procent, on nie będzie czuł wyrzutów su- 
mienia; dla siebie na drogę zabiera tylko 2000 
rubli. Syn jego ma w tej mierze subtelniej sze 
poglądy : wyrzeka się on swego osobistego ma- 
jątku dla pokrycia długów ojcowskich. Intere- 
sująca jest z tego powodu rozmowa pomiędzy 
ojcem i synem. Z początku traktuje stary Apfel 
postępek Ernesta jako niedorzeczność, bo do ta- 
kiego postępowania nie przywykł w sferze swo- 
jej ; ale daje się zwyciężyć wywodom syna, bo 
i w nim grunt jest szlachetny i uczciwy, tylko 
zachwaszczony nieco praktyką robienia pienię- 
dzy bądźcobądż. 

Po tych dopiero postaciach wyróżniających się 
rozumem albo uczciwością, możemy mówić o ca- 
łym szeregu większych lub mniejszych Geldha- 
bów, czcicieli złotego cielca, zarozumiałych lub 
śmiesznych, ukształconyoh lub ledwie przetar- 
tych w świecie, a pragnących zdobyć sobie po- 
zyoyę towarzyską przez wydawanie swych oó- 



— 26B — 

rek za zrujnowanych paniczów. Mamy ta całą 
dość długą skalę stopniowań bogactwa i śmie- 
szności, poczynając od wielkiego Effroimo wiozą; 
przed którym gną się karki wszystkich wzbo- 
gaconych , przechodząc po przez Łimburgów, 
Stockfindlów, Szwindelmanów, a kończąc na 
Griindbrustach i Kobsolmach. Każda z tych fi- 
gur staje przed nami jakby żywa z drobnemi 
swemi a charakterystycznemi właściwościami, ka- 
żdej uczciwość da się zakwesfcyonować, każdej 
spryt w robieniu interesów jest znaczny, do- 
póki nie zaślepia jej miłość własna i żądza wy- 
niesienia się. 

Istotnie pod względem towarzyskim są oni 
nieszczęśliwi. Bzadko tam wśród nich pojawi się 
hrabia Janusz, żeniący się wprawdzie z wyra- 
chowania, lecz szanujący swą żonę i używający 
zwiększonych posagiem jej bogactw na rzecz 
podniesienia dóbr swoich, na rzecz ekonomi- 
cznego przynajmniej dobrobytu. Równie rzadko 
znajdzie się Stanisław Horski, który z prawdzi- 
wej miłości zapragnie związku z córką Łimbur- 
ga, a posądzony wskutek niezręcznej interwen- 
cyi przyjaciela o interesowność, cofnąć się widzi 
zmuszonym. 

Natomiast kręcą się tu wciąż baronowie han- 
dlujący cygarami, winem, koniakiem, który wpy- 
chają bogaczom dlatego nieraz, ażeby pochwy- 
conej przez siebie tajemnicy nie zdradzićj kręcą 
się urwisy wielkoświatowe w rodzaju Anatola 
hr. Pimbeche, Bolesława Wielohradzkiego, Ale- 



— 266 — 

ksandra Stężyokiego, hr. Karola i t. p., którzy 
lubią jadać smaczne obiady, palić drogie oygara, 
grać grubo w karty, mieć kosztowne koohanki, 
a nie mają na to pieniędzy. Są to moralnie 
zgangrenowane istoty, bez poczucia godności ' 
własnej, a tem bardziej bez jakiejkolwiek głęb- 
szej moralnej zasady. 

A i kobiety do towarzystwa Geldhabów owych 
należące mają wszystkie prawie jakąś skazę na 
swej reputacyi. Można je określić tak, jak Ale- 
ksander Dumas określił swój „półświatek" : są 
to nieraz bardzo piękne i bardzo okazałe brzo- 
skwinie, na których jednakże dobrze poszu- 
kawszy znaleźć można jakąś większą lub mniej- 
szą plamkę, która owoce te od prawdziwie 
wyborowych, bez żadnej plamki, stanowczo wy- 
różnia. 

Pierwszy raz takie bardzo mieszane towa- 
rzystwo wraz z odpowiednimi obyczajami (swo- 
bodni aż do wyuzdania słowa i giestu, kochan- 
kowie i kochanki z nudów, oszołomianie się 
wszelkiego rodzaju środkami i t. d.) wprowadził 
Zalewski we „Friebem" (188B), gdzie przedstawił 
rozstrój moralny i materyalny w drugiem poko- 
leniu przemysłowców, które się już z zuboża- 
łemi hrabiami zaznajomiło i tryb ich życia na- 
śladować zapragnęło. Jedna z osób tej komedyi, 
baron od cygar i koniaków, określił różnice tego 
towarzystwa od wyborowego. „Tutaj — powiada — 
jest pokój bawialny, sala balowa, ale niema sa- 
lonu; jest przepych, ale niema komfortu; jest 



■■■ ł. 



— 267 - 

zebranie, ale uiema towarzystwa ; są panie i ko- 
biety, ale niema dam... Dla nas to są odcienie 
niezmiernie widoczne, chwytamy je na pierwszy 
rzut oka... Człowiekiem z towarzystwa, damą 
trzeba się rodzić... Ukłon, powitanie, pożegnanie, 
nśmiech, sposób siadania, jedzenia, chodzenia, 
nawet zrobienia impertynencyi — wszystko to 
już z krwią się odziedzicza i żadna gawemantka 
tego nie nauczy... Kobieta może wydać bal, tylko 
dama umie przyjąć na five o'clock tea; kobieta 
może się wystroić, tylko dama umie się ubrać; 
kobieta może być piękną, ponętną, tylko dama 
może być urocząc. Baron wzic^ tylko na uwagę 
stronę zewnętrzną, powierzchowną i tę po swo- 
jemu odmalowuj; ale o wiele ważniejsze różnice 
są pod względem moralnym: w tym światku 
brak powagi moralnej, brak głębokiego, szcze- 
rego, serdecznego uczucia, brak zasieid uczciwo- 
ści, brak poczucia obowiązku. I charakterystyka 
ta nie odnosi się bynajmniej do mieszczaństwa 
wzbogaconego, lecz wogóle do społeczeństwa, 
jakie wytworzyły stosunki najnowsze. IŁozalia, 
kobieta dawnego autorametu, ma zupełną słu- 
szność wobec lichego spekulanta szlachcica Po- 
niewskiego, gdy przygnębiona upadkiem fabryki, 
którą mąż wzniósł pracą i uczciwością, powiada: 
^Do szczęśliwego, zamożnego domu fabrykan- 
tów przygarnęliśmy pana, obdłużonego na małej 
wioszczynie szlachcica, płacąc za twój herb 
i nazwisko, boś nam nic więcej nie dał — ser- 
cem, majątkiem i zaufaniem. Serce podeptałeś 



— 268 — 

pan, majątek mojej córki straciłeś, zaufanie, ach, 
zaufanie ! Wprowadziłeś do fabryki niemca, który 
nas nienawidzi i rujnuje! Dom mój otworzyłeś 
dla wyrzutków i wyzyskiwaczy, tłomacząc nam, 
że to wielki świat ! Potomek szlachetnych i uczci- 
wych, wprowadziłeś mojego syna na drogę hańby, 
a sam, kryjąc się pod płaszczykiem przemy- 
słowca, narażasz na to samo własne nazwisko, 
bo zmierzasz prosto do bankructwa^. 

Takie to okazy społeczne wypełniają najle- 
psze komedye Zalewskiego. Jest w nich surowa 
satyra społeczna, wolna od jednostronności, ce- 
niąca ludzi miarą dobra publicznego. 

Artystycznie tylko biorąc, najwyższą, naj- 
dowcipniejszą i najwięcej scen prawdziwie ko- 
micznych zawierającą, z wdziękiem francuskim 
przeprowadzoną jest komedya ;,Nasi zięciowie^ 
(1886). Sytuacye są tu świeże, bo wprost z ży- 
cia wzięte, niektóre pomysły komiczne (uwia- 
damianie kochanka za pośrednictwem krawatów 
wiązanych mężowi, ligura Pembecha, a zwła- 
szcza scena wymówek, robionych żonie i prze- 
platanych mimowolnie poddawaną sobie nutą 
piosnek operetkowych, scena wejścia EflEroimo- 
wicza) należą do najoryginalniejszych w naszej 
dramaturgii. Powagą uczucia moralnego, kil- 
koma figurami dodatniemi, obok zręcznie prze- 
prowadzonego wątku akcyi odznacza się : „Mał- 
żeństwo Apfel" (1887). 

Utwory te wzbogaciły naprawdę naszą lite- 
raturę nie tylko dobremi sytuacyami, nietylko 



- _ 269 — 

zręozną kombinaoyą znanyoh oharakterów i sto- 
sunków, ale także wydobyciem na jaw postaoi 
nowych, scen świeżych, tętniących życiem, od- 
tworzonych*po raz pierwszy. 



Z krotochwilą: „Oj mężczyźni! mężczyźni !** 
(1890) załatwię się krótko, aby przejść do zu- 
pełnego jej przeciwieństwa, do dramatów. 

Krotochwilą owa schodzi do sfery moralnie 
najniższej, wyjątkowo tu przez Zalewskiego tra- 
ktowanej, do sfery „cór wesołych", drwiących 
otwarcie z wszelkiej moralności. Zabawne przy- 
gody wywołane trzema listami jednej z cór ta- 
kich (Amelii Tichard), wypełniają cztery akty 
sytuacyami grubo komicznemi, w których dwu- 
znaózniki, nieporozumienia i swywola luzują się 
wzajemnie. Zasadniczy pomyd zjechania się kre- 
wnych do domu starego a bogatego kawalera 
jest jakby równoważnikiem pomysłu, zawartego 
w „Attykule 264^ tak dalece, że też same wy- 
wołuje hałasy w domu niegdyś cichym, i że fi- 
gura rejenta tu występuje w kształtach gada- 
tliwego adwokata, który nawiasem powiedzia- 
wszy, najwięcej wewnętrznego przedstawia ko- 
mizmu, gdy pociągnięty pięknością Amelii, która 
mu się jako guwernantka przedstawia, pomimo 
wszelkich późniejszych wyjaśnień, trwa w za- 
miarze wzięcia u niej kilku lekcyj... 



■^ 



— 270 — 



Od tej farsy przeskok do drar «inel- 

ki, ale zrobić go muszę, ażebym w^ ^«.«.j, jak 
umysł komedyopisarza jest giętki 'iv:£~.TOtny, 
gdy mu bez wielkiej trudności przychodzi już 
to przyglądać się brutalnym scenom cyrkowca- 
siłaoza nachodzącego dom kochanki, już to pie- 
ścić wspomnieniami artystycznie pięknej nawet 
w bachanaliaoh Hellady, już to boleć wraz ze 
skazańcami inkwizycyi weneckiej, już też za- 
glądać w tajniki dusz spółczesnych, które trawi 
newroza zawiedzionej miłości czy niezaspokojo- 
nej chuci. 

Najdawniejszy dramat Zalewskiego: „Marco 
Foscarini" pojawił się w druku r. 1877 (w Ty- 
godniku ilustrowanym^), ale na scenie dopiero 
w 1889. Podyktowało go autorowi szlachetne 
oburzenie na gwałty i nikczemności, popełniane 
przez tajemny trybunał wenecki, który nieje- 
dnokrotnie pod pozorem dobra publicznego speł- 
niał akt zemsty prywatnej, pobudzony ku temu 
przez jednego ze swych członków. Takim obłu- 
dnikiem jest w dramacie Zeno Banieri, prezes 
Bady dziesięciu w Wenecyi, który Marca Fos- 
cariniego, mającego stosunek miłosny z jego 
żoną Katarzyną, obwinił o zdradę kraju, a tajne 
porozumiewanie się z posłem hiszpańskim, i na 
śmierć skazał. Sympatyczna jest niewątpliwie 
postać Marca; jego miłość i mężne znoszenie 
tortur, pogoda umysłu okazywana w więzieniu 
zjednać mogą mu serca; do bohaterstwa atoli 
tragicznego nie dorósł. Jakiekolwiek względy 



— 271 - 

kieł :..iir6m, że w działalnońoi Marca po- 

przeste^oibyiko' na dotknięciu jego stosunków 
prywatnych, stało się to niepomyólnem dla zna- 
czenia utworu. Nid bistoryę państwa, lecz histo- 
ryę alkowy mamy przed sobą. Marco ma narze- 
czoną, piękną, szlachetną, entuzyastyczną Blankę; 
kocha ją prawdziwem, glębokiem uczuciem, a ró- 
wnocześnie pala szałem zmysłowym względem 
Katarzyny Banieri. Nie chcąc kłamać, w chwili 
decydującej określa mniej więcej w powyższy 
sposób stosunek swój do niej — wobec niej sa- 
mej. Przypuścić potrzeba, iż Katarzyna nie miała 
nawet odrobiny miłości własnej i poczucia ko- 
biecej godności, ażeby się na taką rolę zgodzić 
i nie zawrzeć gniewem przeciw człowiekowi, 
który zanim ją zdobył, inaczej przecie mówić 
do niej musiał. Ładna jest rozmowa Katarzyny 
z Blanką, która przyszła ją błagać, by wszel- 
kich użyła środków dla ocalenia, ale czuje się 
w niej sztuczność, brak podstawy psychologi- 
cznej. Mało też jest prawdopodobieństwa w przed- 
stawieniu usiłowań mających na celu uratowa- 
nie Marca, co się ostatecznie nie udaje. Pomimo 
jednak te słabe strony wątku i jego rozwinięcia 
nastręcza ten dramat wiele myśli podniosłych, 
wiele rozmów pięknych, a w stylu panuje szla- 
chetna prostota, która nic na dobitności nie 
traci, lubo od patetyzmu jest daleka. O jakiejś 
rywalizacyi z weneckiemi dramatami Byrona, 
autor oczywiście nie marzył. 

Z roku 1888 pochodzi komedya p. t. „Syno- 



— 272 — 

wie bogów", osnuta na tle najświetniejszej doby 
życia Greoyi starożytnej, a w szozególnoici Aten 
za czasów Peryklesa. . Znam tylko 5 obrazów 
tego utworu, w którym Zalewski, jak sam po- 
wiada w prologu, nie krępując się formą ;,8kla- 
dał sceny luźne". Starał się w nich przedstawić 
ten bujny rozkwit działalności na wszystkich 
kierunkach, jaki przedstawia nam owoczesna Hel- 
lada. Umiejętność rozkoszowania się życiem 
i wychylania puharów błogości z artystycznym 
wdziękiem, obok zajmowania się naj ważniej szemi 
i naj trudniej szemi zagadnieniami filozofii; sofiści 
i heretycy, Sokrates i Ksantypa, Alcybiades 
i Klistenes, nadmiar żywotności i sceptycyzm, 
obrzędy święte i igrzyska teatralne, komedya 
i polityka, archontowie i niewolnicy — wszystko 
to w szybkiej kalejdoskopowej zmianie przesu- 
wa się przed oczyma naszej wyobraźni i cza- 
ruje właściwym Helladzie urokiem. Nie powiem, 
żeby wszystkie sceny były z jednakowym talen- 
tem wykonane; niektóre są pospolite i prozai- 
czne, ale cały akt 1-szy, obrazujący uwielbienie 
powszechne, jakie budzi ku sobie młodzieńcza, 
pełna werwy i fantazyi postać Alcybiadesa wy- 
bornym nazwać można. 

Doświadcza się niemal fizycznego bólu, gdy 
z tych ogrodów i placów publicznych zapełnio- 
nych przecudnymi posągami i wesołemi świąty- 
niami, przenieść się myślą wypada do smu- 
tnych, ponurych, troską i zgryzotą przeniknię- 
tych izb i salonów świata dzisiejszego, jak je 






- 273 — 

nam we fragmencie komedyi ;,Królowa-Opinia" 
(1890), w „Prawach serca" (1892), w ;,Jak my- 
ślicie'' (1894), w „Łotrzycy" (1896) i w „Synu" 
(1896) przedstawia Zalewski. Zamiast rozkoszo- 
wania si^ życiem — bolesne rozpamiętywanie 
kilka chwil upojenia; zamiast swobody ruchów 
i działania — zegarkowe następstwo zajęć, do 
których nawet posiłek zaliczyć trzeba, bo i tu 
nie ma spokojnej, niezatrutej troską biesiady, 
ale tylko wymagane koniecznością organizmu 
i potrzebą sił do pracy, wypełnianie strat fizycz- 
nych poniesionych przy robocie; zamiast uczuć 
naturalnych, instynktowych — chorobliwe po- 
pędy i wstręty, bezmyślny flirt i wzajemne oszu- 
kiwanie się; zamiast przekonań szczerych — 
obrzydHwy frymark niemi za pieniądze. 

Ludwika Wirska, córka zubożałej rodziny 
(„Prawa serca"), pokochała Leopolda Wermera 
i oddała mu się duszą i ciałem. Po dwu latach 
Wermer, chcąc mieć utrzymanie pewne i stano- 
wisko niezależne, postanawia się ożenić z bo- 
gatą swą kuzynką Anetą, a Ludwice proponuje, 
żeby została nadal przy jego boku. Z pogardą 
odrzuca propozycyę tę ambitna dziewczyna, a 
chcąc się kształcić, przyjmuje pomoc pieniężną 
Anety. Po siedmiu latach zostaje doktorką me- 
dycyny; wezwana do chorego dziecka Anety 
przyjeżdża do jej domu i spotyka się ponownie 
z Leopoldem, który j^ swą niezagasłą miłość 
w namiętnym wybuchu objawia; na co mu Lu- 
dwika odpowiada: ;}Pan życie obłudy i fałszu 

Masza literatura drarautyczna. T. II. 18 



— 274 — 

ciągniesz dalej; zbrodnię podeptanego uczucia 
życie mści na tobie w rozstroju nerwowym, 
który potęguje się w twojem dziecku. Ekscytu- 
jąc się coraz więcej, przechodzisz pan przez sza- 
lone orgie, chcąc galwanizować podnieceniem 
instynktów zwierzęcych pozorne namiętności 
człowieka. Nie, panie Wermer! nie myl się w po- 
jęciach o sobie i o mnie. Ja cię nie mam za 
człowieka, ani siebie za padlinę do pożarcia dla 
dzikich zwierząt przeznaczoną. Przeszłość dla 
mnie umarła, choć po niej dźwigam krzyż po- 
kuty. Do pana nie nienawiść czuję, ale wstręt". 
Atoli gdy Leopold ostatecznie zdeterminowany 
zażywa truciznę, by kres położyć swoim cier- 
pieniom i gdy kona, powiadając wobec Lu- 
dwiki, że ją jedną tylko kochał i że dla niej 
umiera, ona powiada: „moje serce z nim razem 
umarło". Ludwika byłaby bardzo dobrą i kon- 
sekwentną figurą, gdyby nie to ostatnie wyra- 
żenie. Prawda, twierdzą niektórzy badacze, ie 
ślad pierwszego stosunku z mężczyzną pozostaje 
w kobiecie pod względem fizycznym bardzo 
długo i odradza się nawet w dalszem, zupełnie 
odrębnem potomstwie; ale psychologicznie tru- 
dno jest przypuścić taką trwałość pierwszego, 
brutalnie zdeptanego uczucia. To, co Leopold 
zdenerwowany baje o słojem sercu, może być 
pominięte lekceważąco, bo zdaje się, że on zgoła 
nie wiedział, co to serce; ale słowa Ludwiki 
^uszą mieć poważne znaczenie, bo i cała po- 



— 276 — 

staó jest poważną. Śmiało je mógł opuścić autor' 
gdyby mu o tytuł utworu nie chodziło. 

Komedya „Jak myślicie^, przedstawiona w r. 
1894 na scenie krakowskiej, jest oryginalna w za- 
sadniczym pomyśle. 

Na wieczorze zaręczynowym goście flirtują 
zawzięcie. Gospodarz domu, Józef Chormisze- 
wski, chcąc nadaó inny zwrot myślom swoich 
gości, opowiada im historyę o wielkiem zna- 
czeniu pieniędzy, w pogoni za któremi „topnieje 
szlachetny kruszec zasad, przekonań i wierzeń, 
łamią się serca, pochylają się głowy"; dowo- 
dzi, że „w dzisiejszych czasach, kiedy opinia 
publiczna upada i frymarczy jak ostatni kra- 
marz wybrakowaną tandetą obłudy, trzeba byó 
bardzo uczciwym, żeby nie zostać łotrem", W hi- 
storyi tej wystawił sam siebie i swoją rodzinę. 
Ale autor zamiast opowiadania daje obrazy, 
w których ludzie w miarę postępu lat starzeją 
się: jest to więc komedya w komedyi. Przypo- 
mina ten temat a po części sposób jego obro- 
bienia ;,Złote kajdany" Korzeniowskiego, Tu 
owe obrazy bogactwa i wszystkie zmiany, jakie 
/One za sobą pociągnęły jawią się we śnie urzę- 
dnikowi, dotąd zadowolonemu z miernego bytu; 
u Zalewskiego są one uosobionem i w ruch 
wprawionem opowiadaniem z przeszłości. Idzie 
ta o znaczny spadek, który otrzymał Chormi- 
szewski, ale do którego rościł pretensye Szym- 
czak, Ponieważ testamentu nie znaleziono, pre- 
tensye te nie mogły być uznane, a Chormisze- 

18* 



T 



I 



-" 276 — 

wski w spokoju sumienia używając bogactw, 
z litości tylko dawał od czasu do czasu zasiłki 
Szymczakowi. Nareszcie w starym kantorku, przy- 
niesionym przez Szymczaka, sam Chormisze- 
wski znalazł testament, zapisujący wszystko owe- 
mu biedakowi. Po krótkiej walce z sobą i z ro- 
dziną, oddaje cały swój majątek prawemu spad- 
kobiercy, ale tem zgoła nie wywołuje wdzięcz- 
ności, tylko wymyślania i grubijaństwa ze strony 
Szymczaka, do którego wszyscy się garną, gdy 
Józef wraz z rodziną popada w nędzę: przyja- 
ciele się odsuwają, narzeczony córki zaczyna się 
coraz rzadziej pokazywać, nareszcie matka jego 
doprowadza Teresę do zwrócenia pierścionka. 
W ostatnim obrazie, z prawej strony słaniając 
się Teresa pada na kolana, z lewej brat jej Zdzi- 
sław opiera się ramieniem o ścianę i skłania 
głowę zrozpaczony i przybity. Oboje zwróceni 
są ku ojcu, który obsuwa się z fotelu i woła: 
„Dzieci moje, dzieci! darujcie mi, przebaczcie! 
ja musiałem zostać uczciwym!" 

Po tem uosobionem i zobrazowanem opo- 
wiadaniu, wracamy znowu do sceny z aktu I-go. 
Józef zapewnia, że historya opowiedziana jest 
dziełem jego fantazyi, jako odpowiedź na py- 
tanie jednego z rozmówców, adwokata: ^czy ucz- 
ciwość w pewnych warunkach, ta zwykła, zdaw- 
kowa, codzienna, nie może się wznieść do he- 
roizmu — i jak ją świat wynagradza". A po- 
wód do obrania tego tematu formułuje w ten 
sposób: „Jesteście pokoleniem chorem, zdener- 



-> 277 — 

wowanem, histerycznem, dotkniętem manią ero- 
tyczną którą nicujecie na wszelkie sposoby. 
Wiarołomstwo, miłość dozwolona czy występna, 
oto jedyny przedmiot, jakim was karmią belle- 
tryści i towarzyskie rozmowy. Myślałby kto, że 
w życiu nie ma już nic po za tem, nad czemby 
pomyśleć i zastanowić się było warto. Rzuciłem 
wam inny temat do dyskusyi, a teraz moje za- 
danie skończone^. 

Temat wywołał istotnie dyskusye, charakte- 
rystyczne z tego względu, że pomiędzy flirtują- 
cem towarzystwem nikt się stanowczo nie oświad- 
czył za potrzebą oddania majątku, gdy go mo- 
żna było zatrzymać, zniszczywszy testament; a 
większość była za szukaniem jakiejś drogi po- 
średniej, jakicLś kruczków prawnych. Lecz do- 
wodem gruntowego zepsucia tego towarzystwa, 
a równocześnie najdotkliwszym sarkazmem ze 
strony autora jest podejrzenie, że pomimo za- 
pewnienia Józefa, historya testamentu była pra- 
wdziwa, tylko się nie tak zakończyła, jak on 
opowiadał. Wyrazem tej opinii jest adwokat Po- 
ksiewicz, który zapytany przez Józefa o zdanie, 
odpowiedział: „Głośnobym się do niego nie 
przyznał, ale tak po cichu powiem panu, że 
gdyby to wszystko było prawdą, to... to... 
dobrześ zrobił, żeś zniszczył ten testament**. 

To są ostatnie słowa komedyi, a niektóre 
okoliczności wskazują, że Poksiewicz miał za- 
pewne słuszność w swem przypuszczeniu... lecz 



^ 278 — 

świat nie przestanie u Józefa bywać, dopóki stać 
go będzie na świetne przyjęcia. 

Czy w „Synu", prócz nazwisk osób i nazw 
miejscowości, jest w charakterach i stosunkach 
coś takiego, coby wyłącznie znamionowało nasze 
postaci i nasze stosunki? Chyba tylko Fiszel, 
bo takiego źj^dka totumfackiego, bez którego 
prosty szlachcic czy hrabia obejść się nie może, 
u innych narodów spotkać byłoby trudno. Re- 
szta osób, pozmieniawszy nazwiska, mogłaby 
uchodzić za urodzoną, dajmy na to nad Se- 
kwaną. Takich utracy uszów, jak Ds^boradzki, 
Klaporzewski, Miedzowolski; takie wietrznice, 
jak Matylda; takie mężatki z kochanek, jak Ma- 
rya Baluszyńska; takich administratorów dbają- 
cych o swoją kieszeń, jak Polkiewicz, takich 
szlachetnych młodzieńców, co się jak Koresz 
kochają w mężatkach, znajdzie się niemało 
w całej Europie. 

Naturalnie można odpowiedzieć ... bo są ludźmi 
na pewnym stopniu cywilizacyi. Odpowiedź ta 
byłaby dobra, przynajmniej do pewnego stopnia, 
gdyby chodziło o typy; ale gdy idzie o chara- 
ktery indywidualne, jest ona bardzo niewystar- 
czająca. Nie dosyć bowiem malować ludzi na 
pewnym stopniu cywilizacyi; potrzeba ich je- 
szcze obdarzyć pewnemi odrębnemi cechami, 
jakie się wytwarzają wśród określonych stosun- 
ków etnograficznych i politycznych. Takich cech 
odrębnych trudno się dopatrzyć w wymienio- 
nych powyżej postaciach. — Lekkomyślność utra- 



— 279 — 

oyu8zów — powie kto może. Zapewne, lekko- 
myślaośó jest tą wadą, którą nam najczęściej 
zarzucano i którą sami sobie wytykamy. Atoli 
lekkomyślność ta, jeżeli ma charakteryzować Po- 
laka w szczególności, łączy się zazwyczaj z pe- 
wną dobroduszną nieopatrznością, z pewną mięk- 
kością serca. Tak zaś, jak się przedstawia w po- 
staciach Dęboradzkiego, Klaporzewskiego i t. d., 
t. j. z cyniczną efronteryą, z chłodem i wyra- 
chowaniem, z podstępem i łotrostwem, to nie 
ma znamion specyficznych i musi być uważana 
za wadę ogólną zepsutych z gruntu charakte- 
rów. Podobnież zalotność Matyldy nie jest wy- 
nikiem ani temperamentu, ani chwilowego za- 
pomnienia, lecz stanowi obmyślany z góry śro- 
dek w grze o pozyskanie lwiej części spadku 
po milionowym wuju. Marya Baluszyńska tak 
mało daje się poznać na scenie, iż o jej cha- 
rakterze właściwym nie można mówić szczegó- 
łowo; jest to figura ważna w intrydze korne 
dyi, ale jako charakter bardzo ogólnikowa. 

Syn jej, Jan Koresz, ma pewne cechy wyra- 
zistej indywidualności przy końcu sztuki. Młody, 
przystojny, ukształcony, pomimo braku obycia 
towarzyskiego, nie traci przecież kontenansu 
wśród wielkich panów, śmiano do nich przema- 
wia, a choć ma współczucie dla swego natural- 
nego ojca, któremu na starość przyszła chęć 
przyznać się do ojcostwa, nie myśli przecież 
ani korzystać z położenia, ani wyrzekać się swo- 
ich uczuć, jakie w długoletniem pożyciu po- 



— 280 — 

wziął względem swego ojczyma. Mniejsza ó bar- 
dzo słabe umotywowanie tych uczuć — o tern 
pomówię jeszcze niżej przy rozbiorze figury Ba- 
luszyńskiego — dośó, że one w nim istnieją 
i skłaniają do odrzucenia wielkiego majątku jak 
niemniej do wzgardzenia spóźnionej ofiary, jaką 
robi jego rzeczywisty ojciec, Jerzy Olkszycki. 

W nakreśleniu tego stosunku syna natural- 
nego do ojca leży świeżość pomysłu. Zwykle 
dawniej sceny takie w sposób 'rozrzewniający 
malowano, dużo mówiąc o głosie krwi i t. p. 
motywach. Zalewski z innej strony rozpatrzył 
i przedstawił ten stosunek. Co w rzeczywisto- 
ści może łączyć Koresza z Olkszyckim, który 
nigdy przedtem nie uznał za potrzebne zadość 
uczynić popędowi serca, widzieć i popieśoić syna? 
Żaden węzeł przyzwyczajenia, potężniejszy prze- 
cie od głosu krwi, nie łączył ich z sobą; trudno 
więc, ażeby naraz miał powstać i rozwinąć się 
jakiś serdeczniej szy stosunek między synem a 
zupełnie nieznanym mu ojcem. Sytuacya ta dała ko- 
medyopisarzowi sposobność do nakreślenia dwu 
scen zajmujących i naprawdę dramatycznych. 
Ale też same sceny, rozważane ze stanowiska 
swojskości, muszą być nazwane obojętnemi; zda- 
rzyć się bowiem mogły zarówno u nas, jak we 
Francy i lub w Niemczech. 

Zostawiłem na koniec osobistość Joachima 
Baluszyńskiego, którego interwencya zburzyła 
plany czyhających na spadek po Olkszyckim. 
Zdaje mi się, że autor niedostatecznie przemy- 



— 281 — 

ślał tę postać względnie do roli, jaką jej prze- 
znaczał. Gdy go widzimy raz pierwszy na sce- 
nie, wydaje się nara on piwoszem, spijającym 
bardzo ochoczo fundowane sobie kufelki, a ten 
rys naprowadza nas na mniemanie, że i w sto- 
sunku do swej żony, matki Jana Koresza, w sto- 
sunku do kapitału, jaki wraz z nią otrzymał, 
nie bez pewnej filuteryi przyjmował dobrodziej- 
stwo inwentarza, wniesionego przez Maryę wraz 
z synem. Ażeby mieó wygody i nie kłopotać się 
o to, skąd wziąć na utrzymanie rodziny, osło- 
nił zagadkową przeszłość żony, nie dopytywał 
się bardzo, kto był pierwszym jej mężem i z ja- 
kich źródeł płynął ów zasób pieniężny. Takie 
mniej więcej wyobrażenie ma widz o Baluszyń- 
skim, gdy nagle w ostatniej scenie pokazuje 
go nam autor jak zacnego poczciwca, który nic 
a nic się nie domyślał z przeszłości żony i który — 
niewiadomo dlaczego — zadawał sobie dużo 
trudu, a nawet „poświęceń" z powodu wycho- 
wania pasierba. Taka metamorfoza piwosza, ła- 
komie liczącego niewypite jeszcze kufelki, za- 
płacone przez kogo innego, na człowieka z go- 
rącem sercem i zdolnego do największych po- 
święceń, człowieka, którego pasierb ukochał 
całą duszą i woli jego niż wielkiego pana i wiel- 
kie bogactwa, jest zbyt nagła, zbyt mało przy- 
gotowana, iżby mogła wobec ściślejszej analizy 
wytrzymać krytykę psychologiczno- estetyczną. 
Czy Baluszyński jest w jakim rysie Polakiem 
specyalnie? Trudno mu to przyznać. 



— 282 — 

Ale może nadto wielki naoisk Uadę na po- 
trzebę zaznaczenia cechy etnologicznej; może 
dzisiaj, po tylu zmianach, jakim uległo społe- 
czeństwo, niezmiernie trudno pochwycić, a zwła- 
szcza odtworzyć te szczególne znamiona, które 
narodowemi łatwiej nazwać niż kategorycznie 
wymienić; nie nastaję więc już silniej na ten 
punkt, przedstawiwszy go jeno rozwadze czy- 
telników; ale zwrócić się mi wypada do mowy, 
w której stosunkowo najłatwiej i najwidoczniej 
wyrazić można właściwości pewnego społeczeń- 
stwa. Wprawdzie i tutaj wpływy cywilizacyjne 
obce działają w sposób ujednostajniający na 
wyrażanie uczuć i myśli; wprawdzie nowe po- 
jęcia i nowe stosunki wprowadzają dużo wyra- 
zów cudzoziemskich, wpływają na frazeologię, 
lecz bądź co bądź jeszcze te przymieszki nie 
są tak znaczne i nie rozpanoszyły się tak sze- 
roko, by miały wyrugować istotne znamienne 
cechy mowy mającej świetną przeszłość. Jeżeli 
ideałem naszym nie jest jakiś bezbarwny vola- 
ptik, to starać się winniśmy usilnie o zachowa- 
nie i przekazanie potomnym nie uszczuplonego, 
lecz owszem wzbogaconego skarbca języka. 

Byłoby niesprawiedliwością krzyczącą, gdy- 
bym o uszczuplanie tego skarbca obwiniał po- 
szczególne jednostki piszące. Wszyscy, co pi- 
szemy, musimy się przyznać do winy. Zamało 
zadajemy sobie trudu, by dokładnie poznać swój 
język i zawładnąć nim należycie. Starania nasze 
sięgają co najwyżej tak daleko, żeby przeciwko 



2a3 — 

gramatycznym i stylistycznym regułom nie wy- 
kroczyć. A nie baczymy na to, źe mogą byó 
w stylu naszym wszystkie wyrazy czysto pol- 
skie, mogą być zachowane wszystkie prawidła 
morfologii i składni, a mimo to zarówno tok 
mowy, jak jej barwa mogą trącić cudzoziem- 
czyzną. Po za literą języka istnieje duch jego; 
otóż przeciwko temu duchowi grzeszymy coraz 
częściej i coraz gorzej. Zamało czytamy pisa- 
rzów dawnych, zamało studyujemy język lu- 
dowy, zamało wogóle żywej przysłuchujemy się 
mowie; otrzaskujemy się natomiast z gwarą dzien- 
nikarską, która wszystkiemi kanalikami wchła- 
nia i roznosi cudzoziemczyznę; a sądząc, źe tern 
łatwiej przyswoimy sobie styl oryginalny, im 
więcej będzie odskakiwał od toku powszedniego, 
tracimy powoli poczucie właściwości i barwy 
językowej. 

Jeżeli w innych działach piśmiennictwa, po- 
sługujących się bardziej oderwanemi pojęciami 
niż plastycznemi obrazami, wykroczenia takie 
mniejszej są wagi; to w powieści i komedyi, 
malujących nam osoby żywe wraz z ich mową 
codzienną, stają się te wykroczenia raźącemi, 
gdyż tu dobór wyrazów i zwrotów daje nam 
poznać usposobienie, nastrój i stopień wykształ- 
cenia danej jednostki. Czasami jedno małe słówko 
może zaważyć na szali charakterystyki. Nie 
chcąc się wdawać w długie przykłady, posłużę 
się krótkiem objaśnieniem. Bliziński w kome- 
dyach swoich słówkiem: jest! w znaczeniu: 



- 284 — 

masz tobie! już wyjechał na swoim konika! już 
się zaczyna! i t. p. — umiejętnie i właściwie 
używając wyrażenia wziętego z mowy żywej, 
przekonywa nas, że mamy do czynienia ze swo- 
jakiem. Natomiast Kazimierz Zalewski, używa- 
jący chętnie frazesu: tu cię czekałem 
w znaczeniu: mam cię! złapałeś się we własne 
sieci! teraz z tobą zagram! — okazuje, że się 
oczytał komedyi francuskich i gotowy z nich 
frazes powtarza, frazes, który w naszym języku 
może mieć tylko swoje słownikowo-gramatyczne. 
znaczenie. 

Ze szczegółów składa się całość; z dobrze 
dobranych i należycie ułożonych wyrazów po- 
wstaje zwrot, zdanie, okres, byleby mieć żywe 
poczucie właściwości językowych, byleby napra- 
wdę przenieść się umysłem, sercem i wyobra- 
źnią w tę sferę, z której bierzemy swe osobi- 
stości. Klemens Junosza umie nadać tok i barwę 
mowy właściwej żydom naszym albo szlachcie 
zaściankowej, chociaż bardzo rzadko kaleczy 
właściwe brzmienie wyrazów, wie bowiem, że 
takie kaleczenie , jest najłatwiejszym wprawdzie, 
ale i najmniej estetycznym sposobem zaznacza- 
nia odrębności pewnej gwary. Ale czy wielu 
mamy dzisiaj Junoszów w naszem powieścio- 
i komedyo-pisarstwie? Znaczna większość po- 
sługuje się językiem i stylem nieraz świetnym, 
bezwzględnie biorąc, ale nie mającym toku pol- 
skiego i barwy swojskiej. 



286 



Zalewski miał dawniej szczęśliwe natchnie- 
nia, jeżeli dobrze wystudyował sferę, którą miał 
przedstawić; w ostatnich atoli komedyach swo- 
ich zbyt jednostajnie pokostowaną mową zaczął 
się posługiwać. W „Synu" tylko Fiszel napra- 
wdę się wyróżnia swą gwarą — w sposób zre- 
sztą bardzo pierwotny — a trochę Baluszyński 
w ostatniej scenie; wszystkie inne osoby: czy 
to będzie hr. Dęboradzki, czy plenipotent Pol- 
kiewicz, czy uniwersytecko wykształcony Ko- 
resz przemawiają podobnemi do siebie zwro- 
tami, gładkiemi, potoozystemi, poprawnemi pod 
względem składni, ale nie mającemi znamion 
ani ogólnie polskich, ani w szczególności je- 
dnostkowych. Bodaj, ze frazes kilkakrotnie po- 
wtórzony: idź do dyabła! jest najbardziej 
polskim w całej komedyi. 

Technice natomiast utworu p. Zalewskiego 
niewieleby zarzucić się dało. Bardzo dobrze 
i z werwą dramatyczną zaznajamia nas z cha- 
rakterami komedyi i ze sprawami, jakie mają 
wywołać kolizyą; stopniowanie w przeprowa- 
dzeniu tej kolizyi jest umiejętnie dokonane, a 
rozwiązanie jej efektowne. Każdy akt kończy 
się jakimś zręcznym zwrotem, mającym swe 
znaczenie w rozwoju walki dramatycznej. Mo- 
żeby tylko należało zauważyć, że w akcie pier- 
wszym usunięcie hr. Dęboradzkiego i całej słu- 
żby z jego mieszkania,^ ażeby Matylda mogła 
tam zajść i spotkać się z Koreszem^ oraz za- 



— 286 — 

puszczenie kurtyny przed doczekaniem się przez 
nią powrotu hr. Dęboradzkiego, niezbyt prawdo- 
podobną i niezbyt dobrze umotywowaną tworzy 
sytuację; w zwykłych warunkach życia byłaby 
ona wyjątkową. Wszystkie inne wydają mi się 
dostatecznie upowodowanemi i bardzo zręcznie 
ze sobą powiązanemi. 

Ostatnie utwory Zalewskiego wskazują pe- 
wne usuwanie się od wpływów francuskich, a 
przejęcie się wpływami skandynawskich i no- 
wszych niemieckich dramaturgów. Do dawniej- 
szego trzeźwego, zręcznego i dowcipnego wy- 
stawiania śmieszności i ułomności ludzkich przy- 
było trochę polotu fantazyi, trochę uczucia i su- 
rowości moralnej w ocenie zjawisk życia spo- 
łecznego. O poprzednich komedyach i drama- 
tach można było ogólnie powiedzieć, że obok 
wszelkich zalet obserwacyi, dowcipu, komizmu, 
brakło im poezyi, marzenia i uczucia. Można było 
do naszego autora zastosować słowa Honeggera 
wyrzeczone o Dumasie synu; ^Postaci jego wy- 
studyowane, całe malowidło przedstawia się jako 
przedmiot studyów. Ale w całości, w której prze- 
cież rozgrywa się dramat serdeczny, nie znaleźć 
gorącego i z pełni serca dobytego wylewu, nie 
znaleźć miękkiego lub namiętnego tonu, któ- 
ryby nam dowiódł, że sam autor odczuwał, lub 
któryby nas zmusił do odczuwania cudzych ra- 
dości lub bólów. Wszędzie tylko obserwaoya, 
którąbym nazwał prawie czyhającą, a w ka- 
żdym razie obrachowującą, a która bądź co 



L !■ «^ivr 



- 287 - 

bądź w kreśleniu skutków miłości między męż- 
czyzną i kobietą nieraz umie bardzo subtelnie trafić 
w istotą rzeczy". Rzeczywiście po świeźem od- 
czytaniu wszystkich utworów Zalewskiego utkwiła 
mi jedna wzruszeniem silnem drgająca mowa 
w „Damie treflowej" (monolog Zofii przy końcu 
sceny 4- ej aktu III) i to nie ta, którą autor 
pierwotnie napisał, lecz którą wstawił później 
dopiero. 

Co do poglądu moralnego, to zarówno w po- 
ważnych dra'matach, jak w komedyach, a jeszcze 
bardziej w farsach przeważała pewna, czasami 
zadaleko idąca pobłażliwość dla zdrożności ludz- 
kich, pewne prześlizgiwanie się po powierzchni 
jątrzących ran społecznych, mianowicie w dzie- 
dzinie erotyzmu, złośliwe lub sarkastyczne zby- 
wanie zdrożnych objawów dowcipem, gdzie- 
by je sui:owo napiętnować należało. Zbyt czę- 
sto bywał Zalewski Dumasem synem, zbyt rzadko 
Augierem. 

W najnowszych utworach znać pod tym 
względeni znaczną różuicę. W „Prawach serca" 
uczucie przemówiło tu i owdzie (w roli Ludwiki) 
wyrazem głębokiej namiętności; — w komedyi fan- 
tastycznej „Jak myślicie", w „Łotrzycy" i w „Sy- 
nu" silnie się zaznaczyła powaga sądu mo- 
ralnego. 

Technika, tak doskonała w najlepszych ko-> 
medyach Zalewskiego, że wyższej nad nią nie 
zaamy w naszej dramaturgii, osłabła tu i owdzie 
W ostatnich sztukach, zwłaszcza w „Prawach serca" 



I- 



; _ 288 — 



zapewne wskutek nowości pierwiastków, ja- 
kie weszJy do twórczości autora. Ale Zale- 
wski jest w pełni sił twórczych i potrafi nie- 
wątpliwie nowe nabytki z dawnemi harmonijnie 
połączyć. 



■ 11(9 U' 



XXIV. 
Edward Lubowski. 

To pokolenie młodzieży w Galicyi, do któ- 
rego należał Lubowski, obfitowało w różnoro- 
dne talenty literackie i artystyczne. Kształciło 
się ono wprawdzie pod wpływem szkół silnie 
zgiermanizowanych, nawet w samym Krakowie, 
słuchano w uniwersytecie wykładów tylko nie- 
mieckich między 1857 a 1860 — stąd pochodzi 
u wielu jego przedstawicieli niepoprawność ję- 
zyka, — ale odznaczało się wielką sprężysto- 
ścią i rzutkością umysłu, zagrzewało się w szla- 
chetnem spółzawodnictwie do pracy i ideałów, 
pragnęło gorąco odznaczyć się na polu działal- 
ności publicznej. 

Studenci uniwersytetu , uczniowie instytutu 
technicznego i szkoły sztuk pięknych w Kra- 
kowie, żyli ze sobą blizko w stosunkach przy- 
jacielskich i oddziaływali na siebie wzajemnie. 
WytwarzfiJ^a się tym sposobem atmosfera nau- 
kowo- artystyczna, niezmiernie przyjazna wielo- 
stronnemu rozwojowi uzdolnień. Szujski, Woj- 

Na:»za literalurd drumatyczu^. T. II. j[9 




— 290 — 

Ciechowski, Tarnowski, Bałaoki, Bełoikowski, Ko- 
ziebrodzki, Lubowski z jednej strony, a Matejko, 
Grottger, Leopolski z drugiej, — oto głośniej- 
sze nazwiska, które najprzód w tern gronie, a po- 
tem w całym kraju zasłynęły. Studya naukowe, 
zwłaszcza historyczne, rozległe poglądy na spra- 
wy obchodzące ogół, pomysłowość twórcza łą- 
czyły się tu i splatały z sobą nader ściśle, wy- 
wołując już to pogłębienie tematów, już to za- 
stosowanie środków artystycznych do powabniej- 
szego przedstawienia wyników badawczych. 

Nie znamy dobrze biografii Łabowskiego; 
nie wiemy dokładnie, w jakim najprzód rodzaju 
sił swoich próbować, gdy został spótpracowni- 
kiem „Niewiasty*, lub „Dziennika literackiego^; 
to jednak pewna, że i na niego wpłynęła silnie 
owa artystyczno-naukowa atmosfera, która tak 
głębokie i tak żywe w duszy jego pozostawiła 
wspomnienie. I on również studyom dziejowym 
się oddawał, pisząc i drukując rozprawę o Ma- 
ryi Leszczyńskiej, a to zamiłowanie do historyi, 
zwłaszcza do dziejów kultury i piśmiennictwa, 
przetrwało do dziś dnia i wydało cały szereg 
streszczeń, kompilacyj i ocen krytycznych. Nie 
na nich oczywiście polega główna wartość dzia- 
łalności pisarskiej Łubowskiego ; świadczą one 
jednak dodatnio o chęci niezrywania związku 
z rozwojem badań historycznych, jak niemniej 
o żądzy wyrobienia sobie głębszych poglądów 
na sprawy cywilizacyjne. 

Eównolegle z temi studyami dziej owo-lite- 



— 291 - 

* 

raokiemi uprawiał Lubowski dziedzinę powieści 
i dramatu. 

Powieści ogłaszał pod pseudonimem Spiry- 
dyona („Więdnące dusze", albo też „Silni i słabi** 
1864/6), Boleją Kruta („Na pochyłości^), lub też 
pod własnem nazwiskiem („Aktorka^ 1871, 
„Krok dalej", „Cichy Janek i głośny Franek", 
„Powiastki niemoralne", „Kochanek Małgosi", 
oraz dużo drobnych opowiadań, rozproszonych 
po czasopismach). Jego powieściowym utworom, 
zwłaszcza obszerniejszym, zawsze można było 
przyznać jedną główną zaletę: trafność rysów 
w charakteryzowaniu ludzi, i jedną główną wa- 
dę: niespójność kompozycyi, czyli brak należy- 
tego ześrodkowania wszystkich, użytych przez 
opowiadacza, efektów. Lubowski nie jest wcale 
narratorem, obdarzonym niewyczerpaną werwą 
lub przynajmniej wielką łatwością i swobodą 
słowa; prowadzi on rzecz swoją z pewnym tru- 
dem, z widocznym namysłem, nie panując nad 
całością, to jest nad wszystkimi razem szczegó- 
łami, jakie zamierzył do utworu swego wprowa- 
dzić. Ma on w skarbnicy pamięci dużo zaobser- 
wowanych faktów; wyobraźnia żywo maluje mu 
fizyognomie, ruchy i giesta osób, nasuwając za- 
razem znamienne ich sposoby mówienia; lecz 
brak mu owego rozpędu, któryby odrazu po- 
trafił osoby te w ruch powieściowy wprawić, 
a tym sposobem porwać i olśnić czytelnika. 

Innemi jednak słowy to samo wyrażając, osnowa 

19-' 




— 292 — 

powieSci nie jest u niego dość zajmująca i umie- 
jętnie, prawdziwie artystycznie rozwinięta. 

Tęź samą cechę odnajdziemy i w jego ko- 
medyach, które stanowią najważniejszy dorobek 
literacki Lubowskiego. 

Jaka była wartość najdawniejszych jego ko- 
medyj, takich jak „Karyery" (1863), lub „Pro- 
tegowany" (1864), przedstawianych, w teatrze 
lwowskim, ale nie drukowanych, nie wiem; z re- 
cenzyi, pomieszczonej w „Dzienniku literackim** 
r. 1865, wnieść można, iż słabe one były pod wzglę- 
dem układu, fabułą dramatyczną się nie odzna- 
czały, lecz świadczyły już o rozwiniętym silnie 
zmyśle obserwacyjnym i o poważnem zapatrj-- 
waniu się na zadanie komedyi. Młody autor chło- 
stał biczem satyry takie zdroźności społeczne, 
jak „sobkostwo i bezwstydną obłudę ludzi, któ- 
rzy z początku ciężką pracą, a następnie lekką 
bezczynnością zapewnili sobie materyalną po- 
zycyę i na zasadzie tejże używają słodkiej opi- 
nii poczciwego człowieka; brudne i zarozumiałe 
nadużycie stanowiska, zdobytego przebojem pro- 
tekc3'j możnych , fałszywy pietyzm, dewocyę, 
tyle złego w moralności naszego społeczeństwa 
bezkarnie, owszem z chwałą zelozyi kłamanej 
wyprawiającą". 

Rozgłosu temi komedyami Lubowski nie 
osięgnął i inni, którzy równocześnie z nim, albo 
nawet nieco później zawód dramatyczny roz- 
poczęli , jak Bałucki, Jan Aleksander Fredro, 



293 



Urbański, Koziebrodzki rj^chlej zdobyli sobie 
oklaski. 

Nasz autor musiał pracować długo, bywał 
narażony na rozmaitego rodzaju docinki i szy- 
kany, mianowicie kiedy w r. 1866 przeniósł się 
do Warszawy. Jego „Ubodzy w salonie", wy- 
stawieni na scenie naszej w r. 1867, nie zrobili 
najmniejszego wrażenia, a jego dramat społe- 
czny „Zyd", nagrodzony na konkursie r. 1868, 
stał się źródłem nie jednej goryczy dla autora. 
Wyrok sądu konkursowego, przyznający nagrodę 
„Żydowi", jako „względnie" najlepszemu z na- 
desłanych utworów, zabił ten dramat w opinii 
młodzieży, która, roztrząsając charaktery i sy- 
tuacye, w nim przedstawione, doszukiwała się 
w nich samych ułomności i bezwzględnym języ- 
kiem swoim odsyłała dzieło nagrodzone do 
składu rupieci artystycznych. Oczywiście, sądząc 
beznamiętnie, niepodobna nie przyznać pewnych 
zalet charakterom niektórych osób w tym dra- 
macie, ale na ogół ton patetyczny nie bardzo 
się nadający do temperamentu autora, wywoływał 
liczne rozdżwięki między zamiarem a wykona- 
niem. 

Po tej próbie utworzenia dramatu nastąpiła 
siedmioletnia przerwa w zawodzie komedyopi- 
sarskim Lubowskiego, przerwa, wypełniona spół- 
pracownictwem w „Kłosach" (fejletony) i w „Bi- 
bioteoe Warszawskiej" (sprawozdania krytyczne 
z literatury polskiej i obcej). W tym czasie po- 
jawiły się dwie komedye Józefa Narzymakiego : 




— 294 — 

„Epidemia i Pozytywni" (1872), stanowiące wa- 
żny zwrot w naszej literaturze dramatycznej, 
jako przeszczepiające na nasz grunt nowszą ko- 
medyę francuską w duchu Emila Augier'a, gdzie 
poważne zagadnienia psychologiczne i społeczne 
usunęły na plan dalszy czysto komiczne efekta, 
dbałość zaś o stworzenie charakterów indywi- 
dualnych usunęła malowanie typów na modłę 
molierowską. 

Nie potrafiłbym obecnie wykazać dowodnie, 
czy twórczość Lubowskiego uległa bezpośre^ 
dniemu oddziaływaniu dramaturgów francuskich, 
czy też pośrednio za pomocą komedyj Narzym- 
skiego, ponieważ nie znam pierwszych, najda- 
wniejszych utworów autora „Nietoperzów"; ale 
to pewna, że ta właśnie sztuka, wystawiona 
w Warszawie r. 1876, nosi już niewątpliwe ce- 
chy nowszej komedyi francuskiej, przypomina- 
jąc powagę Augiera i Narzymskiego, a w nie- 
których szczegółach roboty dramatycznej, to jest 
w szeregowaniu jednorodnych charakterów — 
Wiktoryna Sardou. 

„Nietoperze" są pod względem literackim 
najlepszą z komedyj Lubowskiego. Czy mogły 
one być dziełem dramatycznem, któreby bezpo- 
średnio po „Ubogich w Salonie^ i „Żydzie" po- 
wstało? Mojem zdaniem, w żaden sposób. Po- 
siadają one tyle zalet i co do charakterów i co 
do stylu, że chociaż siedm lat je przedziela od 
„Żyda", musiały je poprzedzać inne komedye. 
Istnieją rzeczywiście dwie takie sztuki, które- 



»!><— 



— 295 — 

bym nazwał przygotowaniem do „Nietoperzów", 
sztuki, ogłoszone drukiem już po nich, bo r. 1876, 
ale niewątpliwie napisane przed niemi, a pu- 
szczone w świat wtedy dopiero, gdy powodze- 
nie „Nietoperzów" utorowało im drogę. Sztu- 
kami temi są: „Gonitwy" i „Przesądy". Na „O-o- 
nitwach" autor sam zanotował rok 1874; „Prze- 
sądy" takiego określenia czasu powstania nie po- 
siadają, ale z właściwości swoich pisarskich na- 
leżą prawdopodobnie do cokolwiek tylko pó- 
źniejszej daty. 

W „Gonitwach" zapoznajemy się ze światem 
finansowym, ze światem zbytków i nudów, ze 
światem, w którym interes materyalny przygłusza 
uczucia, wykrzywia sumienia, przytępia popędy 
samorzutne, a zaostrza zdolność dostrzegania 
stron słabych przeciwnika, korzystania z ułom- 
ności ludzkich i wyzyskiwania korzystnych oka- 
zyj. Przybywa do kraju po długoletniej nieobe- 
cności Józef Łeliwa Ognioki, przejęty zapałem 
uczciwego i rozumnego podnoszenia dobrobytu, 
a w środki pieniężne bogato uposażony. Staje 
się oczywiście osobistością poszukiwaną przez 
wszystkich, coby chcieli przy jego pomocy urze- 
czywistnić swoje pomysły i dobrze się przy tem 
obłowić. Więc i dziennikarz Burzliwski, i poeta 
Liliewioz, i muzyk Chmurowicz, i ekonomista 
Uprzątalski pragnęliby pozyskać entuzyastę-bo- 
gaoza dla siebie, wyłącznie tylko dla siebie; 
najwięcej atoli zajęli się jego osobą dwaj ban- 
kierzy: próżny, płytki i popędliwy Rychlicki, 



— 296 — 

i rowaźniejszy od niego, chłodniejszy i sprytniej- 
szy Pędzicki. Chodzi o jakieś wielkie przedsię- 
biorstwo akcyjne, którego szczegółów nie roz- 
wija zresztą komedyopisarz. Rychlicki chciałby 
w niem przewodzić; nie zgadza się więc na pro- 
pozyoyę Pędzickiego, dążącego do równego ze 
swym spółzawodnikiem stanowiska. Ognicki, po- 
mimo swego entuzyazmu, jest człowiekiem roz- 
ważnym; nie daje się oplatać w sieci niezbyt 
zgrabnie zarzucane; owszem sam swoje rozumne 
i dążeniem do spotęgowania dobra ogólnego na- 
cechowane plany narzuca tym, co go za swe 
narzędzie użyć chcieli. Złudzenia o szleohetności 
i wielkich zaletach tego towarzystwa, w które 
wszedł, rozwiewają się wprawdzie, ale okolicz- 
ność ta nie zniechęca dzielnego człowieka do pracy 
dla dobra publicznego. Zawód miłosny nawet 
(kochał bez wzajemności wychowanicę Rychli- 
ckiego, Joannę, która kocnała jego przyjaciela, 
Jerzego Stalskiego) nie dotyka go zbyt bole- 
śnie; komedya kończy się zapowiedzią powsta- 
nia przedsiębiorstwa, w którem interesa nietylko 
założycieli i akcyonary uszów, ale także i pra- 
cowników będą należycie uwzględnione. Cha- 
raktery osób głównych: Rychlickiego, Pędzic- 
kiego i Ognickiego są nakreślone niezbyt źy- 
wemi barwami, ale poprawnie i utrzymane kon- 
sekwentnie. Żywioł komiczny reprezentuje głó- 
wnie pani Branden, siostra Rychlickiego, osoba 
wciąż marząca o silnych namięnościach, pomimo 
podeszłego już trochę wieku. Zofia, córka Ry- 



— 297 — 

cbliokiego, chłodna, samowolna, kapryśna, pró- 
żna, «nie ma żadnych namiętności, prócz chęci 
błyszczenia. Wyjście jej za Pędzickiego jest 
zwykłem małżeństwem konwencyonalnem. Dwoje 
cichych kochanków — Joanna i Jerzy — miło- 
ścią swoją niewiele się przyczyniają do podnie- 
sienia chłodnej wogóle temperatury sztuki, służą 
jedynie do wywołania kilku zawikłań. Styl jest 
twardy słabo i charakteryzuje osoby rozma- 
wiające. Dyalog najczęściej w całym utworze 
służy do zaznajomienia nas z osobami, a nie 
do posuwania akcyi. 

W „Przesądach" styka się bogate mieszczań- 
stwo z arystokracyą. Wielce zamożny fabrykant 
Zylastowicz, który uczciwym sposobem dorobił 
się znacznego majątku, ma uprzedzenia wzglę- 
dem lekkomyślnie tracącej mienie arystokracyi, 
ale widocznie uprzedzenia te nie są w nim zbyt 
głęboko zakorzenione, jeżeli pozwolił bywać 
w swym domu hrabiemu Arturowi Orskiemu, 
który dla zabicia czasu bałamuci jego córkę, 
Julię, i doprowadzają do naznaczenia mu schadzki 
o północy, zamierzając ją porwać. Przeszkadza 
mu w tym niecnym zamiarze kuzyn jego, zubo- 
żały hr. Zdzisław Orski, który wystarał się dla 
siebie o miejsce buchaltera u Żylastowicza. Wów- 
czas hr. Artur, uniesiony żądzą postawienia na 
swojem, oświadcza się o rękę Julii, która je- 
dnak przekonawszy się o niecnym jego chara- 
kterze, odmawia mu, zwróciwszy swe uczucia 
do jego kuzyna. Nagły ten zwrot, prawdopo- 



— 298 — 

dobny sam w sobie, nie dosyć jednak jest przy- 
gotowany dramatycznie i nie dość silnie rozwi- 
nięty, tak, że razi nieco sztucznością swoją. Na- 
ciąganą też jest znajomość a nawet zażyłość 
Żylastowiozów z rodziną kapitalisty Spurera, 
o którym wiadomo, że majątek zrobił na dro* 
dze nieuczciwej; znajomość ta rzuca nawet cień 
na samych Żylastowiozów, którzy mieli być wzo- 
rem uczciwości. Potrzebnym jest dla komedyi 
Spiirer i jego podstarzała córka Adela, a scena, 
w której kapitalista, chcąc schwycić hr. Artura 
na zięcia, sam stopniowo podnosi ilość milionów 
posagowych, najżywszą jest i najlepiej wyko- 
naną w całej komedyi; — ale bądź co bądź 
należało jakoś upozorować stosunki pomiędzy 
temi osobami. Podobnaż uwaga odnosi się do 
barona Laufena, obieżyświata, kłamcy, intryganta, 
który również niewiadomo jakim sposobem zna- 
lazł dostęp do domu Żylasto wiczów. Dobra jest 

• 

sylwetka syna Zylastowicza, Lucyana, birbanta, 
wkupującego się w towarzystwo złotej młodzieży 
trwonieniem znacznych sum i mającego na swe 
posługi nikczemnego pasożyta, Migdalskiego. Po- 
prawa jego atoli przy końcu komedyi jest zbyt 
rychła i nieumotywowana odpowiednio. Laufen 
i Migdalski są to postaci, które następnie miały 
się, w różnych przebraniach, niejednokrotnie 
pojawiać w komedyach Lubowskiego, mianowi- 
cie w „Jacusiu". 

Dopiero po dwóch iych sztukach mogły się 
pojawić „Nietoperze". Przedstawił w nich Lu- 



299 



bowski kilka doskonale wystudyowanych. odmian 
plotkarzy i obmówców, którzy z rozmaitych mo- 
tywów rozpuszczają wieści ubliżające swym bli- 
źnim i starają się wytworzyć nieprzychylną dla 
nich. opinię, pogrążając w smutku i cierpieniach 
dotknięte jadowitym językiem osoby. Jest tu 
Herkulan Zadrzycki, najzręczniejszy i najdowcip- 
niejszy obmówca, samolub, smakosz, drwinkarz, 
wyzyskiwacz cudzych słabości. On przez zemstę 
za to, że mu prezes Bobiński odmówił ręki swej 
córki, Ewy, oddając ją Leonowi Granickiemu, 
wyszperał z przeszłości tego historyę policzka 
schowanego w_ kieszeń i puścił ją w kurs za 
pośrednictwem kilku mniej od niego dowcip- 
nych próżniaków takich, jak Marek Babulewicz, 
nie mogący wytrzymać świerzbiączki języka, 
choć niby mający jakieś skrupuły, żeby nie być 
przyczyną cierpienia bliźnich; jak Julian Zero- 
wicz, śmiały w słowach a tchórz w rzeczywi- 
stości, jak Żmijski, co to dla wątłości zdrowia 
zadawala się posadą męża przy swej żonie, 
pokrywającej deklamacyami o postępie i eman- 
cypacyi ustawiczne swe miłostki; jak choleryk 
i tetryk Cierpniewski, któremu radość niewymo- 
wną sprawia sama myśl, iż bliźni będzie przed- 
miotem kpin, żartów i wzgardy; jak wreszcie 
Nestrowicz, żarłok, niedołęga, członek filantro- 
pijnych instytucyj, słomiana powaga, czczona 
dla swej nicości umysłowej i moralnej, pokry- 
wanej szumnemi frazesami o poświęceniu dla 
sprawy publicznej, o przestrzeganiu wielkich ha- 



— 300 — 

seł. Intryga ^nietoperzów" nie odnosi skutku, 
bo energiczne zachowanie się Leona Granickiego, 
który dotarłszy do źródła obmowy, wyzwał i ra- 
nił Zadrz3-ckiego, oraz groźna postawa wuja 
Ewy, majora, kładą kres skutkom plotki i koń- 
czą niepokoje prezpsa Boińskiego, który radby 
ze wszystkimi zachować dobre stosunki przy- 
najmniej do chwili, w której się odbędzie jego 
26-letni jubileusz. Wszystkie charaktery w tej 
komedyi, tak ujemne, jak dodatnie nawet, są 
nakreślone, śmiało, dzielnie, charakterystycznie 
i w zachowaniu się^ i w słowach — każda osoba 
ma styl swój własny; — akcya rozwija się żywo 
i konsekwentnie; natężenie dramatyczne usto- 
pniowane jest należycie; rozmowy nietylko służą 
do poznania osób, ale posuwają zarazem działa- 
nie naprzód; konapozycya jest spoista, tak, że 
zaledwie parę scen możnaby wykreślić lub skró- 
cić bez szkody dla całości. Ta zwięzłość, jędr- 
ność w charakterystyce i prowadzeniu akcyi ; 
te charaktery wybitne, znamienne, świeże, ory- 
ginalne, od początku do końca utrzymane w to- 
nie sobie właściwym; te liczne dowcipne wy- 
rażenia, któremi dyalog się iskrzj^, każą prawie 
zapomnieć, że komedya nie ma wcale intrygi 
miłosnej. Pomimo jej braku stanowią „Nietope- 
rze'^ całość artystycznie zaokrągloną i pełną za- 
let pod każdym względem. Słusznie też powie- 
dział wówczas Henryk Sienkiewicz, gdy pisząc re- 
cenzyę tej sztuki w „Niwie", temi słowy zamknął 
wielce przychylną ocenę: „Wogóle autorowi 



. — 301 — 

trzeba przyznać, że idzie nie gościńcem utartym 
juź przez innych, ale swoją własną ścieżką. 
I dobrze robi* Patrzy w życie, maluje życie. 
Przyzwyczajeni do kohwencyonałnych figur na 
naszej scenie, lub do idei ludzkiemi nazwiskami 
poznaczonych, z przyjemnością patrzymy na te 
postacie tryskające zdrowym realizmem i pra- 
wdą na gorącym uczynku pochwyconą". 

Sam autor pozostawał pod urokiem swojej 
komedyi lat parę. Rzeczywiście dwie najbliższe 
chronologiczne sztuki Lubowskiego: „Pogodzeni 
z losem" (1878) i „Sąd honorowy" (1880), są 
w swoich najważniejszych charakterach powtó- 
rzeniem owych figur pasoiytnych, tak wybornie 
nakreślonych w „Nietoperzach". Naturalnie są 
tu dodane odcienie, wytwarzające nowe odmiany 
plotkarzy, obmówoów i potwarców, ale grunt 
duszy tu i tam jest wspólny. Kazimierz Łanicki, 
radca Fiszbinowiez wraz z żoną, lekarz Czaicki, 
Ślizgawski (w „Pogodzonych z losem"); — "Wrza- 
niewicz, Owczyński, Anielewski (w „Sądzie ho- 
norowym") to także „nietoperze" tylko albo bar- 
dziej jeszcze spodleni, albo w odmiennej nieco 
sferze działający. Oczywiście są w tych kome- 
dyach i nowe figury jak Roman Prysznicki, 
szlachcic przybyły do miasta, mający komiczną 
chętkę wyrobienia w sobie siły mięśni za po- 
mocą fechtunku, gimnastyki i hygieny, jak Po- 
ziomkowski, również szlachcic przybyły do wiel- 
kiego miasta, poczciwy w gruncie rzeczy, a śmie- 
szny swą trwożliwością co do zachowywania 



— 302 ^ 

konwenansów; jak wesoła a serdeczna i rozumna 
Leonia. Całość atoli tych komedyj nie ma zalet 
„Nietoperzów" pod względem skupienia i spo- 
istości akcyi, ani też pod względem wyrobienia 
i giętkości stylu. Nie miały też one wielkiego 
powodzenia scenicznego. 

Osięgnął je w najwyższym, jak dotychczas, 
stopniu „Jacuś" (r. 1882), przypominający w pa- 
ru scenach, dotyczących światowego wychowa- 
nia, jakiego pragnie nabyć zadomowiony pro- 
wincyonalista , Molierowskiego „Le bourgeois 
gentilhomme". Ma „Jacuś" jeden przymiot ważny, 
obcy poprzednim poważnj^m komedyom Lubow- 
skiego : szczerą, swobodną wesołość i tą sobie 
prawdopodobnie zyskuje widzów, jak nie mniej 
sympatycznymi rysami swego tytułowego boha- 
tera. Jacuś Odżywiński, niezgrabny, nieukształ- 
cony, ale mający utajoną energię, lekcewaźcnj*, 
dopóki był biednym, staje się poszukiwanym 
i wyzyskiwanym, gdy otrzymał spadek milio- 
nowy. Cała czereda wyjadaczów i pasibrzuchów, 
takich, jak: Morowioz, który się w mieszkaniu 
Jacusia rozporządza jak u siebie, mentorując 
bohaterowi w sprawach światowych, jak podsta- 
rzały i zniedołężniały Poleski, niegdyś wielbiciel 
baronowej de Oochenille, wysługujący się jej 
teraz zabiegami (co prawda, daremnymi) o pie- 
niądze, o pozyskanie Jacusia na zięcia, jak Mela- 
niecki i jego żona, przypominający Żmijskich, 
jak Ochsen kosmopolita, bonvivant, który we- 
dług swego zapewnienia, pozostawił w gub. podoi. 



,ł ^łu r 



— 803 - 

niezatarte po sobie ślady, ale na swojej skórze je 
posiadał, bo go tam wybatożono. I baronowa 
de Coohenille musi być policzona do tej cze- 
redy. Przeszłość jej niezbyt czysta, duma wy- 
górowana, żądza błyszczenia wielka, majątek 
stopniał, tak, że teraz utrzymywać się musi na 
wierzchu z trudem za pomocą pożyczek, póki 
nie wyda córki swej, próżnej i zarozumiałej Marty, 
przechwalającej się pozyskaniem względów lorda 
Dundasa, który jednak nie śpieszy afektów swo- 
ich ujawnić. Liczy ona wprawdzie na hołdy hr. 
Eugieniusza, ale ten lubi flirt jedynie i wymyka 
się zręcznie od oświadczyn. Pozostaje Jacuś. 
Baronowa zmusza go po prostu do proszenia 
o rękę Marty, a Jacuś, mający swój planik 
i chcąc dokuczyć trochę swojej ukochanej Wan- 
dzi, kozie śmiałej, wiecznie kręcącej się, popę- 
dliwej śmieszce, oświadcza się podczas kotyliona, 
potem pojedynkuje się, korzysta z rozpuszczonej 
wieści o pojawieniu się spadkobiercy po jego 
stryju i doprowadza baronową do zerwania mał- 
żeństwa. Łatwo już było wtedy przebłagać 
"Wandzię, zwłaszcza, że miał życzliwego rzecz- 
nika w jej ojcu. Całemu przebiegowi akcyi, pro- 
wadzonej rozważnie, to chyba zarzucić można, 
że taki poczciwy i rządny Gabrylewicz daje 
swój kapitalik i powierza swą córkę Wandę ba- 
ronowej de Oochenille, siostrze swojej wprawdzie, 
ale znanej mu przecież doskonale z lekkomyśl- 
ności i marnotrawstwa. Znowuż potrzeba zgro- 
madzenia osób w jednym domu zmusiła autora, 



304 



podobnie jak „w Przesądach", do popełnienia ma- 
łego nieprawdopodobieństwa. Co do opracowania 
„Jacuś" pod względem dowcipu, staranności stylu 
musi ustąpić pierwszeństwa „Nietoperzom"; sta- 
nowi jednak dobrą sztukę repertuarową. 

Z obmówcami i pasibrzuchami zapoznajemy 
się ponownie w „Osaczonym" (1886), ale tło po- 
lityczne (wybór posła i walka stronnictw), do- 
tknięte co prawda zaledwie, nadaje tej komedyi 
odrębne od innych stanowisko. 

Miejscem akcyi jest Galicya, a tłem, na któ- 
rem się rozwija, wybory do rady państwa. Na 
tem atoli tle nie uwydatnia autor politycznych 
pobudek czynnością; co więcej, w motywach po- 
stępowania kierownika głównego nigdzie nie spo- 
tykamy jakichś interesów majątkowych lub da- 
leko sięgających planów ambicyi, któreby pod 
pokrywką uczuć obywatelskich chciał przemy- 
cić; ale tylko same czysto indywidualne i to 
chwilowe powody, których inaczej jak zachcian- 
kami nazwać niepodobna. Z tego względu, ko- 
medya nie przybiera i przybrać nie może szer- 
szego charakteru satyry poUtyczno - społecznej, 
lecz się obraca ciągle, jak wszystkie prawie na- 
sze utwory tego rodzaju, w sferze stosunków 
towarzyskich i studyów charakterowych, poży- 
czając jedynie specyalnego zabarwienia od tych 
czynników, które tkwią w życiu parlamentar- 
nem. Nie myślę bynajmniej robić stąd zarzutu 
autorowi; artysta bowiem ma i powinien mieć 
wszelką swobodę zarówno w wyborze tematu, 



.— 305 — 

jak w sposobie jego oświetlenia, a krytyk nie 
ma prawa narzacań mu swoich poglądów; to tez 
powyźszemi uwagami chciałem tylko zaznaczyć 
cechę komedyi, ażeby zgodnie z tą cechą przed- 
stawiła się czytelnikom analiza całości. 

Pierwszym kierownikiem akcyi dramatycznej 
jest książę August. Potomek to osławionych 
w byłej Rzeczypospolitej oligarchów, którzy za- 
wsze chcieli prowadzić politykę na własną rękę, 
najczęściej wprost przeciwną tej, jaka dla isto- 
tnego dobra kraju była pożądaną. Książę August 
nie może już na tak wielką, jak jego przodko- 
wie, skalę ciągnąć korzyści z dobra publicznego 
na rzecz kastowego, czy indywidualnego samo- 
lubstwa; bo się zmieniło ogólne położenie na- 
rodu, ale we wszystkich kierunkach zdolny on 
jest do lekceważenia tego dobra i spożytkowa- 
nia go dla siebie. Obdarzony umysłem bystrym, 
wykształcony encyklopedycznie, władający sło- 
wem dowcipnem i sarkastycznem biegle, nie ma- 
jąc skrupułów moralnych żadnych, ani też wrzą- 
cych namiętności, przy zdarzonej porze, mógłby 
wyzyskiwać ludzi i rzeczy jak najswobodniej 
i jak najkorzystniej. Ze wszystkich zawikłań po- 
trafi się wyplątać bardzo zręcznie, tak że na 
niego samego cień ubliżającego podejrzenia nie 
pada nigdy, bo to, ozego on chce dokonać, do- 
konywa za pośrednictwem ludzi, którzy za niego 
pracują i za niego cierpią karę śmieszności czy 
niepowodzenia. Autor ukazał go nam w drobnej 
ostatecznie sprawie, ale ukazał w taki sposób. 

Nasza literatura dramatyczna. T. II. 20 



— 306 — 

ie możemy sobie odtworzyć całość jego fizyo- 
gnomii moralnej. 

Książę August, jak i ród jego, popierał kan- 
dydaturę Władysława Wrzeokiego, który był 
uważany za konkurenta Jadwigi, siostry Ste- 
fana, skoligaconego z księciem. Naraz przycho- 
dzi mu myśl zastąpienia Wrzeokiego samym 
hrabią Stefanem, niedołęgą umysłowym i fizy- 
cznym, nie posiadającym prócz powierzchownej 
ogłady zalet żadnych. Skąd myśl ta zjawiła się 
w głowie księcia? Oto dostrzegł on, że żona 
Stefana, Iza, kobieta namiętna, pełna życia i do- 
wcipu, kocha się we Wrzeckim; chce ją tedy 
ratować pomimo jej woli, nie w tym naturalnie 
celu, ażeby ją od upadku moralnego powstrzy- 
mać, bo taka myśl apostolska daleka jest od 
przewrotnej i cynicznej natury księcia, — ale 
dlatego, ażeby wyprawiwszy męża do Wiednia, 
módz z jego żoną swobodnie czas przepędzać. 
E>ozumie się, że takie postanowienie me wynika 
u księcia z pobudek namiętności, ale jest tyl- 
ko chwilowym kaprysem człowieka, który ma 
umysł, potrzebujący zatrudnienia z powodu wiel- 
kiej ilości czasu wolnego. Urzeczywistnieniu tej 
zachcianki oddaje się z całym uporem samoluba 
i z całą bezwzględnością cynika. Sprzymierza 
się, oczywiście chwilowo tylko, z ludźmi, których 
lekceważy lub którymi pogardza, używa podstę- 
pów, plotek i oszczerstw, ale tak zręcznie, żeby 
później módz pozostać czystym od posądzenia^ 
iż od niego cała intryga wychodziła. 



— 307 — 

Najozynniejszym sprzymierzeńcem i najsku^ 
teczniejszem narzędziem księcia jest redaktor 
Eoszyrski, człowiek nikczemny i wstrętny. Isto- 
tnym rysem jego charakteru jest, tak samo jak 
i u księcia, olbrzymio rozwinięte samolubstwo ; 
przedstawia się ono jednak u niego, z powodu 
odmiennej pozycyi towarzyskiej i majątkowej, 
całkiem inaczej. Nie imponuje on, jak książę, bo 
nie ma czem; czołga się natomiast na podo- 
bieństwo płazu. Jak wąż, ale częściej niż wąż 
zmienia skórę, to jest przekonania i poglądy, 
których w swej gazecie ma byó przedstawicie- 
lem i rzecznikiem. Gdy mu zabłyśnie nadzieja 
wejścia na salony arystokratyczne, a co większa, 
znalezienia tam posagu i protekcyi, będzie twier- 
dził, że zawsze w głębi duszy wyznawał idee 
zachowawcze i że natura jego zawsze dążyła 
do sfer, odznaczających się dobrem wychowa- 
niem i smakiem wykwintnym. Gdy mu gwiazda 
tej nadziei ściemnieje, powie, że było to chwi- 
lowe obłąkanie, które mu łatwo przebaczą bracia 
demokraci, gdyż on nigdy nie był zdolny do 
stałego wytrwania w arystokratycznym świecie 
udawania, fałszu i zepsucia, gdyż on zawsze 
w piersi swej miał gorące ukochanie dla mas 
biednych i uciśnionych. 

Książę August zna doskonale wartość moralną 
Koszyrkiego i we właściwy sobie sposób z nim 
postępuje. Dopóki pomoc jego publicystyczna 
jest mu potrzebna, pochlebia pólg^ębkiem, pota- 
kuje jego pretensyom arystokratycznym, udaje, 

20* 



— sos- 
ze wierzy w bajkę o księźniozoe Koszyrskiej, -— 
ale do poufałości nie przypuszcza go nigdy, ręki 
nie podaje mu ani razu. Gdy już zbytecznym 
się okazuje, wtedy z grzeczną wprawdzie zawsze, 
ale do żywego docinającą ironią trawestuje swoje 
poprzednie zachowanie się, wykrywa w sposób 
dotkliwy właściwości natury Koszyrskiego, ttóry 
za jedyną swą posiadłość ma frazes, a w końcu 
bez ceremonii, z zimną pogardą wielkiego pana, 
wskazuje drzwi byłemu sprzymierzeńcowi. Ze- 
wnętrznie czy raczej powierzchownie rzecz bio- 
rąc, Koszyrski tylko w komedyi przedstawia się 
jako łotr; ale w gruncie rzeczy jest nim i książę 
August, gdyż we wszystkich nikczemnośoiach 
przewrotnego redaktora bierze udział. On do- 
puszcza, żeby Wrzecki został zniesławiony naj- 
przód zarzutem co do wątpliwej czystości ma- 
jątku, który po ojcu odebrał, a potem zarzutem 
przywłaszczenia sobie pewnej sumy, gdy był 
plenipotentem hr. Stefana; sumienie jego nie 
wzdryga się na użycie tych nikczemnych środ- 
ków; dla niego bowiem wszystko i wszyscy 
są drobnostką, są igraszką, istniejącą na to, aby 
go w nudach rozerwać. 

Koszyrski został ukarany, bo się sromotnie 
skompromitował; książę August nie doznaje ża- 
dnej kary, bo że jego planik na hrabinę Izę 
nie udał mu się, gdyż Iza wraz z mężem do 
Wiednia wyjeżdża, to dla niego wielką przy- 
krością nazwać się nie może, ponieważ namię- 
tność w tym planie roli nie grała. Wolno oczy- 



— 309 — 

wi&oie uwaiaó takie ustoeunkowanie odpowie* 
dzialnośoi za winy, jako niesprawiedliwe, ale 
trzeba zaraz dodać, że komedyopisarz miał naj- 
zupełniejszą słuszność, w ten sposób je przed- 
stawiając, gdyż w świecie pozorów pozory mu- 
szą mieć najdonioślejsze znaczenie. Koszyrski 
odsłonił się całkowicie, jako twórca oszczerstw 
i potwarzy na Wrzeckiego; książę August zaś 
umiał tak się zachować, iż nań posądzenia cią- 
żyć nie mogły, a końcowem znalezieniem się 
wobec Wrzeckiego, nasuwał nawet ludziom myśl, 
ie zawsze był po stronie prawości i uczciwości. 
Prócz tego Koszyrski był biedny i wpływów 
wielkich nie posiadał, książę August zaś miał 
do rozporządzenia i majątek i stosunki. Więc 
nic dziwnego, że w tym świecie, w którym żyli, 
nie jedną wagą odważono ich postępki; nie 
dziw, że Koszyrski wyśmiany został i zniesła- 
wiony, a książę August dawną swą opinię bez 
zmiauy wśród społeczeństwa utrzymjd. 

Te dwie postaci w komedyi są najznakomit- 
sze i naj wszechstronniej przedstawione; ale po- 
nieważ w ich istocie wiele jest rysów subtel- 
nych, ponieważ dla należytego ich zrozumienia 
i ocenienia potrzebny jest rozmysł głębszy, nie 
one robią efekt największy. Jeszcze Koszyrski, 
rozporządzający jaskrawemi frazesami, uwyda- 
tnia się lepiej i zapisuje się w pamięci na dłu- 
żej ; ale książę August nie występuje na plan 
pierwszy, jak być powinno, gdyż i ze stanowi- 
ska swego w dramacie i z częstego znajdowania 



— 310 — 

się na widowni naj zupełniej sze ma do tego 
prawo. 

Natomiast natary płytsze, a więc łatwiejsze 
do ogarnięcia myślą i osądzenia, takie jak hr. 
Stefan i redaktor Bicki, lubo mniej doniosłe od- 
grywają role, wystąpiły na scenie bardzo wy- 
raziście. 

Hr. Stefan nic nigdy z własnej inicyatywy 
nie robi i robić nie może, gdyż brak mu nie- 
tylko sprytu i energii, ale prostego rozsądku 
i woli: brak mu i fizycznie i moralnie warun- 
ków do dzid^ania samoistnego. Ażeby coś przed- 
sięwziął, potrzebuje koniecznie popchnięcia z ze- 
wnątrz. Kieruje nim książę August lub żona. 
I dopóki trwa ta ich elektryzacya, dopóty hr. 
Stefan wydaje się osobistością działającą, a 
przynajmniej wyobrażającą sobie, że działa; gdy 
impulsu zbraknie, czuje się on jak pływak nie- 
umiejętny na niewielkiej wodzie; nie tonie, bo 
nie ma gdzie, ale okazuje wszystkie objawy nie- 
zaradności. Źe jest panem domu, trzeba mu to 
przypominać, bo nigdy by nie wpadł na myśl 
podobną; źe i on może starać się o zostanie 
posłem, nigdy mu nie przeszło przez głowę i do- 
piero słowa księcia Augusta budzą w nim złu- 
dzenie świadomości o swoich ku temu kwalifi- 
kacyach. Środków ku osiągnięciu roznieconego 
w duszy jego zamiaru sam nie przedsięwziąłby 
żadnych; na spotwarzenie przeciwnika nie zdo- 
byłby się wcale; bo jako lalka salonowa nie ma 
wyobrażenia o czemś innem jak o formach zna* 



— 311 — 

lezienia się powierzchownego w salonie; ale na 
wszystko zezwoli, na wszystko się zgodzi, nie 
czując ani odrobiny wstrętu do faktu zohydze- 
nia nazwiska swego znajomego, konkurenta swej 
siostry, we własnym swym domu. Nic nie od- 
czuwa samoistnie, więc też i popełnionych w jego 
interesie niegodziwośoi nie czuje ani tak jak 
wyniosły i lekceważący wszystkich książę Au- 
gust, dla którego są to drobiazgi niewarte 
długiego zastanowienia, ani tak jak Koszyr- 
ski, który w nich widzi órodki swego wy- 
niesienia, a więc poczytuje za konieczność nie- 
uniknioną dla własnego samolubstwa. Grdy ma 
mieć mówkę przed wyborcami, żona jego obie- 
cuje mu daó znak za pośrednictwem dzwonka 
elektrycznego, kiedy zabrnie, a więc kiedy po- 
winien przestać; i rzeczywiście dzwonek ten 
odzywa się dwukrotnie i przymusza biednego 
Stefana do przerwania oracyi w chwili, mającej 
zawrzeć wygłoszenie zasad politycznych, a więc 
w samą porę. Podobnież, gdy po wyjaśnieniu 
sprawy Wrzeckiego, tak sponiewieranego w domu 
hr. Stefana, wypada temuż obrać jakieś okre- 
ślone stanowisko, gdy siostra jego Jadwiga 
oświadczyła chęć dzielenia losów ^osaczonego", 
nie byłby biedak umiał dać sobie rady, gdyby 
mu książę August giestami i mową nie przy- 
szedł z pomocą i nie pokierował całą ^ceną 
w ten sposób, że wszystko, co zaszło, musiało 
być uważane za niebyłe. 

Bedaktor Bicki to wyborna postać warchoła 



— 312 — 

demokratycznego. Złym i przedajnym jak Ko- 
szyrski on nie jest; do progów pańskich si^ nie 
pnie, owszem z pewną Dyogenesowską osten- 
taoyą popisuje się zaniedbanym ubiorem swoim 
i niedbałością w zachowaniu form towarzyskich; 
ale ma jedną nieposkromioną pasyę, która go 
prowadzi nieraz w błoto, lubi do wszystkiego 
się mieszać i mieć o wszystkiem jaknaj świeższą 
wiadomość. Znieważać i spotwarzać umyślnie 
ludzi nie pragnie, lecz kocha się namiętnie w Wy- 
krywaniu zdroźności ludzkich i w piętnowaniu 
ich w swoim dzienniku; a ponieważ stara się 
z umieszczeniem wszelkich wieści w piśmie swem 
uprzedzać innych, więc nie ma czasu na spra- 
wdzanie, a wskutek tego drukuje bardzo często 
fałsze i staje się narzędziem w ręku przebie- 
glejszych, bo chłodniejszych podszczuwaozy. On 
gotów za wprowadzenie siebie w błąd i obić 
tego, co mu wieści udzielił, i odwołać potwarz; 
ale ze riabości swej do chwytania nowinek w lot 
nie wyleczy się, bo bez tej słabości nie rozu- 
miałby istnienia swego, jako dziennikarza. I tu 
w „Osaczonym** jest on narzędziem, za pośre- 
dnictwem którego rozpowszechnia Koszyrski 
potwarze na Wrzeckiego, najmocniej w danej 
chwili przekonany, że Wrzecki to wrzód społe- 
czny, który rozpalonem żelazem z organizmu 
wydzielić należy. Głosuje wraz ze swoimi mie- 
szczanami, których trzyma w despotycznym ry- 
gorze, za hr. Stefanem, gdyż swego kandydata 
przeprowadzić nie mógł, a wszystko mu jedno, 



— 318 — 

kto z większych posiadaozów zostanie posłem. 
Głosuje bezinteresownie, gdyż propozycye hr. 
Stefana odrzuca z pogardą, głosuje dlatego tylko, 
ażeby żadna ozynnoóó bez jego współudzisiu się 
nie obeszła. 

Zupełnem przeciwieństwem Biokiego jest 
Korbaozewski. Temperament jego flegmatyczny 
nie dozwala mu silnie odczuwać ani złego, ani 
dobrego, więc też nie powoduje w nim wystą- 
pień stanowczych. Ma on uczucie poczciwe 
i szlachetne; gotów się rąbaó z oszczercami, ale 
gdy mu wielu ludzi powie, ie broniony prze- 
zeń jest nikczemnikiem, gotów w to uwierzyć 
w końcu, nie tyle przekonany, ile znudzony ga* 
daniną. Mało zresztą myśli i chętnie grą w karty 
chwile wolne od pracy zabija. Żona mówi za 
niego, a że jest najczęściej przeciwnego niż 
mąż zdania, stąd w Korbaczewskim wyrabia 
się skłonność do milczenia, gdyż prowadzić cią- 
głej walki na słowa z niewielką nadzieją po- 
wodzenia nie chce. Grdy znajduje się w otocze- 
niu uczciwych jednostek, mówić i działać bę- 
dzie jak człowiek rozumny i uczciwy. Figura ta 
doskonalą być mogła, szkoda, że ją autor zbyt 
w cieniu zostawił. Do także uczciwych i rozu- 
mnych należy redaktor Strzembosz, przyjaciel 
„Osaczonego", wierny jego sprawie od początku 
do końca. Wiadomo ogólnie, że dodatnie po- 
staci w komedyi od dawien dawna zarówno w in- 
nych literaturach jak i u nas są poprostu sza- 
blonowe. Nie ustaliło się jeszcze w rzeczach 



— 314 — 

sztuki przekonanie, iż dodatnie osobistości nie 
potrzebują by 6 woale wzorami doskonałości bez 
drobnych wad, usterek i śmiesznostek, innemi 
słowy bez cech. wyraźnej indywidualności. Wogóle 
postaci te złożone są z pierwiastków ogólniko- 
wych: rozumu w mierze, uczciwości nieposzlakowa- 
nej, skłonności do mówienia tyrad dosyó dłu- 
gich i dosyó nudnych. Strzembosz w komedyi 
pełni dwojaką funkcy^, oponenta przeciwko wy- 
borowi hr. Stefana i zwiastuna oszczerstw mio- 
tanych na Wrzeckiego: rola to bądź co bądź 
niezbyt dramatyczna. 

E>ównie bezbarwną jest druga dodatnia po- 
staó, t. j. sam tytułowy bohater, Władysław 
Wrzeoki. Działa on bardzo mało i na scenie 
ukazuje się rzadko; co robi, tego dokonywa za 
kulisami. Wobec widzów odgrywa scenę Józefa 
biblijnego względem hrabiny Izy i czułego ko- 
chanka względem hrabianki Jadwigi. Mówi do- 
brze i bez patosu; to stanowi jego wielką 
zaletę. 

Z postaci kobiecych jedna tylko hrabina Iza 
ma zarysowaną indywidualnośó. Wyszedłszy ze 
względów towarzyskich za hr. Stefana, znanego 
już nam niedołęgę, żywa i namiętna, spragniona 
uczucia, pokochała Wrzeckiego, magnetyzowała 
go wzrokiem, pociągała rozmową i półwyzna- 
niami; zdawało się jej, że w jego sercu obudziła 
również miłośó dla siebie. Łudziła się: Wrzecki 
miał dla niej tylko uczucie litości i przyjaźni, 
kochał bowiem Jadwigę. Gdy zrobiła to smutne 



— 315 — 

dla siebie odkrycie, a zwłaszcza, gdy je wska- 
zał obserwujący ją dobrze książę August, za- 
wrzała uczuciem zemsty, weszła w przymierze 
z księciem Augustem i Koszyrskim, a więc przy- 
jdą też na siebie częśó odpowiedzialności za 
spotwarzenie Wrzeckiego. Nie doznała jednak 
zadowolenia, gdy ujrzała ukochanego niegdyś 
pod brzemieniem niesławy, tem bardziej, że ten- 
że na oświadczenie, iż ona była motorem całej 
intrygi, nie odpowiedział jej przekleństwem, ale 
na chwilę przynajmniej uspakajają się jej na- 
miętności; wyjeżdża z mężem do Wiednia, nie 
dlatego prawdopodobnie, ażeby stać się wzo- 
rową małżonką, ale by w wirze zabaw wielko- 
miejskich zapomnień o doznanych zawodach, a 
szukać nowych 'upojeń. 

Pani Sabatier, ciotka hr. Stefana, reprezen-' 
tuje typ t. z. matron dawniejszego pokroju, nie 
wiedzących, co to zdenerwowanie i co to szu- 
kanie wrażeń po za ogniskiem domowem. Ary- 
stokratyczne nawyknienia i przesądy nie za- 
ćmiewają jej umysłu, widzi rzeczy jasno i trze- 
źwo, posądzenie na Wrzeckiego odrzuca odrazu 
i stałą jest w przyjaznych względem niego uczu- 
ciach; ona też (jak to na starą matronę z ko- 
medyi przystało) wydobywa w końcu sztuki pa- 
piery ze szkatułki, wyjaśniające pochodzenie 
majątku Wrzeckiego i usuwające potwarz. Bez 
szkatułki tej można było się obejść, to nie ulega 
wątpliwości; na scenie jednak wobec widzów, 
dla których ten środek nie wydaje się jeszcze 



J >^«f ' 



— 316 — 

zużytym, robi ona do&ó sUne wrażenie, silniej- 
sze prawdopodobnie, niżby wywarło np. samo 
opowiadanie, bo rzeoz widziana naocznie mo- 
cniej się w umysł nasz wraża aniżeli słyszana 
tylko. 

Jadwiga wreszcie, to również typ stałych ko- 
chanek, niewątpiących ani na chwilę o uczuciach 
i uczciwości swoich narzeczonych; od tłumu 
swoich podobizn w komedyach wyróżnia się tern, 
że należy do grupy śmiałych i energicznych, że 
gotowa podeptać względy towarzyskie, poróżnić 
się z członkami rodziny i pójść za Wrzeckiego 
wbrew zdaniu najbliższych krewnych; szczę- 
ściem, że robić tego nie potrzebuje, gdyż wszystko 
układa się pomyślnie. 

„Osaczony" celuje przedewszystkiem wy- 
borną charakterystyką postaci zarówno głównych, 
jak podrzędnych, a następnie znamiennem dya- 
logowaniem, któremu w razie potrzeby dowcip 
przychodzi w pomoc skuteczną. Ludzie jego są 
ludźmi żywymi; mają swoją sferę uczuć i myśli, 
swój własny język, swoje giesta. Wątek jest 
i w tej komedyi dość słaby, a raczej trakto- 
wany bez szczególnej staranności; zawikłań pra- 
wie niema; i dlatego rzecz wydaje się rozwle- 
czoną jedynie dla okazania charakterów w ca- 
łej pełni. Konstrukcya utworu jest prawie bez 
zarzutu; wszystkie wejścia i wyjścia są należy- 
cie upowodowane; dziwi tylko obecność Strzem- 
bosza i Wrzeckiego w domu hr. Stefana już po 
znieważeniu bohatera w tymże właśnie domu; 



— 317 — 

tłómaczy się, a raczej objainia się to tein tylko, 
źe aator przez całe pięć aktów jedność miejsoa 
chciał zachować; gdyż zmiana dekoracyi w akcie 
6- tym ma już na celu jedynie rozerwanie wi- 
dzów, wpatrujących się przez 4 akty w też same 
przedmioty. 

O-łówny pomysł „Przyjaciółki żon" (1890) 
przypomina „Starą elegantkę" Korzeniowskiego, 
tylko, że Łubowski rozwinął go szerzej na tle 
skandalicznych stosunków doby dzisiejszej. Nie 
będę zaprzeczał komędyopisarzowi, że fakty, na 
których oparł swą sztukę, są wzięte z rzeczy- 
wistości; w dziele bowiem artystycznem nie cho- 
dzi o protokolarnie zaświadczoną prawdę, ale 
o to, ażeby osoby i sytuacye robiły wrażenie 
prawdy. Otóż zdaje mi się, źe sytuacye są 
w „Przyjaciółce żon" naciągane gwoH wymaga- 
niom skomplikowanej akcyi, ale nie przedstawiają 
się jako wypływ konieczny charakterów. 

„Bawidełko" tendenoyą swoją spokrewnione 
jest z „Wychowanką*' starego Fredry. Streścić 
ją można w tych słowach: podejmujecie się opieki 
nad sierotami lub wogóle cudzemi dziećmi ; 
wyrywacie je ze sfery im właściwej, otaczacie 
zbytkiem, a nie dajecie im serca, nie kształci- 
cie charakteru, a przez to zadawalając tylko 
kaprys własny, unieszczęśliwiacie swoich wycho- 
wańców. Tendencya rozumna i wielce do roz- 
powszechnienia potrzebna. Gzy ją Łubowski do- 
brze wcielił? Bardzo to rzecz wątpliwa. Hanna, 
córka wieśniaków, wychowana w domu zamo- 



- 318 — 

żnym, nie skutkiem wychowania ma popędy 
zmysłowe i ulega tak łatwo zabiegom nikczem- 
nego birbanta. Jej opiekunka nie jest zapewne 
doskonałą, może nie umiała czuwać należycie 
nad bujnym temperamentem, a swojem wyma- 
ganiem, by uwodziciel ożenił się z Hanną nie 
dowodzi znajomości duszy ludzkiej ; ale błędy, 
jakie popełnia, popełnia w dobrej wierze. Sceny, 
wypełniające „Bawidełko" są efektowne, ale widz 
bardzo często masi sobie zadawać pytanie: czy 
one mają grunt psychologiczny pod sobą? 

Wraz z „Królewiczem" (1896) znajdujemy się 
w świecie mieszczańskim, niby polskim, ale w grun- 
cie rzeczy kosmopolitycznym; znamion jakiejś 
odrębności, prócz czysto zewnętrznych, nie odkry- 
wamy tu wcale. Bogaty fabrykant, pan Martin, 
jest człowiekiem zacnym, rozsądnym w mowie, 
serdecznym w usposobieniu, tkliwym w miarę, 
surowym pod względem pojęcia obowiązku. Umie 
być wdzięcznym za okazane sobie usługi przez 
dyrektora fabryki Kruckiego, który ocalił go 
od ruiny majątkowej swoją bystrością i praco- 
witością. Czy się interesował kiedy wychowa- 
niem swego syna Filipa, nie wiadomo; ale naj- 
pewniej nie, bo zajęty pracą w fabryce, obmy- 
ślaniem i przeprowadzaniem interesów, nie miał 
czasu i myśli swobodnej, by wglądać pilniej 
w sprawy edukacyjne. Żona jego, kobieta uczciwa, 
czuła, wrażliwa, ale słaba, zakochana w synu 
swoim „królewiczu", zbyt łagodną ręką kiero- 
wała jego wychowaniem, zbyt go pieściła, ubó- 



— 319 — 

stwiala, pozwalając na wybryki, a może je na- 
wet tająo przed mężem. I oto wyrósł młodzie- 
niec, który nadto wcześnie zakosztowawszy 
rozkoszy życia, bardzo szybko przesycił się niemi 
i wszedł już w okres nudów, prawdopodobnie 
przejściowych. 

Mówię: prawdopodobnie, gdyż autor za- 
mało dał wskazówek, by módz coś pewnego 
i stanowczego o jego bohaterze powiedzieć. Oka- 
zał się zanadto skąpym w obdarzeniu królewi- 
cza przymiotami, któreby go interesującym zro- 
bić mogły. Nie uczynił go ani umysłowo wyższym 
nad to otoczenie, wśród którego dni a raczej 
noce spędza; nie dal mu do wypowiedzenia ja- 
kichś myśli, któreby pozwoliły zajrzeć głębiej 
w jego duszę; nie przyznał mu szczególniej- 
szych właściwości uczucia. Jest to bardzo po- 
spolity birbant, tem różny od Leona z „Doży- 
wocia'', że nie posiada ani iskry zapału, choćby 
nawet tylko do jazdy balonem, ale nudzi się 
potężnie, ziewa, lekceważy jako bogacz tych 
chudopachołków, co mu służą za totumfackich, 
romansuje z żoną dyrektora fabryki, równocze- 
śnie starając się zająć pretensyonalną baronównę, 
jest cynikiem, samowolnym i upartym. W mo- 
tywach jego postępowania trudno czegoś więcej 
dopatrzyć nad samolubstwo, posługujące się cza- 
sem dość niezręcznie frazesami o cnocie i obo- 
wiązku. Porzuca żonę Kruckiego nie dlatego by- 
najmniej, że tenże oddał jego rodzinie wielką usłu- 
gę, że zatem uczucie wdzięczności poprowadziło go 



— 320 — 

na drogę onoty, ale dlatego poprostu, że mu się 
kobieta sprzykrzyła, bo, jak brutalnie jej oświad- 
cza, nie kochał jej nigdy, lecz tylko czuł do 
niej chuć namiętną. Jeżeli w scenie z Henryką 
zachowuje się jak cynik i brutal, to w scenie 
z Kruckim, wybuchającym lawą słów uczucio- 
wych, przedstawia nam się jak głupiec, który 
trzech słów zliczyć nie umie. Dopiero pojedy- 
nek, widok krwi tak ciężko znieważonego prze- 
oiwnika obudzić w nim miał lepszą strona du- 
szy i nakłonić do postanowienia radykalnej 
zmiany życia. Historya syna marnotrawnego 
wciąż się powtarza. Nie przecząc bynajmniej 
możliwości powrotu birbantów na dobrą drogę— 
co w interesie społecznym jest rzeczą pożą- 
daną — wyznać muszę, że ten nagły objaw ener- 
gii i poczucia obowiązku w Filipie zastaje widza 
bardzo słabo przygotowanym. Po scenie z Kru- 
ckim nie spodziewaliśmy się tego zwrotu. Czyżby 
widok krwi istotnie zmywał wszystkie brudy 
cynizmu? „I krew lacka cuda może" — jak po- 
wiada Pol — tylko że z ową krwią i duch złączony 
być musi. A w duchu Filipa autor nie wskazał 
nam poprzednio pobudek, któreby dopomogły 
krwi do zrobienia cudu. 

Filip jako bohater sztuki jest postacią nie- 
wyraźną, nieprzemyślaną przez autora dostate- 
cznie, a przynajmniej nie pokazaną widzom 
w całej okazałości za pomocą środków drama- 
tycznych. Jest on w pewnej mierze artysty- 
cznym równoważnikiem „Bawidełka" tegoż auto- 



— 821 — 

ra, t. j. kobiety, która, również w sposób słabo 
umotywowany, przechodzi bolesne koleje aż do 
napadu histeryi w restauraoyi jakiegoś małego 
miasteczka. Tylko rozwiązanie w „Królewiczu^ 
jest inne — nie pesymistyczne, jak w „Bawi- 
dełku^; zdaje się jednak, że tu więcej było 
konsekwencyi psychologicznej, lubo motywy za- 
sadnicze mogły ulegać krytyce. 

Inne postaci „Królewicza^ jako charaktery 
trzymają się dość silnie, o ile nie są sylwetko wo 
traktowane. Sam pan Martin występuje w jednej 
scenie bardzo znamiennie. Idzie o pojedynek 
Filipa z Kruckim. Serce ojca krwawi się na 
myśl możUwej katastrofy; radby uchronić dzie- 
cko przed niebezpieczeństwem; ale z drugiej 
strony nie może nie uznać powodów, skłania- 
jących Kruckiego do walki. W duszy Martina 
toczy się bój zacięty między miłością a poczu- 
ciem słuszności. W końcu, nie mogąc obronić 
syna We własnej opinii, lubo z bólem, puszcza 
Kruckiego nie tylko bez gniewu, ale z życzli- 
wością dla niego. Jest to sytuacya świeża w ko- 
medyi. Zazwyczaj pomimo wszelkich dowodów 
słuszności na rzecz przeciwnika, serce rodziciel- 
skie uparcie obstawało przy sprawie syna; po- 
tępienie dziecka wobec innych przychodzi bar- 
dzo trudno, lecz niemożliwem nie jest. Kome- 
dyopisarz umiał wyzyskać tę nową sytuacyę 
umiejętnie i uczucia widzów nie zadrażnił. 

Z kolei należy się słówko Kruckiemu. Jest 
to człowiek wybuchową uczuciowością swoją 

Kasza literatura dramatyczna. T. II. 21 



— 322 — 

przypominający ozasy dawniejsze, kiedy ludzie 
wzruszeń swych gorących nie kryli, nie o^a- 
niali pozorami obojętnej ironii lab chłodnego 
sceptycyzmu, lecz je owszem dobitnie i namię- 
tnie wypowiadali, zwłaszcza gdy ich dotknęło 
nieszczęście. Pokochał on Henrykę tak gorąco 
i tak wyłącznie, że żadne inne uczucie, żaden 
inny ideał nie mogły mu zastąpić tego jednego. 
Henryka nie odpłacała mu podobnem przywią- 
zaniem; wyszła zań, jako dziewczyna biedna, 
dla poprawienia losu i miała tyle prawości, że 
przed ślubem oświadczyła mu wyraźnie, że przyj- 
muje rękę jego bez miłości. Krucki zgodził się 
na taki stosunek w tem głębokiem przekonaniu, 
że miłością swoją potrafi z czasem pozyskać 
wzajemność. I byłby może cel zamierzony osią- 
gnął, gdyby nie „królewicz" Filip. Podczas dłu- 
giej nieobecności Kruckiego, Henryka mieszkała 
w domu Martinów. Filip zrobił na niej silne 
wrażenie, jakie niejednokrotnie wywierają pic- 
kni i młodzi rozpustnicy na kobietach. Nie po- 
trzebował on jej „uwodzić"; nie potrzebował 
używać zapewnień bezgranicznej miłości ; ona 
sama lgnęła do niego, a raz zszedłszy z drogi 
obowiązku, tem namiętniej garnęła się do obo- 
jętniejącego mężczyzny, że sama przed sobą 
chciała i musiała błąd swój usprawiedliwić nie- 
pokonanem ku niemu uczuciem. Pokochawszy 
pierwszy raz w życiu, zapomniała dla tej miło- 
ści o przysiędze małżeńskiej względem nieko- 
chanego męża; a ponieważ nie była lekkomyślną. 



— 828 — 

nie przypuszczała, że stosanek z Filipem albo zer- 
wajiyTRy albo choćby tylko ukrywanym nadal być 
musi. Gdy Kruoki wrócił i przedstawiony został 
przez starego Martina jako zbawca całej rodziny 
bogatych fabrykantów, w umyśle Filipa zaryso- 
wuje się ta okoliczność jako niezły pozór do zer-. 
wania z Henryką, a w umyśle Henryki jako na- 
glący powód, by się zapewnić, że była, jest 
i będzie kochaną. Tego właśnie odmawia jej 
„królewicz**, który, żeby nie zostawić Henryce 
najmniejszej nawet wątpliwości co do swego 
usposobienia, oświadcza jej stanowczo, iż się 
ożeni z baronówną, nie kochając jej również, 
tylko lubiąc. Wówczas srodze zawiedziona ko- 
bieta wybucha; zapowiada Filipowi, że z wła- 
snych jej usb dowie się Krucki o wszystkiem. 
Groźbę spełnia w połowie tylko: wyznaje mę- 
żowi swą winę, gdyż tego domagało się jej po- 
czucie prawości; tai atoli nazwisko mężczyzny, 
gdyż jej miłość nie wygasła, więc nie może na- 
razić ukochanego na niebezpieczeństwo. Kie 
trudno atoli było Kruckiemu odkryć tego, co 
mu zabrał honor i szczęście. Teraz właśnie na- 
stępuje najważniejsza część jego roli. Ten cichy, 
skromny pracownik, poczytujący oddane Marti- 
nowi usługi za proste spełnienie obowiązku, wy- 
stąpić ma jako mściciel swego honoru i wypo- 
wiedzieć całą głębię duszy zranionej. 

Autor każe mu dużo mówić wobec Filipa. 
Po co? Czyż Krucki nie znał tego gagatka? 
Czyż najserdeczniejszemi słowami mógł cokol- 

21* 



— 324 — 

wiek więcej osiągnąć wobeo jakiegokolwiek zre- 
sztą ozlowieka, będącego w tern położeniu wzglę- 
dem niego, co Filip, nad uznanie potrzeby po- 
jedynku? Zdaje mi się, że cała tyrada Kruckiego 
wobec Filipa jest zupełnie chybioną i pozosta- 
wia widza chłodnym, pomimo, że dla nieszczę- 
śliwego człowieka czuje się jak najszczerszą 
sympatyę. A może autor tym, co prawda mniej 
właściwym dramatycznie środkiem, chciał przy- 
gotować zmianę duchową w znudzonym roz- 
pustniku ? Może myślał sobie, że odczucie krzy- 
wdy, wyrządzonej uczciwemu człowiekowi, po- 
prowadzić go musi na drogę poprawy? Może 
dlatego uczynił Filipa w tej scenie tak niemym? 
Ale w takim razie intenoya podobna musiałaby 
być zaznaczona choćby jakiemś maleńkiem słów- 
kiem, jakimś bodaj giestem. Tego w komedyi 
niema, a przynajmniej nie widać tego na scenie. 
B>ozmowa Kruckiego ze starym Martinem ma 
więcej psychologicznego uprawdopodobnienia , 
choćby dla dramatycznego odmalowania walki 
toczącej się w duszy ojca wobec bólu zadanego 
dyrektorowi fabryki przez jego syna. Tu pewna 
patetyozność ze strony Kruckiego jest usprawie- 
dliwiona; trzeba bowiem rozwinąć i okazać ro- 
dzaj i siłę uczucia, jakiem do głębi przejęty 
jest ten, co ma niebawem stanąć przeciwko Fi- 
lipowi. Zachowanie się i sposób mówienia Kru- 
ckiego są sympatyczne i mogły rzeczywiście 
wpłynąć na tak trudne postanowienie, jakie de- 
cyduje się w końcu powziąć Martin, w imię 



■ ^ ■■! ł"^— ^- 



— 326 — 

sprawiedliwońoi przyznając Kruckiemu prawo po- 
szukiwania satyafakcyi na jego synu. Soena to 
efektowna, choć nie wyzyskana może w całej 
pełni i z całą siłą dramatyczną, do jakiej się 
nadawała. Wynik pojedynku był niespodzianką 
dla Martina, niespodzianką zresztą nie mogącą 
bardzo dziwić, gdyż w takich wypadkach traf 
gra rolę przeważną. Sprzeczne uczucia miotają 
sercem ojca nanowo ; cieszy się niewątpliwie, że 
syn wyszedł cało, ale żal mu serdecznie Kru- 
ckiego, nie tylko jako zdolnego dyrektora fa- 
bryki, lecz także jako szlachetnego a nieszczę- 
śliwego człowieka. Toż jakby dla wynagrodze- 
nia cierpień tego serca, które się w egoizmie 
rodzinnym nie zasklepiało, zapewnia mu autor 
pociechę z nawrócenia syna na drogę pracy por 
żytecznej dla niego i dla ogółu. 

Krucki został ciężko raniony; istnieje atoli 
nadzieja, że wyzdrowieje. Jak się względem 
niego zachowa Henryka, komedyopisarz nie mówi, 
a szkoda, bo jakieś objaśnienie należało się wi- 
dzowi ze względu na jej charakter śmiały, 
otwarty, głęboko uczuciowy. Zdaje się, że nie 
jest to kobieta pospolita, jakich tysiące w ży- 
ciu, w powieści i w komedyi spotykamy, że jest 
w niej materyal na prawdziwego „człowieka". 
Lepsze, dokładniejsze jej określenie za pomocą 
środków dramatycznych byłoby pożądane. Autor 
dał jej właściwie jedne tylko wymowną scenę, 
kiedy widząc zobojętnienie Henryka, pragnie 
mieć przynajmniej pewność, że była istotnie 



— 326 — 

kochaną, a dowiaduje się, że ze strony Filipa 
istniała jeno chuć zmyidowa. Jest to scena może 
najświetniej ze wszystkich napisana, chociaż ńci- 
ślej biorąc ma charakter wybuchu monologowe- 
go raczej niż rozmowy: Filip gra w niej rolę 
nie tylko moralnie, lecz i artystycznie lichą. 
O wyznania przez Henrykę winy przed mężem 
dowiadujemy się tylko; a o dalszym stosunku, 
o dalszych losach kobiety nie wiemy nic zgoła. 
Okoliczność ta obudzić musi pewne w widzu 
niezadowolenie, boć chyba słusznem jest jego 
wymaganie, ażeby o osobie, która stanowi obok 
tytułowego bohatera najważniejszą postać ko- 
medyi, wiedział coś stanowczego. 

Poboczne figury są traktowane oczywiście 
szkicowo. Siostra Filipa, Krystyna, jest panną 
dobrze wychowaną, serdeczną i wyrozumiałą dla 
brata, rozsądną i spokojną, tak że Filip jej tylko 
się zwierza w sprawie swego pojedynku. Uwagi 
jej atoli są mdłe i bez wartości dramatycznej. 
Baronówna przedstawia się jako panna żle wy- 
chowana, zarozumiała, wyrachowana i preten- 
syonalna. Komizm sztuki ma reprezentować pie- 
czeniarz Koziołkiewicz, który organizuje wszyst- 
kie rozrywki i zabawy Filipa, prowadzi rachunki 
wydatków i obławia się przytem grubo ; „króle- 
wicz** w przystępie złości powiada mu w oczy, 
że najdroższa metresa ty łeby go co on nie ko- 
sztowała. Istotnie atoli komiczne wrażenie wy- 
wołuje on rzadko — zanadto jest wstrętny. Na- 
tomiast towarzysz zabaw Filipa, Bupniewicz, 



% • 



- 327 — 

lubo ma bardzo szczuplutką rolkę, posiada parę 
drobnych rysów w zachowaniu się i mowie, 
które go czynią naprawdę komicznym i wielce 
przypominają figury z bruku warszawskiego. 

Mówiąc wogóle, Łubowski jest wybornym 
malarzem natur samolubnych, złośliwych tetry- 
ków, wielkoświatowych łobuzów, obieżyświatów, 
intrygantów, letkiewiczów, pasibrzuchów. Nakre- 
ślił kilka udatnych postaci dziewczęcych i kilka 
dobrze zaobserwowanych kobiet światowych. Mi- 
łość małą odgrywa rolę w jego komedyach, 
a objawy jej, o ile są szczere i serdeczne, zwy- 
kle w jednakowych u niego występują formach. 
Posiada nasz autor wielki zasób obserwacyj, 
dużo dowcipu zgryźliwego, ale czy posiada także 
werwę komiczną w rodzaju wesołym? 

Jest Łubowski autorem kilku krotochwil; 
„Ozarnokwit" (1879), „Kiedyż obiad'*, „Przez 
wdzięczność'*, „Wycieczka z przeszkodami (1893). 
Komizm w nich częściowo tylko wynika z cha- 
rakterów, a zazwyczaj polega na dwuznacznikach 
i sytuacych drastycznych; uśmiać się tu można, 
lecz rzadko kiedy tym śmiechem zdrowym, ja- 
kiego dostarczają komedye starego Fredry. Cóż 
robić; mało dziś mamy wogóle wesołości; nie 
możemy jej domagać się od komedyopisarzy. 
Najwięcej zalet ma „Ozarnokwif, który główną 
figurą swoją: Wojciechem Zżymalskim, przypo- 
mina nieco „Wielkiego człowieka do małych in- 
teresów" Fredry, tylko nie posiada jego rozbra- 
jającej i prawdziwie komicznej dobro duszności. 



— 328 - 

W każdym razie Zźymalski jest dobrze zrobioną 
figurą i wybornie w akoyi przeprowadzoną. Przy- 
gody natomiast z perfumami własnego chemi- 
cznego połączenia Grubasiewicza należą do rzędu 
niższej komiki. „Wycieczka z przeszkodami^ 
najwięcej jest zbliżona do fars francuskich swemi 
drastycznemi sytuacyami. Jednoaktówki mają 
charakter anegdotyczny. 

Charakterystyka Łubowskiego zupełna nie 
może być dzisiaj zamkniętą. Oczywiście rysy 
jej zasadnicze nie ulegną zmianie, ale modyfi- 
kacye dokonywać się jeszcze mogą, a liczba 
nowych kreacyj pomnażać zapas naszych po- 
mysłów w zakresie komedyi. 



"ł— ,' ■ 



xxv. 

Zygmunt Sarnecki. 

Autor ten w zawodzie dramatycznym pra- 
cuje już blizko lat 30, a w zawodzie literackim 
przeszło 40. Bo w piśmiennictwie wziął Sarne- 
cki udział bardzo młodo, kiedy jeszcze był na 
ławie szkolnej. Wziął go z początku wesoło i lek- 
komyślnie, z całą swobodą i nieopatrznością 
młodzieniaszka, musiał potem przypłacić go gro- 
szem niemałym, zabiegami ciężkimi, pracą wy- 
czerpującą, która nie dozwalała oddać się wy- 
łącznie najbardziej ulubionemu od wieku mło- 
docianego trybowi tworzenia dla sceny. Nie brak 
w tem życiu wysoce dramatycznych momentów, 
z po2a których uśmiecha się przecież zawsze 
twarz pogodna dobrego człowieka, który strat, 
klęsk i uraz długo nie pamięta i niepowodze- 
niami się nie zraża. 

Posiadając trochę szczegółów z tego życia, 
skreślonych przez samego autora, zamierzam 
niemi poprzedzić sylwetkę jego jako dramaty ka. 



— 330 — 



Wśród ^pańskioh^ stosunków wychowywał 
się i dorastał. Urodzony 20 listopada 1837 r. 
we wsi Hołodki, w gubernii podolskiej; o pięć 
wiorst od Baru, prawie od niemowlęctwa ule- 
gał równoczesnemu wpływowi literatury pol- 
skiej romantycznej oraz francuskiej z końca 
Xviii i początków XIX stulecia. Uczył się 
mówió odrazu dwoma językami, miał bowiem 
bonę Francuzkę, która się do najmłodszego 
dziecka w rodzinie szczerze przywiązała, i niańkę 
Polkę, szlachciankę, kochającą je bardzo, umie- 
jącą czytać i pisać, co na tem stanowisku było 
w owych czasach nadzwyczajną rzadkością. Usy- 
piano go lekturą polską lub francuską. Niańka 
czytywała mu: bajki Krasickiego, ballady Mi- 
ckiewicza i utwory Hofmanowej; bona — po- 
wieści Woltera i Chateaubrianda. „Rónó", „Atala", 
nawet wyjątki z „Męczenników" (Les Martyrs). 
Obie opowiadały mu baśnie ludowe. 

Nieraz malec udawał, że usypia, a skoro bona 
lub niańka odeszła od jego łóżeczka, przeko- 
nana, źe pieszczony Benjaminęk śpi na dobre, 
on tymczasem zrywał się z posłania i boso, 
w koszulce, biegł przez kilka pokoi do salonu 
babki, gdzie co wieczór starsze rodzeństwo czy- 
tywało głośno, po kolei, wobec rodziców poezye 
Mickiewicza, Pola, powieści Michała Czajko- 
wskiego. Cichutko, niepostrzeźony, wsuwał się 



— 381 — 

pod stół przykryty serwetą i pilnie się przysłu- 
chiwał. W ten sposób po raz pierwszy pozniU 
„Pana Tadeusza^, a wspomnienie o tern głę- 
boko utkwiło mu w pamięoi. 

Umysł ohłopca napełniał się pokarmem Ute- 
rackim wpierw, zanim czytać umiał: wprzód na- 
uczył się pisać niż czytać, przerysowywał bo- 
wiem z książek litery na czarnej tablicy. Na- 
uczywszy się potem czytać, zaczął pochłaniać 
wszelkie ksiąiki bez wyjątku, a przedewszyst- 
kiem takie, których nie dawano malcowi do czy- 
tania. Jako pieszczoch, miał on wielką własną 
bibliotekę, złożoną z książek dziecinnych, ale 
w tych nie bardzo smakował z wyjątkiem roz- 
maitych „Eobinsonów**. „Podróż Gulliwera" prze- 
czytał w wydaniu lipskiem ilustrowanem; nie- 
przeznaczonem dla dzieci. Książki dziecinne 
przeglądał niemal z musu, albo dla ukrycia pod 
LnJ dzieł pokryjoma ^rdobytyoh z pięknej 
biblioteki rodziców. Wybierał stamtąd głównie 
utwory fantazyi: poezye, powieńci, dramata; nie- 
kiedy jednak nie pogardzał i strawą poważniej- 
szą: podróżami, historyą; co więcej, ukradkiem 
przeczytfij! kilka tomików „Dykcyonarza filozo- 
ficznego^ Woltera, niewiele z tego naturalnie 
zrozumiawszy. Ponieważ w domu panował bał- 
wochwalczy kult dla Napoleona I, czytał więc 
chłopiec z gorączko wem rozmiłowaniem się 
w przedmiocie historyą konsulatu i cesarstwa, 
a nawet wielkiej rewolucyi francuskiej. Poznał 
dzieło Thiersa i prawie wszystkich owoczesnych 



— 832 — 

pamiętnikarzy, opisująoyoh dzieje „małego ka« 
prala^, a zarazem „boga wojny^. Uwielbienie 
atoli nie było u chłopca tak bezwzględne, żeby 
nie dopaszozało cienia krytycyzmu, czytywał 
bowiem również chętnie pamflety na Napoleona; 
zachwycały go np. „Jamby^ Augusta Barbier, 
dotkliwie chłoszozące ambitnego „Korsykanina'^. 

I literatura dramatyczna francuska i polska 
nie była mu obcą już w latach chłopięcych; 
znał Moliera, Begnarda, Pirona i innych mniej 
głośnych komedyopisarzy; utwory Fredry, Ko- 
rzeniowskiego i Skarbka widywał nawet na sce- 
nie amatorskiej; starsze bowiem rodzeństwo jego, 
krewni i znajomi zabawiali się często w teatr, 
a malec siadywał na próbach, czasem nawet 
spełniał czynność suflera. Natomiast Goethe, 
Schiller i Szekspir byli mu w owych czasach nie- 
znani; zabierał się wprawdzie kilkakrotnie do 
czytania dzieł dramaturga angielskiego w prze- 
kładzie Ouizofa, zawsze przecież tak się nie- 
szczęśliwie składało, że mu je odbierano. 

Bądżcobądż wrażeń, silnie na umysł działa- 
jących, nie brakowało, jak widzimy; a nadmierne 
wytężenie ducha osłabiło organizm fizyczny. 
Sarnecki był w owej dobie wątły — co tak 
trudno wyobrazić sobie znając dzisiejszego tłu- 
ściocha — melancholijny, lękliwy, lecz hardy: 
o nic nikogo nie prosił i przed nikim karku nie 
uginał. Matka i babka psuły go; ojciec surowy, 
a nawet despotyczny względem innych, dla 
niego był wyjątkowo pobłażliwym; nigdy go 



— 883 — 

nie aderzył. To też syn czasami oimielal się 
wdawać z nim w dysputy o Napoleonie. Źle na 
tern wychodził, gdyż ojciec obrażony nie prze- 
mówił do niego czasami w ciągu całych tygodni. 

Wykształcenie młodego Zygmunta, z powodu 
częstej nieobecności ojca w domu, szło zygza- 
kiem, stosownie do chwilowych usposobień i upo- 
dobań chłopca; żadnego tu nie było systemu 
ani metody; Zygmunt dowiadywał się mnóstwa 
rzeczy, a niczego się nie uczył porządnie; wie- 
dział wiele, a umiał naprawdę bardzo mało. 
Guwerner jego, Komorowski, zadanie swoje trak- 
tował po dyletancku; umarł na jego ręku, kiedy 
Zygmunt miał lat dziesięć. Pomyślano wówczas 
o szkole. 

Zawieziono Zygmunta najprzód do Odesy, 
uprzywilejowanego miejsca nauki dla paniczów 
tamtych okolic, i umieszczono na pensyi Jana 
Sowińskiego, klasyka, tłomacza Łukrecyusza (w rę* 
kopiśmie), znanego autora dziełka ^0 uczonych 
Polkach^, mającego za żonę siostrę Józefa Ko- 
rzeniowskiego. Tu kształcił się dalej w kierunku 
literackim, ale nauki systematycznej nie pobie- 
rał; poznawał poezyę grecką i rzymską w prze- 
kładach, czytał dużo po francusku i po polsku; 
wtedy zaznajomił się z dziełami Krasińskiego, 
Słowackiego, któremi tak się przejął, że miał 
zawsze na zawołanie jakieś piękne ich wyraże- 
nie, oraz z utworami Wiktora Hugo, którego 
dramata zachwyciły go. Z niemiecką literaturą 
i w Odesie mniej się spoufalił. 



— 334 — 

W T, 1852, kiedy chłopiec kończył rok pię- 
tnasty, zawiózł go ojciec do Warszawy i nmie- 
icil na pensyi a znanego botanika, Jerzego Ale- 
ksandrowicza. Zygmnnt zdał egzamin zaledwie 
do klasy III gimnazyam realnego, nie był bo- 
wiem dostatecznie przygotowany ani z języka 
rosyjskiego, ani z matematyki. Pod wpływem 
Aleksandrowicza oddał się z ogromnym zapa- 
łem naace botaniki, herboryzował zapamiętale, 
stadyował pilnie i tyle przyswoił sobie wiado- 
moóci, że mógł czasami zastępować nauczyciela. 
Ale upodobanie to rychło min^o, a zacz^y się 
natomiast ujawniać zdolności literackie. Ćwicze- 
nia polskie, pisane dla siebie i dla kolegów, zro- 
biły mu pewną sławę w gimnazyum. Wszyscy, 
z Piotrem Skrzypińskim i Tomaszem Kurhano- 
wiozem na czele, wynosili jego talent. Sarnecki 
zaczął wydawać pisaną gazetę, która, dostawszy 
się do rąk dyrektora Łyszkowskiego, została 
skonfiskowana. 

W r. 1866 F. H. Lewestam, J. K. Gregoro- 
wicz i Józef Pracki nabyli od Aleksandra Prze- 
ździeckiego ^Gazetę Codzienną^ i poszukiwali 
„tanich" spółpracowników. Lewestam, powiado- 
miony przez swych kolegów i Skrzypińskiego 
o zdolnościach wybitnych Zygmunta, zaprosił 
go do redakoyi i tym sposobem uczeń klasy 
V-ej, liczący 19 rok życia, został literatem i dzien- 
nikarzem, pisywał powiastki w stylu romanty- 
cznym i prowadził przez kilkanaście miesięcy 
feljeton tygodniowy pod nagłówkiem: „De omni- 



— 386 — 

bas rebus et ąmbnadam aliie". Aleksander Nie- 
wiarowskiy pisujący natenczas gło^e swe ^gwiazd- 
ki" w „Gazecie Warszawskiej** i umiejący wy- 
zyskiwać ludzi bogatych lub mających wielkie 
sperandy, zbliżył się do młodzieńca i przy jego 
pomocy materyalnej kupił w końcu r. 1857 „ Ga- 
zetę Codzienną" i oczywiście zatrzymał Sarne- 
ckiego jako spółpracownika. Drogo mu przy- 
szło opłacić ten nowicyat dziennikarski. Wraz 
z Edwardem Leo pisywał tu na przemian feljetony 
tygodniowe p. t. „Listy Kantego doKalasantego". 
W r. 18B8 skończył wreszcie Sarnecki gi- 
mnazyum. W rok potem „Gazeta Codzienna^ 
przeszła na własność Leopolda Kronenberga, a 
jej redakcyę objął J. L Kraszewski. Ci wypra- 
wili młodzieńca do Francyi i 'Wioch jako ko- 
respondenta. Był to czas wyrabiania się poglą- 
dów religijnych, społecznych i politycznych u 22- 
letniego młodzieńca. Po dobie reakcyi ogólno- 
europejskiej, zaczęły dążności postępowe znowu 
śmielej się ujawniać pod formą liberalizmu 
chrześcijańskiego , który wyróżniał stanowczo 
ducha od litery, dogmata od osób, nie wierząc 
bynajmniej, żeby wszelkie dobro i piękno mie- 
ściło się tylko w wiekach ubiegłych, lecz prze- 
ciwnie sądząc, że coraz * większe udoskonalenie 
wszystkich stosunków może być dziełem tera- 
źniejszości i przyszłości. Świeży natenczas wy- 
padek, wojna włoska, dawał sposobność wypo- 
wiadania się w tym kierunku. Liberalizm chrze- 
ścijański pozwalał na gorące sympatyzowanie 



— 336 — 

z myólą wyzwolenia i zjednoczenia Włooh i na 
potępianie dążności duchowieństwa do otrzyma- 
nia władzy świeckiej papieża. A stąd znowu 
wynikły: krytyka wieków średnich w zestawie- 
niu z czasami nowożytnymi, spory o znaczenie 
rozumu indywidualnego w przeciwieństwie do 
tradyoyonalizmu, nowa ocena znaczenia poezyi 
romantycznej i t. p. 

Sarnecki zaraz w pierwszej korespondencyi 
swojej do „Gazety Codziennej" z Paryża, 10 
listopada 1869 pisząc entuzyastycznie o Wiktorze 
Hugo, zaznaczył swój pogląd na romantyzm fran- 
cuski i niemiecki, wyróżniając go od polskiego. 
Mówiąc o zapale romantyków obcych dla śre- 
dniowiecza, tak swe zapatrywanie sformułował: 
„W uwielbieniu tem upatrujemy tylko olśnienie 
chwilowe, poetyczny zachwyt na widok twar- 
dych postaci z przeszłości, na pozorną świetność 
feodalizmu. Młode oczy nie patrzyły na dno 
dziejowe tejże epoki kasków, zbroi i wielkich 
cnót indywidualnych, nie umiały postrzedz, że 
tym rycerzom z krzyżem na piersi lub tarczy 
brakło krzyża w sercu, że druga połowa tej 
średniowiecznej ludzkości zgnieciona wiła się u 
stóp pierwszej. Romantyczna poezya w literatu- 
rze prawie wszystkich ludów europejskich, bu- 
dząc się do życia, wpłynęła na tę skałę ster- 
czącą pod wodami postępu i rozbić się na niej 
musiała. U nas tylko brak feodalnych tradycyj 
uratował ją odrazu; u nas wielki mistrz, zapu- 
ściwszy sieci w głębie Świtezi jeziora, wydostał 



-a ' •Ir' 



— 337 — 

z wód dziewicę poświęoenia, męozenniozkę z wła- 
snej woli. Podania ludowe o malinach stworzyły 
w literaturze naszej ludową lady Macbeth, Bal- 
ladynę krwawą, — a naseymi romanłycssnymi rosh 
bitkami są tylko historycjmi potoieściaree, biorący 
treść do nowych prozaicznych poematów i dra- 
matu z najbliższej nas przeszłości, przeszłości, 
w której chcieliśmy chorobliwy feodalizm za- 
chodni zaszczepić na zdrowym pniu słowiań- 
skim. I dlatego to ogół u nas niesympatycznie 
przyji^ podobne objawy, wtedy gdy w Niem- 
czech przeciw fałszywej romantycznej szkole 
odezwał się tylko szyderczy głos Heinego^. Nie 
wchodząc w rozbiór twierdzeń autora, odnoszą- 
cych się do „powieściarzów historycznych", w któ- 
rem to wyrażeniu miał niewątpliwie Sarnecki 
na myśli głównie Henryka hr. Bzewuskiego, na- 
leży jeno zaznaczyć liberalne i demokratyczne 
stanowisko młodego korespondenta, przykłada- 
jącego miarę społeczną do zjawisk literackich 
i artystycznych. 

Że takie przykładanie miary społecznej do 
naszej zwłaszcza literatury uważał Sarnecki za 
obowiązek, to wypowiedział wyraźnie w innej 
korespondencyi (z 22 styczna 1860 r.) z okoli- 
czności opisu zwiedzanych przez siebie galer 
genueńskich. „Długo krytykowano — pisał on — 
i po dziś dzień jeszcze krytykują surowo cno- 
tliwi recenzenci zbrodnicze charaktery roman- 
tycznych postaci, z których autorowie wielu po- 
wieści tak chętnie tworzą swój ulubiony perso- 

Nasza literatura dramatyczna. T. II. 22 



— 338 — 

naź. I sędziowie i sądzeni mają ta względnie 
raoyę. Pierwsi zasłagują na poszanowanie, jeśli 
bronią piękna nieoszpeoonego żadnej hańby trą- 
dem; drudzy, jeśli dla tego samego bóstwa czają 
głęboką cześć i rozpościerając tła z nataralnych 
cieni, nie dbają jeno o to, aby jasność akocha- 
nego ideała widomiej i jaskrawiej wystąpiła 
z obrazu, objawiła się w utworze. Artysta pi- 
sarz, szczególniej u nas, winien koniecznie wska« 
zać choćby w najodleglejszej perspektywie swego 
dzieła nieskalane światło moralnej nadziei, ide- 
alne przeczucie chrześcijańskiej myśli, chociaż- 
by do tego błyszczącego ogniska potrzeba było 
wieść czytelnika przez galerye niekształtnych 
ułomności społeczeństwa, malowanych jaskrawym 
pędzlem, zmaczanym w żółci szyderstwa. Lekka 
literatura francuska, mniejsze od polskiej no- 
sząca na sobie obowiązki moralnej tendencyo- 
nalności (!), błądząca wielokrotnie po bezdro- 
żach, w celu wynalezienia nowego toru dla roz- 
wijającej się sztuki, schodziła często do galer, 
do tego brudzącego czysca, wynalezionego przez 
kodeks kamy. Zżymała się na to krytyka, gnie- 
wali się rozsądni i uczciwi ludzie; mimo to nie 
można kroku tego bezwzględnie potępić, bo ko- 
rzyść jednakże uwieńczyła usiłowania (na nie- 
szczęście z pogwałceniem niektórych praw este- 
tyki i dobrego gustu), odkryła bowiem prawdę 
w zbrodni, odarła ją z poetycznego uroku, z tego 
spadku po ś. p. feodalnych pojęciach, wałęsają- 



— 339 — 

oyoh się jeszcze tu i owdzie po świecie^ (n^^* 
zeta Codzienna" 1860 Nr. 31), 

Poprzestanę na tyob przytoczeniach, zosta- 
jących w najbliższym związku z literaturą i ar- 
tyzmem, chociaiby można znależó sporo zaj- 
mujących poglądów na różne kwestye polity- 
czne, reUgijne i dziennikarskie w tych korespon- 
dencyach młodzieńca, który ze świeżą wrażli- 
wością przebiegał Franoyę i Włochy aż do Ne- 
apolu, starając się z różnorodnych objawów ży- 
cia zdaó sobie sprawę rozważną, by się spo- 
strzeżeniami swemi podzielić ze społeczeństwem. 

Powróciwszy do Paryża, zapragnt^ uzupeł- 
nić swoje wykształcenie. ZapiscJ: się jako wolny 
8łacha«a na «ryUady w Sorbonie, w Kolegium fran- 
cuskiem. Wybrał kilka kursów z nauk przyro- 
dniczych, ale niebawem, folgując właściwym 
swoim upodobaniom, porzucił je dla słuchania 
kursów literatury i historyi, zaznajamiając się 
równocześnie bliżej z dziennikarstwem francu- 
skiem i z towarzystwem polskiem. Zbliżył się 
naówczas do Seweryna Elżanowskiego, którego 
poglądy podzielał, i wspólnie z nim rozpowsze- 
chniać się je starał w czasopiśmiennictwie. Do 
kraju często zaglądał, lubo zazwyczaj na krótko, 
a przebywając w różnych stronach, porobił wa- 
żne znajomości jak np. z głośnym filozofem, Ka- 
rolem Libeltem, który go serdecznie polubił, 
lub z Kazimierzem Jarochowskim, który chciał 
zrobić z niego historyka. Nauczył się wówczas 
po włosku i wszedł w stosunki z wybitnymi 



— 340 — 

przedstawioielami odrodzenia Włoofa : Correnti, 
Mordini, Ferrari i inni mniej znani okazywali 
młodzieńcowi wiele przyjaźni. Dostawszy mają- 
tek od ojca w r. 1862, ożenił się i wziął w po- 
sagu znaczny majątek w Lubelskieni — By- 
chawę. Łeoz nie przerwało to jego wycieczek 
za granicę. W roku 1863 przeważnie bawił we 
Włoszech, następnie przeniósł się do Paryża, 
gdzie żył wśród naj wytworniej szego towarzy- 
stwa. W tym czasie zaciągnąć musiał znaczne 
długi, które odbiły się fatalnie na jego położe- 
niu materyalnem po powrocie do kraju w r. 1866, 
kiedy osiadł w Bychawie. Tu powstały pierwsze 
utwory dramatyczne Sarneckiego. 



2. 

Do twórczości dramatycznej czuł nasz autor 
pociąg od lat młodocianych. Będąc w gimna- 
zyum realnem, urządzał wraz z kilku kolegami 
przedstawienia amatorskie, jak to opowiada 
w nowelli dyalogowanej p. t. „Pierwszy mój 
dramat" (Zob. „Owale i profile", Lwów, 1884, 
str. 67 — 84). „Gościnne salony cioć i kuzynek — 
mówi — były dla nas otwarte. Wystawili- 
śmy w nich Zemstę i Barbarę Badziwiłównę 
wobec rodziców, krewnych, znajomych, słowem 
wobec zwykłej publiczności, oklaskującej zapał 
'ndenckiej deklamacyi. Po sutych, nieszczędzo- 



- 341 — 

nyoh brawaoh i poohwałaoh, widzowie nasi tań- 
czyli lub grali w wista, nie myśląc ani o nas ani 
o Auguście, Kmicie, Tarnowskim. To nam nie 
wystarczyło ; pragnęliśmy Ateńozyków warszaw- 
skich zwrócić koniecznie oczami na słońce. Czu- 
liśmy potrzebę sztuk własnych i słuchaczy świe- 
żych, wrażliwych — nie zjadaczy chleba, nie 
grających w wista, dających nam pół duszy i to 
tylko na chwilę... Między kolegami naszymi znaj- 
dował się syn bogatego cieśli, Niemiec. Ojciec, 
jeszcze niemal zupełnie po polsku nie umiał; 
syn zaś, z nami zbratany, nie chciał już znać 
języka starego Kahla ^). Łatwo wytłómaczył nie- 
zbyt inteligentnemu rodzicowi, co za zaszczyt 
nań spadnie, jeśli pozwoli, aby panicze — na- 
leżący do szlacheckich rodzin — założyli teatr 
w jednej z szop, przeznaczonych na składanie 
budowlanego materyału, obrobionego plebeju- 
szowskim toporem jego nadsprewskich czeladni- 
ków... Wiluś imponował papie... Po krótkim opo- 
rze mieliśmy gmach darmo. O urządzeniu we- 
wnętrznem, o deskach widowni, o budce suflera 
i o amfiteatrze dla widzów pomyślał także Kahl 
junior... Napisałem dramat ludowy p. t. ^Brat 
żebrak...". Ani jednej sceny już z niego nie pa- 
miętam... Wiem tylko, że krew i łzy płynęły 
w nim wezbranymi potokami, że szatan in per- 
sona mieszał się do spraw moich bohaterów. 



*) W druku jest: Fahla, Przywracamy nazwisku 
właściwe brzmienie, według wskazówki autora. 



— 342 — 

a Opatrzność — zbyt łaskawa dla autora — 
rozwiązywała ciemną gmatwaninę sceniczną po- 
tęgą przedwiecznej sprawiedliwości, w którą wie- 
rzyliśmy wówczas głębiej, niż dziś starowiercy 
żydowscy w przepowiednie talmada i jego ży- 
jących komentatorów". 

Przedstawienie odbyło się przy napływie 
licznej ludności rzemieślniczej zwabionej zapo- 
wiedzią, że w antraktach będzie roznoszona her- 
bata z arakiem. Nie dociągnięto wprawdzie do 
końca, bo któryś z robotników zapalił papierosa, 
a stary Kahl obawiając się o swoją szopę, zgro- 
mił go ostro, co wywołało zgiełk i zamieszanie, 
które grę przerwały. Nie zniechęciło to jednak 
do prób dalszych, w których wyrabiała się po- 
mysłowość i praktyczna znajomość warunków 
scenicznych. 

Od tych młodzieńczych zapędów upłynęło 
lat 10 z górą, zanim Sarnecki zabrał się do na- 
pisania pierwszej swojej komedyi. Przez ten 
czas poznał życie wielostronnie, bywał na przed- 
stawieniach w różnych miastach, a przedewszyst- 
kiem w Paryżu, zaznajomił się dobrze z nowszą 
komedyą francuską, przyswoił z niej sobie pe- 
wne strony techniczne, lubo pod względem du- 
cha i dążności pozostał na gruncie swojskim, 
kreśląc w pierwszych komedyach swoich („Zem- 
sta pani hrabiny", „Febris aurea", „Bezintereso- 
wności", „Kalecy") takie postaci, jakie spoty- 
kał w życiu za czasów pierwszej młodości, kiedy 
wrażliwość była najsilniejsza. 



— 343 — 

Widaó to szozególniej w przedstawieniu cha- 
rakterów młodzieży. Gimnazyum realne, zało- 
żone w Warszawie w tym samym roku 1844, 
kiedy rozpoczęto budowę kolei warszawsko-wie- 
deńskiej, w ciągu kilkunastoletniego istnienia 
swego przysposobiło krajowi pewną liczbę mło- 
dzieńców, podkształconych w kierunku techni- 
cznym, co następnie rozwinąwszy swą wiedzę w za- 
kładach specyalnych, zwykle zagranicznych, po- 
częli skromnie spółzawodniczyó z cudzoziemcami, 
którzy we wszystkich nielicznych zresztą jeszcze 
wtedy fabrykach i przedsiębiorstwach przemy- 
słowych panowali. Był już w nich zaczątek rea- 
listycznego na świat poglądu, tak różny od unie- 
sień romantycznych; ale w ukształceniu ich od- 
grywa jeszcze bardzo dużą rolę religia, poezya 
romantyczna, tradycye rycerskie, tak że choó 
w słowach nieraz bardzo daleko się zapędzali, 
głosząc hasła praktyczności, w postępowaniu 
nader często okazywali się idealistami i roman- 
tykami. 

Bardzo trafnie, o ile mi się zdaje, nastrój 
owoozesny szlachetniejszej części młodzieży scha- 
rakteryzował Sarnecki, mówiąc o swojem poko- 
leniu we wspomnianej już nowelli: „Pierwszy 
mój dramat^, ze względu na zwrot ku rzeczy- 
wistości : „Bizadkie ziarnka zadań rachunkowych 
dzisiejszej epoki daleko później kiełkować za- 
częły... Zbliżał się wprawdzie koniec jakiejś pory 
dziejowej, ale można go było wziąć za począ- 
tek, tak był gorączkowy, uparty, namiętny. Obej- 



I 



— 344 — 

mował uściskiem pożegnalnym to tylko, oo się 
czuło najmłodszem w społeczeństwie. Uczniowie 
gimnazyalni — garstka studentów uniwersyte- 
ckich, rozproszona po wszechnicach rosyjskich 
i zagranicznych, nie wpływała prawie na koloryt 
całości obrazu — gromadzili się i łączyli w sto- 
warzyszenia wzajemnej, pomocy naukowej, nie 
mające wcale politycznego charakteru. Pomimo 
że w kraju sączył się tylko wąziutki strumień 
poezyi narodowej, myśmy rozkopywali dlań sze- 
rokie łożysko i zamieniali w rzekę. Porywała 
nas ona, unosiła...^ 

Naturalnie, w dalszem życiu ten entuzyazm 
poetyczny chłódł w zetknięciu z rzeczywistością 
i niewielu jeno mogło zachować idealną czystość 
natchnień i pragnień młodocianych. Ci, co na 
utrzymanie pracować musieli, zdobywali sobie 
z trudem środki po temu. Majętni gonili za roz- 
rywkami, marnowali czas, zdrowie i pieniądze 
na bruku paryskim, zawiązując rujnujące sto- 
sunki z tameczną złotą młodzieżą. Je ni atoli 
i drudzy zatrzymywali najczęściej serce poczciwe 
i popędy szlachetne, zwłaszcza gdy owiani zo- 
stali atmosferą rodzinną. Były to natury bujne, 
popędliwe, lekkomyślne, krnąbrne, le(iz nie ze- 
psute do gruntu. 

Już w pierwszej komedyi Sarneckiego : ^Zem- 
sta pani hrabiny", napisanej w Bychawie roku 
1867, a przedstawionej w Warszawie w dwa 
lata potem, znajdujemy dwu przedstawicieli ta- 
kiej młodzieży : Wacława i Janusza, oraz ogólną 



— 346 — 

jej charakterystykę w zakresie stosunków miło- 
snych, podaną przez ioh znajomego Francuza 
Villaret, z którym w Paryżu spoinie się bawili. 

Yillaret, trzpiot dowcipny i zręczny, mówi 
do Wacława, mając nie tyle jego samego, ile 
jego współziomków na względzie: „Doprawdy 
jest coó czaro wnego w tych waszych miłostkach, 
coś, co może pogodzić z sielankami łacińskich 
i nowożytnych poetów. Bo — proszę państwa — 
przyjeżdża na wieś człowiek prawie skończony, 
który zna geografię paryskiego Łoretu lepiej, 
niż drogę do .powiatowego miasteczka, który 
wy trzymai atak d /and przypuszczony przez nie- 
zwyciężony batalion, pod wodzą niezwyciężonej, 
^otowłosej wyspiarki, który nie poddał swego 
serca, nawet honorowej kapitulacyi nie opłacił 
kieszenią — zdaje się, że można o nim wyrzec 
z dumą : venij vidi, vici, a on tymczasem se laisse 
router pierwszej lepszej parafianeczce dlatego, że 
ta skromnie oczki spuszcza, a ukradkiem na 
niego spogląda, że odpowiada na jego francu- 
skie grzeczności, piekąc rak po raku; proszona, 
aby zagrała, fałszuje niemiłosiernie, tłukąc czerwo- 
nemi paluszkami o klawisze fortepianu^. 

Ale dowcipny Villaret sam na sobie doświad- 
czył czaru, jakie wywierają te panienki z wiej- 
skiego dworu, w pierwszej młodości tak pełne 
poezyi i serca. Fałszowanie w muzyce im się 
przebacza, ich skromność podbija i przemawia 
do duszy, która widziała czelność i bezwstyd 
stołecznych piękności różnych światów. 



— 346 — 

Wacław po ozęśoi przynajmniej przeszedł tę 
drogę, którą opisał Villaret. „Wałęsałem się — 
mówi on o sobie, jak wszyscy zresztą jego sta- 
nowiska młodzieńcy mogliby powiedzieć — po 
wszystkich miastach europejskich; bawiłem się 
w Paryżu, nudziłem w Berlinie, w Wiedniu by- 
łem jak u siebie, karnawałowałem w Bzymie, 
marzyłem w Neapolu". Poznał życie towarzy- 
skie i towarzystwo wszystkich wyliczonych tu 
grodów, miał zapewne niejedne przygodę miło- 
sną, dał się pociągnąć w sieci sprytnej a bo- 
gatej i robiącej pieniądze wdówki, hrabiny 
Aurory, ale wyniósł stamtąd serce swobodne, 
świeżość uczuć, zdolność kochania. Napozór zi- 
mnym był, obojętnym i łagodnym, bo wycho- 
wanie i obycie się ze światem zrobiło z niego 
gentelmana, jak tysiące innych z jego sfery. 
W głębi atoli gorzały płomienie; gdy ujrzał 
piękne dziewczę polskie, siostrę przyjaciela, po- 
kochał je namiętnie, „wierzył, marzył, idealizował 
przedmiot swojej miłości przez trzy miesiące, 
sam w sobie rozmyślnie podniósł temperaturę 
sentymentu do 40 ponad zero**, a gdy doznał 
zawodu, szukał śmierci w pojedynku. Natura 
zapalna, lekkomyślna, lecz drżąca na samą myśl 
o podłości. 

Książę Janusz, znający tylko dwa rodzaje 
zabawy: grę hazardowną i wyścigi konne, ży- 
jący albo w stajni albo przy stoliku karcianym, 
zobojętniały, zdaje się, na wszystko, żeni się dla 
pieniędzy z podstarzałą kokietką, ową hrabiną 



— 347 — 

Aarorą, która w tydzień po slabie wyprawiła 
go z buduaru do stajni i traktowała niemal jak 
lokaja,— okazuje przecież w końcu poczucie mę- 
skiej godności, szlachetność uczuć, gotowość 
dopomożenia dobrej sprawie, psując intrygę swej 
żony, która starała, się Wacława wyrugować 
z serca Julii, a swem stanowczem postępowa- 
niem pozyskuje w końcu szacunek swej poło- 
wicy, korzącej się przed jego energią. 

Jeszcze wybitniej i szczegółowiej te dobre 
skłonności młodzieży, ukryte pod namułem roz* 
maitych skaz powierzchownych, widzimy przed- 
stawione w drugiej komedyi Sarneckiego: „Fe- 
bris aurea", napisanej w Bychawie r. 1869 a da- 
nej w "Warszawie r. 1876. Mamy tu trzech mło- 
dzieńców, związanych ze sobą koleżeństwem, 
a reprezentujących trzy warstwy społeczne: szla- 
checką — hrabia Juliusz , ludową — Maurycy 
Kostrzewa, mieszczańską — Alfred Klrot. 

Juliusz wychowywał się na stopie bogatych 
paniczów, chociaż majątek jego, nie wskutek 
złej woli opiekuna, lecz nieumiejętności tylko 
i różnych drogich zamiłowań, topniał coraz bar- 
dziej, tak że gdy młodzieniec ukończył studya 
techniczne, nie posiadał jaż ani grosza gotówki. 
Ozy się tem zmartwił lub zaniepokoił? Bynaj- 
mniej. Ufny w swe siły i zdolności, nie tylko 
nie robił żadnych wymówek opiekunowi, lecz 
nadto obiecywał siebie i jego utrzymać własną 
pracą. A gdy pokochał córkę człowieka zboga- 
conego środkami nieprawymi, wyrzekł się mo- 



— 348 - 

ćnośoi posiadania ręki Łeokadyi, ażeby nie być 
zmuszonym braó wraz z nią brodem skalanego 
grosza. Na naleganie ojca panny, kochającego 
córkę bez granic, odpowiada wprost, źe dla niego 
taki tylko pieniądz ma wartość, o pochodzeniu któ- 
rego z dobrego źródła jest przekonany, źe chcicJ!by, 
by dawny, staroszlaohecki zwyczaj pytania: „kto 
cię rodzi- wskrzeszony został dla pieniędzy, kto 
je rodzi: praca i cnota, czy lichwa i występek. 
A gdy dla uratowania życia Leokadyi, która 
bez pamięci rozkochała się w hrabi, ten decy- 
duje się na ożenienie, to za pierwszy warunek 
kładzie, żeby żadnego nie miała posagu... nawet 
wyprawy, a od ojca jej żąda, aby zaraz po ślu- 
bie zrealizował cały swój majątek, wyjechał raz 
na zawsze za granicę i nigdy w życiu nie sta- 
rał się z córką swoją zobaczyć; zmiękczony 
w końcu strasznym żalem starego, robi mu na- 
dzieję, że jeśli całym swoim majątkiem zdoła 
przebłagać Boga, to wówczas będzie mógł po- 
wrócić i zamiast jednego będzie miał dwoje 
dzieci. Wchodzą tu w grę, jak widzimy, bardzo 
silne uczucia. Juliusz gotów raczej umrzeć, ani- 
żeli odstąpić od swoich warunków, tak wielkie, 
tak wzniosłe ma wyobrażenie o potrzebie czy- 
stych rąk w społeczeństwie. Stary Qałdziński 
zaś, człowiek przewrotny i bez sumienia, kocha 
przecież córkę tak namiętnie i tak idealnie, źe 
umie się wznieść na wyżyny poświęcenia, tłumi 
w sobie miłość własną, byle tylko widzieć Leo- 
kadyę opromienioną szczęściem. Gzy taka scena 



— 349 — 

jaka się rozegrcJ:a między Juliuszem a Gałdziń- 
skim, odbyła się kiedykolwiek w rzeczywistości? 
Nie śmiałbym na to pytanie odpowiedzieć ani 
twierdząco ani przecząco, lecz sądzę z różnych 
analogij życiowych, że jest możliwą, a tem sa- 
mem wolno było artyście dramaturgowi wpro- 
wadzić ją do swego utworu, choćby tylko jako 
symboliczną wskazówkę. 

Maurycy Kostrzewa pochodził z ludu, przebył 
ciężką szkołę życia, zdobywał z trudem naukę, 
wykształcił się na architekta i oczywiście nie 
gardził pieniędzmi, ale do ich osiągnięcia dążył 
tylko drogą uczciwą, drogą pracy, a pogardzał 
tymi, którzy się krzywdą ludzką bogacili. Nie 
znienawidził żadnej warstwy społecznej, nie po- 
pisywał się swojem pochodzeniem, ani się go 
nie wstydził. Mówił o niem w sposób naturalny, 
gdy okoliczności tego wymagały. W czasach, 
w których jako dorosły i wykształcony wystąpił 
na widownię społeczną, cbłopomaństwo było 
w modzie; ale on nie szukał chluby ze swego 
pochodzenia, uważając to za rzecz równie śmie- 
szną jak wynoszenie się z powodu starożytności 
rodu. „Dla ciebie indywidualnie — mówił z tego 
powodu do hr. Juliusza — może być bardzo 
przyjemnie wiedzieć, że twój ojciec, dziad i pra- 
dziad, bohaterowie i cnotliwi ludzie, w rycer- 
skiej pracy dobijali się pierwszych krzeseł w se- 
nacie zostawiając ci w spuściżnie przykład i uto- 
rowaną drogę; tak jak mnie miło jest pomyśleć, 
że praca rolna całego długiego szeregu moich 



— 360 - 

przodków, praca, nie tylko potem, ale niejedno- 
krotnie i krwią ociekła, wytworzyła we mnie 
ten hart duszy, tę siłę muszkułów, tę szlache- 
tność i dumę... nową, jak ja sam jestem nowym 
człowiekiem. Ale jak twoje, tak i moje w tym 
razie uczucie jest tylko kwesty ą miłości własnej, 
która nic nie znaczy dla drugich. Dla moich 
współczesnych pozostałem ja tylko; ja zatem 
powinienem się starać być takim człowiekiem, 
jakiego rozumne i dojrzałe społeczeństwo po' 
trzebuje^. Zapewne w czynach starał się spełnić 
to, co wyrażał w słowach, bo w jego zachowa- 
niu się widać szczerość i zamiłowanie prawdy. 
Mało on w komedyi jest czynnym, a jego mi* 
łość dla Łeokadyi, uczciwa i szlachetna, nieod- 
wzajemniona, przedstawia go nam ze strony 
sympatycznej. 

Największą warstwę zmateryalizowania znać 
na wygadanym i bardzo ruchliwym w komedyi, 
lubo nie wpływającym na jej rozwinięcie, Al- 
fredzie Krocie. Syn milionowego mecenasa, po 
śmierci ojca, pojechał z całą gotówką do Paryża 
i wkrótce przy pomocy pięknej panny Pied de 
Mouton, stawszy się jednym z najszykowniejszych 
bulwarowiczów z przed Gafo des Italiens, ujrzał 
się zupełnie ogołoconym. Trzeba się było wziąć 
do pracy; studya nie przypadały mu do gustu, 
wolał łatwiejszy sposób zarobku. Połączył się 
z jakimś „kulisy erem** w celu wyszukiwania dla 
niego interesów w gronie bogatych współziom* 
ków podróżników. Towarzysz jego był energi- 



-rm^ftf^ 



— 361 — 

ozny i rzutny w przedsięwzięciach, on genialnie 
przy nim się wyrobił, a kUenci, zadowoleni, do- 
skonale i taktownie prowadzoną grą na giełdzie, 
starali się sowicie zabiegi ich wynagradzać, tak 
że Alfred, nie odmawiając sobie zresztą żadnych 
przyjemnońci i nie rozstając się z panną Pied de 
Mouton, potrafił uskładać sto tysięcy, z któremi 
przyjechał do Warszawy i dalej interesa ban- 
kierskie prowadził. Jeżeliby go sądzić z słów 
jego, to nie cenił on nic wyżej nad pieniądze, 
w uczciwość ludzi nie bardzo wglądał, w senty- 
menta do interesu niepotrzebne nie bawił się; 
a jednakże z postępku jego, opowiedzianego 
przez Juliusza, widać, że więcej szafował wyra- 
zami, aniżeli istotnie robić zamyślał. Qdy ów 
kulisyer powierzony sobie przez jednego z klien- 
tów, zaprezentowanych przez Alfreda, kapitalik 
w chwili jakiejś stagnacyi dochodowej zaprze- 
paścił u stóp tancerki Wielkiej Opery, to Al- 
fred, po gwałtownej scenie z towarzyszem, szla- 
chcicowi zwrócił z własnej kieszeni pieniądze, 
a spółkę z łotrem zerwał. 

Jeżeli się szerzej rozpisałem o młodzieży 
w dwu pierwszych komedyaoh Sarneckiego, to 
nie z tej wcale przyczyny, jakobym jej przed- 
stawicieli uważał za postaci najlepiej artysty- 
cznie utworzone — pod tym bowiem względem 
są inne figury w tych komedyaoh daleko lepsze — 
lecz dlatego, że mamy tu psychologię młodego 
pokolenia, do którego sam autor należał, i że 
w niej są pewne rysy świeże, jakich nie znaj'- 



— 352 — 

dajemy w utworach Frediy, Korzeniowskiego 
ub Chęcińskiego, t. j. bezpośrednich poprzedni- 
ków naszego komedyopsarza. Starałem się wła- 
śnie rysy te awydatnió, ażeby wskazać, co Sar- 
necki przynosił nowego. 

Mniej cech nowych widzimy w młodych pan- 
nach. Julia (w „Zemście pani hrabiny^), córka 
„starej waryatki, której modne pojęcia w głowie 
przewróciły^ jest dziewczyną niezdecydowanego 
charakteru; płocha, lekkomyślna z pozoru, lu- 
biąca wystawne życie, marząca o bogafcem za- 
mążpójściu, na wiadomość, że hrabia Janusz 
stracił majątek, zrywa za podszeptem hrabiny 
swój związek z tym, którego sama nie wie czy 
kocha, pod naciskiem matki, gotowa oddać rękę 
staremu bankierowi, którego nie lubi, a wreszcie 
czuje się szczęśliwą, gdy Janusz wraca. Z po- 
przedniego jej zachowania się sądząc, trudno 
rokować Januszowi szczęśliwe pożycie; ale kto 
wie? Autor, za przykładem wielu swych poprze- 
dników, kładzie nacisk na aforyzm, źe nikt 
wszystkich tajemnic serca kobiety dotąd nie 
odgadł. 

W „Febris aurea" mamy dwie panny : Leoka- 
dyę i Teodorę. Leokadya, córka zbogaconego nie- 
prawnym sposobem człowieka, jednem tylko żyje 
uczuciem, poza którem nic dla niej nie istnieje — 
miłością do hr. Juliusza. Teodora, guwernantka 
Francuzka, szczwana, zmysłowa, przebiegła, jest 
jedną z najżywszych postaci Sarneckiego. Śmiała, 
zręczna, dowcipna, żadnych skrupułów moralnych 



— 353 - 

nie mając, kokietuje wszystkich: i niedoroslego 
księcia Liii, którego jest niby przewodniczką, 
i starego Gałdzińskiego i kogo tylko spotka, 
pragnąc naturalnie pozyskać dla siebie jak naj- 
lepsze warunki. Przerachowuje się, ale ani miny 
ani swobody towarzyskiej nie traci. 

Starsze kobiety wogóle niepochlebnie są od- 
malowane w dwu pierwszych komedyach Sar- 
neckiego: zacnej matrony niema w nich zgoła. 
Są natomiast kobiety próżne i płytkie jak pani 
Grodzicka, są spekulantki o bardzo podejrzanem 
prowadzeniu się jak hrabina Aurora grająca na 
giełdzie i zostająca w ścisłych stosunkach z ban- 
kierem Goldbergiem, są spekulantki pobożne, 
klery kalne, zcudzoziemczałe, jak hrabina Skarb- 
nicka. 

Ze starszych mężczyzn wydatniej e Goldberg, 
któiy obok pyszałkowatości śmiesznej a zarozu- 
miałej, obok tchórzostwa, obok żyłki intrygan- 
ckiej, ma jeszcze ten rys, że starając się o rękę 
Julii, doznaje czasami takiego uczacia, iż dlatego 
chciałby, ażeby została jego żoną, by ją mógł 
upokarzać codziennie, „by kruszyć jak pałace 
ze szkła i porcelany, wszystkie nadzieje jej serca^, 
by „deptać po niem, jak po fałszywym ban- 
kocetlu". 

Drugą figurą wydatną jest Gałdziński. Ma- 
łym chłopcem wzięty do służby dworskiej przez 
dziedzica, przy synach tegoż, przygotowujących 
się do szkół, nauczył się czytać i pisać, a po- 
lubiony przez swych towarzyszy, za ich stara- 

Masza literatura dramatyczna. T. II. 23 



— 3B4 — 

niem wszedł do gimnazyum i skończył pięó klas 
w mieście powiatowem. Przyjął następnie obo- 
wiązek pisarza prowentowego. Powierzono mu 
nadzór gorzelni. Widok bogactw możnego żyda, 
dzierżawcy propinacyi, stał się dla niego bodź- 
cem do robienia pieniędzy. Jedna z córek aren- 
darza pokochała się w nim, dała się wykraść, 
ochrzcić i wyszła za niego. Rodzice wyrzekli 
się jej, ale pomarli na cholerę, G-ałdziński za- 
garns^ kilkadziesiąt tysięcy. Posłużyły mu one 
do zadzierżawienia znacznej propinacyi. W kilka 
miesięcy energiczny spekulant zebrał ogromne 
zyski. Wielkie zakupy okowity po nizkich ce- 
nach pozwoliły mu rozwinąć handel na rozległą 
skalę. Wyniósłszy się z kraju, udał się do Ga- 
licyi i tam „umiał niejedną rybkę w mętnej wo- 
dzie ułowić, niejeden tonący kapitalik wśród 
ogólnej powodzi, tylko dla siebie uratować". 
Wrócił wreszcie z Galicyi i w nowej miejsco- 
wości dalej swe spekulacye prowadził, nie po- 
gardzając żadnym środkiem. Jedno miał tylko 
uczucie prawdziwe, miłość dla córki, i to uczu- 
cie stało się dla niego karą najsroższą. 

Jeżeli dodamy jeszcze rozsądnego rezonera 
sztuki doktora Iwanowskiego, dwie dobrze nakre- 
ślone figury żydów : bogatego a uczciwego kupca 
Chaima i przebiegłego faktora Szlomę, oraz pi- 
janego ekonoma Szałwińskiego, to personel mę- 
ski wyczerpiemy. 

Kompozycya jest najsłabszą stroną dwu pierw- 
szych komedyj Sarneckiego. Dyalog wogóle jest 



— 3B6 — 

prowadzony żywo, sceny jsame w sobie wzięte 
niewiele mają usterek, ale motywowanie i roz- 
wój akcyi są słabe. W „Zemśoie pani hrabiny^ 
nie rozumiemy zgoła powodów pojedynku Ja- 
nusza z Gustawem. Jak to? tak szlachetny mło- 
dzieniec jak Juliusz wyzywa swego przyjaciela 
serdecznego, brata byłej narzeczonej za to, że 
siostra zerwcJia? Na to potrzeba mieć zupełnie 
inne niż Juliusz zasady i inny charakter. A z tego 
pojedynku przecież wynika cała dalsza akcya. 
W „Febris aurea** z powodu znacznej liczby 
osób, z których kilka żadnego zgoła udziału nie 
bierze w akcyi, sceny są traktowane raczej epi- 
cznie niż dramatycznie; charaktery poznajemy 
częściej z opisu i opowiadania niż z zachowa- 
nia się względem siebie nawzajem. Skarb zaś 
jakoby zamurowany w piecu, o którym wiado- 
mość pochwycona przez Grałdzińskiego staje się 
powodem ubiegania się o nabycie wioski, nie 
tylko przez tego bogacza, lecz i przez innych, 
zaciekawionych, dlaczego ostrożny spekulant da- 
wal cenę wyższą nad wartość, jest co prawda 
słabo uprawdopodobnionym motywem. 



3. 

Po ogłoszeniu powyższych komedyj, Sarne- 
cki straciwszy majątek, założył wraz z Texl6m 
teatr w Lublinie, potem w r. 1871 objął dyre- 

kcyę teatru w Poznaniu, na której wyszedł bar- 

23* 



— 3B6 — 

dzo nieszczęśliwie. Przeniósł się do Warszawy 
i zaprzągł się do ciężkiej pracy dziennikarskiej 
w ^Wieku**. W r. 1877 założył gazetę codzienną, 
„Echo**, które wydawał przez lat pięć. Nastę- 
pnie wyjechał do Galicyi, bawił czas jakiś we 
Lwowie, w Krakowie i Paryżu, pisując dużo do 
wielu pism polskich i francuskich. Od r. 1888 
przebywa w Krakowie, wydając przez lat 8 bar- 
dzo staranny pod względem artyzmu dwutygodnik 
ilustrowany „Świat" i walcząc wytrwale z oboję- 
tnością czytelników galicyjskich. 

Zajęcia dziennikarskie, praca dla chleba nie 
pozwalały Sarneckiemu oddawać się swobodnie 
twórczości dramatycznej. Więcej on w tym cza- 
sie napisał powiastek, szkiców i powieści, ani- 
żeli komedyj, bo tamte łatwiej było, jako rzeczy 
poczytniejsze, zużytkować w czasopismach i oso- 
bnych wydawnictwach. Jakoż wyszły w prze- 
ciągu tego czasu zbiorki zarysów drobniejszych 
p. t. „Eóźni ludzie*', „Owale i profile**, ^No- 
welle**, oraz odrębne całostki: ;,Na ruinach**, 
„Złote serce" (3 tomy). Jako powieściopisarz 
celował Sarnecki głównie w opowiadaniu (nar- 
racyi), posługując się językiem wyrobionym, sty- 
lem gładkim, potoczystym, nieraz barwnym i do- 
wcipnym. Jako „twórca dusz** mniej był szczę- 
śliwym; rysy zewnętrzne, wypadek, przygoda 
zajmowały zwykle więcej miejsca od malowidła 
głębi duszy. Ze wszelkich sfer i ze wszystkich 
stosunków brał on materyał, lecz zawsze najle- 
piej odtwarzał salonowców i entuzyastów. Do- 



— 367 — 

woip jego miał zawsze barwę wykwintniejszego 
towarzystwa i do odmalowania usposobień ru- 
basznych nie nadawał się wcale ^). 

Do komedyj rwał się często; wiele utworów 
rozpoczął, ale kończyć ich nie miał czasu. Jakoż 
plonem z całego dwudziestolecia jest te pięć 
rzeczy: libretto do epery „Konrad "Wallenrod*^, 
opracowane wraz z Wł. Noskowskim, „Dworacy 
niedoli", „Słonecznik**, „Urocze oczy**, „Harde 
dusze^. 

Najbardziej scenicznym, najwięcej w sobie 
zwartym jest utwór, przezwany przez autora 
poprostu „sztuką** w czterech aktach p. t.: „Dwo- 
racy niedoli** (drukowany w Warszawie 1876). 
Tytuł moie wyszukany, ale treść — pełna pra- 
wdy i wysokiej dramatycznośoi. Idzie tu o sto- 
sunek pracodawców do pracowników w dziedzi- 
nie przemysłowej. 

Umiera prokurent domu przemysłowo-han- 
dlowego, na czele którego stoi p. Ignacy Za- 
wilski, który uchodzi za wielkiego finansistę, ale 
w gruncie zgoła się na interesach nie zna, umie 
tylko sprytnie wynajdować zdolnych a uczci- 
wych ludzi, co się całą duszą spełnieniem pod- 
jętego obowiązku zajmują. Zawilski jest w ogro- 
mnym kłopocie, co pocznie, kiedy mu donoszą, 
źe prokurent umierając dał wskazówkę, kto może 



*) Jednego ze zbiorów p. t. „Nowelle" (Warszawa, 
1888) podało „Ateneum" (1889, i, str. 355—357) ocenę 
mojego pióra. 



— 368 — 

jego miejsoe zastąpić. Uznaje on ocJią G^usznośó 
tej wskazówki, jakby ją sam wynalazł i odtąd 
uspokojony co do przyszłości interesów, myśli 
jedynie, jakby dla ich dobra wyzyskać śmierć 
prokurenta wynikłą z nadmiaru pracy. Jest on 
mistrzem tam, gdzie idzie o rozwinięcie świe- 
tnych dekoracyj, o teatralne uwydatnienie swego 
dobrego serca, swej czci i uwielbienia dla pra- 
cowników sumiennych. Na razie zatem, starając 
się nadać jak największy rozgłos wszystkiemu, 
co przedsiębierze, ze czcią przyjmuje wdowę 
i córkę, naznacza im pensyę, trąbiąc za pomocą 
usłużnego redaktora w gazecie o dobrodziej- 
stwach, jakie zlewa na rodzinę zmarłego pro- 
kurenta. Kozumie się, że to zainteresowanie się 
rodziną zmarłego byłoby objawem przemijają- 
cym, dla efektu jedynie wywołanym, gdyby nie 
podwójny stosunek dzieci Zawilskiego do tej 
rodziny, stosunek zgoła przez szanownego szefa 
firmy nieprzewidziany. 

Edmund, syn Zawilskiego, zajął się córką 
zmarłego prokurenta, Maryą, dziewczyną pełną 
serdeczności, uczuciową, namiętną nawet, ale 
rozumiejącą trudność swego położenia i wolną 
od tej sztucznej naiwności, jaką autorowie nasi 
zwykli przyznawać pannom dobrze wychowanym. 
Zachowanie się Maryi, której nie waham sią za- 
liczyć do najlepiej, najprawdziwiej i najartysty- 
cznie przedstawionych dziewcząt w belletrystyce 
naszej, zachowanie się pełne uczucia i godności 
zarazem, powołało w Edmundzie do życia lepsze 



— 369 — 

pierwiastki jego natury, kazcJio mu myśleć nie 
o zrobieniu z Maryi utrzy mańki, lecz żony. 

Prócz tego, córka Zawilskiego. Jadwiga, po- 
kochała nowego prokurenta, Pawła Zagorę, a po- 
kochała bez wzajemności, gdyż Paweł całą du- 
szą kochał Maryę, lubo jej uczucia swego sło- 
wami nie wypowiedział, pogrążając się coraz 
bardziej w smutnym, choć zrezygnowanym po- 
glądzie na świat. Według niego „na ogólnym 
społecznym obrazie błysk szczęścia dla kontra- 
stu tylko rozjaśnia czasem niektóre twarze^, 
życie „dla wyjątkowych jedynie ludzi bywa 
radosnem^, a tło dla ogółu musi byó ^ciemnem, 
ponurem, bo „wielki malarz... schował widocznie 
prawdziwą radość gdzieś... poza ramy doczesne^. 
Spełniając ściśle swe obowiązki, miał on na oku 
całą rodzinę zmarłego przyjaciela, stał oa straży 
jej czci, nie dawał się brać na lep miodowych 
słówek Zawilskiego. 

Ażeby uzupełnić czynniki główne tego dra- 
matu, należy jeszcze uwzględnić charakter do- 
ktora Minowicza, sybaryty, sceptyka, mszczą- 
cego się na ludziach za ich słabości i za swój 
upadek moralny dotkliwym sarkazmem. Przy- 
znawał się on do tego głośno, że mało cenił 
ludzi, wśród których praktykował, ale ponieważ 
i siebie nie stawiał zbyt wysoko we własnej 
opinii swojej, a lubił wygody, komfort, zbytek, 
łatwe rozrywki, wcale więc nie szukał osób cno- 
tliwych i jako samolub, cieszył się wielce, że 
kółko, w którem żył, trochę było gorsze od 



— 360 — 

niego, że mógł szydzić bezkarnie, bawiąc się 
światową komedyą. Atoli i w nim tkwiły, na 
samem dnie duszy, popędy szlachetniejsze. Na- 
leżał on do pokolenia, które miało za towarzy- 
szy Juliuszów, Januszów, Maurycych... Więc 
chociaż był początkowo przewodnikiem zepsu- 
cia dla Edmunda, wkrótce poczuł, że ten go 
w cynizmie prześcignął, lubo w tem się zmylił, 
bo i Edmund nie był ostatnim nikczemnikiem. 
Wśród takich to osób i ich uczuć rozgrywa 
się dramat. Zawilski widząc coraz większe po- 
wodzenie w interesach, które zawdzięczcJ: rozu- 
mowi i pracy Zagory, chciałby dzieci swoje po- 
łączyć z osobami bogatemi i wpływowemi, bez 
względu na własne zamiary i usposobienia syna 
i córki. Edmund i Jadwiga, wychowani w ry- 
gorze, posłuszni dotąd skinieniu ojca, nie śmieją 
odrazu wystąpić przeciwko jego woli. Edmund 
ukrywa się ze swoją namiętnością, przemienioną 
następnie w szlachetne i czyste uczucie. Jadwiga, 
która długo była lalką tylko, nie mając prócz 
tego wzajemności, biernie i automatycznie słu- 
cha planów ojca. Edmund, wbrew woli Maryi, chce 
wykraść ją, by faktem dokonanym zaślubienia 
jej, zmusić ojca do uznania swego małżeństwa, 
dopomaga mu w tem doktór, dając napój usy- 
piający; ale ponieważ Zagora czuwa nad rodziną 
przyjaciela ciągle, więc się zamiar wykradzenia 
nie udaje. Ale Zagora nie jest już wrogiem 
Edmunda, odkąd się przekonał o szczerości jego 
uczucia względem Maryi, sam^ tłumiwszy wła- 



— 861 — 

sne w swem sercu uczucie, postanowił dopomódz 
swym wpływem na starego Zawilskiego, by nie 
stawił oporu małżeństwu, zamierzonemu przez 
syna. Napróżuo jednak. Wymowa jego nie zdo- 
Isla, przekonać ambitnego aferzysty, który na- 
bywszy długi Zagory, był pewny, że tenże inte- 
resów jego nie opuści, więc się nie lękał gro- 
źby porzucenia służby. Wtedy Edmund posta- 
nawia dotyczczasowe skryte działanie przemienić 
na jawne. „Opuszczę dom rodzicielski — po- 
wiada — potrafię pracować i żonę moją z jej 
matką pracą własną utrzymam. Oświadczę to 
stanowczo memu ojcu, a jeśli nie zgodzi się, 
wypowiem mu posłuszeństwo ^ W tej chwili 
zjawia się ojciec, wzburzony strasznie i oporem 
syna i fatalnemi wiadomościami o niepowodze- 
niach fimansowych. Wyzywa Edmunda, ażeby 
w oczy wypowiedział posłuszeństwo. Edmund 
zrazu mimowolnie cofa się, ale gdy ojciec po- 
mimo przygnębienia, oświadcza, że choćby miał 
pójść z torbami, to nie pozwoli mu się ożenić 
z Maryą, Edmund z uszanowaniem, ale stano- 
wczo odpiera: „Przysięgam na honor, że poślu- 
bię, nawet bez twego pozwolenia, ojcze, jeśli nie 
raczysz mi go udzielić". Wówczas Zawilski 
zwraca się do córki i pyta, czy pójdzie za pro- 
ponowanego sobie hrabiego, w odpowiedzi otrzy- 
muje słowa: „Nie, papo, choćbyś za nieposłu- 
szeństwo kazał mnie zamknąć do klasztoru". 
Doprowadzony do ostateczności, widząc wszyst- 
kich przeciwko sobie, wypowiada nienawiść dla 



— 362 — 

wszystkich i ledwie że nie dokończył przekleń- 
stwa na dzieci. Wtem pada rażony apopleksyą. 
Stan duszy Zagory malują zdania, jakie wy- 
głasza, biorąc książkę do ręki, gdy inni modlić 
się poszli. „Nie mogę czytać... "Wiersze, jak 
smugi chmur piorunowych, suną przed oczami, 
lub zapalają się, jak błyskawice ogniste, oświe- 
cając w duszy jakiś tajemniczy niepokój.. . 
I znowu ciemno! Pewno... tam, na górze... 
wyrokowi jakiemuś staje się zadość... Ha! li- 
tery tworzą wyrazy... wyrazy myśl: Bóg wy- 
rzekł słowo: stań się. Bóg i zgiń wyrzecze!" 
Nadchodzi wiadomość o śmierci Zawilskiego. 

W „Dworakach niedoli^ tak samo jak w „Fe- 
bris aurea^ bardzo surowy sąd wygłasza drama- 
turg o koniecznej karze na występnych. Q-ał- 
dziński, za nieprawe nabycie majątku, pozba- 
wiony ma być widoku córki; Zawilski za swe 
obłudna postępowanie, za nieuwzględnienie pra- 
wdziwych uczuć swych dzieci, za pychę i za- 
twardziałość ginie nagle, nie zaspokoiwszy swych 
pragnień, nie przeprowadziwszy swoich planów. 
Nie często tak się dzieje w rzeczywistości, ale 
Sarnecki zupełnie świadomie daje taki obrót 
sprawom, przez siebie podnoszonym. W przed- 
mowie do swoich „Prac dramatycznych" (War- 
szawa 1880) powiada on : „Jakkolwiek nigdy nie 
przemawiam przez usta moich bohaterek i bo- 
haterów, jakkolwiek pozostawiam im zupełną 
swobodę działania i myślenia po swojemu: w ka- 
żdej niemal sztuce formułuję na nich pewien 



r^c- 



— 368 — 

wyrok, który ma podpisać najwyższy sędzia..- 
publiczność. Za surowość tych wyroków gniewa 
się na mnie często Bliziński, doskonały kolega 
i szczery przyjaciel. On jeśli nie uniewinnia 
bezwzględnie wszystkich hultajów, to im przy- 
najmniej miłosiernie przebacza. Jako chrześci- 
janin, na przebaczenie i ja zgodziłbym się nie- 
zawodnie, na uniewinnienie — nigdy. Przeci- 
wnie, w każdej niemal sztuce dopominam się 
O surowość opinii publicznei; bez tej surowości 
bowiem nie widzę zbawienia społeczeństwa. Dla- 
tego też chyląc głowę przed zdaniem sędziów 
krytycznych, pisałem dalej po swojemu, a pisa- 
łem nie dla dogodzenia próżności autorskiej, bo 
brałem tylko wtedy pióro do ręki, gdy mnie 
coś bardzo oburzało lub boleść sprawiało^. 

To surowe stanowisko etyczne znamionuje 
rzeczywiście dramatyczną twórczość Sarneckiego, 
wyróżniając ją od przejętego lekkomyślnym, 
drwiącym lub sarkastycznym uśmiechem po- 
glądu innych naszych komedyopisarzy, idących 
torami przez nowszych francuskich autorów udep- 
tanemi. Sarnecki pod tym względem najwięcej 
przypomina Emila Augier, który powagę sądu 
moralnego zawsze utrzymać umiał. 

„Dworacy niedoli'' to jak dotychczas kulmi- 
nacyjny punkt scenicznej roboty Sarneckiego; 
nie znaczy to jednak, żeby utwór ten pod wzglę- 
dem układu był doskonały. Mianowicie upowo- 
dowanie wchodzenia osób na scenę nie zawsze 
jest dostateczne i zadawalające. Często do- 



— 364 — 

znaje się takiego wrażenia, że osoba dana po- 
jawia się nie dlatego, że z natury stosanków 
pojawić się w pewnem miejscu i pewnym cza- 
sie była powinna, ale dlatego, że autorowi z teni 
było dogodnie,-^ gdyż mógł odrazu nawiązać nową 
rozmowę, albo też poprowadzić dalej akcyę. 
Prócz tego dyalogi są niekiedy za długie, a uroz- 
maicenie frazeologii rozmówców jest bardzo nie- 
wielkie. Autor ma dla wszystkich niemal osób 
styl jednakowy t. j. swój własny, mający duże 
zalety literackie, ale nie zawsze dobrze charak- 
teryzujący rozmaite temperamenty. 

"W „Uroczych oczach* (1893), komedyi cztero- 
aktowej, zużytkować pragnął Sarnecki doświad- 
czenia hipnotyczne na rzecz sztuki, malując 
przytem dosadnemi barwami niektóre bolesne 
objawy najnowszej formacyi społecznej: brak 
godności, karyerowiczowstwo sui generis, zapo- 
mnienie o uczuciach i t. d. Najdalej w tym kie- 
runku zaszedł dyplomatyzujący Szambelan, po 
nim można umieścić Hrabiego, który ma chwile 
żalu nad swem upodleniem, w końcu idzie książę 
Zdzisław, dopiero początkujący na drodze poni- 
żania się i odwracający się w końcu komedyi 
od swoich w tej mierze przewodników, którzy 
znając jego hipnotyczny wpływ na kobiety, 
chcą mu dać bogatą pannę Terenię, wnuczkę 
sędziwej matrony, kasztelanowej, za żonę. Te- 
renia jest trochę lunatyczką, doznaje przeczuć 
i widzeń, rozmawia we śnie ze zmarłą matką. 
Z początku ulega uroczym oczom księcia Zdzi- 



— 365 — 

sława, pomimo swej miłości dla Ludwika; ale 
następnie wielkiem wytężeniem woli usuwa 
się od tego wpływu i doprowadza wreszcie do 
skutku swoje małżeństwo z Ludwikiem, pomimo 
niechęci kasztelanowej, która uważa go za po- 
bocznego syna zmarłego swego męża, gdy tym- 
czasem okazuje się, że to syn Bejenta, bardzo 
czynnej figury w komedyi, kostycznego trochę, 
ule nawskroi zacnego. 

Najlepsze są pierwsze dwa akty, gdzie się 
ekspozycya sztuki, a więc charakterystyka osób 
rozwija; dwa następne robią już mniejsze wra- 
żenie pomimo usiłowań autora, ażeby świeżością 
motywu zainteresować. O-rzmoty, wpływ atmo- 
sfery na osoby bardzo ważną grają tu rolę. Sar- 
necki cytatami z książek naukowych, odczyty- 
wanemi przez jedne z osób działających, stara 
się przekonać widza, o rzeczywistości zjawisk 
hipnotycznych i możności oddziaływania Zdzi- 
sława na Terenię, a zarazem o możności opar- 
cia się tym wpływom za pomocą wzmożonej 
energii woli. Zdaje mi się, że ten nowy czyn- 
nik dramatyczny, jako zjawisko niedostatecznie 
jeszcze zbadane, nie ujęte w jakieś stałe prawa, 
może w teatrze wywołać efekt, ale pod wzglę- 
dem ściśle artystycznym nie stanowi pożąda- 
nego nabytku; gdyż wobec niego nie mamy już 
do czynienia ze ściśle określonemi charakte- 
rami lub namiętnościami ludzkiemi, lecz z mo- 
tywem nadzwyczajnym, obliczyć się nie dają- 
cym; podstawa zatem dramatu: walka uczuó 



— 366 — 

i charakterów jeżeli nie znika zupełnie, to przy- 
najmniej chwiejną się staje. 

Komedya obfituje zresztą w soeny pełne 
żywości , a nieraz i komizmu , do wywoła- 
nia którego służy głównie panna respektowa 
Petronella, mająca między innemi obowiązek 
czytywania gazet i zdawania z nich sprawy Ka- 
sztelanowej, oraz zamężna siostra Tereni, dzie- 
cinnie bojażliwa Matylda. 



4. 

W wymienionych powyżej komedyach Sarne- 
cki najchętniej przebywał w świecie salonowym, 
który znał dobrze i umiał odtwarzać, o ile to 
dotyczyło postaci i rozmowy. 

W r. 1895 nastąpiła zmiana w zakresie jego 
pomysłów. Uwydatniła się ona najprzód w „Har- 
dych duszach", przerobionych z powieści Elizy 
Orzeszkowej p. t. „Bene nati". 

Jakże swojska, jak miła otoczyła nas tu 
atmosfera! Zwyczaje i sposób myślenia szla- 
chty „okolicznej", tak znakomicie przez naszą 
powieściopisarkę odmalowanej , stanowiły też 
i główny powab obrazu dramatycznego; a zna- 
mienne wyrażenia owej szlachty wyróżniły się 
odrazu od tej konwencjonalnej, wyblakłej mowy, 
jaka zazwyczaj w komedyach naszych salono- 
wych czy mieszczańskich panowała. 



— 367 — 

Sympatyczne dziewozęta: Salusia i Awrelka 
pociągały ku sobie serca widzów, przejmując je 
uczuciami 2agodnemi i rzewnemi, czasami zaś 
pełnemi pogody słonecznej, a tak dalekiemi od 
tych naprężonych wstrząśnień, jakiemi nas przy- 
gnębiają autorowie sztuk, mających pretensyę 
zaglądania niby głęboko w tajne zakątki duszy 
ludzkiej. 

W „Hardych duszach" nie było takich za- 
wiłości psychologicznych; uczucia proste, szczere, 
jasne i zrozumiale dla wszystkich, tkwiące w na- 
turze ludzkiej wszystkich czasów, nie potrzebo- 
Wdy naciąganych rozumowań, by sztucznie obu- 
dzió wzruszenie, przemawiały same za siebie. 
Kolizya dramatyczna nie była wymyślną, ale 
płynęła z obyczajów, przesądów i uprzedzeń tej 
sfery, jaką się miało przed sobą. Szlachta oko- 
liczna ma swoje rodowe ambicye nie naniej sil- 
nie zakorzenione jak wśród warstwy arystokra- 
tycznej: chłop z pochodzenia, chociażby od niej 
ukształceDiem wyższy będzie wedle jej wyobra- 
żeń niestosownym mężem dla szlachcianki. 

Z wielką prawdą widzimy przedstawione tu 
potężne wpływy otoczenia na charakter kobiecy 
(Salusi), skądinąd śmiały i energiczny. Salusia 
kocha swego leśnika, czuje, że z nim tylko 
szczęśliwą byó może, ale perswazye najbliż- 
szych krewnych, obawa, żeby nie byó opuszczoną 
zupełnie przez tych, wśród których się wycho- 
wała, z którymi się zżyła, sprawiają, że na 
chwilę przynajmniej chwieje się w postanowię- 



— 368 — 

niu i zezwala na konkurencyę wstrętnego jej 
chłopaka. ITozuoie jednak w końcu zwycięża; 
Salusia, na nic nie zważając, biegnie do swego 
ukochanego; niestety zapóżno, — przybywa na 
slab jego z Awrelką i topi się. 

Wszystko w tym dramacie jest prawdziwe 
i czysto swojskie; ozy obraz życia, pełnego 
wdzięku w domku rodziców Awrelki; czy roz- 
mowy, zabawy i swaty, pełne komizmu w za- 
ścianku; czy wyrażenie uozuó przez osobistoćci 
główne; czy sposób myślenia i postępowania 
wszystkich postaci wogóle, jakie tu występują. 
Nigdzie umysł widza nie potyka się o niepra- 
wdopodobieństwa i naciągania psychologiczne 
lub towarzyskie. 

Tem dziwniejszem było przejście do sztuk, 
w których prawdopodobieństwo całkowicie zo- 
stało podporządkowanem dowolnemu lotowi fan- 
tazyi. Sarnecki dał się porwać prądowi, w któ- 
rym dojrzeć można powrót fantastycznej roman- 
tyki. Częściowo symboliczne dramata Ibsena, 
bardziej jeszcze świetny utwór Hauptmanna 
(„Hanusia") i inne analogiczne przejawy twór- 
czości, skłoniły naszego komedyopisarza do prób 
W tym kierunku. Napisał ich i wystawił parę, 
ale jedna z nich tylko, o ile wiem, drukiem 
ogłoszoną została. Jest to: „Szklanna góra^, 
baśń w 3 -eh aktach, a 5 odsłonach (Kraków, 
G. Gebethner i s-ka, 1897, str. 172). 

„Szklanna góra^ (właściwie powinno być 
Szklana góra) należy do rodzaju t. zw. sztuk 



— 369 — 

czarodziejskich, w których świat dachów, zaró- 
wno dobrych jak zJych, występujących czy to 
w postaci ludzi, czy kotów, szczupaków, sów, 
chrabąszczy, pospołu z ludźmi żyje, szkodzi im 
lub dopomaga, dokonywając oczywiście takich 
rzeczy, jakich w zwykłym naturalnym biegu zja- 
wisk wcale dostrzedz nie możemy. Łączy się 
z tem naturalnie użycie wszelkich efektów te- 
atralnych, jakie tylko udoskonalona technika 
dzisiejsza uskutecznić może: ludzie w szklanej 
bani unoszą się w powietrze, stoły zastawione 
potrawami i napojami ukazują się nagle z pod 
ziemi, miecze semosiecze wybijają całe zastępy 
i t. p. Grzmoty, pioruny, błyskawice są tu do 
rozporządzenia dramaturga w takiej obfitości, 
jakiej jeno zapragnie. 

Fantazya ma prawo do karmi na równi z ro- 
zumem i uczuciem. Umysły zmęczone szarą je- 
dnostajnością stosunków towarzyskich, w któ- 
rych wszystko jest uregulowane w sposób tak 
nużący, chętnie odpoczną i odetchną swobo- 
dniej wśród całkiem odmiennych, dziwiących 
słuch, wzrok, wyobraźnię szeregów zjawisk. Mogą 
potem śmiać się nawet same z siebie, że takie 
„niestworzone" rzeczy sprawiały im przyjemność, 
mogły je zajmować; ale mimo to gdy sztuka 
jest udatną, chętnie jej znowu wysłuchają, by 
się rozerwać i zapomnieć o troskach życia po- 
wszedniego. 

Sztuki czarodziejskie mają zatem uprawnie- 

Nasza liŁeraŁara dramaŁyczna. T. II. 24 



1 



— 370 — 

nie jako uozta dla oozn, usza i wyobraźni, jako 
jeden ze środków zabawy. 

Ale ozy mają także uprawnienie w literatu- 
rze pięknej, ozy mogą byó uważane za dzieła 
sztuki? Zależy to od wykonania. Są takie feerye, 
których się nigdy nie drukuje, lubo liczą mnó- 
stwo przedstawień; niema w nich bowiem pier- 
wiastków duchowyoh wyższego rzędu, ale takie 
tylko, jakie napotkać można w cyrku. Ale są 
inne, czarujące wyobraźnię zarówno estetyczno - 
śoią pomysłu ogólnego, jak i dobrze przepro- 
wadzonemi szczegółami; odznaczające się stylem 
prawdziwie pięknym, wzruszaj ącemi sytuacyami, 
oraz pewnym żywiołem rozumowym, zawartym 
w alluzyach do rzeczy, które pobudzić mogą do 
zastanowienia i rozwagi. 

Sztuka Sarneckiego należy do tej drugiej 
kategoryi; widać, że ją pisał literat myślący, 
który nie tylko zabawić i rozerwać chciał wi- 
dzów, lecz także potrącić w ich sercach i umy- 
słach pewne struny dźwięczne, budzące uczucia 
szlachetne i myśli poważne. 

Jakiż jest pomysł zasadniczy „Szklanej Gróry"? 
Autor użył w mej dużo symbolów, wyrażając 
swój zamiar już to w samych nazwach (król 
Świt, król Mrók\ już to we właściwościach, ja- 
kiemi obdarzył osoby, gdy znani z baśni ludo- 
wej dwaj bracia „mądrzyć są przedstawicielami 
samolubstwa, a trzeci „głupi" ma serce gotowe 
do poświęceń i dlatego przez świat duchów 
bywa wynagradzany jakimiś cudownymi darami. 



— 371 — 

Symbole są zazwyczaj bardzo rozciągliwe; 
można je pojmować szerzej i ciaśniej. Jeżeli 
więc weźmiemy postaci Świta i Mroka w naj- 
rozleglejszem znaczeniu, to będziemy mieli 
w y,bańni^ dramatyzowanej przedstawienie walki 
pierwiastka dobrego ze złym, walki ńwiatła 
z ciemnością, dobroci z przewrotnością. Ale auto- 
rowi o takie najogólniejsze ujęcie symbolu nie 
chodziło, miał on raczej na widoku bliższe co 
do czasu i miejsca zastosowanie, którego jednak 
ściślej nie określił. Pomimo jednak braku tego 
ściślejszego określenia jest w sztuce pod dosta- 
tkiem miejsc przemawiających do serca i rzu- 
cających światło na intencye autora, które na- 
zwaó trzeba szlachetnemi. 

Walka się toczy o królewnę Bóźolicę, córkę 
króla Świta, którą ze względów dyplomatycz- 
nych przeznaczono królowi Mrokowi. Bóźolica 
jednak, kochająca jednego z owych „głupich", 
Janka, błaga ojca, by jej nie oddawał w mał- 
żeństwo temu, którego ona znieść nie może. 
Ojciec jest dobry i powolny; przystaje więc na 
propozycyę jednego z senatorów, żeby króle- 
wnę oddać temu. który na turnieju trzykrotnie 
zwycięży. Chociaż króla Mroka zastąpił w walce 
dyabeł Boruta, zwycięzcą został Janek przy po- 
mocy cudownej, jaką mu jego przyjaciele ze- 
słali. Nie osięgnął jednak ręki królewny, gdyż 
ją porwał Boruta i na Szklanej G-órze osadził 
uśpioną. 

Wielu starało się dotrzeć na Szklaną Górę 

24* 



— 372 — 

i oswobodzić Eóźolioę, ale napróżno, ginęli 
wszyscy. Wreszcie Janek, po wielokrotnych usi- 
łowaniach, gdy przemógł sam siebie, to jest gdy 
stłumił nienawiść i chęć zemsty względem po- 
konanych wrogów (króla Mroka, oraz swoich 
braci „mądrych'' : Złotoluba i Srebrnorada), 
zdołał czynu dokonać i szczęścia upragnionego 
dostąpić. Wysiłki zatem, ideą poświęcenia kie- 
rowane, przytem udoskonalenie wewnętrzne, ru- 
gujące z serca pierwiastki nienawiści, uwień- 
czone zostały pomyślnym wynikiem — dopro- 
wadziły do osiągnięcia najwyższego dobra. 

Gdyby ten motyw udoskonalenia potęg du- 
chowych był lepiej uwydatniony — nie we 
wzmiankach tylko i króciutkiej scenie; — gdyby 
trochę bardziej ograniczone były te czarodziej- 
skie środki, za pomocą których JaDek i jego 
przyjaciele dochodzą do celu: mielibyśmy rzecz 
piękną nietylko dla fantazyi, ale także dla ro- 
zumu. Sarnecki, chociaż miał pomysł bardzo 
trafny, zbył go trochę za lekko. 

Wykonanie zresztą pod względem stylowym 
nazwać się może udatnem. Rozmowy potoczne 
prowadzone są prozą, częstokroć realistycznie 
nawet zabarwioną; w sytuacyach czarodziejskich 
i wogóle podnioślejszych użył autor wierszy 
rymowanych. Wiersze te, o ile są trzymane 
w formach jaknajprostszych, do dykcyi ludowej 
zbliżonych, posiadają dużo powabu; tam wszak- 
że, gdzie się na wytworniejsze silił autor wyra- 
żenie, zwłaszcza, gdzie używał rymów męskich, 



— 373 — 

chybiał zazwyczaj. Bądźcobądź „Szklana Góra" 
czytać się daje bez znudzenia, a niekiedy spra- 
wia istotną przyjemność estetyczną. 

Sarnecki należy do tych komedyopisarzów 
naszych najnowszej doby, którzy, korzystając 
z wzorów francuskich, co do techniki dramaty- 
cznej, poprowadzili po Korzeniowskim dalej, 
przemianę typów na charaktery indywidualne. 
Kilka takich charakterów męskich i kobiecych, 
dobrze wykonanych, stanowi istotny nabytek 
w naszym artyzmie dramatycznym. Wybieranie 
osób przeważnie z towarzystwa salonowego, styl 
z francuska przykrej ony, lubo całkiem wolny 
od galicyzmów, sprawia, że z pozoru robią ko- 
medye Sarneckiego wrażenie, jakoby mało po- 
siadały swojskości. Zajrzawszy jednak głębiej 
w dusze osób przez niego stworzonych, przeko- 
namy się, że pozór myli, a zarzucane przez nie- 
których recenzentów naśladownictwo francuskich 
pisarzów („Febris aurea" i „Ceinture doróe" 
Emila Augier) zupełnie uzasadnić się nie da, 
gdy sztuki Sarneckiego wcześniej się ukazały 
w druku niż ich mniemane pierwowzory. Nie 
może oczywiście Sarnecki współzawodniczyć pod 
względem swojskości z Blizińskim, ale z innymi 
nowszymi komedyopisarzami stoi w tej mierze 
narówni, a niekiedy, jak w zarysie charakterów 
młodzieży nad nimi góruje. 



XXVL 



Aator ten ^nr. 1839, zm. 1893) znanym jest 
głównie ze swych jednoaktówek, wybornie się 
nadających do przedstawień amatonkich: mają 
bowiem charakter salonowy, elegancki; rozmowy 
w nich nie odznaczają się wielkim dowcipem, 
ale za to są naturalne i proste; intryga nie za- 
wiła, a urządzenie sceny nie przedstawia iadnych 
tmdnoici. Błahe są one zazwyczaj w pomyile, 
wielkiego zasobu werwy komicznej nie posia- 
dają, lecz są zręczne i rozwijają się zgrabnie. 
Nie są to krotochwile, ale raczej sztuki konwer- 
sacyjne, najbardziej zbliżone do tego rodzaju 
utworów, które z francuska „przysłowiami^ dra- 
matycznemi nazywają. Takie komedyjki, jak 
„Zawierucha" (1871), „Pokusa", ^Balowe ręka- 
wiczki", „Po ślubie", „Miłe złego początki", 
„W jesieni" zawsze chętnie były i są wybierane 
przez grona amatorskie. Do nich doliczyć można 
drobnostkę, bardzo żywo prowadzoną p. t. „Za- 
zdrośni" z r. 1892. 

Już nie w tonie salonowego przysłowia, tylko 



— 37B — 

rubasznej krotoohwili trzymana jest jednoaktówka 
p. t. „Stryj przyjechał**, której pomysł główny 
nie był, zdaje się, oryginalny, ale obrobienie 
dosadne, komizmem sytuacyjnym poparte, sta- 
nowi już zasługę naszego komedyopisarza. Bzecz 
polega na tem, £e marnotrawny birbant, dla 
pozyskania sobie łask stryja, musi udawać żona- 
tego i dzietnego ^). 

Na nieporozumieniu polega bardzo zręcznie 
i bardzo żywo prowadzona komedya jednoaktowa 
p. t. „Reprezentant firmy Miller i Spółka" (1888 
w „Świecie**). Doskonała tu jest mianowicie fi- 
gura Szaławy, szlachcica nygasa , dużo gadają- 
cego o swej pracy, wybornie charakteryzującego 
położenie szlachty, mocno przekonanego o swej 
wielkiej przenikliwońci, ugrzecznionego dla ludzi 
wyższych stanowiskiem, a lekceważącego niż- 
szych, ale w gruncie poczciwego, o dobrem, mięk- 
kiem sercu. Na wiadomość poczerpniętą z listu 
do żony pisanego, że jakiś hrabia-oryginał, dla 
spenetrowania umysłów i serc panieńskich prze- 
brany podróżuje po kraju, wstępując pod roz- 
maitemi postaciemi do dworków szlacheckich, 
przyjmuje p. Emanuela, ajenta handlu win jako 
hrabiego nadzwyczaj uprzejmie, rojąc wraz z żoną 
o wydaniu swej próżnej i pretensyonalnej córki 
za milionera. Zmienia oczywiście taktykę, dowie- 
dziawszy się o pomyłce swej przenikliwości, ale 



*) Komedye jednoaktowa Koziebrodzkiego wyszły 
w zbiorowem wydaniu w Warszawie r. 1882. 



- 376 - 

tymczasem p. Emanuel, który zmarnowawszy 
majątek, wziął się do pracy, porozumiał się już 
z bardzo miłem, wesołem dziewczątkiem , Kop- 
ciuszkiem domowym, p. Terenią, znaną sobie 
przed dwoma laty ze Szczawnicy — i mówi 
Szaławie o swem uczuciu. Szaława, sądząc, że 
tu idzie o córkę Geńcię, wywija się jak może, 
aż wreszcie Terenia, mająca u niego zawsze 
pewne względy, wyjaśnia sytuacyę i wesoło koń- 
czy szereg zawikłań komicznych. Prócz Szaławy, 
inne osoby komedyi są tylko szkicowane; ale 
budowa całości jest bardzo dobra — i dziwić 
się można, iż utwór ten nie wszedł do reper- 
toaru teatralnego. 

Nie tylko przysłowia, krotoohwile i komedye 
pisywał Koziebrodzki, ale i dramata. Byłto umysł 
poważny, rozumiejący dobrze potrzeby społeczne, 
w załatwianiu których brał udział. Kształcił się 
najprzód w instytucie technicznym w Krakowie, 
potem uczęszczał do Sorbony, lat kilka przepę- 
dził w Szwaj caryi. Działalność rozpoczął od po- 
wiastek i rozpraw publicystycznych, pomieszcza- 
nych w „Nowinach", „Dzienniku literackim", 
„Niewieście'', „Kraju" (krakowskim). Sceniczną 
twórczość rozpoczął roku 1868 czteroaktowym 
dramatem p. t „Po śUzkiej drodze", poświęco- 
nym przedstawieniu upadku moralnego. W roku 
1869 wystawił na scenie lwowskiej nowy cztero- 
aktowy dramat p. t. „Dzisiejsi", który w druku 
otrzymał tytuł: „Hrabia Maryan". Jest to utwór, 
mający znaczenie społeczne, a czas jego ukaza* 



— 377 — 

nia się świadczy, iż Koziebrodzki niezależnie od 
Narzymskiego, poruszył bodaj pierwszy u nas 
kwestyę ideabiych poglądów i materyalizmu 
praktycznego. Odznacza się pewną gorączkowo- 
śoią dyaloga i akcyą posuwającą się jakby pod- 
skokami. Charaktery są w nim nieźle zaryto- 
wane. 

Despotyczny dorobkiewicz, mający dużo plam 
na przeszłości swojej, Michał Grocki , chce się 
skoligació ze świetniejszymi rodami, więc dla 
córki swej Michaliny, którą kocha dyrektor jego 
fabryk, Stanisław Parcki, pragnie pozyskać hr. 
Maryana, marzyciela szlachetnego, lecz zrujno- 
wanego, kochającego baronównę E.óżę, także 
zrujnowaną. Na naleganie matki B.óży, wysta- 
wiającej Maryanowi niepodobieństwo utrzymania 
żony na stopie należytej, zrzeka się jej ręki, 
chce sprzedać swój majątek i oddać się pracy. 
Tymczasem Parcki odkrył w jego dobrach bo- 
gate źródła nafty, lecz otrzymawszy od Gre- 
ckiego propozycyę ręki Michaliny (panny zresztą 
bardzo pospolitej), tai przed hrabią to odkrycie, 
aby Grocki mógł tanio nabyć Uroczyska. Szla- 
chetność atoli uczuć i wdzięczność (od Maryana 
doznawał tajemnie dobrodziejstw podczas swych 
studyów) odnosi zwycięstwo nad samolubnymi 
popędami. Widząc, że hr. Maryan, pozostawszy 
posiadaczem majątku, dającego nowe źródło do- 
chodu, może pomyśleć o swym związku z B>óżą, 
sam wyrzeka się Michaliny i odkrywa hrabiemu 
rzeczywisty stan rzeczy. Grocki, zawiedziony 



— 378 — 

w swyoh rachubach, wpada niemal w obłi^kanie, 
a gdy sąsiad jego Ealski (zabawny szlagon) 
oświadczając swego śmiesznego i głupowatego 
Pankrasia o rękę Michaliny, dodaje, ii synowi 
puści wioskę graniczącą z Uroczyskami, przy- 
staje na to ochotnie. 

Jestto rzecz obrachowana raczej na drama- 
tycznośó sytuacyj , nii na rozwój charakterów. 
Najlepszym jest Grocki, jednolity od początku 
do końca ^ jako spekulant pomysłowy i energii 
żelaznej. W Maryanie zadużo widać idealistycz- 
nego marzy cielstwa. Parcki jest dość powszednią 
dodatnią postacią. Figury komiczne są trochę 
skarykaturowane. Dobry jest epizodycznie wpro- 
wadzony cynik Zenon, przedstawiciel prasy re- 
wolwerowej, wyzyskiwacz, gałgan, bez źdźbła 
szlachetności, któremu jednak szubrawstwo nie 
zapewnia powodzenia. 

Nieporównanie słabszym jest następny z r. 
1871 szkic dramatyczny w 2 aktach p. t. „Klau- 
dya". Bzecz dzieje się niby we Włoszech w wieku 
XVn, lecz kolorytu ani wieku, ani narodu nie 
posiada; dramatyczności bardzo niewiele, a cha- 
raktery niewyraźne. Klemens (jedyny człowiek 
wzbudzający pewien interes w sztuce) kocha 
Klaudyę, żonę Bodryga, człowieka starego, ale 
uczciwego i dobrego; namawia ją więc do u- 
cieczki, na co ona zgadza się milcząco. Przy- 
bywa mąż, wzrusza Klaudyę swoją dobrocią; 
jednakże nie wpływa na zaniechanie zamiaru ; 
Klaudya zbliża się do łódki na nią czekającej ; 



— 379 — 

wtem głos oóreczki Ryty przywołuje ją do 
domu. Wychodzi Eodryg i spotyka się z Kle- 
mensem, który otwarcie się przed nim do miło-, 
ści względem jego żony przyznaje. Eodryg 
przywołuje żonę, a gdy ta błaga go o przeba- 
czenie — odchodzi. Na scenie zostają tylko 
Klemens i Klaudya; Klemens kochający i zroz- 
paczony, Klaudya nieprzytomna, wkrótce umiera. 
W charakterze bohaterki nie ma uczuć zdecy- 
dowanych; jedno tylko skądsiś zabłąkane w tej 
mdłej duszy przywiązanie macierzyńskie nie wia- 
domo, do czego służy w dramacie, bo gdyby 
uchroniło od upadku, to miałoby znaczenie 
istotne, ale tu przeszkadza jeno ucieczce, której 
zapobiedz mogłoby równie dobrze ukazanie się 
jakiego służącego. 

Ostatni utwór Koziebrodzkiego, odznaczony 
drugą nagrodą na konkursie warszawskim, p. t. 
„Nauczycielka^, nie posiada wprawdzie skupie- 
nia dramatycznego, a niektóre w nim sceny 
mają charakter powieściowy, ale zajmuje pomy- 
słem szlachetnym i pięknym dyalogiem. Temat 
sam przez się nie może nazwać się świeżym, lecz 
koUizye z niego wynikające, mają pewne cechy 
oryginalności. Marta, dawszy się przed laty 
uwieść uczuciu, została porzuconą przez nikcze- 
mnego lowelasa, księcia Porycza. Przecierpiaw- 
szy swą hańbę, którą zdołała ukryć przed świa- 
tem, żyje i pracuje głównie dla swej prostaczej 
matki, aż do chwili, gdy po rękę jej ukochanej 
wychowanicy, Felicyi, sięga podły i cyniczny 



— 380 — 

uwodziciel. Nie waha się on grozić wyjawieniem 
tajemnicy Marty, jeśli ta zechce jego małżeń- 
stwu stawiać przeszkody. Lecz Marta zastraszyć 
się nie daje, sama błąd swój wyznając babce 
dziewczęcia, zacnej, pełnej wyrozumiałości i prze- 
baczenia kobiecie; Felicyi zaś, przywiązanej do 
siebie i wierzącej we wszystko, co ona powie, 
oświadcza, że książę Porycz mężem jej zostać 
nie może, ponieważ jest nikczemnym człowie- 
kiem. 

Martę kocha Barski , ale na swoje oświad- 
czyny dostaje odpowiedź odmowną; podsłuchana 
przezeń rozmowa między księciem a ukochaną, 
objaśnia go o przyczynie odmowy. Wówczas 
raz jeszcze ofiaruje swą rękę, by ją zrehabilito- 
wać, a Porycza publicznie znieważa. 

Marta, hr. Łignicka (babka Felicyi), Porycz, 
wreszcie Barski są to postaci, mogące być nazwane 
charakterami, dobrze nakreślonymi i dobrze u- 
trzymanymi w akoyi. Zarzuty, jakieby nale- 
żało „Nauczycielce" uczynić, dotyczą głównie 
techniki dramatycznej. Dobrą technika ta nie 
jest; najefektowniejsze sceny, jakieby z tematu 
wytworzyć można, zostały przez autora pominięte, 
a raczej przeniesione w opowiadanie, zamiast być 
rozegranemi przed oczyma widza. Mimo te braki, 
;,Nauczycielka'* doznała powodzenia i należy do 
niepoślednich nabytków repertoaru. 



xxvn. 

Jan Aleksander hr. Fredro. 

Syn to wielkiego komedyopiszrza. Urodzony 
we Lwowie r. 1829, zaledwie dostawszy się na 
uniwersytet, zaciągnął się w r. 1848 jako szere- 
gowiec do legiona jenerała Wysockiego na Wę- 
grzech. Na polu bitwy pod Tarczalem jedyny 
z całego legionu mianowany został oiicerem, 
a po bitwie pod Turą — ozdobiony krzyżem 
wojskowym. 

Gdy bitwa pod Temeszwarem zakończyła się 
klęską, przeszedł granicę turecką w sztabie je- 
nerała Dembińskiego. W styczniu 1860 r. przy- 
był do Francyi i bawił tu do r. 1857, kiedy za 
amnestyą powrócił do kraju, osiadł w majątku 
dziedzicznym Beńkowej Wiszni, gospodarował, 
a następnie pisać zaczął. 

Pierwsza jego sztuka: „Przed śniadaniem" 
ukazała się w teatrze r. 1864 a do r. 1872, 
kiedy wyszedł pierwszy zbiór dwutomowy jego 
komedyj, przybyły: „Drzemka pana Prospera", 
„Piosnka Wujaszka", „Poznaj, nim pokochasz", 
„Posaźna jedynaczka", „Mentor", „Consilium fa- 



— 382 — 

oultatis". W r. 1880 — 81 próoz powtórnego wy- 
dania tyoh dwu tomów, ogłosił Fredro dwa dal- 
sze, zawierające: „Obce żywioły", „Kalosze", 
„Trzy domina", „Wielkie bractwo", „Ubogi czy 
bogaty?", „Próba przedstawienia amatorskiego". 
Następnie wystawił pięcioaktową krotochwilę 
„Oj, młody, młody" i jednoaktówkę: „Hipno- 
tyzm** (1889), która była ostatnim jego utworem. 
Zmarł 15 maja 1891 r. 

Jan Aleksander odziedziczył po ojcu wielki 
zapas werwy komicznej, uwydatniającej się naj- 
lepiej w kro toch wiłach: sztuki jego pobudzają 
po większej części do śmiechu szczerego, lubo 
biorącego swe źródło w niiszych estetycznie po- 
budkach. 

Nie wdając się tu w dokładny rozbiór każdej 
z nich poszczególe , postaram się scharaktery- 
zować je rysami obejmuj ącemi całość twórczości 
młodego Fredry. 

W komedyach jego niema właściwie ani cha- 
rakterów dodatnich ani ujemnych, bo ludzie jego 
nie doznają silnych namiętności, któreby na 
stronę anioła lub szatana czyny ich przeważały. 

Są to ludzie powszedni z powszedniemi uczu- 
ciami i powszednim umysłem, Tem tylko się 
różnią, że jednych autor traktuje na seryo, dru- 
gie przedstawia ze strony komicznej. Otóż po- 
staci seryo brane są z klasy ludzi lekkomyśl- 
nych, wietrznych, niezajmująoych się niczem, 
nierobiących nic — słowem próżniaków, szkodli- 
wych dla społeczeństwa o tyle, że bogactwo 



— 383 — 

narodowe marnuju bezpowrotnie. W gruncie ich 
charakteru leży zapewne uczciwość, ale uczci- 
wość bierna t. j. dopóki się nie nastręcza spo- 
sobność do złego, to go nie popełniają, ale 
gdyby ... Po za to przypuszczenie nie wycho- 
dzę, bo nie mam wyraźnego dowodu w utwo- 
rach Fredry, ażeby mu stanowczo zaprzeczyć 
albo je potwierdzić. Nie popełniają oni zbrodni 
i występków paragrafami kodeksu karnego prze- 
widzianych, ale moralność ich rzadko wychodzi 
po za granicę bezwzględnego samolubstwa, nie- 
zważającego na nic i na nikogo, byleby tylko 
chwilową przyjemność pozyskać. Hasłem ich po- 
stępowania mógłby być dwuwiersz: 

Hej, użyjmy żywota, 
Wszak żyjem tylko raz ! . . 

Nie mają oni żadnego zatrudnienia; całe dni 
i tygodnie przepędzają na zabawach, balach, 
przedstawieniach teatralnych, polowaniach, spa- 
cerach i t. p. Trudu i życia, ciężkiego pasowa- 
nia się z nieubłaganemi przeszkodami, które 
w spełnieniu życzeń, naszych stawia społeczność, 
napróżnobyś tu szukał: złoto, chociażby szy- 
chowe, zdobi tu apartamenta; uśmiech, nieraz 
kłamany, błąka się' po ustach; ludzie odbywają 
prawdziwe wyścigi, ażeby bawiąc się nie znu- 
dzili. Ukształcenie ich nie przekracza zwykłego 
poziomu mierności, uczucia swoje wypowiadają 
frazesami zużytymi, wyblakłymi na końcu do- 
świadczenia, które im od lat kilkudziesięciu przy- 



— 384 — 

świecało i przyświeca. Głębokość myślenia i czu- 
oia jest dla nich chińszozyzną ; szczerości nawet 
między nimi nie poświeci. Znamy ich: jestto 
złota młodzież, papląca do znudzenia, a na czyn 
zbierająca się dopiero . . . chyba po śmierci. 

Charakterystyczną pod tym względem posta- 
cią jest Alfred (w komedyi: „Drzemka pana Pro- 
spera"). Wycałowawszy pokojówkę, udaje się do 
pani domu (Maryi) i na jej zapytanie: Czemu 
szukasz rozrywki? Nie jestźeś szczęśliwy? odpo- 
wiada tyradą małomiasteczkowych bajronistów, 
którzy dowiedzieli się skądziś przypadkiem, ie 
istnieje coś, co się nazywa rozpaczą , zwątpie- 
niem i t. p. 

. . . Spojrzyj w głębię duszy (powiada :) 

Ile cierpień ukrytych, nieznanych katuszy, 
Ile uczuć zdeptanych, głębokich boleści, 
Od lat wielu (miał 28) to serce, milcząc, w sobie mieści! 
Niestety, losu swego nikt nie przezwycięży! 
Na mnie straszna samotność, jak przekleństwo cięży. 
Bo śmierć osierociła już w kolebce dziecię, 
I odtąd wciąż samotny błąkam się po świecie, i. t. d. 

Zdradzili go przyjaciele, na wakacye nikt go 
nie wyglądał, kochanka opuściła go dla bogat- 
szego i t. p. dobrze znane powszednie dolegli- 
wości żywota sprawiły, że 

Odtąd żyję bez wspomnień, miłością przyjaźni, 
Nic mnie teraz nie cieszy, ni boleśnie drażni . . . 

Naturalnie tyle nieszczęść wywołało łzę na 
oku poczciwej parafianki (Maryi), gdy bohater 



— 385 — 

tymozasem wysiliwszy się widocznie na oraoyi^, 
mówi na stronie: ^Zaczynam być głodny". 

Potem wbrew swemu zapewnieniu, że nic go 
już nie cieszy^ lubuje się fertycznością garde- 
robiany u śpiewaczki Ireny i woła z zapałem, 
(mówiąc o dziewczętach): 

Ach, która nie kochana! kiedy jeszcze mtoda 
W każdej się jakaś znajdzie dla znawcy uroda. 
Ta ma usta, wzrost tamta, — tu rączka, tam oczy, 
W tej znów nózia, ząbki, splot cudnych warkoczy. 
Nie skończyłbym do jutra wyliczać zalety. 
Dlatego lubię wszystko, co mają kobiety. 

Dlatego też nie gardzi względami i śpie- 
waczki i mężatki (baronowej). To go tylko zaw- 
sze martwiło: „Ze przy ładnych mężatkach i dwóch 
mężów było". 

Gdy wszystkie te miłostki na jaw wychodzą 
i potrzebuje usprawiedliwić się przed Maryą, której 
zyskał przyjaźń a może i coś więcej (wyjazd 
na wieś przeciął ten stosunek), tak się uniewinnia 

Prawda, że moja przeszłość była czcza i pusta. 

Że do czary zatrutej przytulałem usta. 

Że ją w mem obłąkaniu wychyliłem do dna, 

I że mną nieraz żądza miotała niegodna, 

Lecz serca to nie tknęło, jak Bóg jeden w niebie. 

Bo nigdy nie kochałem, nim poznałem ciebie! 

Wyborne to zaklęcie: jak Bóg jeden w niebie, 
w ustach tego salonowego łobuza... 

Na Uómaczenie się nie zwracam uwagi, bo: 
dosyć je odczytać, ażeby się poznać na jego 
nicości. 

Nasza liłarałnra dramałycma. T.U. 25 



-* ^' 



— 386 — 

Takąi samą figurą jest Władysław (w kome- 
dyi: „Mentor"). Jest to hulaka, trwoniący pie 
niądze na karty i kobiety, pogromoa serc nie- 
wieścich pour pmser U ietnps, lubi swobodę, a więc 
nie chce się ożenić; ale serce ostatecznie ma 
miękkie; niewybredna scena kokieteryi podbija 
go od razu, robi z niego potulnego baranka, po-' 
słusznego na każde skinienie miłej pasterki. Cały 
dowcip jego zasadza się na ukartowaniu następ- 
nej intryżki, będącej zresztą podstawą komedyi. 
Matka, chcąc ukrócić jego wybryki, stawia mu 
do wyboru : albo ożenić się z Jadwigą, albo zre- 
zygnować z pieniędzy na wydatki hulaszczego 
życia. Brat jego Wacław kocha się w Jadwidze 
zamieniają więc swe role : Władysław udaje sen- 
sata, a Wacław — awanturnika. Wszystko na- 
stępnie, po bardzo krótkich i nieprzykrych wcale 
zawikłaniach, zgodnie i pięknie się kończy. 

Takiemi, tylko mniej wyraźnie narysowanemi 
są postaci Henryka i Augusta (w „Posażnej 
jedynaczce"), Zdzisława i Władysława (w „Con- 
silium facultatis"), Alberta (w „Trzech dominach), 
Eeginalda Tralińskiego, (w „Wielkiem bractwie"). 

Charaktery dodatnie kobiece mniej są jeszcze 
uwydatnione, mniej przedstawiają cech wybitnych, 
aniżeli męskie. Brak zajęcia, brak wyższego wy- 
kształcenia, brak podnioślejszych celów w życiu, 
prowadzi je na utartą drogę miłości, co rzecz 
naturalna, albo miłostek, co również rzecz natu- 
ralna, ale niezbyt dla moralności pocieszająca. 
Dowcipu posiadają bardzo mało, albo wcale nic; 



— 387 — 

rozmowę utrzymaji^ zawsze na nader nizkim po- 
ziomie; w żyoiu naj zupełniej szą okazają bier- 
ność, jeżeli za dowód umysłu czynnego niewin- 
nej lub też szkodliwej kokieteryi brać nie bę- 
dziemy. Salon i konwenanse, malutkie uzdolnie- 
nie umysłowe i słabe jego rozwinięcie, powsze- 
dnia, t. j. bardzo mierna skala uczuć ; oto głó- 
wne cechy kobiet, przedstawionych przez Fredrę. 

Jeżeli uwzględnimy te ogólne spostrzeżenia, 
jeżeli przejmiemy się małą wartością umysłową 
tych postaci kobiecych, to za najlepszą jeszcze 
poczytamy może Wandę, młodą wdówkę, kokie- 
tującą trochę Władysława w „Mentorze", po- 
stać, która naprzód wystąpiła z temi samemi ce- 
chami w przysłowiu dramatycznem: „Poznaj, nim 
pokochasz". Jest w niej trochę życia, trochę 
krwi gorącej, trochę przedsiębiorczości, trochę 
przejęcia się własną godnością. Chciałaby podbić 
sobie upartego Władysława, i robi z tego po- 
wodu małą scenkę kokieteryi z okazaniem swoich 
wdzięków (akt n gi so. 7) ; ale gdy rozzuchwa- 
lony młodzieniec pocałować się ją ośmielił, wy- 
bucha płaczem i na dobre gniewać się zaczyna. 

Inne postaci Fredry i tegoby zrobić nie po- 
trafiły; bo umieją ulegać tylko i przebaczać (np. 
Marya w „Drzemce pana Prospera"), Joanna 
(w „Ubogi czy bogaty?"). Niby to się wyróżnia 
cokolwiek Jadwiga (w „Mentorze") tem, że po- 
kochała człowieka rozmawiającego z nią o sy- 
stemie planetarnym, ofiarującego jej kolekcyą 
najrozmaitszych chrząszczów niemieckich i t. po- 

25* 



— 388 — 

dobnymi órodkami staraji^ego się pozyskać jej 
seroe. Wszystko to byłoby rzeozą bardzo piękną, 
mogłoby nawet być wyrazem nowego zwrotu 
w wychowaniu naszych kobiet; gdyby, gdyby... 
nie ta ólamazamośó w postępowaniu. Eaedy przy- 
chodzi do czynu, braknie jej natchnienia, wyra- 
zów i uczucia ; wyraia się lękhwie, symbolicznie 
i przez przypuszczenie. Toż samo i jej ulubiony 
Wacław; umie on nazwać terminem botanicznym 
jakąś roślinę, ale kwiat energicznego czynu jest 
dla niego rzeczą obcą. Najlepiej ich oboje cha- 
rakteryzuje rozmowa prowadzona w chwili naj- 
krytyczniej szej, gdy sprawa ich miłości poplą- 
tała się tak, że niełatwo było znaleźć punkt wyj- 
ścia (z ich stanowiska rzecz uważając). Jedno 
składa cały ciężar działania na drugie, ale żadne 
nie umie się zdobyć na krok stanowczy: 

Jadwiga: Cóż ja mam powiedzieć! Oszukiwać 
najlepszego ojca, przed nim się rumienić, nie 
mieć odwagi podnieść oczu na niego. 

Wacław: Nieustannie na siebie uważać... 

Jadwiga: Truchleć przy kaźdem słowie. 

Wacław: Nie być nigdy sobą, czuć się nie- 
zgrabnym, śmiesznym, mieszać się, plątać się co 
chwilę, wreszcie tak odpłacać serdeczną gościn- 
ność ojca pani... 

Jadwiga: O, nie! dłużej nie mogę zapoznawaćQ^ 
tylu dobrodziejstw, tyle miłości, to musi ustać. 

Wacław: Trzeba temu koniec położyć. 

Jadwiga: Lecz jakże to zrobić... od ozego 
zacząć ? 



-^ 389 — 

WcM>taw: Może pani... przywilejem. 

Jadwiga: Sądziłam przeciwnie, źe pan... 

Wactaw: Nie, mnie się zdaje, źe to od oórki 
lepiej będzie przyj ętem. 

Jadwiga: Nie, nie, pan... itd., itd. 

Czytelnik łatwo zauważy, źe jest to posieka- 
nie na dyalog jednego ciąga mowy, w którym 
zresztą wątku i treści trudno się doszukać. Sa- 
modzielność tych dwojga bohaterów równa się 
zeru.. 

Śpiewaczki Ireny nie można również poczy- 
tywać za wyjątek od reguły ogólnej. Chciał 
w niej autor prawdopodobnie podnieść, zrehabi- 
litować w oczach publiczności jedne ze Gd!ug czy 
kapłanek Melpomeny, uważanych za istoty niż- 
szego rzędu. Nie powiemy, żeby mu się to choć 
w części udało. Przyjmuje ona hołdy wielu, chce 
się dostać do towarzystwa, gdzie doznaje afrontu, 
chce być pierwszą, chwaloną, uwielbianą. Umie 
czasami powiedzieć tyradę, taką np. : 

Żeby się módz pochwalić względami artystki, 
Drobiazgiem są dla pana banknotowe świstki, 
Lecz talent, jako talent, z opieki wyjęty; 
Dla niego dom barona zawsze jest zamknięty. 
Zachowaj więc swe dary i swoje banknoty, 
Popieraj sobie niemi gdzieindziej zaloty. 

(Akt II, SC. 7). 
ale teź na słowach wszystko się i kończy. 

Na repertuar postaci komicznych składają się 
głównie obywatele wiejscy, młodzieńcy, posia- 




— 390 - 

dający niezmierne pretensye (w zakresie oczy- 
wiście bardzo szczupłym) a żadnych zdolności 
ani przymiotów, krótkowidze i dystrakci, chorzy 
na żołądek, zazdrośnicy i starzy profesorowie. 

Komizm autora jest niewyszukany, rubaszny 
bardziej słowny, aniżeli sceniczny. Najlepszym 
pod tym względem reprezentantem jest p. Pros- 
per. Jestto sobie szlachcic poczciwy z duszą 
i kośćmi, który, przyjechawszy do miasta, dziwi 
się wszystkiemu, i pozwala sobie wmówić, oo 
się komu podoba. Jest trochę ograniczony: 

Dosyć, że dziś przebiegłem trzysta siedem schodowi 

Nawet idąc na górę, ponoś więcej było 

I to mnie, pani, właśnie najwięcej zmęczyło. 

(Akt m, SC. 4). 

Nudzi się w mieście, wzdycha za wsią; na 
pytanie, jak mu się podoba miejskie życie, od- 
powiada : 

A niech go taml (miarkując się) 
A tak, tak, znam ja przyjemniejsze. 
Gdy się do gospodarstwa od rana zabiorę; 
Najprzód pójdę na gumno, potem na oborę, 
Tu złaję ekonoma, tam poszturcham dziewki; 
Później znów przy podoju zaglądnę w konewki! 
Stamtąd pobiegnę z żydem wykłócić się w młynie, 
Już wolniej pierś oddycha i krew prędzej płynie. 

(Akt m, SC. 7). 

Albo wzdycha z rozczuleniem: 

A tam na wsi gorzelnia, — woły pospasane, 
Ach, kiedyż ja się, kiedy między was dostanę I 



- 391 — 

Myśl jego pochłania całkiem gospodarka. Na 
wieść o wojnie, woła radośnie: 

W istocie wojnę mamy? Same wieści błogie; 
Pszenica w górę pójdzie, woły będą drogie! 

Oprócz tych żywiołów, t, j. pewnej ograni- 
czoności i rodzaju monomanii gospodarczej, 
przykłada się do komizmu sztuki jeden jeszcze 
t. j. że pan Prosper staje się mimowohiym i mi- 
mowiednym postrachem dla wszystkich, co go 
otaczają. Sam w gruncie rzeczy nic nie wie, a 
tymczasem wszyscy błagają go o milczenie, o 
zachowanie tajemnicy i t. p. Poszło to stąd, że 
poczciwe Prosperzysko, utrudziwszy się szuka- 
niem lokalu, zasnął snem sprawiedliwego w ogrom- 
nym fotelu śpiewaczki Ireny i był śpiącym 
świadkiem scen, które się u niej odbywały. 
Inni myśleli, że on się tylko przyczaił. Komizm 
sytuacyi znajdujemy w „Posażnej jedynaczce^. 
Pan Szumbaliński, ojciec pięciu córek, każdą 
z nich udawał za jedynaczkę, ażeby tem ła- 
twiej związek hymenu przeprowadzić. Naraz, 
kiedy właśnie o przedostatnią traktował, zja- 
wiają się na jego imieniny, wszystkie inne. Ta- 
rapaty, w których się znalazł pan Szumbaliński, 
stanowią treść farsy. Pominąwszy już niepraw- 
dopodobieństwo takiego zdarzenia, szkoda, że 
słowa nie przychodzą w pomoc sytuacyom: są 
one po większej części mdłe, bezbarwne. Da- 
leko więcej werwy znajdujemy w „Piosnce Wu- 
jaszka^. Głupkowatość starego profesora (Do- 



— 392 — 

dowskiego) i młodego jego synowca (Plasia) — 
tworzy pierwsze tło scen komicznych. A ponie- 
waż i reszta towarzystwa z małemi odcieniami 
in plus lub minm do tejże samej sfery umysło- 
wej należy, tworzą się więc całe grupy scen, 
nad któremi rozradowany umyd czytelnika swo- 
bodnie panuje i pośmiać się może. Taki sam 
prawie stosunek zachodzi i w farsie: „Consi- 
lium facultatis'', mającej dalekie pokrewieństwo 
z Le mahde imaginaire Molier'a. Bolbecki jest 
najmocniej przekonany o swojej chorobie, zu- 
żywa też na dzień tysiące specyfików lekar- 
skich; pomimo to przecież opycha się także 
z równą hojnością produktami niełacińskiej ku- 
chni. Umiera stary doktór, który rozciągał opiekę 
nad jego chorym żołądkiem; spodziewają się 
przyjazdu nowego. Głowy dug przepełnione, 
oczekiwaniem^ w każdym przybyszu widzą tylko 
doktóra. Stąd powstaje intryga. Zdzidaw i Wła- 
dydaw, wzięci za doktora B.zeszkę odgrywają 
jego rolę, dwojakim powodowani interesem: je- 
den chce dostać za żonę córkę Bolbeckiego, 
drugi chce z nim zagodzić spór jakiś zada- 
wniony. Przepisują mu dyetę, później kąpiele, 
a gdy zjawia się prawdziwy doktór Bzeszko, 
wszystko przychodzi do należytego ładu. Ko- 
mizm wynika 1^ z samej postaci Bolbeckiego, 
który chce się gwałtem doszukać w sobie tego, 
czego znaleźć niepodobna t. j. choroby, a 2^ 
z sytuacyi zaimprowizowanych doktorów, któ- 
rzy żadnego lekarstwa przepisać nie umieją. 



— 393 — 

Komizmem tym najbardziej może przejęta jest 
scena 18, w której biedny p. Bolbecki widzi 
przed sobą wódkę, bigosik, wybornego kapłona, 
a niczego tknąó nie może... kiedy nie zważa 
na swoją chorobę, mówi głosem silnym, ale skoro 
tylko ją sobie przypomni, zaraz ją zniża do 
szeptu prawie. W komizm sytuacyjny obfitują 
^Kalosze", „Oj, młody, młody!", a po części 
„Wielkie bractwo". 

Nie wspominając o figurach podrzędnych, 
których charakter wogóle nie przedstawia wiel- 
kiego interesu, zauważymy, że społeczeństwo, 
w któremby się znajdowali sami ograniczeni 
obywatele, sami letkiewicze, sami głupi pu- 
pile i nie mędrsi od nich profesorowie, same 
bierne kobiety, idące owczym pędem za po- 
wszedniemi wyobrażeniami, byłoby obrazem pra- 
wdziwego Pacanowa umysłowego. Pocieszamy 
się tą myślą, że tak nie jest. Idziemy nawet 
dalej. Nie poczytujemy za złe Fredrze, że takie 
tylko charaktery w komedyach swoich odryso- 
wał, gdyż w nich najodpowiedniejszy żywioł dla 
swego talentu znajdował; każdy buduje tylko 
z tego materyału, jaki mu pod ręką najlepiej 
urabiaó się daje. 

Jeżeli Fredro pojmował zadanie po staremu, 
iż przedewszystkiem rozśmieszać się powinno do 
rozpuku i jeżeli skłonność jego Ignęta do przedsta- 
wiania scen niższego komizmu; to dobrze robił, 
iż się w granicach swego uzdolnienia zatrzymy- 
,wał, nię chcąc przybierać pozy dla siebie nie- 



— 394 — 

właiciwej. Bo nie widać w jego krotoohwilaoh 
żadnej arrtóre pensde^ żadnej tendenoyi, chcącej 
naumyilnie wyszukiwać same ciemne strony 
w społeczeństwie, owszem pewien dobroduszny 
uśmiech z każdego niemal słowa wygada; gorzki 
sa^rkazm jest kwiatem nieznanym w autorskim 
zielniku Fredry. 

Baz tylko spróbował on napisać komedyą 
z dążnością społeczną, ale próba nie powiodła 
się. „Obce żywioły** (1873) miały być satyrycz- 
nym obrazem przenikania do społeczeństwa na- 
szego zgubnych doktryn i praktyk zagranicz- 
nych: demagogii międzynarodowej, fikcyjnych 
przedsiębiorstw obrachowanych na wyzysk ła- 
twowiernych, spróchnisJego wreszczie legitymi- 
zmu na wzór francuski. Ale przedstawiciele tych 
kierunków w komedyi Fredry: Szmucer, Elski 
i Drzymierski, nie dorośli do zadania, które 
mieli spełnić. Szmucer tylko w początkach aktu 
I-go ma pozory agitatora na wielką skalę, zo- 
stającego niby w stosunkach z ^Międzynaro- 
dówką**, ale w dalszym ciągu utworu jest zwy- 
czajnym czarnym charakterem, intrygantem, ło- 
trem, tchórzem, któremu idzie o zrujnowanie 
dobrodusznego, za popularnością goniącego szlach- 
cica (Moranowskiego), ażeby go zmusić do od- 
dania mu ręki córki, Heleny. Elski jest bladą 
sylwetką półgłówka, napróżno chcącego zjednać 
akcyonaryuszów do założonego przez siebie ^towa- 
rzystwa transatlantyckich balonów" i uciekają- 
cego w końcu przed odpowiedzialnością sądową. 



— 396 — 

Drzymierski wreszoie to zidyooiafy starowina, 
nienawidzący rewoluoyi i mszoząoy się nad jej 
reprezentantami przez zabijanie od lat 40 mttch, 
ponazywanych imionami filozofów francaskioh 
i rewoluoyonistów europejskich. Oddziaływania 
Elskiego i Drzymierskiego na społeczeństwo nie 
widzimy wcale, a wpływ Szmuoera na szlach- 
cica, który dla popularności boi się przyznać 
do szlachectwa i wspiera dziennik demagogi- 
czny, groźnie się przedstawia jedynie w scenie 
Y-ej aktu I-go, najlepszej z całej sztuki; gdyż 
do niej dołączyć jedynie można koniec sceny 
VILej aktu II-go, gdzie Drzymierski placką bije 
muchy, lżąc je nazwiskami Lafayette'a, Bobes- 
pierra, Waltera, Kossutha i t. d. 

Ze świata kobiecego mamy jedną tylko Lu- 
dmiłę, żonę Pawła Moranowskiego, co się dała 
obałamucić mrzonkom bezwzględnej emancypa- 
cyi niewiast od wszelkich więzów, krępujących 
samowolę jednostki. Ale jej zepsucie jest czy- 
sto słowne; kochliwość starzejącej się kobiety 
i bez tych wpływów emancypacyjnych byłaby 
ją popchnęła do napisania kompromitującego 
listu, który ostatecznie (poza ruiną majątkową) 
staje się węzłem intrygi; bo Szmucer, zbrojny 
tym listem, domaga się ręki Heleny i gdyby 
nie interwencya jenerała, co z pistoletem w ręku 
zmusza intryganta do wydania dokumentu, byłby 
ją dostał. 

Moranowski sam — to bynajmniej nie wykwit 
najnowszych, obcych wpływów, ale stary u nas 



— 396 — 

typ szlachcica ambitnego, a głupiego, dającego 
w siebie wmówić, co się podoba. Umie on ga- 
dać, ma nawet w początku pewną fantazyę, ale 
jasno nie umie sformułować, do czego dąży, bo 
nie ma najmniejszego pojęcia o zadaniach ży- 
cia autonomicznego. Byłaby to figura bardzo 
dobra, gdyby ją rozwinięto i w akcyę wplątano; 
ale on zrazu wysunięty na plan pierwszy, ukrywa 
się przez resztę sztuki w cieniu i gra zupełnie 
bierną rolę. 

O dodatnich figurach: jenerale, Janie Dy- 
marze, hr. Leonie, Helenie niewiele można po- 
wiedzieć; są to sylwetki, albo zarysy tylko cha- 
rakterów, z początku dobrze przedstawione, po- 
tem na bierność skazane lub też na działanie 
niebardzo zgodne z grantem ich osobistości. 

Po tej próbie napisania komedyi wyższej, 
już jej Fredro nie ponawiał. 

Syn jego Andrzej hr. Fredro (urodzony r. 
1869) dał się poznać (prócz wierszy i artyku- 
łów prozą) d!abą krotochwilą: „Stowarzyszenie 
kobiet" (1896). 



xxvin. 

Józef Bliziński. 

W Blizińskim ubyła nam jedna z sił iywyoh 
a potężnych. Najznakomitszy ze współczesnych 
komedyopisarzów naszych, wedle powszechnego, 
jednomyńhiego uznania, najbardziej swojski, żyć 
i tworzyć przestał. Ale pozostawił po sobie dzieła, 
które mu zapewniają nieśmiertelność, które wciąż 
do nas i potomków naszych sympatycznie prze- 
mawiać będą. 

Nie czas teraz jeszcze na wyczerpującą o nim 
monografię. Życie jego ciche, jednostajne, zale- 
dwie w grubych zarysach znane jest dotychczas; 
obecnie dopiero po jego zgonie rozjaśnione być 
może w swych szczegółach, gdy się z różnych 
stron nagromadzą wspomnienia, gdy z czasem 
ukaże się jego korespondenoya. Wówczas bę- 
dzie można związać dzieła z twórcą; wskazać 
dokładnie wpływy czasu i osób na tryb działal- 
ności autorskiej, na sposób kształcenia się wyo- 
brażeń i pomysłów, na środki przyoblekania ich 
w szaty artystyczne. 



— 398 - 

Zanim atoli do tego przyjdzie, należy się, 
zarówno dla złożenia boldu zmarłemu, jak i dla 
uświadomienia, ozy też uprzytomnienia sobie 
wartości spuścizny po nim, rozejrzeć się w niej 
szczegółowiej, skupić te rysy, które charaktery- 
zują wybitnie fizyognomię duchową znakomi- 
tego twórcy dusz w oświetleniu komicznem. 



I. 
Wykształcenie i talent. 

Józef Bliziński, urodzony w Warszawie 10 
marca 1827 roku, niewiele zawdzięozi^ szkole; 
wychowywał się bowiem w dobie, kiedy z pe- 
wną łatwością można było nabywać średniego 
tylko wykształcenia, a po wyższe trzeba się 
było udawać daleko i łożyć na nie sporo pie- 
niędzy. Zresztą zapewne i pochopu wielkiego 
ku temu wśród przeważnej części synów szla- 
checkich nie było. Widzimy to i na Blizińskim, 
który zaledwie rok jeden uczęszczał na tak 
zwane „kursą prawne'', istniejące w owym cza- 
sie w Warszawie, a zaznajamiające młodzież 
z prawem krajowem i procedurą. 

Ten nizki poziom wykształcenia, z jakiem 
wszedł w życie praktyczne 18-letni zaledwie 
młodzieniec, mie może być wszakże wystawiony 
jako coś ujemnego w rozwoju duchowym przy- 
szłego pisarza. Nie na myśliciela bowiem miał 



— 399 — 

wyróśó, ale na twórcę. Myśliciel musi sobie przy- 
swoić wiedzę przeszłych pokoleń, aby módz da- 
lej budować ; twórca powinien przedewszysttdem 
posiadać talent. Nauka niewątpliwie rozwinięciu 
prawdziwego talentu nie zaszkodzi, ale go ni- 
gdy nie zastąpi. Brak głębszej nauki wpływać 
może na uszczuplenie rozległości i głębi pomy- 
słów, lecz nie zdoła umniejszyć zdolności two- 
rzenia żywych postaci w tym, kto tę zdolność 
posiada. 

Bliziński nie zapuszczał się nigdy w rozbiór 
zagadnień filozoficznych, czy społecznych, nigdy 
nie pisał komedyj, obrabiających jakieś y,tezy^, 
namiętnie roztrząsane w danej chwili, lecz przed- 
stawiał ludzi i ich stosunki jak prawdziwy po- 
eta, który kocha swych bliźnich, radby ich wi- 
dzieć lepszymi i rozumniej szy mi, ale który wy- 
baczą im ich słabostki, słabości i grzechy, z tą 
pogodną wyrozumiałością, jaką natchni)^ go tem- 
perament i warunki iycii w dobie najżywiej 
tętniących uczuć i najtrwalej wyrabiających się 
przyzwyczajeń. Bliziński iył pełnią iycia na wsi, 
dokąd się przeniósł w r. 1845 i gdzie stale przez 
bardzo długie lata przebywał. Ówczesne życie 
i gospodarowanie na wsi nie było tem, czem 
się stało obecnie. Bo chociaż przysłowie ziemiań- 
skie : „gospodarstwo — kłopotarstwo" jest stare, 
to znamionowało ono dawniej tę właściwą ludz- 
kości podobno całej niechęć do jawnego stwier- 
dzenia, że się jest zupełnie zadowolonym, nie 
zaś jakiś szczególny stan klęsk i niepowodzeń. 



— 400 — 

Istniała jeszcze pańszczyzna; obywatel ożuł się 
dziedzicem w całej rozciągłości tego wyrazu; 
nie potrzebowi^ wysilać umysłu, by z ziemi wy- 
dobyć jak najwięcej, a jednak jej nie wysilić, 
nie zubożyć; praca na roli miała tylko nazwę 
pracy, a w gruncie była przypatrywaniem się 
j©j tylko; polowania, odwiedziny, zabawy tane- 
czne, gra w karty, zajmowgJy czasu bardzo dużo; 
myśli płynęły swobodnie, dobry humor był częst- 
szy od złego; żyło się co prawda z dnia na 
dzień, ale nie suszono sobie głowy przyszłością; 
dopóki była gotówka, to się ją lekko wydawało, 
gdy jej zabrakło, nie trudno było o pożyczkę, 
a w razie chwilowego kłopotu miało się zawsze 
tę rodzimą filozoficzną uwagę: jakoś to będzie. 

Od roku 1860 do 1860 mianowicie, t. j. wów- 
czas, gdy Bliziński najpiękniejsze lata młodości 
przeżywał, bawiono się zapamiętale, a choć nie 
brakło takich, co przepowiadali ruinę majątków 
szlacheckich ze względu na życie nad stan, nie- 
wielu zapewne słuchcJ!o tych przestróg; większość 
szła za raz danym popędem. 

Nie mamy powodu mniemać, by się Bliziń- 
ski od braci szlachty pod tym względem wy- 
różniał. Był młodym, ruchu i zabawy potrzebo- 
wał, a że okazyi nie brakło, więc się dawał 
unosić prądowi. Do niego można zastosować, co 
o jednej postaci „Łekkoducha^ powiedziano, iż 
nigdy nie umiał zrozumieć wartości pieniędzy. 
Jego niepowodzenia majątkowe mogą być w tej 
mierze przekonywaj ąoem świadectwem. 



iT'^- 



— 401 — 

Kto ma temperament łagodny, a poczuwa się, 
ohoóby niewyraźnie, do tych słabostek, jakie 
widzi w innych, ten nie może być pesymistą, 
jeżeli naturalnie nie siedzi w nim złośliwy cho- 
chlik analizy. Wyrozumiałość dla siebie musi 
rozciągnąć do wszystkich, których się czuje 
krwią z krwi, kością z kości. Wyrozumiałość 
ta — to bynajmniej nie zanik poczucia moral- 
nego, ani też stępienie umysłowe, ale rezultat 
przekonania o zasadniczej dobroci natury ludz- 
kiej, która może ulegać zboczeniom, wykrzy- 
wieniom, zwyrodnieniom , ostatecznie wszakże 
zdolną jest do poprawy, mając w sobie ogro- 
mny zasób sił żywotnych, mogących wyrównać 
wszystkie szkody, jakie powstały pod wpływem 
namiętności, czy przyczyń postronnych. 

Nie przeszkadza to człowiekowi tak nastro- 
jonemu sądzić i karcić zarówno siebie, jak i in- 
nych, wytykać błędy, zachęcać do zawrotu na 
dobrą drogę. 

Jeżeli pod względem usposobienia i filozofii 
życia Bliziński miai wielu sobie podobnych wśród 
współziemian, to wyróżniał się od nich i wyra- 
stał ponad nich swoim talentem, jakich w tym 
rodzaju i zakresie posiadamy niewiele. 

Na stosunki ludzkie, na przejawy życia du- 
szy patrzał on okiem nieuprzedzonem, zbrojnem 
w bystrość i przenikliwość, chwytającem odrazu 
całość ze wszystkiemi znamiennemi jej rysami. 
Żadne doktryny szkolne nie zaciemniały i nie 
krępowały jego umysłu spostrzegawczego; z tego, 

Nasza literatura dramatyczna. T. II. 26 



/* 

•^ 



— 402 - 

00 widział, nie wysnuwsJ też teoryj, aló groma- 
dził zapasy postaci i położeń, które zapewne 
wprzódy zużytkowywał w poufnej pogadance, za- 
nim je przeniósł później do komedyj swoich. 

Zakres jego spostrzeżeń nie był wielki: lud, 
szlachta we wszystkich swych odcieniach, pano- 
wie w różnych odmianach, żydzi, mieszczanin 
przeszczepiony na grunt wiejski, literat bawiący 
na prowincyi dla studyów, jednem słowem pier- 
wiastki składowe wsi naszej, wśród których żył 
Bliziński tak długo, stanowiły główny, zasadni- 
czy materyał, przezeń obserwowany i do gruntu 
poznany i odczuty. 

Fantazya jego na tym dopiero materyale, 
z obserwacyi wziętym, rozwijała swą czynność, 
nie bujała więc samopas i nie tworzyła dowol- 
nie światka własnego. Niesforne marzycielstwo, 
lubowanie się w pomysłach nie mających cał- 
kowitych odpowiedników w rzeczywistości, nie 
były jej znamieniem. Odznaczała się ona pla- 
styką nader wybitną, tak, że osoby przez nią 
stworzone wydawały się istotnie żyjącemi, nie- 
mal dotykalnemi, a sytuacye, w których je osa- 
dzała, zrastały się z niemi, tworząc naturalną, 
konieczną jednię. 

Uczuciowość nie była cechą wybitną talentu 
BUzińskiego, chociaż rozmaite rodzaje uczucia 
i różne jego stopnie doskonale znał i zaznaczyć 
potrafił. Czynił to jednak jako bystry obserwa- 
tor raczej, aniżeli ulegając nieodwołalnej potrze- 
bie własnego usposobienia i nastroju. Struna 



— 403 — 

liryzmu nie drgała w nim żywo — i ta niewąt- 
pliwie właściwość skierowała jego pióro ku ko- 
medyi. 

Czy do pisarskiego zawodu był przez kogo 
zachęcony, czy też własnemu uległ popędowi, 
nie wiem ; w każdym razie wziął się do niego 
dosyć późno, bo dopiero w 33-oim roku życia, 
kiedy już miał czas dażo doświadczyć, dużo wi- 
dzieć i słyszeć, dużo odczuć i przemyśleć. Nie 
licząc jakiejś komedyi, przetłómaczonej z francu- 
skiego w samem zaraniu młodości, za pierwszy 
występ Blizińskiego w literaturze uważać trzeba 
drukowany w roku 1860 obrazek dramatyczny 
wierszem, w 1 akcie, p. t. „Imieniny**. 



n. 

Pierwsza próba. 



Zestawiają zazwyczaj Blizińskiego z Fredrą. 
Jeżeli chodzi o pokrewieństwo talentu twórczego^ 
werwy komicznej, plastyki w rysunku postaci, 
jest w tem najzupełniejsza słuszność. Jeżeli je- 
dnak zwróci się uwagę na sposób tworzenia 
osób komicznych, a po części i na technikę sce- 
niczną, to nie należy zapominać, że pomiędzy 
Fredrą a Blizińskim był Korzeniowski. 

Fredro tworzył typy w znaczeniu Molierow- 
skim, Korzeniowski zaś starał się tworzyć cha- 
raktery indywidualne. Ta jedna zasadnicza ró- 

26* 



— 404 — 

żnioa w sposobie traktowania figur pociągała za 
sobą cały szereg innych, dotyczących motywo- 
wania w zjawianiu się osób na scenie, większej 
odrębności znamiennej w dyalogu, większego 
realizmu w kreśleniu stosunków towarzyskich. 
Z początku więc, dla zaznaczenia tej zmiany w sto- 
sunku do komedyj Fredry, Korzeniowski pisywał 
prozą, dopiero pod koniec swego zawodu, w osta- 
tnich komedyach swoich („Konkurent i mąż", 
„Majątek albo imię",- ;,Pustynia", „Plotkarz*^) 
użył wiersza, zapewne w tem przekonaniu, że 
forma ta jest bardziej artystyczną. 

W czasie właśnie, gdy Bliziński zamierzał 
pomysły swoje wypowiedzieć w formie drama- 
tycznej, pojawiały się już to na scenie, już to 
w druku, utwory powyżej wspomniane. Z nimi 
to w najbliżezem powinowactwie artysty oznem 
zostaje obrazek jego p. t. „Imieniny". 

Nadesłał go do „Gazety Codziennej", którą 
wtedy redagował Kraszewski. Znakomity powie- 
wieściopisarz przyjął „Imieniny", wydrukował je 
w n-rach 293—302 swojej „Gazety" w r. 1860 
i obszernym listem zachęcił autora do dalszej 
pracy. 

Warto się przyjrzeć dokładniej tej pierwszej 
próbie dramatycznej Blizińskiego, która podo- 
bno nigdy na widowni się nie ukazała. 

Tłem, na którem rzecz cała się odbywa, jest 
suto obchodzona uroczystość imienin bogatego, 
ale skąpego szlachcica, Hipolita, który opieko- 
wał się i opiekuje, ze swoim naturalnie pozy- 



— 40B — 

tkiem, bogatą sierotą, Paulina. Badby on tę pu- 
pilkę wydać za człowieka, któryby go nie naci- 
skał o rachunki z opieki. 

Trzech się około niej kręci konkurentów, 
bardzo lichych pod względem umysłowym i mo- 
ralnym: Hieronim — żarłok, pijak i zarozumia- 
lec, Leon — elegant miejski, płytki, pusty, lecz 
wielce ugrzeczniony, Krętołowski — lichwiarz, 
szlachcic cyniczny, ufający tylko w pieniądz. 

Towarzystwo, jak widzimy, nie bardzo wy- 
kwintne. Żadna z tych osób nie może być na- 
zwana typową, ale każda ma dosyć rysów zna- 
miennych, by się stać charakterem. Tylko szczu- 
płość akcyi nie pozwala im się rozwinąć i oka- 
zać w całej pełni. Poznajemy ich przeważnie 
z dyalogów dosyć długich, a mających znacze- 
nie wcale nie dramatyczne, bo nie posuwają one 
rozwoju akcyi, lecz służą jedynie do charakte- 
rystj^ki osób, które je z sobą prowadzą. W roz- 
mowach tych uwydatniają się jaskrawo strony 
ich ujemne: sobkostwo, zmateryalizowanie, bez- 
warunkowa cześć dla pieniędzy, otwarty wreszcie 
cynizm. 

Krętołowski np. w rozmowie z Hieronimem, 
określając swoje wśród szlachty położenie, nie 
kryje się bynajmniej ze swym lichwiarskim pro- 
cederem, lecz go szyderczo wystawia jako do- 
brodziejstwo; a zresztą drwi sobie z opinii ludz- 
kiej. On daje tylko dowód ^miękkiego serca", 
że pożycza „durniom". Bo oto przyjeżdża taki 
brat szlachcic, piszczy, skomle, gada o biedzie. 



— 406 — 

ściska, aż łzy ciekną, całuje po rękach, póki nie 
dostanie, a potem hajże na lichwiarza! „Ale co 
mi to szkodzi — dodaje Kjętolowski — niech 
gadają sobie. I tak mam ich w kieszeni i ma- 
jątek robię. Co dzień to lepiej stoję, a u nich 
golizna, bankructwo, bieda..." 

A gdy mu Hipolit robi uwagę, że przecie to 
nie szlachecka rzecz lichwę uprawiać, ma on na 
zawołanie przykłady szalbierskiego postępowa- 
nia ze strony tegoż Hipolita. Oto orźnął nie 
„po obywatelsku" pana Damazego na koniach: 
bo w czwórce sprzedanej „słono", dai mu dwa 
kulawe, a jednego ślepca. Hipolit zwala to na 
Jankla, ależ Jankiel — odpiera Krętołowski — 
to twoja prawa ręka, to twój spólnik! I wie 
dobrze, co mówi; istotnie Hipolit jest w spółce 
z Jankiem, by módz ciągnąć korzyści z sza- 
chrajstw jarmarcznych; złości się tylko, że żyd 
się wygadał. Krętołowski po swojemu go pocie- 
sza, mówiąc cynicznie: 

Nie uważaj na ludzi, rób, jak ci wypadał 
Zdrowiaby brakło, żeby truć się lada bajdą, 
I tak, choćbyś był świętym, to zawsze wynajdą 
Na tobie, jeśli zechcą, plamy... 

I oświadczyny jego są charakterystyczne. 
Przekonany głęboko, że wszyscy tak jak on ce- 
nią głównie pieniądz, nie wdaje się w żadne 
czułości, nie próbuje nawet miłosnych frazesów, 
ale z całą swobodą przedstawia stan swój ma- 
jątkowy, nie kryjąc się nawet, że brał wysokie 



~ 407 — 

procenta, Jak się dało'. Olśniwszy, wedle swego 
przekonania, pannę wyliczeniem sum przez się 
posiadanych, mówi do siebie z rzetelną pe- 
wnością, że się nie myli: „Jak znać na niej 
pomieszanie — w kłopocie dyabelnym pan- 
nica !" 

On jest najotwartszym; inni, chociaż w tym 
samym co on celu sięgają po rękę milionerki, 
nie mają takiej bezczelności i pozorują swe łowy 
posagowe jakąś przyzwoitszą obsłoną. Tylko źe 
Hieronim zanadto sobie dolewając, zdrzemną! 
się i przespał sposobną chwilę do oświadczyn, 
gdy spółzawodnicy go ubiegali. Leon zaś w cią- 
głych drobnych usługach około panny napom- 
knieniami tylko daje poznać swe zamiary, plą- 
cząc się w swoich komplementach z powodu 
świeżych wspomnień karnawałowych. 

A i płeć żeńska nie mniej ujemnie przed- 
stawia się nam w „Imieninach". Dwie tylko są 
przedstawicielki i to domowe, co dość jest ra- 
źącem ze względu na charakter uroczystości; 
możnaby się było spodziewać, źe zjadą na imie- 
niny i sąsiadki, nie tylko sąsiedzi. Julia, żona 
Hipolita, samolubna, wietrzna, z niezbyt jasną 
przeszłością md:źeńską, pomimo swoich lat czter- 
dziestu pragnąca zajmować żywo mężczyzn, nie 
wygląda wcale na matronę. A stara panna Do- 
micella ze swojem mizdrzeniem się, kochUwo- 
ścią, łatwowiernością, dość płaskimi konceptami, 
jedynie ze strony komicznej płeć piękną repre- 
zentuje. 



— 408 — 

W tej pierwszej komedyi swojej był Bliziń- 
ski daleko surowszym sędzią sfery szlacheckiej, 
aniżeli w późniejszych. Zdaje się, źe surowość 
tę przypisać należy wpływowi ówczesnych ko- 
medyj Korzeniowskiego więcej, aniżeli właści- 
wemu nastrojowi samego autora. Nie jest on 
jeszcze w „Imieninach^ samym sobą. Już to forma 
wierszowa mocno go krępowała; wiersz bowiem 
nie płynął mu swobodnie i gładko, był obra- 
biany z niejakim mozołem, jak świadczy jego 
niewielka harmonijność i ubogie rymy. 

I postaci dodatnie są raczej wzięte z reper- 
tuaru Korzeniowskiego, aniżeli wprost z bezpo- 
średniej obserwacyi. Najlepszą tu figurą jest 
Paulina, siostra przyrodnia Julii, bogata, 21-letnia 
panna, śmiała, zręczna i energiczna. Nic ona so- 
bie nie robi ani ze swoich opiekunów, ani ze 
swoich konkurentów, drwi z nich pooichu, cho- 
ciaż nie daje powodu do urazy. Od roku już 
kocha młodego sąsiada Gustawa i czując się 
niezależną, wie, że w razie potrzeby wszelkie 
przeszkody usunąć potrafi. Gustaw jest osobą 
dosyć bierną, w rozmowie z sąsiadami używa 
najczęściej ironii, głęboko ukrytej, którą autor 
musiał uwydatnić przez nawiasowe ostrzeżenia; 
jest zresztą dobry, szlachetny, rozsądny, tylko 
nie ma daru wypowiadania swych uczuć; frazeo- 
logia jego w tym względzie jest sztuczna, jakby 
wyuczona, nie oznacza wybuchów idących wprost 
z serca. 

*A intryga? Tej właściwie nie ma. Jest wpraw- 



— 409 — 

dzie ułożona z G-ustawem, a przez służących 
(Marcina i Józię — niezłe postaci) ułatwiona 
ucieczka Paułiny z domu opiekunów podczas 
kolacyi imieninowej, ale ucieczka ta może za- 
dziwić jedynie czytelnika, który zgoła nie widzi 
do niej powodu. Panna jest pełnoletnia, posiada 
majątek, a więc jest niezależna i opiekunowie 
przymusić jej nie mogą; zresztą ani słowem nie 
usprawiedliwił autor przypuszczenia, iż opieku- 
nowie nie chcieliby dać Pauliny Gustawowi. 
I ten szczegół zatem musimy odnieść na karb 
tradycyjnego wymagania, ażeby w komedyi za- 
szła jakaś scena efektowna, chociażby nie była 
wypływem konieczności sy tuacyi. Komizm trzyma 
się w sferze nizkiej; najwydatniejszą sceną jest 
owa drzemka Hieronima po przepiciu, drzemka 
przerywana chwilowemi ocknieniami. 

W stylu, krępowanym formą wierszową, mamy 
właściwie odbicie ówczesnej mowy literackiej, 
jaką w komedyach wierszowanych przemawiały 
rozmaite osoby, nie mogąc odznaczyć wybitnie 
różnic indywidualnych, pochodzących z tempe- 
ramentu i nałogów, czy przyzwyczajeń. Tu i ow- 
dzie tylko odezwie się jakieś jędrniej sze i bar- 
dziej malownicze wyrażenie; lecz tych odrębnych, 
dla Blizińskiego charakterystycznych sposobów 
wypowiadania myśli, jakie spotykamy w dal- 
szych jego utworach, tu w „Imieninach" nie 
spotykamy jeszcze; co najwyżej, możnaby za- 
znaczyć jedynie owo jędrne a z mowy potocznej 
wzięte: jest! w znaczeniu: masz tobie! otóż to! 



— 410 - 

słowo, które tak często później powtarzać się 
będzie. 

Po tej pierwszej próbie, bardzo mslo oka- 
zującej samodzielnońci , ale znamiennej w tym 
względzie, że już i w niej, jak potem, przeważa 
charakterystyka postaci nad akoyą, znowu dłu- 
gie lat jedenaście upłynęło, zanim Bliziński drugą 
wydrukował komedyę; — ale bądźoobądź już od 
„Imienin^ w częstszych z literaturą piękną zo- 
stawał stosunkach, kreśląc i ogłaszając w „Ty- 
godniku illustrowanym^ niewielkie rozmiarami 
opowiadania, zazwyczaj okraszone jowialnym 
dowcipem, a brane prawie zawsze z życia szla- 
chty wiejskiej. 



III. 

Postaci męskie dodatnie. 

Druga z kolei komedya Blizińskiego: „Prze- 
zorna mama^, drukowana w „Gazecie Polskiej^ 
w r. 1871, nie odrazu doczekd^a się przedsta- 
wienia na scenie, tak, że ją uprzedził „Marcowy 
kawaler" w r. 1873, który ugruntował sławę ko- 
medyopisarza. Z kolei nastąpił „Ojczulek" (^874), 
przerobiony potem na dwuaktową komedyę p. t. 
„Uczuciowi", dalej „Chleb ludzi bodzie" (1876), 
grany pod tytułem: ^^Mośkowe swaty", a następ- 
nie najcelniejsza , najlepiej wykończona: „Pan 
Damazy" (1877). Jednoaktówka: „Mąż od biedy" 



- 411 - 

(1878) przedzieliła ten świetny utwór od drugiej 
w wyborne charaktery obfitującej komedyi: „Boz- 
bitki^ (1881). Ukazała się potem znowu pełna 
komizmu jednoaktówka: „Ciotka na wydaniu^ 
(1883) i znowu ozteroaktowa komedya: „Szach 
i mat" (1886). W r. 1887 wyszła napisana wraz 
z Zygmuntem Sarneckim komedya: ^Łekko- 
duch" i jednoaktówka „Mąż w drodze", w roku 
1889 zaś „Dzika Różyczka" (1 akt.). Ostatnią, 
graną i drukowaną w Warszawie dopiero po 
śmierci autora, jest komedya „Chwast". 

Podawszy ten suchy spis bibliograficzny, nie 
myślę zastanawiać się szczegółowo nad każdą 
ze sztuk wymienionych, nie zamierzam podawać 
ich treści, ani też analizować wszystkich przez 
Blizińskiego stworzonych postaci; pomimo bo- 
wiem całej rozmaitości wątku w tych utworach, 
byłoby to może zbyt nużącem. Pragnąłbym je- 
dynie uwydatnić najważniejsze pod względem 
artystycznym osobistości i podać ogólne spo- 
strzeżenia nad akcyą i stylem komedyopisarza, 
ażeby wydobyć na wierzch znamienne cechy 
jego talentu i najlepsze jego kreacye. 

Zaczynam od postaci męskich. 

Tu się nastręcza naprzód kwestya kochan- 
ków. Nie należą oni wogóle do figur najłatwiej- 
szych w komedyi; bywają zazwyczaj szablonowi; 
ich rozum, uczciwość, uczucie, frazeologia, są aż 
nazbyt często bladem odbiciem prądu umysło- 
wego, jaki w danej chwili panuje; stąd ich nudna 
jednostajność i pewna konwencyonalność. Bzadko 



— 412 — 

który z kochanków komedyi bywa tak żywym 
i prawdziwym, a tak miłym urwisem, jak Gu- 
staw w „Ślubach panieńskich". 

W kochankach Blizińskiego można dojrzeć 
rysy przypominające Gustawa, ale żaden z nich 
nie jest jego kopią, choćby najudatniejszą. Po- 
dobieństwo jedynie wynika stąd, że tak Fredro, 
jak Bliziński, brali swe postaci z jednego źró- 
dła, z usposobienia i charakteru narodowego. 

Kochankowie ci nie są rozmarzeni i ślama- 
zarni, nie lubią się popisywać przesadną dekla- 
macyą, nie są też bardzo poetyczni. Zapewne 
lubią krajobraz swojski i obyczaje; niejeden ma 
też ukształcenie literackie, ale gdy przychodzi 
sprawa serca, to wolą się wyrażać po prostu, 
więcej mówią oczyma, uściskiem dłoni, pocałun- 
kiem, aniżeli doborowymi frazesami. A to dla- 
tego, że czują naprawdę, sercem, nie głową, że 
nie udają, nie pozują, nie dramatyzują swych 
uczuć przed samymi sobą i przed ukochanem 
^ dziewczęciem. 

Drugą ich wybitną cechą jest, że nie są pła- 
czliwi i melancholijni. Natury to zdrowe, prze- 
ważnie wychowane na wsi, wśród stosunków 
prostych; znają pospolicie swoje bohdanki od 
dzieciństwa, bo one mieszkają o miedzę. Wie- 
dzą, że te bohdanki nie są aniołami, lecz po- 
trzebują jeść i pić, jak wszyscy ludzie. Zdrowie 
iizyczne i pewna tęgość moralna daje im sąd 
trafny, usposobienie pogodne, zdolność do prze- 
trwania nietylko niepowodzeń, ale i nieszczęść. 



— 413 — 

Zapewne, od smutków wolni nie są, leoz te nie 
pogrążają ich w melancholię; nie przesubtelizo- 
wali oni jeszcze swoich uczuć, nie zatruli ich 
źródła drobnostkową, a na pesymizm nastrojoną 
analizą, nie zpają więc „okrutnych zagadek^ 
serca; jeżeli zaś spotykają na swej drodze prze- 
szkody, to czyni ich chwilowo „markotnymi^ 
(że tu użyję starego, pospolitego, ale znamien- 
nego wyrażenia), leoz nie odbiera im ochoty do 
życia; owszem, bardzo rychło wracają oni do 
dobrego humoru, gdy tylko dojrzą, iż prze- 
szkody mogą być usunięte. 

Ze wszystkich kochanków Blizińskiego, jeden 
tylko Władysław Ozarnoskalski (w „Rozbitkach") 
odchorowuje tyfusem zawód miłosny, gdyż jest 
ze wszystkich naj wrażliwszym i najidealniej- 
szym, ale przecie dźwiga się, wraca do sił i do 
pracy, bo organizm jego był zdrowy i zaharto- 
wany. Inni zaś, czy to Józef w „Przezornej 
mamie," czy Antoni lub Genio „pozytywista" 
w „Panu Damazym", czy Onufry w „Chleb lu- 
dzi bodzie", czy Zenon Oliski w „Szachu i ma- 
cie", czy Maurycy w „Rozbitkach", jakiekol- 
wiek jest ich ukształcenie i stopień w hierar- 
chii towarzyskiej, są w miarę czuli i serdeczni, 
chwilowo tylko „markotni", za pierwszym prze- 
błyskiem pomyślniej szego zwrotu w swym losie, 
nabierają werwy, są rzeżcy, do żartów pochopni. 
Podobni są oni do siebie, mało mają cech, coby 
ich silnie odznaczały; w każdym jednak razie 



— 414 — 

nie są konwenoyonalnymi i szablonowymi, mają 
swe życie odrębne. 

Ale nie na ioh wytworzenie skupiła się csla, 
energia talentu Blizińskiego. Starsze to poko- 
lenie szlachty najświetniejszem życiem zatętnilo 
w jego komedyaoh. Oczywiście i pomiędzy niemi 
nie szukać ideałów, są to bowiem postaci ko- 
miczne, ale jakże poczciwe, jak zacne, jak do- 
broduszne, jak tchną prawdą! 

Szereg ich rozpoczyna pan Ignacy, ten py- 
szny „marcowy kawaler", który przywykłszy do 
swej Pawiowej, napróżno robi próbę wyrwania 
się z pęt, jakie ona nań swoją prostą, ale go- 
rącą miłością nałożyła. Jego rozmowa z litera- 
tem Heliodorem, co dla studyów etnograficznych 
zjechał na wieś, należy do naj charaktery stycz- 
niejszyoh, jakie się w naszej komedyi znajdują; 
a jego pewność siebie w kwestyi przywiązania 
Pawiowej, oraz brak odwagi w stanowczem z nią 
rozmówieniu się, jego uniesienia się i raptowne 
powroty do czułości, a przytem chęć zachowa- 
nia pozorów i to przekonanie, że przecież pan- 
toflem nie będzie, każdy jego ruch, wszystkie 
wybiegi, jakich używa, ażeby się okazać panem 
tam, gdzie musi być tylko czułym kochan- 
kiem — to skromna wprawdzie, ale tak zna- 
mienna psychologia podstarzałego hreczkosieja, 
kawalera o niewielkiej skali wykształcenia, że 
mało mamy figur tak żywcem rzeczywistości 
wydartych. 

Bozleglejszą, głębszą i sympatyczniejszą po- 



— 416 — 

stacią jest pan Damazy, ten szlachcic opiekły 
z porcelanową fajeczką w ustach, popędliwy 
i opryskliwy, na oko surowy, a w głębi miękki 
jak wosk, lecz w swoim szczupłym zakresie dzia- 
łania roztropny i szlachetny; dbający o grosz, 
bo wie, źe się u niego ^nie przelewa^, lecz da- 
leko więcej o uczciwość, o niezrobienie krzy- 
wdy sierocie, a nawet o najlżejsze posądzenie, 
że pragnie niedoli dla kogobądź, choćby bar- 
dzo winnego. Nie oierpt on czułych frazesów 
i powie rubasznie, bez ogródki, rejentowi, gdy 
ten szeroko o sercu zacznie mu rozprawiać: 
^zlituj się pan, bo się roztopię z rozczulenia, 
jak masło w tygielku i nie będziesz pan miał 
z kim gadać" — ale prawdziwego uczucia do- 
wody złoży on w czynie, każąc córce poca- 
łować serdecznie, tę nieszczęśliwą, pogardzoną 
Mańkę, zapraszając tęż Mańkę do stołu wbrew 
niechęci bratowej, upominając się ojej uposażenie 
i kładąc to za nieodwołalny warunek zawieranych 
między sobą a bratową układów. Dowiedziawszy 
się o testamentowej woli brata, wybuchnie 
w pierwszej chwili gwałtownie; nazwie postę- 
powanie wdowy po nim łajdactwem, zapowie 
ostro, że wdowie należy się tylko dożywocie 
w czwartej części, a jemu cały spadek, że taka 
była wola nieboszczyka i że głupotą byłoby 
zrzekać się tego, boć ma dziecko; — ale nie- 
bawem ochłąnąwszy, narzekając na serce, iż 
ono zawsze wystrychnie rozum na dudka, twier- 
dząc, że nigdy sercem się nie rządzi — odda 



— 416 — 

bratowej połowę majątku. W postanowieniu jego 
odgrywa rolę i miękkość wrodzona i szlachet- 
ność i wzgląd na opinię ludzką i trochę prze- 
sądności nawet; nie jest on tu jakimś drama- 
tycznym moralistą, działającym w imię jakiejś 
wyłącznej zasady, ale tym człowiekiem rzeczy- 
wistym, na postanowienia którego wpływają 
wielce różnorodne pobudki: „Skończy się na 
tem — powiada — źe mnie okrzyczą za chci- 
wca, człowieka bez serca, prześladowcę wdowy! 
Baby będą kląć! jeszczeby na marne poszło!... 
Nie chcę! nie chcę nic sam dla siebie... Słuchaj 
mnie, Antoni! Nie mogę tego zapomnieć, że 
twoja ciotka żyła kilkadziesiąt lat, panie mo- 
ścidzieju, z moim bratem, źe przywykła do wy- 
gód; pozbawiać jej wszystkiego nie chcę... od- 
daję j©j połowę; idźźe jej to powiedz". Sło- 
wem i pod względem fizycznym i pod wzglę- 
dem moralnym jest to postać tak znamienna, 
tak swojska, tak doskonale wykonana, że sama 
jedna mogłaby unieśmiertelnić komedyopisarza. 
A jest obok niej inna, nie tak wybitnie szla- 
chetna, lecz o wiele komiczniej sza, wybornie wy- 
cieniowana, w świetnych sytuacyach, do śmie- 
chu pobudzających, postawiona — to mieszczuch 
udający szlachcica - arystokratę , to Dzieńdzie- 
rzyński (w „Rozbitkach"). Wyborną jest jego 
żyłka myśliwska^ niby po przodkach odziedzi- 
czona, a zdradzająca swoje fikcyjne pochodze- 
nie zarówno nieznajomością języka łowieckiego, 
jak i drażliwością nerwów na samo wspomnie- 



— 417 — 

nie, że zabijany zając może będzie skrzeozsl. 
Wyborną również jest jego dobroduszność, z jaką 
przyjmuje dowcipy i drwinki towarzystwa szla- 
checkiego, do którego wszedł, zostawszy wła- 
ńcicielem wsi, nabytej za pieniądze osiągnięte 
na handlu korzennym; nie ma on w sobie zło- 
ści ani odrobiny. Wyborną wreszcie jest jego 
francuszczyzna, tłómaczona dosłownie z pol- 
skiego i z iakcentem polskim wymawiana, którą 
się )ubi popisywać, chociaż bardzo szczuplutki 
ma jej zapas. Ale ten śmieszny mieszczuch jest 
poczciwym do szpiku; nietylko dla związku 
z rodziną Czarnoskalskich, leoz poprostu dla 
dopomożenia sąsiadom nie pożałowałby swej 
szkatuły. A przecież nie jest bezmyślnie roz- 
rzutnym dla popisu; radby, żeby pieniądze prze- 
zeń dane zostały obrócone na istotny pożytek, 
a nie na fatałaszki. I tak ten tchórz, ten czło- 
wiek próżny do śmieszności, o umyśle słabo 
rozwiniętym, zyskuje przecież sympatyę, bo jest 
z gruntu dobry. 

Zadługo byłoby wyliczać różne odmiany i kom- 
binacye opisanych tu trzech charakterów naj- 
wybitniejszych, a więc sędziego w „Przezornej 
mamie" , Bylkiewioza , Truńskiego , Hordako- 
wskiego, a zwłaszcza rejenta Szeligi w „Szachu 
i macie" i t. p.; dość powiedzieć, że wszędzie 
pod warstwą śiniesznostek i słabości, a nawet 
małych podłostek dojrzeć można uczciwość i do- 
bre serce, nadzwyczajną trafność zaobserwowa- 
nych rysów. 

Nasza literatura dramatyczna. T. II. 27 



— 418 — 

Trudno mi jednakże nie wspomnieć oddzielnie 
dwu par zacnych staruszków, mianowicie wza- 
jemnie wyrzucających sobie miękkość serca, a 
poczciwych z kościami państwa Dawnowskich 
w „Mężu od biedy", oraz niby swarzących się 
a rozmiłowanych w sobie państwa Radomiro- 
stwa w „Dzikiej Różyczce". 

Wreszcie czyż można zapomnieć o tych do- 
skonałych wyrostkach szlacheckich, wierutnych 
łobuzach: Maciusiu, Maksiu, Fiziu, jakich w „Sza- 
chu i macie" widzimy?... 



IV. 

Postaci męskie ujemne. 

W najbliźszem pokrewieństwie z dodatnio 
komicznemi postaciami zostają, pod względem 
moralnym, komiczne ujemne, w których autor 
starał się uwydatnić te głównie strony, które 
osoby owe czynią śmiesznemi. Nie są one wła- 
ściwie ani złe, ani dobre, bo jeden pierwiastek 
z drugim równoważą się wzajem i do pewnego 
stopnia znoszą, neutralizując; ale pewne ich 
skłonności i nawyknienia oddają ich na pastwę 
śmiechu ludzkiego, ponieważ stanowią sprzecz- 
ność czy z ich położeniem, zwykłemi nałogami, 
czy z ich wiekiem. Malując takie figury ja- 



^ 419 — 

skrawo, łatwo wpaść w przesadę, w karykaturę, 
ale Bliziński umiał zazwyczaj unikać tej ostate- 
czności, lubo zresztą i karykatura ma swoje 
uprawnienie artystyczne. 

Weźmy np. Kiksiewioza, wzbogaconego ober- 
żystę, który nabywszy wioskę w sposób bardzo 
nieszczególny, chce udawać szlachcica, pragnie 
choćby za pomocą żydowskich swatów dostać 
dla córki męża z przyzwoitem nazwiskiem i wejść 
pomiędzy szlachtę. Brak wykształcenia, nałogi 
zaciągnięte w długim zawodzie restauratora 
w małem miasteczku, komicznie odbijają od 
jego pretensyj do salonowego zachowania się. 
Na samą wiadomość, że zapowiedziany przez 
Szwindelmana konkurent nadjeżdża, strach go 
zdejmuje i nie umie ukryć przed sobą, że się 
nie w swoim znajduje żywiole, pomimo całego 
rozumowania o zrównaniu się z panami za po- 
średnictwem majątku. „Nie głupstwo to? — 
mówi do siebie — przecieżem ja taki sam pan 
jak i on, nawet jeszcze lepszy, bo mam wieś... 
ale cóż z tego, kiedy łydki mi drgają!... Niech 
mówią, co chcą, zawsze to miło takiego fami- 
lianta mieć zięciem... jaśnie pan!... przecież i na 
nas z tego coś kapnie... taki zaszczyt! Gzy on 
tylko nie widział mnie kiedy na oberży?..." 
Łatwowiernym on jest może zanadto w przyj- 
mowaniu zapewnień Szwindelmana i w dawaniu 
mu z góry rewersu na pięćset rubli; ludzie bo- 
wiem tego co on fachu bywają ostrożni ejsi ; ale 
omyłka ta tlomaczy się namiętną żądzą dosta- 

27* 



— 420 ~ 

nia zięoia z nazwiskiem i zaślepienia mniemaną 
swą zamożnością; próoz bego daje, się on 
w tej mierze powodować swojej żonie, którą 
dla tych projektów mądrą nazywa. Ale gdy 
mu się oczy otworzyły na rzeczywistość wraca 
mu zdrowy rozsądek, a pierwszym objawem jego 
jest zapanowanie nad kaprysami głupiej i pró- 
żnej małżonki. 

Inną figurą, czysto komiczną, jest pan Hi- 
lary w „Ciotce na wydaniu*'. Stary kawaler, sa- 
molub, trochę chciwiec; ufny w swoje doświad- 
czenie co do znajomości kobiet i dlatego nie 
żeniący się; w przekonaniu swojem dowcipny 
i przebiegły, a właściwie powtarzający tylko 
stare koncepty i trzymający się wypróbowanej 
już taktyki, daje się przecie łatwo wziąć na 
wędką miłości własnej i nadziei zyskania na 
starość wygód domowego ogniska: więc trzy- 
mając nici, które zwija na kłębek panna Filo- 
mena, oświadcza, że gotów jej służyć za moto- 
widło przez całe życie... W ruchach jego, we 
wdzięczących się minach, w słówkach niby dwu- 
znacznych i niby czułych, we wszystkiem zre- 
sztą, czuć komizm szczery, swobodny, szeroki; 
to też widz, czy czytelnik uśmiać się może bez 
przymieszki goryczy bodaj najmniejszej. 

Gdy do tych dwu figur dodamy jeszcze nie- 
zręcznego „męża od biedy^, pana Szymelskiego, 
który postawiony między dwoma niebezpieczeń- 
stwami: obawą utracenia' miejsca i obawą znie- 
sławienia żony, czyni bardzo niezręczne wysiłki. 



— 421 - 

by jedno i drugie zażegnać, oraz pana Brylań- 
skiego (w „Przezornej mamie") studyującego 
kodeks dla rozstania się z małżonką, u której 
„praktykował" ; — to będziemy mieli grupę wesoło 
komicznych postaci Blizińskiego. 

Od niob przejście do rejenta Bajdalskiego 
w „Panu Damazym" bardzo łatwe. Rejent ten 
bowiem nie popełnia żadnego łotrowstwa, któ- 
reby go nam obrzydziło; on należy do owej 
licznej gromady ludzi, co idzie tam, gdzie wiatr 
wieje, i za jedyną trwałą zasadę życia uważa 
osiągnięcie możliwej dla siebie korzyści, choćby 
z pominięciem uczuć szlachetniejszych. Z tej 
zasady wypływa u Bajdalskiego całe jego za- 
chowanie się w sprawie spadku po Zegocie. 
Zrazu, nie wiedząc, jak rzeczy stoją, oddaje się 
w usługi tej, która jest posiadaczką faktyczną 
majątku, potem przekonawszy się, że pan Da- 
mazy będzie górą, sprowadza swego Gienia, by 
go do córki Damazego, jako posażnej przy puszczal- 
nie panny, pchnąć jako kochanka. Zawiedziony 
w tej mierze, widząc, że z łaski Damazego Że- 
gocina będzie miała pół majątku, sam się do 
niej zwraca z afektami. I wszędzie spotyka go 
porażka: to jego kara. Bo on sam się tylko 
uważa za szczwanego lisa, filozofującego w chwi- 
lach swobodnych; w gruncie jednak jest ten ją- 
kała ograniczonym człeczyną i w jakiejkolwiek 
znajduje się sytuacyi, budzi śmiech, nie grozę. 
Mówi on na scenie bardzo dużo i mówi zawsze 
wielce charakterystycznie. Dosyć potulny, lubo 



- 422 — 

w daszy przeświadczony o swej wyższości oad 
otoczeniem, nie umie nadać sobie powagi przed 
nikim, a najmniej przed własnym synem, „po- 
zytywistą" Gieniem, który go z pewnem zewnę- 
trznem uszanowaniem, ale z góry traktuje, a 
niekiedy nawet, gdy idzie o względy moralne, 
surowem spojrzeniem i krótkiem słowem upomina. 

Obok rejenta postawić należy Seweryna 
z tejże komedyi, młodzieńca zepsutego pieszczo- 
tami ciotki, liczącego na chleb boz pracy, a to 
przy pomocy układności i obłudy, pomimo wrzą- 
cych, namiętnych porywów krwi młodej. 

Z zupełnie innego świata wzięty jest lam- 
part miejski, Strasz, niegdyś dependent u adwo- 
kata, a w komedyi, wskutek otrzymanej sukce- 
syi, właściciel wielkiego majątku. Postać to kre- 
ślona energicznemirysami, dysząca życiem i namię- 
tnością. Odznacza go wydatny pociąg zmysłowy, 
zamiłowanie w hulance niczem nie krępowanej. 
Znający wartość i potęgę pieniędzy, stąd śmiały, 
a nawet zuchwały w postępowaniu, dla zadość- 
uczynienia kaprysowi sięga po rękę Gabryeli 
Gzarnoskalskiej, którą ruina rodziców skłania do 
oddania mu ręki. W niczem jednak trybu życia 
nie zmienia. Jak dawniej, tak i obecnie czas 
spędza w gronie wesołych kolegów i lekko- 
myślnych kobiet. W dzień ślubu upija się — 
i zostaje wypchniętym za drzwi. Znieważywszy 
rodzinę swej narzeczonej, naraża się na poje- 
dynek, zrazu przyjmuje go i żadnych perswa- 
zyj nie słucha, lecz potem, zapewne znów z ka- 



— 428 — 

prysu tylko, wyjeżdża za granicę, przesyłając 
wyzywającym list z obietnicą, iż nadeśle im na- 
pisaną przez siebie broszurę przeciw pojedyn- 
kom. Pomijając ten rys ostatni, który w tak 
mało jak on wykształconym człowieka, wydaje 
się nieprawdopodobnym, widzimy w Straszu 
ąadmiar życia, które nie mając nad sobą żadnej 
kierowniczej zasady, przejawia się wybrykami 
wszelkiego rodzaju. Drga w nim żywiej jedna 
tylko struna: wspomnienie biednej matki, która 
zabijała się pracą, ażeby go wychować, a którą 
on dręczył i wyzyskiwał bez litości. Na to wspo- 
mnienie złości go porywają; chciałby się mśció 
na ludziach za upokorzenia, jakich matka od 
nich doznawała, za cierpienia, jakich on sam 
był sprawcą. Z takich osobników jak Strasz, je- 
żeli przedwcześnie nie zmarnieją w rozpuście, 
mogą wyjść kiedyś albo wielcy łotrzy, albo też 
dzielni pracownicy. 

Najgorzej w komedyach Blizińskiego przed- 
stawiają się arystokraci. Możnaby powiedzieć, 
że niechęć do hrabiów, jaką okazywał Krasze- 
wski w dobie pisania „Komedyantów" (1861) 
i „Dwóch światów" (1856), przeszczepiła się do 
duszy Blizińskiego, przetrwała w niej długie 
lata, wytwarzając same ujemne postaci z tej 
sfery. Istotnie, prócz hrabiego Brunona Scibo- 
rzyokiego, który pod wpływem szlachetnych 
uczuć, jakich był świadkiem w domu Radomi- 
rów, pozbywa się swych uprzedzeń i składa 
hołd cnotom w skromnych szatach, wszyscy inni 



— 424 — 

arystokraci Blizińskiego są to golcy pod wzglę- 
dem pieniężnym, a nikczemnicy w wyższym 
lub niższym stopniu pod względem moralnym — 
zostały im tylko wykwintne formy i pewna 
ogłada. 

Takim jest karyerowicz Alfred Kryski w „Sza- 
chu i macie", zrujnowany hrabicz, tchórz, upo- 
śledzony umysłowo, pragnący bogatego ożenie- 
nia się byle z kim, lawirujący niezręcznie wśród 
splątanych stosunków, w końcu zmuszony po- 
przestać na perspektywie rezydenta. 

Ale figura ta jest dosyó blada. O wiele świe- 
tniejszą artystycznie jest szambelanic Czamo- 
skalski w „Rozbitkach''. Ma on giest imponu- 
jący, słowo żywe i pełne werwy; jest przeko- 
nany, że dla takiej rodziny jak Czarnoskalscy 
wszystko powinno być na zawołanie. Eozrzu- 
tny, lekkomyślny, pożyczający wszędzie i za- 
wsze, o oddanie nie zatroska się ani razu. Wie, 
że położenie jego naraża na popełnianie rzeczy, 
których magnat wstydzióby się musiał; lecz ni- 
gdy nie czuje się upokorzonym, bo, według 
niego, wszystko mu się z prawa należy. Jeżeli 
Strasz nie daje pieniędzy, to jest to, zdaniem 
jego, tylko „nieświadomość sytuacyi"; dość mu 
otworzyć oczy, ażeby sypnął pieniędzmi, na nic 
się nie oglądając. Jeżeli wydaje córkę za mąż 
za parweniusza, to idzie za prądem czasu; plu- 
tokracya bowiem powinna „wsiąknąć" w rody 
starożytne. Pewność siebie nie opuszcza go 
nigdy. 



— 42B — 

Kajnikczemniejszą postacią w komedyach Bli- 
zińskiego jest hr. Kotwicz-Dahlberg Czarnoskal- 
ski, pieozeDiarz, faktor bogatszych od siebie, 
używany do misyj, w których potrzeba pewnej 
zręczności, a więcej daleko bezczelności. Co się 
nazywa godnością osobistą, rozstsJ! się z tern już 
oddawna, dba jedynie o zachowanie pozorów. 
Głowę nosi zawsze wysoko, w odpowiedzi nigdy 
nie jest zakłopotanym, bo się już w swojem 
rzemiośle dostatecznie wyćwiczył. Pragnie uży- 
wać, ale nie chce i nie umie pracować; staje 
się zausznikiem Straszą, wodzi go na hulanki, 
bo na nich sam korzysta, ale w towarzystwach 
lepszych nie popisuje się ze swą z nim zaży- 
łością; drwiny znosi tylko, gdy jest ze Straszem 
sam na sam. Najlepiej malują tę duszę zgangre- 
nowaną słowa, w których po wyjeździe Straszą 
plan dalszy życia określa: „Ha! Łechcińska wy- 
grywa proces, podobno naj praktyczniej będzie 
z nią skończyć... widocznie tak chciało przezna- 
czenie... brrr ! ofiara bo ofiara, ale czas też już 
nareszcie człowiekowi przestać być pasoiytem,.. 
na cudzej łasce .^" Ażeby doniosłość słów tych zro- 
zumieć, trzeba pamiętać, że Łechcińska w per- 
sonelu żeńskim Blizińskiego taką samą moral- 
nie zajmuje pozycyę , jak Kotwicz - Dahlberg 
w męskim... 



— 426 — 



V. 

Kobiety. 

Jest jakiś brak organiczny w naszej twór- 
czości poetyckiej, nieraz już wytykany, nie wy- 
jaśniony przez nikogo: niema w niej dobrych, 
zacnych, rozumnych żon, matek, gospodyń i t. p., 
w wieku dojrzałości, kiedy mogą wywierać wpływ 
najzbawienniej szyna pokolenie dorastające. Przed- 
stawiają nam poeci młode, ładne, sympatyczne, 
uczuciowe, przejęte w miarę poezyą, lecz ro- 
zumiejące warunki bytu ziemskiego dziewice, 
albo też staruszki nie bez śmiesznostek, lecz 
w całej pełni na cześć zasługujące. Co się to 
dzieje z owemi dziewczątkami ładnemi i sym- 
patycznemi? Czyż tak odrazu przemieniają się 
w stare matrony, bez przechodzenia tego po- 
średniego, a najżywotniejszego wieku, w którym 
mogą działać z pożytkiem? Czy też owe dzie- 
wczątka ładne i sympatyczne stają się temi ma- 
tkami, zalotnemi, próźnemi głapiemi, temi żonami 
niewiernemi, temi gospodyniami marnotrawnemi, 
które nam zazwyczaj daje komedya? 

Stawiam tu tylko pytanie, nie zamierzając 
go roztrząsać i nie mając co prawda żadnej okre- 
ślonej odpowiedzi dla rozstrzygnięcia, czemu 
poeci nasi pomijali ten wiek dojrzałości u ko- 
biet ze strony dodatniej. Ale faktem jest dobrze 
wiadomym, iż w „Panu Tadeuszu" niema takiej 
kobiety; faktem jest również, że u Fredry za- 



— 427 — 

ledwie słabe sylwetki w tym względzie się po- 
jawiają, tak samo jak a Korzeniowskiego. 

A Bliziński? I on również o takich żonach, 
matkach i obywatelkach ledwie napomyka. Prze- 
trząsnąwszy cały jego repertuar, znajdziemy je* 
dną tylko jedyną Zenobię Hordakowską w „Sza- 
chu i macie", o której można powiedzieć, że jest 
zacną, szlachetną, rozumną kobietą, rządzącą się 
w postępowaniu zarówno trzeźwymi poglądami, 
jak i uczuciem. Ale jakże szczupłą jest jej rola; 
jak mało ma sposobności do uwydatnienia swych 
przymiotów w akoyi ! Jest to szkic tylko, nie 
zaś w zupełności wykończona postać. 

Tymczasem inne żony i matki to albo istoty 
całkiem bierne, spazmujące tylko dlatego, aby 
się im nie sprzeciwiano, ażeby im we wszyst- 
kiem dogadzano, jak szambelanicowa w „Roz- 
bitkach" ; albo głupie, zarozumiałe, obłudne i bez- 
myślne stworzenia, jak ta „przezorna mama", co 
to zięcia wyszukała w żonatym Brylańskim, jak 
ta Ludwika Szymelska w „Mężu od biedy", 
ćmiąca papierosy, czytająca romanse kryminalne 
i upatrująca wielbiciela swoich wdzięków w Mie- 
czysławie, który przychodził kontrolować czyn- 
ności jej męża, ażeby go rządcostwa pozbawić; 
jak ta Kiksiewiczowa, dawna oberżystka, która 
naucza córkę, iż teraz, kiedy zostali właścicielami 
wsi, należy być skromną, bo to „nie w oberżyn ; 
a zarazem rozpływa się we wspomnieniach, kiedy 
ją „wozili po spacerach, zdrowie jej pili, awan- 
tury!" jak ta Marcelina Fruńska, chciwa na grosz, 



— 228 — 

bez poczucia najmniejszej delikatności, wykrę- 
tna intrygantka, z wyciętą miłością własną, która 
ją doprowadza do zrzeczenia się części majątku 
dlatego, że byłaby to darowizna, że jąby upo- 
karzała. Gdzie tylko spojrzymy, wszędzie górą 
egoizm, ciemnota myśli i pragnień. 

Panienki przeciwnie są prawie wszystkie roz- 
sądne, z delikatnem poczuciem prawdy, szlache- 
tności i taktu; są prócz tego śmiałe i energiczne 
i pod tym względem zbliżają się najbardziej do 
panien Korzeniowskiego, ale posiadają one wdzięk 
i umiarkowaną poetycznośó, której im twórca 
„Panny mężatki" nadać nie umiał. Trochę to 
dziwnie ze strony psychologicznej wygląda, iż 
panny te mają częstokroć za rodziców osoby 
ograniczone, zarozumiałe, fałszywe, albo też wy- 
chowane są bez matki. Pojawienie się ich zatem 
jest troszkę zagadkowe; ale ponieważ od kome- 
dyi nie można wymagać, żeby nam podawała 
genezę charakterów, jak to robi powieść, przyj- 
mujemy je takiemi, jakie je nam autor przedsta- 
wił w działaniu, i jesteśmy mu wdzięczni za te 
okazy świeżości i zdrowia. Bo jak młodzieńcy 
Blizińskiego, tak i dziewczęta, są przedewszyst- 
kiem zdrowe fizycznie i moralnie; życie rozwija 
się w nich w całej sile i pełni; pragną szczę- 
ścia i uciech, lubo nie upatrują ich w szumnych 
zabawach, drogich strojach, wystawnej okazało- 
ści, lecz w dzielonych z ukochanymi uczuciach, 
zajęciach i trudach nawet. Nie są one, co pra- 
wda, wystawione na jakieś dotkliwe przejścia; 



— 429 — 

przeszkody, jakie spełnieniu ich żyozeń najgo- 
rętszych stają na drodze, małej są wagi; prze- 
zwyciężają je łatwo, zwłaszcza przy swej ener- 
gii i stanowczości. To też łez i narzekań, a tem- 
bardziej rozpaczy niema wśród nich wcale; we- 
sołość natomiast, śmieszki i żarty pojawiają się 
daleko częściej. I tu również stanowisko społe- 
czne nie stanowi różnicy ; na różnych szczeblach 
hierarchii towarzyskiej znajdujemy te same obja- 
wy, lekko tylko zmodyfikowane. Czy to będzie 
Marya, córka „Przezornej mamy*, czy Helena, 
córka „Pana Damazego^, czy Jadwiga, córka 
Kiksiewiczów, czy „Dzika Różyczka", wszędzie 
i zawsze znajdziemy jednakowe zalety świeżości, 
wdzięku, poezyi, a przytem rozsądku i chara- 
kteru. 

Odrębnej wzmianki wymagają: Mańka, Pola 
i Gabryela. 

Mańka w „Panu Damazym", w początku bar- 
dzo energicznie traktowana, mogła się stać po- 
stacią dramatyczną z powodu swego położenia 
w domu krewnej, która ją nie za kuzynkę, lecz 
za sługę uważa i podsuwa obłudnemu Sewery- 
nowi możność zbałamucenia jej i sponiewierania. 
Do tego jednak autor nie dopuszcza i pozwala 
Mańce otrząsnąć się z namiętności, która ją mo- 
gła poniżyć, pozwala jej wejść w atmosferę 
zdrowszą, gdzie ją czeka towarzystwo Heleny, 
Damazego, Antoniego, i Genia „pozytywisty". 
Za prędki to może przewrót w duszy dziewczę- 
cej ; Bliziński nie potrafił go stopniowo przepro- 



— 430 — 

wadzić i dlatego wielce wyrazista postać Mańki 
z pierwszego akta maleje i szarzeje w dalszych. 

Pola i Grabryela w „Bozbitkach^, to posta- 
ci jakby wyjęte z „Dwóch światów** Kraszew- 
skiego. Są w nich perypetye dramatyczne, są 
cierpienia i walki. Pola, córka śmiesznego papki 
Dzieńdzierzjrńskiego, kochając namiętnie Maury- 
cego, nie dowierza jego szczerości, sądzi, ie on 
tylko dla interesa pieniężnego z przymusem 
odbywa konkury, a zmyślonym swym chłodem 
nietylko trzyma zdała tego, któregoby gorąco 
mężem swym mieć pragnęła, lecz nadto szkodzi 
samej sobie, bo zmuszanie się do obojętności, 
troska wewnętrzna, wpływała żle na jej zdrowie ; 
szczęściem trwa ta męka niedłngo. Gabryela zno- 
wuż, kochając Władysława, podrażniona jego 
pewnością co do jej wzajemności, a przytem 
chcąc przyjść w pomoc zrujnowanym rodzicom, 
decyduje się wyjść za Straszą, pomimo wstrętu, 
jaki w niej budzi. Siły jej nie dopisują i w chwili, 
gdy się stroi do ślubu, przemawia do Władysła- 
wa tak niezręcznie, iż najgorsze w nim o sobie 
wyobrażenia budzi przynajmniej na chwilę. Mał- 
żeństwo się rozchwiewa, a przyszłość Gabryeli 
pozostawiona w niepewności. Bądżoobądż Pola 
i Gabryela są to natury bardziej złożone niż 
inne panny Blizińskiego ; nie idą już za pro- 
stym popędem serca, lecz do swych uczuć mie- 
szają trochę ochładzającej refleksyi i analizy , 
stąd ich zawody i cierpienia. 

Z reszty personelu kobiecego najwydatniejsze 



— 431 — 

są: Pawłowa, Tykalska, Żegocina, oiooia Filo- 
mena, guwernantka Eulalia i Łeohcińska. 

Pawłowa charakteryzują przedewszystkiem 
przysłowia, które z takiem zajęciem spisuje etno- 
graf Heliodor, a któremi umie ona dobitnie, ma- 
lowniczo i trafnie rozporządzać w każdej sytua- 
oyi. Ale obok przysłów znamionuje ją przywią- 
zanie wierne i stałe do „marcowego kawalera", 
dbałość o jego wygody i dobre gospodarowanie, 
śmiałość w obronie tego, co już za swą wła- 
sność poczytuje, dowcipne choć rubaszne odpar- 
cie indagacyi podjętej przez ciekawą, wścibską, 
interesowaną intrygantkę Eulalię. Zestawienie 
tych. dwu postaci z dwu odmiennych światów 
należy do naj oryginalniej przeprowadzonych po- 
mysłów Blizińskiego, choć ma tak dawną tra- 
dycyę, jak rozmowy Marchołta z Salomonem. 

Ciocia Filomena to tylko odmiana Eulalii, 
ale odmiana lepiej, żywiej i wielostronniej od- 
tworzona; komiczność też jej jest o wiele sil- 
niejsza. 

Tykalska — to najdoskonalsze wcielenie po- 
czciwej kobieciny, co przy swoim Tobuniu „do- 
mowego chowu" bardzo zardzewiała, straciła 
wszelką śmiałość i energię, wyzbyła się zupeł- 
nie egoizmu, tak zahukana została przez swą 
„siostrunię", że się ze swem zdaniem wobec niej 
wypowiedzieć nie odważy, a nawet bronić jej 
gotowa, gdy sądzi, że jaka krzywda może stać się 
tej „siostruni", co ją lekceważy. Myśli o wszyst- 
kich, tylko nie o sobie ; ma zapis, z którego nie 



— 432 — 

korzysta, który dopiero po jej śmierci przy- 
niósłby docłiód krewnym, gdyby nie zbieg oko- 
liczności, zmaszający ją do wydobycia go dla 
dobra ukochanych. 

Jakże odmienną jest jej siostra rodzona, Że- 
gocina, samolubna, despotyczna, chciwa, pomia- 
tająca wszystkiemi, prócz obłudnego Sewerynka, 
którego ślepo ukochał!a i dla którego skrzy- 
wdzić wszystkich była gotowa. Natura to gruba 
i obłudna. Ale komedyopisarz nie chciał jej ka- 
rać i pozwolił się jej w końcu sztuki odmienić 
na korzyść, pod wpływem obawy, żeby się nie 
dostała pod kuratelę rejenta Bajdalskiego. 

Najmocniej zepsutą ze wszystkich kobiet, tak, 
że aź wstrętną, jest Łechcińska, zaufana szafar- 
ka Czarnoskalskich , z przeszłością nieczystą, 
która jednak bynajmniej jej nie cięży i pozwala 
pobłażliwem okiem spoglądać nietylko na wy- 
bryki młodzieży, ale pochwalać najwyuzdańsze 
stosunki. Jej hasłem jest: choćby w piekło, byle 
być w niem panią. Żadnych skrupułów już w niej 
niema; powiedziała sobie, że już wszystko je- 
dno i kroi teraz na to, ażeby za uzbierane i za- 
pisane testamentem pieniądze nabyć tytuł mę- 
żatki, bodaj żony hr. Kotwicz-Dahlberg Ozeurno- 
skalskiego ! . . . 



— 433 — 

VL 

Akcya I sytuacye. 

Nie dość jest stworzyć świetne i żywe po- 
staci, potrzeba je wprawić w ruch, bo korne- 
dya to nie galerya portretów, lecz cząstka ży- 
cia ludzkiego, polegającego na ustawicznej prze- 
mianie. Euch ten bywa żywszy lub powolniejszy, 
obfituje w mniejsze lub większe niespodzianki, 
jest pospolity lub nadzwyczajny, a to stosownie 
naprzód do natury przedstawianych osób, a po- 
wtóre stosownie do temperamentu twórcy. Ten 
drugi wzgląd tern jest ważniejszy, że od niego 

zależy sam wybór osób, dzifJających w ko- 
medyi. 

Bliziński był, jak wiemy, łagodny i spokojny 
z usposobienia, co bynajmniej nie wyklucza chwi- 
lowej porywczości i wybuchów, ale wyłącza sta- 
nowczo namiętności trwałe i głębokie, które dla 
zadosyóuczynienia swoim popędom gotowe wszy- 
stko zdruzgotać na drodze lub też czaić się 
długo, by zamierzonego celu dopiąć. Dlatego 
też niema w jego postaciach ani szalonej miło- 
ści, ani nieubłaganej nienawiści, ani zamiłowa- 
nia w szulerce, ani skąpstwa, ani obłudy. 

Miłość w jego komedyach to uczucie błogie, 
niosące spokój, radość, szczęście, wolne od wsze- 
lakich zboczeń i zwyrodnień, jakie przedstawiają 
nam komedye francuskie, malujące stosunki wy- 
rafinowanej cywilizacyi , przedrażnionych ner- 

Nasza literatara dramatyczna T. II. 2g 



— 434 — 

wów, pożądań chorobliwych. Jeżeli czasami uczu- 
cie to sprowadza smutek na osoby go doznające, 
to głównie wskutek nieporozumienia większego 
lub mniejszego, które przecie w końcu usunąć 
można, — albo też wskutek zadraśniętej miłości 
własnej i chwilowej mrzonki, że w innych wa- 
runkach, z pominięciem tego uczucia, dozna się 
większej dozy zadowolenia, sprawi się radość 
innym (Gabryela w „Rozbitkach"). Tematu nie- 
wierności małżeńskiej , tak obrzydzonego już 
przez komedyę francuską, nie dotykał Bliziński 
wcale; a jeżeli zalotność i naczytanie się ro- 
mansów, przy zasadniczej próżności umysłu, każe 
pani Ludwice Szymelskiej przypuszczać w Mie- 
czysławie jakąś dla siebie słabostkę, to śmieszna 
ta pretensya nie pociąga za sobą najmniejszych 
złych wyników, lecz zostaje na śmiech wysta- 
wiona, jak na to zasługiwała; boć u Ludwiki 
nie jest owa pretensya objawem trwałego uspo- 
sobienia, ale przelotną tylko zachcianką, która 
prawdopodobnie w dalszem jej życiu nieraz je- 
szcze ponawiać się będzie. 

Przykładu nienawiści silnej, przejmującej całą 
duszę, nie mamy również w komedyach Bliziń- 
skiego. Ludzie czują tu do siebie urazy, niechęci, 
chwilowe gniewy; unoszą się niekiedy gwałto- 
wnie, odgrażają, ale bardzo rychło wracają do 
spokojnego nastroju, do zgodnego porozumienia, 
do wzajemnego sobie pobłażania. Nawet Żego- 
cina, która tak długo wyglądała na charakter 
zły z gruntu, przewrotny, chciwy nadmiernie, 



— 43B — 

ostatecznie oddaje się zupełnie na łaskę i nie- 
łaskę panu Damazemu, wiedząc oczywiście, że 
ten z natury swojej nie zdoła wyrządzić jej 
krzywdy. A Strasz? Zapewne, ze wszystkich 
osób Blizińskiego najwięcej ma on popędów 
namiętnych, pewnej zaciętości, zarówno w po- 
szukiwaniu rozrywek, jak i w upokarzaniu ludzi; 
ale jest to także natura wybuchowa i ona z cza- 
sem wyszumi; nie widzimy w niej [zadatków 
jakiejś namiętności, któraby go całkowicie po- 
chłaniać miała. Może on zginąć, zanim wyszumi, 
ale to będzie wina jego organizmu fizycznego, 
iż nie potrafił przetrzymać wybryków gwałto- 
wnych, nie zaś jego duszy, do której ma przy- 
stęp rozrzewienie. 

Szulerów niema także w komedyach Bliziń- 
skiego. Niewątpliwie wszystkie osoby w nich 
występujące, z wyjątkiem chyba panienek, grają 
w karty ; żadna przynajmniej nie występuje w roli 
moralizatorskiej przeciwko nim; niejedna zape- 
wne cieszy się z wygranej, a smuci przegraną; 
lecz żadna nie uprawia tej gry jako rzemiosła, 
niema do niej namiętności niez wałczonej, a je- 
żeli ktoś traci przez nią majątek nawet, to tak 
jak Kotwicz-Dahlberg Ozarnoskalski — w jednej 
chwili. Pamiętacie tę scenę? „Lipowiec? — od- 
powiada Kotwicz na pytanie Łaofaeińskiej, po- 
kazując jej pugilaresik. — Mam tu po nim pa- 
miątkę... Przegrałem go na tę samą dwójkę 
pikową!" Ale ten sam Kotwicz podobnież stracił 
Bębnówkę na „barszczyki", którymi częstował 

28 ■* 



— 436 — 

szlachtę, co w Zagrajewicach nahalawszy się 
i napiwszy szampana, z wielkim zmiatała je 
apetytem. 

Skąpstwa również ta nie poświecić. Są nie- 
kiedy ladzie oszczędni, jak np. charakterysty- 
czny sędzia w „Przezornej marnie^, który pod 
naciskiem żony puściwszy się na wydatki życia 
kąpielowego, woli, dla dostania gotówki, sprze- 
dać ze stratą zboże na paiu żydowi, niż tknąć 
„skórek baranich"; który sprzedaje Józefowi bi- 
lety wzięte pod przymusem na koncert i mar- 
kotny jest jeszcze, iż pomimo to stracił pół 
rubla; lecz skąpym nie jest nikt u Blizińskiego. 
Marnotrawcy znajdą się prędzej, ale i oni zazwy- 
czaj przedstawiają się nie w formie namiętnych, 
zapamiętałych utracy uszów jak Kotwicz, tylko 
częściej jak szambelanic, który sam nie wie, na 
co się pieniądze rozlazły. Są to bowiem pospo- 
licie ludzie nieprzyzwyczajeni do rachowania się, 
nie oglądający się na przyszłość, byleby na dzi- 
siaj starczyło ; wtedy tylko ceniący pieniądze, 
kiedy ich nieodbicie potrzebują. 

Z tych samych powodów niema u Bliziń- 
skiego obłudnych, bo do tego potrzeba wytrwa- 
łości, powściągliwości nieustannej, obmyślania 
z góry planu postępowania. Oczywiście nie może 
tu być mowy o tej zwykłej obłudzie towarzy- 
skiej, którą nam wszczepia tresura wychowaw- 
cza, a którą każdy z nas w większym lub mniej- 
szym stopniu uprawia w danej okoliczności, lecz 
^ tej hipokryzyi, co już weszła w soki żywotne 



— 437 — 

naszego organizmu duchowego i warunkuje wszy- 
stkie nasze myśli, uczucia i czyny. Na takiej 
drodze jest Seweryn w „Panu Damazym**. Dla 
przypodobania się ciotce, a raczej dla wycia- 
gnięcia materyalnych stąd korzyści, udaje on 
potulnego, przykładnego, cnotliwego młodzieńca. 
Ale to rola chwilowo tylko przybrana i jakże 
mu ona dolega ! jakże on łamie ręce i zaciska 
zęby na wspomnienie przymusu zadawanego so- 
bie, byleby się okazać godnym łask cioci, jak 
mu nieznośnie „dusić się pod maską, która cięży 
jak Z ołowiu, całując rękę, którąby się gryzło 
do krwi". Jest to młodzieniec o popędach zmy- 
słowych silnie rozwiniętych, a rozpróźniaczony 
i niezdolny do pracy samoistnej: kto wie jednak, 
czy potrafiłby długo wytrwać w tej roli niezno- 
śnej ; a lubo przy końcu komedyi, widząc wi- 
doki wyzwolenia swego rozwiane, stwierdza ko- 
nieczność wrócenia pod jarzmo obłudy, to je- 
szcze nie dowodzi, że pod niem zostanie na- 
prawdę. 

Z powyższego widać, że w akcyi u Bliziń- 
skiego niema sprężyn ruchu, działających z wielką 
siłą i natężeniem, a więc niema też kolizyj, któ- 
reby potężnie wstrząsały sercem, czy fantazyą 
i któreby tym sposobem przemieniały komedyę 
w dramat. Autor pozostaje na stanowisku kome- 
dyi dawniejszej, wytykającej błędy i śmieszno- 
ści ludzkie, lecz dążącej do pogodnego rozwią- 
zania sprzecznych ze sobą dążeń, czy interesów. 
Miłość prosta, zwykła, stosunki rodzinne, sprawy 



— 438 — 

spadkowe, kłopoty pieniężne, próżność, zalotność, 
chęć wydania się za mąż, łowy na zięcia — oto 
główne czynniki wprawiające w nich osoby, wy- 
prowadzone na scenę przez komedyopisarza , 
z usposobienia dość spokojne, dość rozważne, 
wielkiemi namiętnościami nie miotane. To też 
akcya rozwija się tu powoli, bez nagłych przejść 
i przeskoków, tak, że „Bozbitki^, gdzie zerwanie 
małżeństwa następuje wskutek wybryku Straszą, 
stanowią pod względem akcyi wyjątek w twór- 
czości Blizińskiego ; bo co do akcyi „Łekkodu- 
cha", to jestem pewny, iż ona obmyślona i prze- 
prowadzona była przez Zygmunta Sarneckiego, 
który, jak wiadomo, komedyę tę pisał do spółki 
z Blizińskim. 

Akcya taka odpowiada w zupełności zwy- 
kłemu trybowi życia naszego, w którem panuje 
stale pewna jednostajność, bardzo drobnymi, 
szarymi, powszednimi przerywana wypadkami. 
Trzymając się wiernie tej prawdy życia naszego, 
Bliziński starał się unikać w przeprowadzeniu 
działania wszelkiej konwencyonalnej sztuczności, 
posługując się środkami najprostszymi, zgodnymi 
z rzeczywistym biegiem wypadków, i z natural- 
nem usposobieniem osób dzisiaj ący eh. Wysta- 
wiając charaktery a nie typy, dbał wielce o rea- 
lizm szczegółów, otoczenia, nie wprowadzał na- 
ciąganych i jedynie w celu komicznym zesta« 
wionych sytuacyj, nie posługi wrf się tak czę- 
stem w komedyi typów podsłuchiwaniem lub 
przebieraniem sie za inne osoby, jako środkiem 



i 



— 439 — 

rozsnucia kłębka intrygi; każde wejście na scenę 
i wyjście z niej jest u niego dostatecznie umo- 
tywowanem ; każda sytuacya usprawiedliwia się 
sama przez się właściwościami charakteru osób, 
które w niej widzimy. Czasami tylko — i to 
w słabych jedynie utworach, widzieć się daje 
lekkie nieprawdopodobieństwo. W „Przezornej 
mamie" zbyt mało okazuje sprytu tytułowa oso- 
bistość w chwytaniu mężczyzn dla wydania córki, 
która przecież ma dosyć powabów własnych 
i dosyć grosza, ażeby być celem pożądania 
upragnionym, bez naganki, a to tem jest dzi- 
wniejsze, iż w swoim czasie pani Barbara umiała 
się o wiele zręczniej wziąć do rzeczy, gdy szło 
o nią samą. Nieporozumienie też między Maryą 
i Józefem jest nieuzasadnionem, z dawnej ko- 
medyi przejętem. W „Chleb ludzi bodzie" straty 
Szwindelmana nienajszczęśliwiej także tą prze- 
prowadzone ; w Kiksiewiczach domyślać się mo- 
żemy trochę mniejszej łatwowierności. 

Ale zato w innych komedyach wszystko tak 
jest naturalne, tak prawdziwe, a tak proste, tak 
powszednie, że potrzeba było istotnie talentu 
Blizińskiego, ażeby bez żadnej prawie intrygi, 
za pośrednictwem sytuacyj najzwyklejszych, wy- 
nieść szarość życia naszego do takich wyżyn 
artyzmu, że robi ona potężne wrażenie. 



— 440 — 

vn. 

styl. — Zakończenie. 

Czy osoby, czy akcya, wyrażają się w poe- 
zyi jedynie za pośrednictwem stylu ; im bardziej 
zrasta się on z owymi czynnikami, im silniej 
i znamienniej je wypowiada, tern całość jest do- 
skonalsza, tern wrażenie jest potężniejsze. Styl 
zaś zależy od rodzaju fantazyi autora; jeżeli 
fantazya ta jest sucha^ i uboga, to i styl będzie 
suchy i ubogi; jeśli przeciwnie, fantazya obfi- 
tuje w obrazy świetne i barwne, to i styl bę- 
dzie pełen przenośni, blasku i barwy. Naturalnie 
pomiędzy tymi krańcami jest cała skala najró- 
żnorodniejszych kombinaoyj. 

Jakaż jest fantazya Blizińskiego ? Wielkiego 
bogactwa i świetności w niej niema, nie stwo- 
rzyła też pomysłów zdumiewających i olśniewa- 
jących swoją świeżością i nadzwyczajnością; ale 
posiada ona dość ruchu i siły, dość żywotności 
i polotu, ażeby oddać doskonale- te uczucia i te 
kształty, króre spostrzega w swojem otoczeniu. 
Jest ona wybornie dostosowana do świata przed- 
stawionego w komedyach Blizińskiego ; czujemy 
to i jesteśmy przekonani, że osoby w nich wy- 
stępujące nie mogą się wyrażać lepiej, dosa- 
dniej, albo też zachowywać inaczej, jeżeli mają 
pozostać wiernemi charakterowi, jaki im nadał 
twórca. Bo u Blizińskiego równocześnie powsta- 
wały w fantazyi i osoby i sytuacye i słowa, sta- 



— 441 — 

nowiąc ze sobą nierozdzielną spójnię. Fantazya 
jego jest w bardzo wysokim stopniu „plasty- 
czna^j t. j. stawia przed oczyma naszemi odrazu 
i w całości wszystko, co ze stworzonym przez 
nią charakterem łączy się nieodwołalnie. 

Istotną cechą komedyopisarza prawdziwego 
jest werwa komiczna. A na czemże ona polega? 
Nie tyle doprawdy na dowcipnych słowach, na 
konceptach, na frazeologii, ile na sytuacyach 
komicznych, których bez fantazyi plastycznej 
stworzyć niepodobna. Blizińskiemu nie brak do- 
wcipu, zawsze doskonale zastosowanego do uspo- 
sobienia i ukształcenia jednostki, która się nim 
posługuje, ale dowcip ten łączy się zazwyczaj 
najściślej z daną sytuacyą komiczną, a często 
sama ta sytuaoya wystarcza, by wywołać śmecih 
szczery. Kiedy w końcu aktu I-go „Przezornej 
mamy** widzimy Albina ocierającego pot z czoła, 
po uwolnieniu się od dwu otyłych dam prowa- 
dzonych pod rękę, to nie potrzebujemy ani słowa 
dodatkowego, ażeby odczuć komizm tej niemej 
sceny. Kiedy w „Panu Damazym" rejent Baj- 
dalski, chcąc się upewnić, jak daleko Seweryn 
z Mańką są „zaawansowani z sobą^ podchodzi 
do drzwi i patrzy przez dziurkę od klucza, 
a w tem drzwi otwierają się nagle, uderzając 
go w nos, to dość ruchu rejenta chwytającego 
się za ten cenny organ i to jego jąkanie e,.. e... e..., 
ażeby wywołać burzę śmiechu. Tam zaś, gdzie 
się łączy dowcip słowa z komizmem sytuacyi, 
mamy przykłady komiczności wyższego rodzaju. 



— 442 — 

Za doskonalą w tej mierze można uważać scenę 
śniadania w ^Panu Damazym^. Z jednej strony 
sprzeczność wygłaszanych przez rejenta niby 
filozoficznych refleksyj humanitarnych z czynno- 
ściami, które równocześnie spełnia, a z drugiej 
trzeźwy rozsądek Damazego, lekceważący sobie 
brednie rejenta, czującego swoją wyższość nad 
prostakiem: są to rzeczy tak wymowne i tak 
charakterystyczne, a tak naturalnie wypływające 
z właściwości usposobienia postaci i ich wza- 
jemnego w danej chwili stosunku, że kto raz 
je widział lub chociażby tylko odczytał, na za- 
wsze mu wyryją się w pamięci i budzić bę- 
dą zadowolenie. Toż samo powiedzieć można 
o wszystkich scenach, w których występuje do- 
broduszny chwalibusza Dzieńdzierzyński, czy to 
na polowaniu, czy gdy reguluje rachunek z Ko- 
twiczem, czy gdy opowiada o awanturze poje- 
dynkowej... 

A wszędzie mamy tok mowy tak zwykły, 
słowa tak proste, iż się nam wydaje, że każdy 
z nas potrafiłby powiedzieć tak samo. Ani prze- 
nośni niezwykłych, ani zwrotów jakichś niepo- 
spolitych, ani wyrazów niesłyszanych nigdzie tu 
nie spotykamy. Wszystko jest wzięte z mowy 
potocznej, przeważnie ziemiańskiej, zaprawiane, 
gdzie potrzeba, dosadnemi przysłowiami, cza- 
sami nawet jakąś rubaszną trywialnością. Mowa 
to w całej pełni swojska, umiejętnie i artysty- 
cznie użyta i dlatego tak na pozór łatwa i pro- 
sta. Każda tu osoba ma swoie małe odrębności, 



— 443 — 

swój właściwy koloryt wyrażania myśli; niepo- 
dobna utożsamić nietylko pod względem oha- 
raktera, ale i pod względem stylu Sędziego z Da- 
mazym, lub Bajdalskim, lub Szeliga, lub Szam- 
belanioem, Kotwiczem, Dzieńdzierzyńskim i t. d. 
A te parę figur ze świata nieziemiańskiego, ja- 
kie tu spotykamy, ten Gienio „pozytywista", lub 
ten Strasz lampart warszawski, mają swoją gwar^ 
literacką lub brukową, użytą przez • komedyopi- 
sarza oszczędnie, z taktem, dla odtworzenia figur 
tych w pełni prawdy realnej. Ależ bo Bliziński 
był doskonałym znawcą języka; nie darmo prze- 
cież pracował nad dopełnieniem „Słownika^ Lin- 
dego i zebrał kilkanaście tysięcy wyrazów, któ- 
rych tam niema. 

Monologów i mówienia na stronie Bliziński 
nie nadużywa; są one u niego o tyle usprawie- 
dliwione, że to, co w danej chwili musiało prze- 
chodzić przez myśl pewnej osoby, ujmują w sło- 
wa, ażeby czytelnikom, czy widzom uprzytomnić 
wyraźnie jej stan lub nastrój duszy i tym spo- 
sobem wtajemniczyć ich w pobudki działania 
lub sposób zapatrywania się danej jednostki. 
Prócz tego mówienie na stronie przyczynia się 
niejednokrotnie przez kontrast do wywołania 
efektu komicznego. 

Słowem, jeżeh styl Fredry uważamy za do- 
skonały w przedstawieniu „typów", to styl Bli- 
zińskiego uznać winniśmy za najodpowiedniejszy 
do odtworzenia tych „charakterów", jakie on 
w komedyaoh swych wprowadził na scenę, a to 



— 444 — 

dlatego, ie jest z temi charakterami spojony 
węzłami nierozerwalnymi, powstał i wykształcił 
się wraz z nimi; wciela je najdokładniej i na- 
daje im arty styczność, wybitnośó i dosadńość. 

* 

Dokonaliśmy analizy pierwiastków, składają- 
cych się na twórczość Blizińskiego ; rozczłonko- 
waliśmy piękne utwory sztuki; ale ozy potra- 
fimy należycie wypowiedzieć, jak te pierwiastki 
weszły z sobą w związek, jak te członki zrosły 
się w piękną całość? Z dobrego materyału po- 
wstają piękne budowle, potrzeba atoli zdolnego 
architekta, ażeby wskazał, w jakich kształtach 
ma ten materyał znaleźć zastosowanie. Talent 
nie analizuje, lecz stwarza całość. 

Jakąż jest całość stworzona przez Blizińskie- 
go? Jesteśmy tu przedewszystkiem wśród atmo- 
sfery zupełnie swojskiej; cnoty i wady przezeń 
przedstawione nie są zazwyczaj czemś nano- 
śnem, chwilo wem, przemijającem, ale tkwią w sa- 
mej naturze charakteru naszego. Nie sięgnij 
wprawdzie komedyopisarz do warstw najgłęb- 
szych, lecz w każdym razie sięgns^ dość głę- 
boko, ażeby utwory jego posiadały wartość 
trwałą, ażeby nie przebrzmiały wraz z przemi- 
nięciem prądów bieżących. 

Atmosfera ta wogóle jest zdrową; nie wi- 
dzimy w niej takich czynników, któreby prowa- 
dziły za sobą rozstrój i dezorganizacyę spółe- 



— 445 — 

ozną, nie dostrzegamy miazmatów trujących, któ- 
reby zanik woli i energii sprowadzić i do życia 
zniechęcić mogły: oddychać w niej można dosyć 
swobodnie. Ran społecznych nie odkrywał Bli- 
ziński, a gdy w „Rozbitkach" i „Chwaście" do- 
tknę^ się ich nieco, to czemprędzej starał się je 
zasłonić, przedstawiając, że po szambelanicu 
i Kotwiczu, którzy wszystko trwoniK, są już 
Maurycy i Władysław, co zbierać i oszczędzać 
zdołają; że obok chwastu są i rośliny pożyteczne. 

Moralność osób Blizińskiego nie jest wy- 
soka i wytworna, lecz na codzienne życia po- 
trzeby wystarcza; rządzi się ona i kieruje nie 
rozumem i teoryami, ale uczuciem, tak, że słowa 
Radomira, wyrzeczone do Brunona, doskonale 
ją określają: „Wy teraz udajecie ludzi niby pra- 
ktycznych, trzeźwo patrzących, dla których ofiara 
jest rzeczą nieopłacającą się, głupstwem wieru- 
tnem, ale to nieprawda! bajki!... Wmawiacie 
w siebie i w drugich... bo gdy się zapuka do 
waszych serc, zrzucicie z siebie tę skórę, która 
inaczej by was parzyła... ha? co mówisz?..." 

I widnokrąg umysłowy tych osób nie jest 
rozległy ; wychowywały się one w czasach i wa- 
runkach, kiedy zagadki naukowe i społeczne nie 
bardzo dręczyły głowy ziemian ; ale jest w tych 
osobach zdrowy rozsądek i zdolność do ukształ- 
oenia; trzeba tylko cokolwiek pracy, ażeby się 
z nich wyrobiły jednostki, mogące sprostać zwię- 
kszonym znacznie wymaganiom chwili. 

We wszystkich zaś bez wyjątku drga pełnia 



— 446 — 

życia artystycznego; wszystkie myślą, czują, 
działają i mówią jak ladzie prawdziwi, mający 
takiż charakter i w podobnych żyjący warunkach. 
Wcielenie dusz żywych najlepiej się udało Bli- 
zińskiemu w „Panu Damazym", a potem w „Roz- 
bitkach"; „Szach i mat", „Chwast" oraz jedno- 
aktówki na drugim stoją planie; lecz i w nich 
widać na każdym kroku tchnienie wielkiego ta- 
lentu, który, niestety^, żyć będzie już tylko w dzie- 
łach swoich. 



XXIX. 
Michał Bahicki, jako komedyopisarz. 

Bałucki (pseud. Elpidon), jeden z najlepszych 
współczesnych powieście- i komedyopisarzów na- 
szych, urodził się w Krakowie r. 1837 i tamże 
odbył nauki, zarówno średnie, jak i uniwersyte- 
ckie; kolegował między innymi z Edwardem Lu- 
bowskim i podobnym, jak tenże, uległ wpływom. 

"Współczesne oddziaływanie na siebie kierun- 
ków naukowych, literackich i artystycznych mu- 
siało się przyczynić do wszechstronniejszego 
wyrobienia myśli i uczuć, do wytworzenia na- 
der korzystnych warunków rozwijania się du- 
cha młodzieńczego. 

Bałucki, obok studyów na wydziale filozofi- 
cznym, zajmował się sztuką i literaturą i sam 
też tworzyć zaczynał. W zbiorku jego „Poezyj" 
(pierwsze wyd. r. 1874, drugie powiększone 
1887) znajdują się wiersze, podznaozone datą 
r. 18B8. Jak wszystkie niemal próby poetyckie 
ówczesnej młodzieży, tak i wiersze Bałuckiego, 
mówiły „o modrych, figlarnych oczętach", o mi- 
łości, częściej zawodzącej niż szczęśliwej, o 



— 448 — 

snach i marzeniach złudnych. Poezya nasza ro- 
mantyczna dożywała wtedy jesiennej doby świe- 
tności swojej i pociągała ku sobie młode serca 
urokiem nieprzepartym. Uległ mu też BcJuoki 
i pozostawał pod jego oczarowaniem przez lat 
kilka. Tworzył krótkie erotyki i dłuższe opo- 
wiadania, czy gawędy na tle podań dziejowych 
(„Ziemowit, książę mazowiecki", 1861) lub z ży- 
cia ludzi biednych („Cicha miłość"), jak bluszcz 
rozścielając piosenkę swoją, „przy posągowem 
wielkich mistrzów dziele" i drżąc z radości, że 
ją o nie potrąca. Swobody i łatwości w rymo- 
waniu nie miał i musiał się nieraz z trudno- 
ściami wierszowemi borykać. Uderzając w strunę 
marzycielsko-miłosną lub demokratyczną, wcze- 
śnie już bardzo zaczął Bałucki dotykać i struny 
ironii. Wpływ Słowackiego, którego uwielbiał, 
i Heinego, którego tłomaczył, widocznie przy- 
czynił się do wzmocnienia naturalnej skłonno- 
ści i nadania jej formy. Wreszcie i Tyrteuszo- 
wych tonów nie brakło w jego ówczesnej twór- 
czości, a najobszerniejszy jego poemat, napi- 
sany w 1861, drukowany zaś w 1863 r., pod 
tytułem „Bez chaty" stanowi niewątpliwie głó- 
wny tytuł Bałuckiego do nazwy poety. 

W procesie psychicznym człowieka i autora 
pamiętne miejsce zajmuje szereg szkiców saty- 
rycznych, prozą pisanych p. n. „Scherzo" dru- 
kowanych częściowo w „Tygodniku illustrowa- 
nym" (1864), gdzie poeta -romantyk przyjrzał się 
światu literackiemu i artystycznemu ze stano- 



— 449 — 

wiska rzeczywistości i, wydawszy okrzyk bólu, 
na widok masy obojętnych i apatycznych, o ile 
ich interes osobisty nie jest dotknięty, musiał 
się pogodzie z warunkami swojej działalności 
i romantyczność zamienić na realizm. Zarówno 
w tych szkicach, jak i w większych powieścach: 
„Przebudzeni" (1864), „Młodzi i starzy" (1866) 
uwydatniły się nie małe zalety pióra Bałuckiego: 
łatwość opowiadania, bystrość spostrzegawcza, 
żywość dyalogu, sarkastyczność dowcipu, oraz 
zalety moralne: nizależno^ć zdania, wnikanie 
w potrzeby społeczne. Niektórzy koledzy jego 
uniwersyteccy (Szujski, Tarnowski) zajęli mo- 
cno zaakcentowane stanowisko zachowawcze; 
z początku z pozorami demokratyoznemi, pó- 
źniej bez nich; Bałucki, nie podzielając ich 
przekonań, znaleźć się musiał po stronie ich 
przeciwników — zaniechawszy poezyi w formie 
wierszowanej prawie zupełnie, pomysły swoje 
odziewał odtąd w szatę powieści lub komedyi. 



Bałucki przystąpił do pisania komedyj w wieku 
już dojrzałym; wprzódy tworzył poezye, nowele 
powieści, studya literackie, zanim się zwrócił do 
sceny. Miał lat trzydzieści, kiedy nakreślił pier- 
wszą swą sztukę: „Radcy pana radcy". Było to 
w r. 1867, t. j. wówczas, gdy Galicya od nie- 

Masza literatura dramatyczna. T. II. 29 



450 — 

dawna zaczęła używać swobód autonomicznych. 
Z wyboru tematu mogło się zdawać, że autor 
wejdzie na drogę satyry politycznej, że będzie 
poszukiwał nowego żywiołu dla komedyi w tych 
objawach ujemnych, jakie w kraju po całowie- 
cznym niemal ucisku germanizacyjnym ukazać 
się musiały, gdy mu przyszło nanowo radzić sa- 
memu o sobie. 

Istotnie w „Radcach pana radcy** (wcześniej- 
szych od komedyi Narzymskiego: „Pan prezy- 
dent miasta Krakowa w kłopotach**) znajduje 
się figura prawie zupełnie nowa w naszem ko- 
medyopisarstwie, figura mieszczucha ograniczo- 
nego, płytkiego, dobrodusznego i powolnego, 
który najmniejszego nie mając pojęcia o spra- 
wach publicznych, zostaje wybrany na członka 
rady miejskiej. Ma on tyle szczerości, że się 
nietylko przed sobą, ale przed innymi przyznaje 
do zupełnej swej nieudolności: nie wie, jak ma 
radzić o dobru miasta całego, gdy we własnym 
domu radzić sobie nie umie, zostając pod pan- 
toflem żywej, zalotnej i ambitnej żony. Skru- 
puły jelnak takie wybija mu z głowy lekko- 
myślny, a przewrotny karyerowicz, kochanek 
jego żony, Zdzisław. O co tu się kłopotać? — 
powiada on Piotrowi Dziszewskiemu, na którego 
żona zawsze Pierre! woła — masz kawałek nie- 
użytecznego placu, zaproponuj, żeby miasto go 
kupiło i wystawiło na nim jaki gmach publi- 
czny; przed kamienicą twoją nie ma chodnika, 
żona się wciąż skarży, iż zawsze zabłocić się 



— 461 — 

musi, wychod2sąc z domu i wraoając, wnieś do 
rady projekt, żeby trofcuar w tern miejscu naj- 
pierwej ułożono i t. p. Będziesz miał tym spo- 
sobem wygodę i korzyść dla siebie, a w radzie 
pokażesz, że nie darmo nosisz głowę na karku. 
Dziszewskiemu nie brak naturalnie miłości wła- 
snej, więc gdy mu podbito bębenka, zaczyna 
wierzyć, iż być radcą miejskim nie jest wcale 
rzeczą tak trudną. Trzeba się tylko trochę pod- 
kształcić, nabrać rezonu i śmiałości. Ażeby się 
módz oryentować w polityce, bierze się Dzi- 
szewski do czytania gazet, ale tu znajduje tru- 
dności niepokonane. Owocześni sprawozdawcy 
polityczni w Galicy i, pisujący językiem pozszy- 
wanym z frazesów wyczytanych w dziennikach 
wiedeńskich, lubili się popisywać stylem gór- 
nym, naszpikowanym wyrazami cudzoziemskimi. 
Niejeden wykształcony mógł z wysiłkiem zale- 
dwie pochwycić myśl dziennikarza utopioną w cha- 
osie zdań, a cóż dopiero taki pan radca! Do- 
skonalą jest scena, kiedy ociężały umysł Dzi- 
szewskiego poci się nadaremnie, by zrozumieć 
jakiś wstępny artykuł, który co do swej napu- 
szoności i makaronizmów może współzawodni- 
czyć ze sławną mową w „Monachomachii^ Kra- 
sickiego: „Na płytkim gruncie rozbujałych fluk- 
tów"... Oto ten świetny ustęp z gazety: „W cha- 
otycznej komplikacyi efemerycznych faktów sal- 
wowanie ekwilibrium między potenoyami okcy- 
dentalnemi dependuje pryncypalnie od insynua- 
oyj pacyfikacyjnych, manifestowanych przez no- 

29* 



— 462 — 

tyfikacye konferencyjne d propos neutralności pa- 
wilonu..." 

Gdzież to zrozumieć panu radcy, kiedy on, 
zachwycony pier wszem posiedzeniem rady miej- 
skiej, a mianowicie mówką prezesa, nie umie 
z niej nic więcej powtórzyć nad kilkakrotne 
gromkie: „Panowie!..." 

Samego posiedzenia rady nie przedstawił 
Bałucki na scenie; słyszymy o niem tylko z ust 
Dziszewskiego , który dobrodusznie przyznaje 
się, że podczas dyskusyi zdrzemnął się, a gdy 
przyszło do głosowania, wystąpił z negatywa 
względem tego kandydata na jakąś posadę, co 
zostać miał jego zięciem i wogóle względem 
wszystkiego, co było proponowane... a zrobił 
tak z tej przyczyny, że owego kandydata popie- 
rał burmistrz; burmistrzowi zaś miał z nakazu 
żony sprzeciwiać się we wszystkiem... W opo- 
wiadaniu tem pan radca charakteryzuje sam sie- 
bie wybornie. 

Przeważnego atoli naciska na działalność pu- 
bliczną swego bohatera komedyopisarz nie po- 
łożył. Sprawy domowe daleko znaczniejszą część 
utworu wypełniają. Najprzód romansik żony pana 
radcy ze Zdzisławem, który przez matkę chcidt 
się dobrać do posagu córki, naiwnej, prostej, 
szczerej dzieweczki, zakochanej w Karolu, kole- 
dze Zdzisława. Somansik ten już się sprzykrzył 
karyerowiczowi i podtrzymywany jest jedynie 
usilnemi, a nawet natarczywemi zabiegami za- 
lotnej Ewy. Potem intryga, wysnuta przez Zdzi- 



— 453 ~ 

sława, by Karola odsanąc. A wreszoie przerzu- 
cenie się Jowoy posagowego ku śmiesznej, ro- 
mansowej, karykaturalnie nakreślonej starej pan- 
nie Eufrozynie z powodu wieści, iż ona wielki 
los na loteryi wygrała. Wykradzenie starej panny 
jest zarazem karą dla Zdzisława; zawiódł się 
bowiem w nadziei otrzymania znacznej gotówki; 
Eu&ozyna zbyła ów los komu innemu. 

Zawikłanie, wywołane krzyżowaniem się prze- 
ciwnych sobie pragnień i planów, wytwarza ruch 
dosyć żywy na scenie, ożywiany konceptami 
i dwuznacznikami; ale przygłusza motyw zasa- 
dniczy i odciąga uwagę od tej strony nowej, 
z jakiej nam autor ukazał swego pana radcę. 

I w dalszych utworach toż samo zauważyć 
można. W dwuaktowej komedyi ^Polowanie na 
męża" (1869) jest także pierwiastek polityczny, 
ale jeszcze bardziej przyciemniony czynnikami 
zupeiłnie prywatnej natury. Hrabia jakiś (nie 
wchodzący zresztą na scenę), chcąc zostać po- 
słem, pragnie grzecznostkami pozyskać sobie 
wyborców; zwraca się i do byłego rzemieślnika, 
pana Walentego, nie umiejącego ani czytać, ani 
pisać, lecz puszącego się swojem bogactwem. 
Nie wyjaśnia autor, dlaczego hrabiemu chodziło 
i o tego kamienicznika, nie posiadającego, jak widać 
z komedyi, wielkiego miru wśród spółmieszczan, 
z powodu lekceważenia i pogardy im okazywanej, 
zwłaszcza zaś rzemieślnikom. Brak tego umoty- 
wowania szkodzi sztuce, czyni bowiem sytuacye 
naciąganemi. W interesie hrabiego bywa w domu 



— 4B4 — 

owego mieszczucha Leon, figura . niewyraźna, do 
której zawraca oczy dobrze dojrzała córka Wa- 
lentego, kochliwa, pretensyonalna, fałszywa, Anie- 
la. Leon lekceważy ją, a dowiedziawszy się, że 
jego kolega, Karol, kocha się w niej z widze- 
nia, ^przedstawia go za obywatela ziemskiego, 
co imponuje Anieli; gdy się jednak dowiaduje, 
że ten Karol jest wprawdzie wykształconym czło - 
wiekiem i dość zamożnym, ale szewcem — od- 
pycha go, wołając: ;,Precz! fe, fe, smoła!*^ Aniela 
zostaje na koszu, a jej ojciec wystawia się na 
śmieszność, gdy hrabia na szeroko otrąbioną 
ucztę do domu Walentego nie przybywa wcale, 
bo został już posłem obrany. Zawikłanie w ko- 
medyi wynika głównie z nieporozumienia po- 
między Leonem, Karolem i Anielą, nieporozu- 
mienia błahego i mało uprawdopodobnionego. 
Sztuka, chociaż późniejsza od „Radców", pod 
względem roboty artystycznej jest od nich słab- 
szą. Jedynie tylko sylwetka babki, poczciwej, 
ale ograniczonej staruszki, mówiącej i działają- 
cej zawsze nie w porę, stanowi pewny świeży 
żywioł w tej krotochwili. 

W „Pracowitych próżniakach" (1871) pierwia- 
stek polityczno-społeczny, na tak zwanej „aktu- 
alności" oparty, istnieje także, ale w dozie nad- 
zwyczaj drobnej. Chodziło tu autorowi o wy- 
śmianie manii stowarzyszeń w Galicyi, których 
działalność kończyła się bardzo często na wy- 
braniu prezesa, wiceprezesa, sekretarza, skar- 
bnika, oraz na wyprawieniu kolacyjki. Typem 



466 



pracowitego próżniaka jest tu przedewszystkiem 
January Prezesowicz, zawsze niby zajęty gorli- 
wie sprawami stowarzyszeń i spółek, ale właści- 
wie pilnie tylko wietrzący, gdzie można znaleśó 
dobre śniadanko, obiadek lub kolacyę. Drugim 
typem, dobrze wykonanym, jest doktór, udający, 
że nigdy nie ma chwilki czasu, gdyż go . pa- 
cy enci sobie wyrywają, ale najczęściej widzialny 
w restauracyi, gdzie mu fundują lub gdzie za- 
cietrzewiony gra w karty. Pomijając innych 
próżniaków rodzaju męskiego i żeńskiego (no- 
winkarz Saturnin, dewotka Zuzanna), wspomnieć 
należy o ich przeciwstawieniu w osobie literata 
Maurycego, proponującego założenie stowarzy- 
szenia „pracy" — bez kolacyjki. 

Ta myśl satyryczna tonie jednak niemal wśród 
powodzi intryg, nadających dużo ruchu kroto- 
chwili, ale mało prawdopodobnych i odciągają- 
cych uwagę od tematu głównego. Bankier, któ- 
rego żona bawi w kąpielach, przyjeżdża tamże 
niby incognito za jakąś damą, wielce powabną, 
i zwierza się z tem hrabiemu Kolanko, ani się 
domyślając, że mówi o jego żonie; hrabia zno- 
wuż prosi bankiera, by w jego zastępstwie wrę- 
czył bukiet pewnej piękności, której łaskami się 
przechwala, nie wiedząc, że ta piękność jest 
właśnie żoną bankiera i t. p. Słowem, same nie- 
porozumienia, zabawne i nieraz prawdziwie ko- 
miczne, ale w tonie farsy trzymane. 

Po tej sztuce sporo lat upłynęło, zanim Bar 
łucki nanowo pierwiastek polityczno-społeczny 



— 4B6 — 

do swych komedyj wprowsdziŁ Stało si^ to naj- 
przód w czŁ«roaktowym nt worze p. t, „Sąriedzi" 
(1881), poczytywanym pospolicie za najpowa- 
£tiieiszą, jeżeli nie n&jlepszą komedyę naszego 
autora. Są tu pewne przypomnienia z „Polowa- 
nia na męża", lubo scenerya odbywa się w zu< 
pełnie innej sferze. Doskonale tu zobrazowana 
została niechęć szlachty do panów za oczy, a 
uniżonoió niemal dożaloza — w oczy, zwła- 
szcza gdy hrabia ukłoni się grzecznie, przemówi 
słów parę, pytając o zdrowie żony i dzieci, za- 
prosi na śniadanie lub obiad. Wybornie odma- 
lował autor interesowaną przyjaźń wśród braci 
szlachty, gotowej zawsze wyzyskiwać chara- 
ktery poczciwe i miękkie, ale nie skorej do po- 
mocy. Mamy tu kilka żywych, prawdziwych^ 
znamiennych poshaci, z pomiędzy których naj- 
wydatniej się przedstawia poczciwy Kado sze- 
wski ź Zajazdowa, hojnie podejmujący sąsiadów 
o każdej porze, gotów dla nich do wszelkich 
uaług z czasu i grosza, z uszczerbkiem własnego 
gospodarstwa, trochę próżny, więc łatwo dający 
wmówić w siebie, że może się ubiegać o man- 
dat do rady państwa. Pyszny jest, gdy ledwie 
doszukawszy wyschłego kałamarza, gotuje sobie 
mówkę do wyborców, przepisując efektowne 
frazesy ze starej jakiejś gazety w duchu demo- 
kratycznym i antysemickim; gdy piorunuje na 
wyzysk żydowski i zachęca do pozbycia się 
lichwiarzy właśnie w chwili, w której zmuszony 
'est żądać pożyczki od swego Moszka czy loka. 



— 457 — 

Obok Sadoszewskiego staje zupełnie iuna 
osobistość: szczekacz, fałszywy przyjaciel, żar- 
łok Gębaliński, co wiesza psy na panach, a pier- 
wszy składa im czołobitność, co kochanego E»a- 
dosia podmawia do starania się o mandat, spi- 
jając u niego dobre wino i jedząc, ile się zmie- 
ści, a pierwszy oddaje swój głos hrabiemu. Da- 
lej idą takie figury, jak Tęgasiński, tchórz, za- 
wojowany przez energiczną żonę, opowiadający 
komicznie, jak przerwał łańcuszek od zegarka o 
tyczkę, za co magnifika go zburczała, nakazu- 
jąc omijać wszelkie tyczki; jak Golski, proceso- 
wicz, nieprzyjaciel chłopów, i inni. Przeciwsta- 
wieni im zostali: zacny, rozumny obywatel Pro- 
tasewicz i technik Adam Wilski. 

Wartość tych ludzi okazuje się z ich postę- 
powania. Gębasio i inni sąsiedzi przezeń za- 
krzyczani, nie chcą głosować na kandydata, po- 
pieranego przez Protasiewicza, więc wymyślają 
kandydaturę Sadoszewskiego, ale gdy w okolicy 
pojawił się hrabia, który z woli stronnictwa za- 
chowawczego miał się starać o godność posel- 
ską ze stron owych, gdy poodwiedzał szlachtę, 
gdy ją zaprosił na naradę, szlachta, wymyśla- 
jąca przedtem na niego, jako na pyszałka i pró- 
żniaka, zjeżdża się do jego pałacu gromadnie, 
zapomina o B.adoszewskim, zapomina o dniu jego 
imienin, bo właśnie na ten dzień przypadł obiad 
u hrabiego. 

A tymczasem biedny B.adoszewski, przygo- 
towując wszystko na huczne przyjęcie sąsia- 



— 468 — 

dów, doczekał się przybycia... komornika, dla 
siebie całkiem niespodziewanie, gdyż papiery 
z pieczęciami urzędowemi składał na biurku nie 
czytając, bo nie miał czasu; w domu jego cią- 
głe były zjazdy, a prócz tego i napisanie mówki 
nie lada wysiłków wymagało. Pośpieszyli z po- 
mocą: Protasewicz nielubiany przezeń, gdyż pi- 
jać nie zwykł, ciocia Petronela, chodząca w ku- 
braku, paląca fajkę, gderząca i wymyślająca, ale 
z sercem złotem; wreszcie Wilski, który poko- 
chał jego córkę Stasię i proponował spółkę ce- 
lem eksploatowania lasu za pomocą suchej de- 
stylacyi drzewa. Owi serdeczni sąsiedzi doznali 
zasłużonego upokorzenia. W czasie obiadu hra- 
bia, dostawszy telegram, by kandydował w in- 
nych stronach, przeprosił zebraną szlachtę i za- 
raz wyjechał. 

Inną stronę szlacheckiej próżności, na tle sto- 
sunków austryacko galicyjskich, wystawia nam 
trzyaktowa komedya p. t. „Ciężkie czasy* (1889 r.), 
tylko mniej w szczegółach uprawdopodobniona 
niż „Sąsiedzi" i bardziej ku karykaturze nachy- 
lona. Doskonały w niej jest akt I-szy, malujący 
nam towarzystwo szlacheckie, narzekające na 
zły stan interesów, na nieurodzaj, na lichwę, 
na pożyczki bankowe, ale dalekie od myśli 
oszczędzania, wyrzeczenia się zbytków, pocho- 
pne do złudzeń i opierania nadziei polepszenia 
na najbłahszych nawet podstawach. Jest tu Łe- 
chicki, z pozoru i w słowach zacny bardzo 
i rozsądny obywatel, ale w gruncie próżny i pły- 



— 459 — 

tki, Jatwo dający się obałamució frazesami swego 
syna Juliusza, niby to wykwalifikowanego agro- 
noma, zamierzającego prowadzić rozległe spe- 
kulacye z powodu niemożności wytrzymania 
współzawodnictwa w produkcyi zboża, ale w rze- 
czywistości blagiera, letkie wicza, co marnuje 
grosz z trudem zdobyty na wykwintne napoje, 
na jazdę pierwszą klasą, na drogie cygara i t. d. 
Doskonałym jest obywatel Kwaskiewicz, opo- 
wiadający z humorem, jak dla uzyskania poży- 
czki bankowej musiał się zapożyczyć u żyda, 
jak przyjechawszy po odbiór pożyczki do Lwowa, 
wraz z żoną, tyle tylko przywiózł gotówki z po- 
wrotem, że nawet długu żydowskiego ową po- 
życzką nie spłaci i t. d. I on także wydaje się 
rozsądnym, zwłaszcza gdy się ironicznie odzywa 
o swym szepleniącym synku Geniu, nygusie 
i idyocie, uważanym za cudo przez matkę. Do- 
brym jest, choć trochę ogólnikowym, Eębajlo, wy- 
śmiewający „ankiety", apostoł oszczędności, który 
opowiadaniem swojem, jak za każdym ciosem 
ekonomicznym zmniejszał skalę swego życia, 
oburza braci szlachtę, nazywającą go sknerą 
obrzydłym. Karykaturalną natomiast wydaje się 
już nawet w tym I-ym akcie rodzina Giętko- 
wskich, roszcząca sobie pretensye do stanowi- 
ska arystokratycznego, śmieszna w ruchach, prze- 
sadna w słowach, nieznośna w sposobie postę- 
powania. 

Zebrali się ci obywatele w domu Łeohickiego, 
by wysłuchać projektów Juliusza, ale zanim się / 



— 460 — 

młody niby-agronom uporał ze wstępem, dostaje 
telegram, iż ma zjeohaó do Galicy i jego eksce- 
lencya książę Tutafoni w celu nabycia dóbr 
ziemskich. Naturalnie obrady gospodarskie idą 
w kąt, a wszyscy (prócz Rębajły) myślą jedy- 
nie, jak przyjąć godnie jego ekscelencyą, boć 
przecie jego przyjazd do Galicyi nie jest bez 
kozery. „Jeżeli figura położona tak wysoko — 
mówi Giętko wski — zostająca w tak intymnych 
stosunkach ze sferami rządzącemi raczy się fa- 
tygować do nas, to po za tem musi się coś głęb- 
szego ukrywać. To nie jest bez znaczenia; to, 
panowie, jest fakt niezmiernej doniosłości, bo 
widocznie stąd chce się zbliżyć do nas, poznać 
nas lepiej". Zawiązuje się tedy na poczekaniu 
komitet celem obmyślenia sposobu przyjęcia Tu- 
tafoniego, gorące dyskusye powstają, czy ma 
szlachta wystąpić w kontuszach, czy frakach 
i w jakim porządku mają następować owacy e. 
Na pytanie Rębajły, co zrobił ów książę, że 
go obywatele chcą tak honorować, odpowiada 
jeden ze szlachty (Bajkowski): „Co zrobił? Co 
zrobił? Cóż to zaraz ma nam co zrobić za to? 
Cóż to my żydzi, żeby zaraz geszefta robić?" — 
a inni przebąkują o dyplomacyi, o tem, że je- 
żeli ekscelencyę będziemy mieli za sobą, „to 
będziemy mieli wszystko" i t. p. Jednem sło- 
wem, ekscelencyą w mniemaniu szlachty staje 
się lekarstwem na ciężkie czasy. Wszyscy kontenci, 
wszyscy zapominają o swej biedzie, zaciągają 
długi, byle się pokazać, sprawić powóz, jedwa- 



— 461 — 

bne suknie, kosztowności, bo, jak mówi Bajko- 
wski: „Jeżeli ekscelenoya trudzi się tyle mil do 
nas, to nasz psi obowiązek przyjąć go jak na- 
leży i dać mu poznać nasz kraj". Napróźno Eę- 
bajło robi słuszną uwagę: „Ależ łaskawco do- 
brodzieju, jeżeli wam idzie o to, żeby poznał 
nasz kraj, to należałoby chyba w łachmanach 
i dziurawych butach stanąć przed jego eksce- 
lencyą; bo to byłby dopiero rzeczywisty obraz 
naszego kraju^. Nikt go słuchać nie myśli: ka- 
żdy chce się jaknaj wspanialej przedstawić księ- 
ciu i wyrazić mu swoje bezgraniczne poświęce- 
nie, tak, że słowa pełne uniżoności, które wy- 
powiadają obywatele w oczekiwaniu jego eks- 
celencyi, wywołują na usta Eębajły gorzki sar- 
kazm: gdybym nie wiedział, że to szlachta, po- 
wiedziałbym, że to fagasy. 

Obraz oczekiwania jego ekscelencyi w akcie 
Il-im jest komiczny, ale w sposób przeważnie 
karykaturalny, tembardziej, że autor użył zbyt 
rażącego kontrastu, sprowadzając do dworku 
szlacheckiego kokotkę Natalię z Wiednia, da- 
wną kochankę Juliusza. Nie zajeżdża ona od 
frontu, ale każe stanąć powozowi przy furtce 
ogrodowej i niepostrzeźona przez nikogo (jakby 
w zmowie była z autorem komedyi), przybywa 
do pokoju, w którym zastaje tylko swego eks- 
wielbioiela. Usiłuje ją on ukryć — i stąd wy- 
wiązują się zabawne kolizye i zabawniejsze je- 
szcze domysły, przez Giętkowskiego wysnute, 
że ekscelenoya przybył, lecz chce pozostać in- 



— 462 — 

cogniio. Sztarm szlachty, która dopiero co robiła 
nie tyle sobie, ile Łechickim, wyrzuty za ponie- 
sione wyaatki i wystawienie si^ na śmieszność, 
szturm zawzięty do drzwi, po za którymi do- 
myślą się ekscelencyi, jest kulminacyjnym pun- 
ktem satyry w akcie Illim, śmiesznym bezwąt- 
pienia, ale nieprawdopodobnym. Gdy dla oszczę- 
dzenia wstydu Juliuszowi, siostra jego w poro- 
zumieniu ze swym narzeczonym, wypuścili Na- 
talkę innem wyjściem, zaspokoiwszy jej pre- 
tensye, — niepoprawni politykowcy wytrwali 
w mniemaniu, że ekscelencya był, tylko ze wzglę- 
dów dyplomatycznych ukazać się nie raczył, 
lubo już poprzednio nowy telegram objaśnił, 
że książę znalazłszy dobra w Styryi, nie myślał 
się wcale do Galicyi fatygować. 



11. 

Po za wymienionymi tu utworami Bałuckiego 
ińe znam innych, gdzieby pierwiastek polity- 
czny wchodził choć w drobnej mierze do te- 
matu komedyi: co najwyżej zdarzają się tylko 
słowne aluzye; jest atoli jeszcze grupa sztuk, 
szczupła zresztą liczebnie, w których bieżące 
zagadnienia społeczne są roztrząsane. 

Najwcześniejszą w tej grupie jest trzyaktowa 
komedya, premiowana na konkursie krakowskim 



— 463 — 

r. 1873, p. t. „Emancypowane". Powstała ona 
w czasie, gdy sprawa wyższego wykształcenia 
i szerszej działalności kobiet była bardzo gorli- 
wie rozbieraną w teoryi, a poczęści i rozwiązy- 
waną w sposób praktyczny. Roiło się wtedy od 
artykułów, broszur, książek i odczytów w tej 
kwestyi. Bałucki nie był przeciwnikiem podnie- 
sienia skali wykształcenia kobiecego, ale nie na- 
leżał również do gorących zwolenników tegoż; 
a co do emancypacyi obyczajowej oraz fałszy- 
wych apetytów do wiedzy, wynikających z po- 
drażnionej próżności, z zadraśniętej miłości wła- 
snej, z namowy i t. p. był ich stanowczym wro- 
giem. Śmieszne, lub nawet zdrożne strony ta- 
kiego kierunku myślenia i postępowania wy- 
drwiwał on zawsze. W „Emancypowanych" mamy 
właściwie dwie tylko przedstawicielki, nie idei, 
ale mody emancypacyjnej. Jedną z nich, nakre- 
śloną trochę karykaturalnie, jest pani Adelaida 
Frazesowiczowa, matka chłopca kilkunastolet- 
niego i córki na wydaniu. Nie wiadomo, skąd 
jej przyszło na myśl zajmowanie się sprawą wy- 
zwolenia kobiet; ale raz tą myślą się przeją- 
wszy, zaniedbuje gospodarstwo i wychowanie 
własnych dzieci. Przygotowuje odczyt o wyż- 
szem wykształceniu kobiet, więc nie ma czasu 
wysłuchać nauczyciela domowego, nie mogącego 
sobie dać rady z Kamilkiem urwisem, mającym 
już stosunki z aktorkami i upijającym się na 
kolacyjkach. Występuje ona przeciw przesądom 
wszelkiego rodzaju, broni małżeństw ż czystej 



— 464 — 

miłońci zawieranych, ale nie chce słyszeć nawet 
o skłonności swej córki i chce ją gwałtem wy- 
dać za starego, wyniszczonego lowelasa, p. Ja- 
nuarego; a gdy jej Stasia przypomina maksymy 
wygłoszone przez nią na odczycie, odpowiada 
jej bez ogródki, że to, co się mówi wobec ogółu, 
wcale nie obowiązuje tam, gdzie idzie o los naj- 
bliższych osób. Jest próżna, zarozumiała i za- 
zdrosna; gdy jakaś inna kobieta zapowiedziała 
swój odczyt o emancypacyi, nie przebiera w sło- 
wach dla nacechowania głupoty prelegentki i cie- 
szy się z dwuznacznej notatki dziennikarskiej, 
gdy jej napomknięto, że to ojej spółzawodniczoe 
tam mowa. 

Frazesami Adelaidy dała się porwać młoda, 
przystojna, energiczna, postrzelona trochę, ale 
rozsądna skądinąd jej siostrzenica, Jadwiga, 
która poróżniwszy się ze swym narzeczonym, 
wybiera się na uniwersytet; ale gdy się przeko- 
nywa, że jej ciotka inaczej mówi, a inaczej robi, 
gdy widzi, jak Adelaida gromi służącą, która 
chciwie nauk jej o równości ludzi się nasłucha- 
wszy, chce je zastosować w życiu; gdy wreszcie 
spostrzega, jaki chaos zapanował w domu Ade- 
laidy, odkąd ta szerzeniem zasad emancypacyi 
się zajęła: porzuca myśl wyjazdu i godzi się 
z narzeczonym. Zamieszanie, wprowadzone w ro- 
dzinie przez zachcianki pani domu, kończy się 
wraz z wyrzeczeniem się ich przez nią. 

Toż samo stanowisko w kwestyi emancypa- 
cyi zachował Bałucki i po latach dwudziestu 



— 466 — 

kilku, kiedy nakreślił postać panny Flory w -Spra- 
wie kobiet" (1896 r.), chcącej najzupełniejszego 
równouprawnienia niewiast i zupełnego ich zró- 
wnania z mężczyznami. Tylko tutaj silniej je- 
szcze, aniżeli poprzednio, nałożył farby i ośmie- 
szył przedstawicielkę równouprawnienia, kaźąo 
jej napróżno kokietować rubasznego, zbałamu- 
conego chłopa Skwarka. I w scenach epizody- 
cznych w innych komedyach, np. w ;, Niewolni- 
cach z Pipidówki", reprezentantki feminizmu ze 
śmiesznej jedynie strony są przedstawione. Nie- 
wątpliwie to, co Bałucki ośmieszył w ruchu ko- 
biecym: pusta frazeologia, zaniedbanie obowiąz- 
ków dla mrzonek, niedorzeczne przyswajanie 
form w dyskusyach, pompatyczność, zarozumia- 
łość, próżność, — zasługiwało na ośmieszenie; 
lecz nie należało także zapominać o istotnych, 
realnych powodach ruchu, jak o poważnych 
i rozumnych jego przedstawicielkach, a tymcza- 
sem Bałucki w całej swojej komedyopisarskiej 
twórczości zdobył się na jedną tylko dodatnią 
sylwetkę Maryi Ciepiszewskiej (w komedyi „Gręsi 
i gąski"), panny wykształconej, postępowej, spra- 
gnionej życia samodzielnego. 

Oprócz sprawy emancypacyi, obrobił Bału- 
cki w jednej z komedyj kwestyę, która swojego 
czasu dużo piór zatrudniała i żywe wśród inte- 
ligencyi ogółu budziła zajęcie. Była to kwestya 
poetów i techników; marzycielstwa i działalno- 
ści praktycznej. Nie chodziło wcale o jakieś 
rzucenie przekleństwa na poezyę prawdziwą, ale 

Nasza literatura dramatyczna. T. II. 30 



— 466 — 

o rozwianie feiłszywego nimbu, jakim się labili 
otaczać „wieszczowie*', rozpaczający frazesami Sło- 
wackiego, Musseta, lub drwiący krwawo sarkaz- 
mem Heinego: w głębi zaś duszy tak pospolici 
zjadacze chleba, jak i ci, przeciwko którym pio- 
runowali. Jeden z takich okazów trafnie i z miarą 
artystyczną odtworzył nasz komedyopisarz w sztu- 
ce 3-aktowej p. t. „Po śmierci cioci", nie mają- 
cej zresztą pod względem układu wartości oso- 
bliwej. 

Kapitalista Poczciwski, sknera, samolub, obłu- 
dnik, ma córkę dobrą, ładną, wrażliwą, Zosię, 
która się zakochała w poecie Juliusza, rumia- 
nym i trapiącym się tą swoją czerwonością, 
która z grobowymi jego pomysłami przykro kon- 
trastowała. Jest to człowiek lubiący dramatyzo- 
wać swe życie, przejmujący się swą rolą, wie- 
rzący chwilowo w to, co głosi, rozpatrujący 
wszystko z tego punktu, czy się to nie przyda 
jako scena do poematu. Znany jest trochę w świe- 
cie literackim, bo niedawno wydrukował tomik 
poezyj. Lubi deklamować swoje utwory; od je- 
dnego z nich, wypowiedzianego patetycznie wo- 
bec Zosi, rozpoczyna się komedya: 

Wściekle w górze wyją burze, 

Dziki huczy grom; 
Za to w dole... kolce... bole 

I powszedni srom. 
Grom płomienny, wir bezdenny 

Pierś hartuje w stal; 
Ból codzienny i byt senny 

Nędzny wodzi żal. 



_ 467 — 

Górne szlaki znają ptaki, 

Zna je każdy lot; 
Płazy, gady i kwiat blady 

Nie wychodzą z błot. 
Łza z powicia w koniec życia 

Strzeże naszych dróg ; 
W dole nizko, błotno, ślizko 

W górze dzień i — Bóg! 

Zosia, słaohająo takioh poezyj wraz z odpo- 
wiedniemi objaśnieniami samego twórcy, była 
w uniesieniu ; marzenie wypełniało jej duszę. Oj- 
ciec nie ma nic przeciw małżeństwu córki z poetą; 
ostrzega tylko Zosię, że posagu nie da ; lecz ta, 
przeniknięta wzniosłemi myślami poety, nie wątpi 
ani na chwilę o bezinteresowności Juliusza. W tern 
się zasadniczo myli, gdyż poeta jest wzniosłym 
tylko w wierszach; w życiu goni za wygodą, 
a więc i za dobrym posagiem. Nie zbyt dawno 
przed poznaniem Zosi wyznawał gorąco swą 
miłość Sabinie, ale zwąchawszy, że panna bez 
posagu, czmyohn£^ czemprędzej i wprowadzony 
do domu Poczciwskiego przez swego kolegę, 
Karola, inżyniera, który był prawie po słowie 
z Zosią, zaczął przed nią tęż samą odgrywać 
komedyę. Wtem Sabina, która wyszła za mąż 
i otrzymała wielki spadek po ciotce, zjeżdża do 
Poczciwskich, zwierza się Zosi i ze swego bo- 
gactwa i ^e swego zamęścia, ale wymaga od niej, 
ażeby fakt jej małżeństwa został przed wszyst- 
kimi w tajemnicy, jakby przewidując, że Po- 
Gzciwski zacznie palić do niej koperczaki. Sama 
zaś ukrywa przed Zosią, że Juliusz w niej się 

30* 



— 468 — 

kochał i jej ofiarował ten sam wiersz, który te- 
raz dal Zosi; a robi to dlatego, żeby tern sku- 
teczniej wyleczyć ją z fałszywego wyobrażenia 
o poecie. Dziwnem jest, że Joliasz nie lęka się 
jakoó wykrycia swojej tajemnicy; mniej dzi- 
wnem, że dowiedziawszy się o majątku Sabiny, 
do niej ponownie zwraca swe afekty. Upokorze- 
nie Poczciwskiego i Juliusza kończy komedyę ; 
Zosia rychło się leczy ze swej miłoóci i oddaje 
rękę Karolowi. 

Juliusz i Karol — to owe dwa przeciwień^ 
stwa z czasów walki pozytywistycznej. Byli to 
koledzy. Po dość długiem niewidzeniu spotykają 
się w domu Poczciwskiego. Karol, widząc ru- 
mianą twarz poety, cieszy się, że go zastaje 
w zdrowiu, gdyż po przeczytaniu tomiku jego 
poezyj, sądził, że go spotkało jakieś wielkie nie- 
szczęście. „No, nie bardzo — powiada — przy- 
znam ci się, przepadam za wierszami, ale że to 
twoje, więc kupiłem. Aż mi włosy stanęły na 
głowie, jakem je przeczytał. Na każdej stronicy 
tylko rozpacze, łzy, ból, cierpienie. Myślałem na 
seryo, że ci się co złego stało. Tymczasem, dzięki 
Boga, nia wyglądasz wcale na cierpiącego". Na 
pytanie co do Zosi, Juliusz pragnie zrazu zwlec 
rozmowę i przybiera minę tajemniczą, a gdy 
rzecz się wydała, tłómaczy się niezwalczoną na- 
miętnością. Karol zestawia tę jego nową miłość 
z miłostkami do różnych panienek; Juliusz wy- 
bucha: „Jakież porównanie może być między 
"^ią a tamtemi! Miłość dla niej (Zosi), to uczucie 



— 469 — 

podniosłe, idealne, święte... jedyne ; — no, a tamte 
to zwyczajna namiętność, prosta zabawka. Czy- 
taj źyoiorysy sławnych ludzi, a przekonasz się, 
że najwięksi geniusze miewali podobne słabości. 
Owszem, im geniusz był większy, tem silniejsze 
były jego namiętności. Ale co tobie gadać o tem... 
ty nie pojmiesz tej potrzeby zmysłowych wra- 
żeń i uciech człowieka fantazyi — artysty. Grecy 
rozumieli to dobrze, ale bo też to był naród 
nawskróś poetyczny. Ich mędrcy i wodzowie 
pomimo miłości pełnej szacunku dla żon... sza- 
leli u nóg takiej Aspazyi, Lais. To był wiek pra- 
wdziwej poezyi !" Na sarkastyczną uwagę Ka- 
rola, że „wy, panowie poeci, nie należycie do 
zwyczajnych ludzi, wy macie osobny kodeks 
moralności'^, Juliusz odpowiada stwierdzającym 
to czynem, gdyż z powodu Zosi nie chce się 
bić z Karolem, bo śmierć poety byłaby stratą 
dla ludzkości. „Jeśli ty zginiesz — powiada mu 
wyniośle — kto inny weźmie cyrkiel i zajmie 
twoje miejsce, i świat żadnej nie dojrzy różnicy ; 
tymczasem my mamy posłannictwo; zbrodnią 
byłoby z naszej strony narażać na strzał pierw- 
szego lepszego człowieka życie, które nie do 
nas, ale do ludzkości, do przyszłości należy-... 
Karol nie potrzebował odpowiadać na te prze- 
chwałki; postępowanie Juliusza dostatecznie okre- 
śliło wartość jego charakteru. 

^Komedye z oświatą^ to dość zabawna sa- 
tyra wymierzona przeciwko udawaniu ze strony 



— 470 — 

arystokracji zajęcia się wykształceniem ludu, 
w celach jedynie partyjnych. 



III. 



Wszystkie inne komedye Bałuckiego moina 
zaliczyć do kategoryi obrazów i obrazków oby- 
czajowych, ośmieszających pewne słabości i sła- 
bostki ogólno - ludzkie, we wszystkich czasach 
i u wszystkich narodów przejawiające się z mniej- 
szą lub większą siłą. Próżność w najrozmaitszych 
postaciach, chęć życia nad stan i wkręcenia się 
w sfery arystokratyczne, zarozumiałość, próżnia- 
ctwo, marnotrawstwo , lekkomyślne szafowanie 
uczuciem, interesowność, zawiść, śmieszności sta- 
rokawalerskie, strojenie się za pożyczane pie- 
niądze, wyzyskiwanie cudzej dobroci i t. p. — 
oto zwykłe temata tak licznych i tak wesołych 
sztuk Bałuckiego. Szczegółowo rozbierać ich 
niema potrzeby; wskazanie pomysłów, zaznacze- 
nie świeższych trochę osobistości, a następnie 
ogólna charakterystyka psychologii i artyzmu 
autora wystarczą. Postaram się zachować porzą- 
dek chronologiczny. 

Więc najprzód „Pozłacana młodzież^ (w 4 
aktach, 1876). Syn dorobkiewicza Służkowskiego, 
Artur, wydając dużo pieniędzy, już to nadsyła- 
nych przez ojca, już to branych od żydów na 
fałszowane weksle, pozyskuje sobie mniemaną 



— 471 — 

przyjaźń młodzieży próźniaczej i żywi sztucznie 
przez pieczeniarza Funia rozbudzoną nadzieję, 
ze pozyska rękę hrabiny Idy, która niby to 
rozwieść się ma ze swoim mężem. Stary Służ- 
kowski przybywa do miasta; z początku jest 
oburzony, potem daje się porwać uczuciu pró- 
żności i pomimo przestróg adwokata, Jana Szczer- 
by, trwa w zaślepieniu swojem poty, póki Artur 
nie dostał surowej nauczki w salonie hrabiny. 
Córka Służkowskiego, Helena, wcześniej się po- 
znaje na złudności nadziei wyjścia za mąż za 
hr. Alfreda i oddaje rękę Janowi, Śmieszna cio- 
cia Hortensya, która ją najbardziej pchała w kie- 
runku życia nad stan, równie jak Artur, ośmie- 
szona dotkUwie. 

„Krewniaki" (w 4 aktach, 1879) przedsta- 
wiają najazd dalekich powinowatych na dom 
człowieka, który świeżo zostawszy wybrany na 
dyrektora banku, wziął sobie za zasadę wyrugo- 
wanie nepotyzmu z instytucyi. Tymczasem zje- 
żdżają się: Aniela Dumska, pyszniąca się z ro- 
du, paląca papierosy moralizatorka, która chcia- 
łaby otrzymać posadę dla swego synalka Nap- 
cia, łobuza, fałszującego weksle; Kajetan Ta- 
rapatkiewicz, zbankrutowany szlachcic , gadający 
dużo i głośno, z niemniej wymowną żoną Bibi- 
sią i krzykliwymi robaczkami, pragnący również 
posady, bo szlachcic wszystko potrafi. S*obią 
piekło z domu dyrektora, przy pomocy jeszcze 
jednej krewniaczki, Katarzyny, mieszkającej stale 
u Lubowiczów, zgryźliwej, wymagającej a uda- 



— 472 — 

jącej ofiarą. Regina, żona Łubowicza, cicha, do- 
bra, serdeczna, wstawia się do męża za jego 
krewniakami; ci odwdzięczają się jej za to rzuce- 
niem na nią podejrzenia, iakoby miała romans 
z Adolfem \Krow8kim, który zaal j, dawniej 
i kocha jej siostrę, ładną, sympatyczną Andzię. 
Starając się o posadę w banku, nie chce uży- 
wać protekcyi i prosi narzeczoną, by zarówno 
jego starania, jak i bytność w domu dyrektora, 
zatrzymała przez dni kilka w tajemnicy przed 
siostrą. Naturalnie, sprawa się wyjaśnia i kre- 
wniacy upokorzeni rozjeżdżają się. W domu 
Lubowiczów nastaje spokój. 

W „Grubych rybach" (w 3 aktach, 1881) 
wyszydzona została dowcipnie i zręcznie zaro- 
zumiałość starych kawalerów, którym się wy- 
daje, że na nich czyhają panny, ponieważ liczą 
na dobry byt i wygody. Wistowski, kapitalista, 
ma tej zarozumiałości najwięcej i stara się nią 
przejąć radcę sądu Pagatowicza, niezgrabnego 
i nieśmiałego, a skarżącego się na gniecenie 
w żołądku. Dwie pensyonarki, sprytne i pomy- 
słowe, wyzyskują te śmieszności; jedna, żeby 
wyjść za mąż za bratanka kapitalisty, a druga, 
żeby za pośrednictwem Pagatowicza ułagodzić 
gniewliwego ojca i dostać pieniędzy na suknię 
jedwabną. Doskonała tu jest para zacnych, ko- 
chających się, ale zlekka swarzących się staru- 
szków Oiaputkiewiczów, dziadków Wandy. 

„Dom otwarty" (w 3 aktach, 1883), to wielce 
ożywiony i urozmaicony obraz kłopotów, nie- 



— 473 — 

przyjemności i obmów, z jakiemi połączone by- 
wa w małycłi, a nieraz i w większych miastach, 
wydanie wieczoru tańcującego, na którym za- 
wiści, rywalizacye, intrygi mają pole do popisu. 
Młode malźeżstwo, namówione przez Pulcheryę 
Wicherkowską, a po części przez wuja Telesfora, 
postanawia wydać zabawę taneczną, otworzyć 
dom. Ponieważ nie mają dosyć znajomej mło- 
dzieży, proszą o pomoc głośnego w mieście wo- 
dzireja. Alfonsa Fikalskiego, traktującego swój 
zawód całkiem na sery o, by się zaj£^ dostarczę^ 
niem zdrowych nóg, chętnych do pląsów. Ale 
że to karnawał, trudno wybierać; zgromadziło 
się grono wcale zaletami towarzyskiemi nie od- 
znaczające się — stąd szereg przykrości dla go- 
spodarsswa, a szczególniej dla wuja Telesfora. 
Prócz Fikalskiego, który został wybornie w ni- 
cości swej umysłowej i zarozumiałości przedsta- 
wiony, niezłą jest figurą Wicherkowski, łudzący 
się. że wynalazł wyborny system kontrolowania 
czynności swej żony, która pomimo tego syste- 
mu oszukuje go najbezpieczniej. 

W „G-ęsiach i gąskach" (w 6 aktach, 1884) 
mamy wzmocnioną, czy raczej jaskra wszemi bar- 
wami nałożoną postać ciotki z „Pozłacanej mło- 
dzieży". Nazywa się ona tutaj ciocią Belcią 
i zakłóca spokój domowy poczciwego dworku 
szlacheckiego E[łopotkiewiczów. Obałamucona 
przez nią Joasia, mająca już z natury pewną 
skłonność do materyalistyoznego pojmowania ży- 
cia, nie ginie przecież, owszem pod wpływem 



— 474 — 

Maryi Ciepiszewskiej i zakochanego w niej Hu- 
latyńskiego, przebywa pomyślnie smutne prze- 
silenie. Do figur nowych w tej B-aktowej kome- 
dyi, zaliczyć można prócz Maryi, dość w cieniu 
zresztą będącej, doktora Figurkowskiego, zaśle- 
pionego w swej żonie, i dla zadośćuczynienia 
jej kaprysom, w pogoni za groszem szukającego 
klienteli w sposób poniżający. 

„Piękna żonka** (w 4 aktach, 1886) w mniej 
jaskrawy sposób przedstawia stosunek młodego 
doktora do świeżo zaślubionej żony Julii, dla 
której jej rodzice Chwaliszewscy (nowe w ko- 
medyi naszej figury) mają kult bezwzględny, 
popychając ją na ślizką drogę tryumfów salo- 
nowych. Dla piękności i ładnego głosu zapra- 
szana na rauty, koncerty, wybierana do żywych 
obrazów, Julia domem wcale się nie zajmuje, 
obojętnieje dla męża, żyje całkowicie na ze- 
wnątrz. Małżonek, nie mający jeszcze praktyki 
lekarskiej, wydaje resztki posiadanego funduszu, 
by zadośćuczynić zachciankom pięknej żonki; 
kochając ją, wybacza jej zaniedbanie, obojętność, 
znosi cierpliwie tyranią jej rodziców. Dopiero 
wuj jego, energiczny, a rubaszny S*embaliński, 
dopomaga mu do wyzwolenia się z tych pęt, 
co się stawały coraz przykrzejszemi, zwłaszcza 
gdy się Julia przekonała, iż Ekscelencya, który 
obiecał kształcić ją w śpiewie osobiście, miał 
wcale inne, a ubliżające jej zamiary. Doskonale 
komicznemi są sceny przygotowań robionych 
przez Chwaliszewskich dla przyjęcia hrabiny, 



— 475 — 

która nie przyjeżdża. W miniaturze przypomi- 
nają si^ przygotowania na przyjęcie ekscelenoyi 
w ^Ciężkich czasach". 

W ;,Nowym dzienniku" (w 3 aktach, 1888) 
występuje urażona miłość własna i fantazya 
szlachecka gotowa na wszystko, byleby na swo- 
jem postawić. Obywatel ziemski Rzepko wski, roz- 
gniewany na radę powiatową, że go nie wy- 
brała na delegata drogowego, jedzie do miasta, 
by założyć nową gazetę polityczną, w której by 
mógł ulżyć swemu sercu, wylewając żółć na 
spółpowietników. Projektów ma mnóstwo; wszak 
pisywał listy do Napoleona, a teraz oto wygo- 
tował siarczystą filipikę przeciw Bismarckowi; 
co innego jednak tak sobie poufnie w liście 
wykładać swe myśli a co innego w druku; po- 
trzebuje więc jakiegoś zdolnego dziennikarza; 
znajduje go bez trudu; jest to literat z pod 
ciemnej gwiazdy, reporter wypchany gotowymi 
frazesami: Rozpędowski, umiejący odrazu zaim- 
ponować prostemu szlagonowi. Wmawia w niego, 
że należy zająć w dziennikarstwie pozycyę je- 
szcze wolną, a taką jest obrona praw ludu prze- 
ciwko uroszGzeniom szlachty i mieszczaństwa. 
Poczciwy Ezepkowski, pogardzający chłopstwem, 
zgadza się jednak zostać w gazecie jego orędo- 
wnikiem, nie wyrzekając się naturalnie w duszy 
swoich wstrętów. Obok Eozpędowskiego pozna- 
jemy jeszcze Filusińskiego, literata do wszyst- 
kiego, samochwała i zarozumialca; dalej pseudo- 
uczonego Nurkiewicza, któremu idzie przede- 



— 476 — 

wszystkiem o zaliozkę — i tym podobne flgary' 
wzajem się nienawidzące, skaczące nawet sobie 
do oczu, ale zaraz potem wracające do dobrej 
komitywy. Znamiennemi są słowa, jakiemi prze- 
mówił Nurkiewicz do Filusińskiego, którego na 
krótko przedtem łotrem nazwał: -Dobrze, trąć- 
my się. Choć brałeó szweiggeldy, ale jesteś do- 
bry chłop, jesteś uczciwy chłop, co się zowie... 
Panowie, zdrowie naszego kochanego, sympaty- 
cznego Filusińskiego, niech nam żyje!" 

Byłby szlachcic zatopił w tem bagnie dzień- 
nikarskiem dobrą część majątku swego, gdyby 
w porę nie przyszła wiadomość, że go obrano 
marszałkiem powiatowym ! Na tę wieść, przecho- 
dzącą jego marzenia, Ezepkowski wyrzuca z serca 
gniewy, znowu kocha braci szlachtę, a przy po- 
mocy sprytnego Stefana, który pod wpływem 
miłości przetworzył się z łobuza na porządnego 
młodzieńca, pozbywa się dosyć gładko swoich 
niedoszłych spółpracowników. 

Komedya ta mogłaby należeć do grupy ko- 
medyj społecznych, gdyby bardziej seryo była 
traktowana, gdyby dziennikarstwa nie reprezen- 
tował tu śmietnik moralny. 

^Kiub kawalerów^ (w 3 aktach, 1891) jest 
wesołą i zabawną krotochwilą, przedstawiającą 
nikłość postanowień męskich wobec wdzięków, 
a jeszcze bardziej kokieteryi niewieściej. Ja- 
dwiga Ochotnicka, zręczna, dowcipna, obrotna 
kobieta, opuszczona przez męża Piorunowicza 
dla błahych powodów (lampa paląca się w nocy, 



— 477 — 

zapałki nie na miejsou), dowiedziawszy się, że 
wszedł jako członek do klubu kawalerów, któ- 
rzy nigdy żenió się nie mieli, odważnie wdziera 
się do siedziby tego klubu w restauraoyi i umie- 
jętnie pokierowaną zalotnońoią, wszystkich klu- 
bowców pociąga za sobą do któregoś z miejsc 
kąpielowych i doprowadza męża do błagania 
o przebaczenie. 

„Flirt" (w 4 aktach 1892) odznaczony został 
i nagrodzony na konkursie warszawskim. Pierw- 
szą, rzucającą się odrazu w oczy zaletą tej ko- 
medyi jest żywy ruch, jaki wywołuje na scenie. 
Naumyślnie ruchu tego nie nazywam akcyą dra- 
matyczną, gdyż działanie we właściwem znacze- 
niu wyrazu jest w tej sztuce za szczupłe, sku- 
pia się prawie wyłącznie w akcie trzecim, a w po- 
przednich dwu prawie na tym samym pozostaje 
stopniu, nie rozwijając się i nie natężając. Ale 
ruch natomiast wypełnia scenę całkowicie; nie 
ma tu tych długich rozmów i opowiadań, które 
zazwyczaj tak przeciążają nasze i nie - nasze 
komedye, dyalog jest żywy, a jeśli nie posuwa 
akcyi, to daje nam poznać coraz lepiej osoby 
w nią wplątane; obfituje w pomysły szczęśliwe, 
choć nie zawsze w wytwornym smaku ; nudnego 
moralizowania nigdzie niema, a jednakże sztuka 
nie jest bez morału i to morału tak przedsta- 
wionego, że wśród publiczności wywołał żywsze 
oklaski niż dowcipy i kalambury. 

Stała się tu rzecz na pozór dziwna, ale psy- 
chologicznie dająca się dobrze wyjaśnić. Wpro- 



— 478 — 

wadzenie pierwiastka dramatycznego do kome- 
dyi, która dotyka zblizka granio krotoohwili, 
wydawać by się mogło z teoretycznego punktu 
widzenia czemś odskakującem, czemś dysharmo- 
nijnem. Wyprowadzić ofiarę flirtu na scenę 
z trucizną i rewolwerem w ręku dla pomszcze- 
nia zawodów sercowych, dla ukarania lekko- 
myślnej kobiety, co pociągała ku sobie, nie my- 
śląc o spełnieniu obietnic, dawanych wzrokiem 
i słowem — trochę to było ryzykownie. Ale 
jeśli pomyślimy, że sztuka dawać ma karm nie- 
tylko dla rozumu i fantazyi, lecz i dla uczucia, 
to przyjdziemy do przekonania, że autor znał 
sprężyny umysłowe słuchaczów i umiał je w cza- 
sie właściwym nacisnąć. Publiczność nasza lubi 
żarty i śmiech, nie gardzi też dwuznacznikami 
w mowie, czy sytuacyi, bawi ją to i rozrywa; 
obok tego atoli ma czujny zmysł moralny i serce 
wrażliwe. G-dy się nasłuchała już przez 2 akty 
mnóstwa zdań lekkomyślnych, gdy napatrzyła 
się na liczne objawy manii flirtowania, rada 
była posłyszeć słowa z głębi serca płynące, po- 
czuciem moralnem podyktowane, a osobistą krzy- 
wdą zaostrzone. Było to dla niej jakby ulgą 
moralną, jakby zadosyćuczynieniem za te chwile 
lekkiego zapatrywania się i postępowania, któ- 
rem ze śmiechem, więc z pewnym spółudziałem 
się przypatrywała. Gdyby to były morały wypo- 
powiedziane tylko, a nie wcielone w akcyę, nie 
ogrzane głębszem , serdeczniej szem uczuciem , 
przeminęłyby bez wrażenia, tak jak szyderskie 



— 479 — 

aforyzmy literata, zbierającego wzorki na wy- 
stawie w akcie Il-gim. 

Wtóra zaletą „Flirtu", to względna świeżono 
pomysłu. Wprawdzie to, co dziś nazywamy flir- 
tem, istniało chyba od wieków, zwało się tylko 
inaczej: galanteryą, „asaperdami", zalotami, pod- 
kocbiwaniem się itp., ale bądź co bądź formy 
tego objawu uległy zmianie o tyle, iż w kon- 
wencyonalnym świecie nietylko nie uważa się 
za rzecz zdrożną mówić o flircie, ale nawet stało 
się to niemal modą, jako stosunkowo najmniej 
nudny sposób przepędzania czasu w „towarzy- 
stwie". Brak zajęcia, albo niechęć do zatrudnień, 
wyziębienie uczuć rodzinnych, powszedniość lub 
czczość stosunków światowych, próżność — prowa- 
dzą do szukania podrażnień z uczaciem, do 
chwilowego rozpłomieniania się, ażeby życiu 
swemu dodać nieco interesu, lub się pochwalić 
podbojami serc, czy też przynajmniej wyobraźni , 
w granicach, przez kodeks towarzyski zakreślo- 
nych. Wytwarza to całkiem nowe, a istotnie ko- 
miczne sytuacye. Zapewne, gdyby który małżo- 
nek prosił swego przyjaciela, aby mu rozkochał 
żonę, uważałoby się to ze objaw zepsucia, lecz 
gdy prosi go, żeby z nią poflirtował, to się po- 
czytuje za żart tylko zabawny, który może dzi- 
wić z początku, ale z którym oswoić się nie 
trudno. Wszak w świecie kłamstw konwencyo- 
nalnych idzie częstokroć o wyraz tylko. 

Autor „Flirtu" pochwycił właśnie te objawy 
nowomodnej zabawki salonowej i przedstawił 



— 480 — 

ją zarówno ze śmiesznej jak i z poważnej strony^ 
zarówno wśród mężczyzn, jak wśród kobiet. Nie 
może tu być oczywiście mowy o jakichś cał- 
kiem nowych charakterach, ale tylko o ich mo- 
dyfikacyacb, wynikłych wskutek świeżych form 
przejawienia się uczuć i stosunków. Znajdziemy 
więc tu, jak gdziendziej^ zwykłe kokietki, zwykłych 
letkiewiczów w mniejszym lub większym stopniu 
rozwinięcia tych właściwości, lecz zarówno je- 
dni, jak i drudzy, mają tę lub ową drobną ce- 
chę, co ich od znanych na scenie figur odróżnia, 
zabarwiając je najświeższą aktualnością. A to 
dla komedyi, zwłaszcza niższego rzędu, najzu- 
pełniej wystarcza. Tak np. pani Zabska, kobieta 
dojrzała, matka dorosłej córki, którą wciąż je- 
szcze ubiera w krótkie sukienki, cbcąc sama 
błyszczeć i podobać się w towarzystwie, byłaby 
powtórzeniem tylko figur tego rodzaju w belle- 
trystyce, gdyby nie pewna metodyczność, jaką 
wkłada w swoje flirtowanie. Z temperamentu 
chłodna i powolna, mogłaby właściwie myśleć 
o strojach i ich prezentowaniu na balach. Mo- 
dny atoli flirt pobudza ją do prób w tym kie- 
runku. Zna ona jego teoryę i pragnie ją stoso- 
wać systematycznie z rozłożeniem na rozmaite 
fazy i stopnie; rozumuje ona i planuje całkiem 
spokojnie, a że sprytu nie posiada, więc biorąc 
usłużność kuzynka, starającego się pocicbu o jej 
córkę, za objaw zajęcia się sobą, naraża się na 
śmieszność w szczupłem kółku domowem i ta 
śmieszność dostateczną dla niej jest karą. 



— 481 — 

Podobnież z p. Flirtowskim. I on również 
ma temperament dość spokojny, ozułości żony 
trochę mu się sprzykrzyły, radby się po staremu 
polampartowaó, ażeby potem wróoió ze skruchą do 
ogniska domowego. Wpada w kółko flirtujących, 
nie mając do tego sposobu zabawy przygotowa- 
nia należytego, daje się pociągnąć przez kobietę, 
w sztuce tej wprawną, lecz zamiast przyjemno- 
ści, samych doświadcza niewygód, zmuszony wy- 
stawać przez parę godzin na mrozie, przez co 
nabywa kataru, który mu wcale nie osładza 
chwil oczekiwania na schadzkę. Schadzka ta nie 
dochodzi do skutku, bo się F. dowiaduje, że jego 
żona ma właśnie w tej samej porze tajemną 
konferencyę (zresztą całkiem niewinną, o czem 
on nie wie) z przyjacielem, którego prosił sani 
o poflirtowanie z nią... 

Prócz osób wymienionych, jest jeszcze zde- 
chlaczek salonowy, lubieżnie cmoktający w ręce 
pań i impertynecko w nie się wpatrujący przez 
szkiełka; zachowaniem się swojem i przygodami 
nie mało się on przyczynia do wywoływania 
śmiechu. 

Prócz poważnych osobistości, które albo 
flirt krytykują, albo go biorą seryo, jest trzy: 
podstarzały mąż p. Żabskiej, który jej sprawia 
niespodziankę wydaniem córki za mąż, epizo- 
dycznie wprowadzony dziennikarz i dramatyczna 
ofiara flirtu Murski, który ową scenę uczuciową 
w akcie Hl-cim ze skutkiem odgrywa. 

Szczęśliwym pomysłem było wprowadzenie 

Kasza literatura dramatyczna. T. II. *^^ 



— 482 — 

dzieci, które na los swej matki potężnie wpły- 
wają, ratująo od śmierci; wzruszony bowiem ich 
widokiem Marski, pozostawia ją dla nich przy 
życiu. 

W „Bajkach'* (3 akty w 4 odsłonach, 1894) 
rozwinął Bałucki, niezbyt szczęśliwie, co prawda, 
wpływ plotek na życie i losy osób niemi do- 
tkniętych. Natalia Wścibińska , zapewniająca 
wszystkich głośno, że w niczyje życie nie wgląda 
i o nikim bajek nie rozgłasza, zakłóca spokój 
trzech rodzin paszczeniem pod sekretem w obieg 
kilku wiadomości, wysnutych prawie z niczego, 
a podkopujących już to zaufanie ludzi, już to 
dobre imię. Okoliczności, wśród których się to 
dzieje, nie są tak ułożone, iżby słuchacz i widz 
mógł na sery o uwierzyć w możność smutnych, 
a nawet srodze bolesnych zawikłań; ludzie tu 
zanadto są łatwowierni i zanadto się powodują 
pierwszem lepszem usłyszanem słówkiem. A zre- 
sztą taka Wścibińska, ponieważ nie pierwszy 
raz rzemiosło swe uprawia, chyba ze swego fa- 
chu znaną jest w mieście i tak łatwo ufności 
ku swym słowom budzić nie może. 

„Ciepła wdówka'* (w 3 aktach 1896) jest tylko 
odmianą „Klubu kawalerów'*. Jak tam Jadwiga, 
tak tu Hortensya Stroińska pociąga ku sobie 
cały zastęp mężczyzn (barona Puszą, braci Jab- 
ozyńskich, obywatela Łapiszewskiego) swoją za- 
lotnością i swojem bogactwem, które po starym 
mężu odziedziczyła. Idzie jej o to, ażeby doktora 
Bolimowskiego, co ją kochał w młodości, a te- 



J ' i"^ i ■ 



— 483 — 

raz stetryczał, ale miłość dla niej przechował, 
pociągnąć ku sobie; udaje się to jej wreszcie, 
lubo z trudem niemałym. Nową postacią w tej 
komedyi jest młody malarz Antoś, kochający 
krewniaczkę Hortensyi, Felę. 

W ^Niewolnicach z Pipidówki" (4 akty, 1897), 
granych z powodzeniem w Teatrze Bozmaito- 
ści, wyśmiał komedyopisarz panowanie żon nad 
mężami przy ciągłem zapewnianiu, że są bie- 
dnemi niewolnicami. Bzecz dzieje się w małem 
mieście galicyjskiem. Wzgardzona przez Karola 
Milicza, fachowego bankowca, Aurelia Filatyń- 
ska, której on radził, ażeby ze swemi afektami 
zwróciła się raczej do swego męża, postanowiła 
przeszkodzić wybraniu go na dyrektora kasy 
zaliczkowej i rozwinęła w tym celu bardzo gor- 
liwą propagandę między żonami dostojników 
miasteczkowych. Jedną (Sabinę, córkę burmistrza) 
pozyskała podbiciem jej bębenka, że, gdy jej 
mąż Feliks, zagrzebany w książkach profesor 
gimnazyalny, zostanie dyrektorem, spłynie na nią 
wielki honor i zaszczytny tytuł, drugą (Kamillę 
Dmuchalską), wesołą, lekkomyśną, drwiącą żonę 
doktora zjednafa tern, że robiąc na przekór mę- 
żowi wypłata mu doskonałego figla, trzecią, żonę 
burmistrza Grzmotnickiego, łatwo było namówić 
do zadowolenia ambicyi córki. Gdy sobie te 
trzy kobiety obiecały działać jednomyślnie i gdy 
do swoich celów pozyskały dziennikarza Satur- 
nina za pośrednictwem Wandy Oleckiej, która 
się rozeszła z narzeczonym o kwestyę równo- 

31* 



— 484 — 

uprawnienia płci pięknej, musiały dokonać swego, 
ohociaż wszyscy mężowie i p. Saturnin przyrze- 
kli posadę Miliczowi, uważając Feliksa za nie- 
zdatnego do niej. 

Filatyńska żadnych nie miała trudności ze 
swoim mężem, gdyż czego ona chciała, to dla 
niego było niecofnionym rozkazem, lubo siebie 
i innych łudził sofistycznem rozumowaniem, że 
ulegając żonie, on w rzeczywistości panuje — 
jest to dobroduszny pantofel. Doktór wydaje 
się twardszym. Zarozumiały, zaufany w swojej 
nieomylności jako obserwator i lekarz, szorstki 
i bezwzględny, mniema, że istotnie jest panem 
domu, ale sprytna jego żoneczka wzięła się na 
sposób i gdy chciała coś przeprowadzić, uda- 
wała, że jest temu przeciwną, gdyż wtedy mąż 
z pewnością odmiennego był zdania. Przytem 
doktór był nadzwyczajnie próżny i drażliwy; 
gdy mu więc opowiedziano plotkę, jakoby Mi- 
licz wyrażał się o nim niekorzystnie, został jaż 
on w opinii jego stracony. Najtrudniej szło z bur- 
mistrzem, człowiekiem trzeźwo patrzącym na 
rzeczy, mającym trafne poczucie słuszności, nie 
podlegającym już wpływowi wdzięków niewie- 
ścich. Ale i na niego znalazły sposób żona 
i córka: narzekania, posępne miny, ponure mil- 
czenie, wreszcie szlochy, płacze i spazmy wpro- 
wadzają burmistrza najprzód w irytacyę, potem 
w rozczulenie — i dla świętego spokoju w domu 
poświęca biedaczysko swoje przekonanie. Feliks 
zostaje dyrektorem ; Milicz zaś znajduje odszko- 



— 48B — 

dowanie pod postacią narzeczonej, Wandy Ole- 
ckiej, która żałując, iż dała się użyć za narzę- 
dzie do obalenia jego kandydatury, porzuca swe 
mrzonki emancypacyjne i zawód w urzędzie 
wynagradza mu swą rączką.. 

Epizodyczne figury feministek, karykatural- 
nie nakreślonyc : Dyktalskiej , Pietrzykowskiej 
i Feinstrychówny, są wprowadzone tutaj tylko 
dla wzmożenia komizmu sztuki, mającej go i tak 
podostatkiem. 

Pominąłem w powyższem sprawozdaniu albo 
takie sztuki, których dobrze nie znam, jak „Bo- 
dzina Dylskich^ (1875), przedstawiająca zgubną 
chęć wyniesienia się rzemieślników nad swoje 
sferę; albo taką grubą farsę, jak „Teatr ama- 
torski" (1877), gdzie rysy karykaturalne i nie- 
prawdopodobne sytuacye wyzyskane zostały dla 
wywołania jedynie śmiechu, albo wreszcie tak 
zwane przez autora fraszki sceniczne, jak: ;,Na 
łonie natury", „Bilecik miłosny", „Kuzynek", 
„O Józię", które tylko zręcznem dyalogowaniem 
i dowcipem się odznaczają, jiie mając zresztą 
pretensyi do przedstawienia jakichś wyraźnych 
charakterów. 



IV. 

Po tem sumarycznem rozejrzeniu się w ko- 
medyach Bałuckiego, zapytajmy o jego psycho- 
logią i artyzm. 



— 486 — 

Komedyę pojmuje nasz autor w dawnem 
znaczeniu: za pomocą śmiechu ma ona kar- 
cić obyczaje. Nie należą zatem do jej zakresu 
ani charaktery głębokie lub subtelne, anir powi- 
kłania i kolizye naprężone, ani zagadnienia tru- 
dne i zawiłe, gdyż te wszystkie czynniki musia- 
łyby za sobą sprowadzić namysł poważny, wzru- 
szenie silne, zasępienie myśli, starcia się bolesne. 
Wówczas śmiech swobodny, śmiech szczery, wy- 
raz pogodnego usposobienia ducha i wyższości 
naszej nad drobnostkami życia i ludźmi, co się 
z niemi biedzą, uleciałby bezpowrotnie, a jego 
miejsce zająłby uśmiech szyderczy czy sarka- 
styczny, lub ciężka zaduma nad zepsutymi sto- 
sankami społecznymi i nędzą natury człowieczej. 

Bałucki chce się śmiać i pobudzać innych 
do śmiechu; więc też zawsze wybierał temata, 
które mogły mieć wesołe lub przynajmniej po- 
godne rozwiązanie. Rzeczy bardzo drażliwych 
nie poruszał wcale, albo tylko mimochodem. 
Znamiennym jest rys, iż w dwudziestu kilku 
sztukach swoich ani razu nie obrał za ich przed- 
miot główny motywu, tak pospolitego w kome- 
dyach francuskich i naszych, jakim jest niewiara 
małżeńska. Mężatki, prowadzące romans, są za- 
wsze postaciami epizody cznemi tylko u Bału- 
ckiego. Najjaskrawszą w tym względzie postacią 
jest doktorowa Figurkowska w „Gęsiach i gą- 
skach", z bardzo dobrze dobranym towarzyszem 
Pantaleonem Durnickim. O sprytnem oszukiwa- 
niu męża, zarozumialca, wierzącego w nieomylny 



r 



— 487 — 

swój system, słyszymy tylko w „Domu otwar- 
tym^, nie widząo schadzki na scenie, a jeżeli ją 
widzimy, jak w „Badcach pana Eadcy^ to jai 
w fazie rozłamu. Inne mężatki, zamierzające do- 
piero się sprzeniewierzyć (w „Pracowitych pró- 
żniakach", we „Flircie", w „Niewolnicach") po- 
wstrzymują na tej drodze albo szlachetne po- 
stępowanie i rozumne 6d!owa kochanego czło- 
wieka, albo odepchnięcie afektów, albo miłość 
do dzieci. A w każdym z tych nielicznych wy- 
padków, autor szybko je mija, zaledwie je nam 
ukazując, nigdy też nie stają się one przyczyną 
jakiegoś gwałtownego starcia; lecz, z wyjątkiem 
„Flirtu" wywołują raczej uśmiech, a to dlatego, 
że dotykają ludzi, dla których spółczucia mieć 
nie możemy. 

Na słabości i błędy jest komedyopisarz wy- 
rozumiały. Tu i owdzie sarknie dotkliwiej, ale 
tylko na chwilę. Największą karą dla błądzą- 
cych bywa u niego ośmieszenie lub upokorze- 
nie. Jeden tylko Funio z ;,Pozłacanej młodzieży", 
który wyłudziwszy lub poprostu zabrawszy cu- 
dze fundusze, ucieka z kokotą do Wiednia, jest 
ścigany przez polioyę jako złodziej. Drugi po- 
dobny do niego trochę wyzyskiwacz młodych 
głupców, Kamil w „Pięknej żonce", pod wpły- 
wem wspomnień rodzinnych oraz przez miłość 
do sympatycznego dziewczęcia, poprawia się, 
porzuca życie próżniacze i bierze się do pracy. 
Tak samo, mniej zepsuci lamparci, z gruntem 
serca poczciwym, znajdują u komedyopisarza 



— 488 — 

naszego łaskę, nadzwyczaj szybko się przemie- 
niają i odgrywają dodatnie role (np. Stefan Gze- 
czuga w „Nowym dzienniku"). 

Tak zwane grzeszki kawalerskie traktuje Ba- 
łucki lekko i podobno nie moźnaby znaleźć sil- 
niejszego kontrastu, jak gdy się zestawi „Ręka- 
wiczkę" Bjornstjerne-Bjornsona z fraszką na- 
szego autora „O Józię". U norweskiego dra- 
maty ka stosunek miłosny narzeczonego staje 
się powodem zerwania małżeństwa projektowa- 
nego, gdy Bałucki swoim urwisom (mężowi i na- 
rzeczonemu) napędza tylko nieco strachu i kon- 
fuzyi; narzeczona łatwo wybacza Zygmuntowi, 
a żona pozostaje w błogiem zaufaniu do męża. 
Widocznie autor, ze względu na słabość ludzką, 
nie chciał sprawek takich brać na seryo i trak- 
tować ich po doktrynersku. 

A jak kolizye łatwo się u Bałuckiego wy- 
równywają, tak też i przemiana usposobień do- 
konywa się bez trudu i to zarówno w złem jak 
w dobrem. Najczęściej oddziaływa na osoby ko- 
medyi zły lub dobry przykład; niekiedy jedno 
słowo. Czasami nas to razi, gdy osoby kome- 
dyi okazują się zbyt łatwo wiem emi, zbyt pod- 
ległemi lada drobnemu wpływowi; czasami prze- 
miana wewnętrzna usposobienia przedstawia dla 
baczniejszego spostrzegacza pewne trudności, 
pewne nieprawdopodobieństwa, zwłaszcza gdy 
się odbywa w bardzo krótkim przeciągu czasu; 
na ogół powiedzieć można, że owe metamor- 
fozy dlatego są tak łatwe, iż dokonywają się 



— 489 — 

w duszaoh dosyć płytkich, które nic nie biorą 
głęboko ani do serca ani do umysłu. 

Bzeczywifioie, nietylko ograniczone mieszczu- 
chy, nietyl^p zadomowiona szlachta, lecz nawet 
^inteligencya" : adwokaci, inżynierowie, technicy, 
literaci, dziennikarze, artyści są w komedyach 
Bałuckiego istotami niezmiernie łatwemi do prze- 
niknięcia; można powiedzieć, że serce i umysł 
noszą na dłoni. I tern są do siebie rodowo po- 
dobni; różnią się jedynie drobnymi, częstokroć 
czysto zewnętrznymi rysami. Stąd można ich 
podzielić na pewne kategorye, dające się okre- 
ślić kilkoma słowy. 

Najsłabszymi artystycznie, najbardziej ogól- 
nikowymi są bohaterowie dodatni, co zresztą 
jest wspólną cechą wszystkich naszych kome- 
dyj. Są to ludzie uczciwi, szlachetni, rozsądni, a 
nawet po większej części dosyć zaradni. Nad- 
miarem uczuciowości wcale się nie odznaczają; 
kochając, znoszą kaprysiki swoich bohdanek, nie 
bardzo się martwią ich chwilową niełaską, słów 
nietylko porywających, ale nawet czułych nie 
wypowiadają. Mają jakieś określone zajęcie, umieją 
zazwyczaj usunąć przeszkody, stawiane na dro- 
dze urzeczywistnienia swych zamiarów; ale 
i w tem nie rozwijają ani wielkiej przenikliwo- 
ści, ani też szczególnej energii; dopomagają im 
czasami sprytniejsi od nich nawróceni lamparci. 

Młode panny są również do siebie podobne: 
dobre, serdeczne, gospodarne, litościwe, sympa- 
tyczne, kochają stale i wytrwale; niekiedy dro- 



— 490 — 

bna chmurka nieafnośoi ukaże się na niebie ioh 
rojeń, ale rychło znika, lubią kotki, ptaszki i t. d. 
W słowach nie posiadają wielkiej biegłości, w ma- 
rzeniach nie bujają, trzymając eią ziemi i jej 
wymagań. Od czasu do czasu jakiś rysik ich co- 
kolwiek uwydatnia, np. spryt i umiejętność wy- 
zyskiwania słabości ludzkich (panienki w pGrru- 
bych rybach"), drażnienie eię z narzeczonym 
(Kamilla w ^Domu otwartym"), udany wstręt 
do ukochanego z żądzą, żeby on zawsze się 
niemi zajmował (Marynia Mirska w „Klubie ka- 
walerów"). "Wszystkie zaś wybuchają szczerem 
uczuciem, gdy ukochanym grozi jakie niebez- 
pieczeństwo, nawet jeśli są przekonane, że utra- 
ciły ich serce (Marynia Mirska, Fela w „Ciepłej 
wdówce*). 

Eozmowy miłosnej, któraby mogła sama przez 
się zająć, nie ma w sztukach Bałuckiego; uczu- 
cie wyraża się w słowach pospolitych, prawie 
banalnych; zachowanie się tylko osób nadaje 
tej stronie komedyi pewne zajęcie, chociaż by- 
najmniej nie największe, gdyż wiaściwy interes 
skupia się w figurach charakterystycznych, które 
też stanowią istotną dziedzinę twórczości na- 
szego autora i zapewniają mu bardzo wydatne 
miejsce w literaturze. 

Od niedorostków do staruszków mamy tu 
całą ich świetną galeryę, pobudzającą w wię- 
kszym lub mniejszym stopniu do śmiechu. 

Bałucki zna Kraków i jego okolice najle- 
piej; stąd też wszystkie jego charakterystyczne 



— 491 — 

postaci noszą wybitne piętno miejscowe, czy to 
będą takie niedorosłe jeszcze, a jui zepsute 
chłopaki, jak bracia marmarki^ dwukrotnie wy- 
stępujące u Bałuckiego (Lunio i Munio — ko- 
guciki pełne komizmu w „Pozłacanej młodzieży^; 
Lolo i Lunio hrabiowie G-apiszewsoy w „Pię- 
knej źonce^); czy starsi od nich, ale nie rozu- 
mniejsi bracia Jabczyńsoy, goniący za posagiem 
(w „Ciepłej wdówce"), czy łobuzy i lamparty, 
jak rozmaite Artury i Napcie; czy froterzy wy- 
najmujący się do tańca za dobrą kolacyę i mo- 
żność swobodnego rozpierania się po kanapach; 
czy kamieniczniki, dorobkowicze, dla pokazania 
się i wejścia w sferę wyższą,vudający marnotraw- 
ców; czy szlachta w najrozmaitszych odmianach 
śmiesznostek, czy hrabiowie bratający się z mie- 
szczaństwem lub szlachtą dla chwilowego inte- 
resu; czy podstarzali kawalerowie, próbujący 
grać rolę młodzików, czy staruszkowie poczciwi 
i zacni, ale swarliwi z przyzwyczajenia: wszystko 
żyje w komedyach Bałuckiego naprawdę, tak 
samo jak strojnisie, pięknotki, kobietki rozamo- 
rowane, stare panny, wymalowane czupiradła 
lub herod-baby. 

W malowaniu tego mrowia ludzkiego, śmie- 
sznego swemi pretensyami, lub niezgodnością 
słów z postępowaniem^ używa Bałucki rysów 
wydatnych, grubych, często wpadających w ka- 
rykaturalność, ale osiąga prawie zawsze efekt 
zamierzony — rozśmiesza widzów. W posługiwa- 
niu si^ środkami artystycznymi nie przebiera; 



— 492 — 

nieraz chwyta się takioh, które krotoohwili tylko 
są dzisiaj dozwolone, jak podsłuchiwanie, nacią- 
gane nieporozumienia w słowach, nadmierna ła- 
twowierność, dobrodusznośó lub głupota osób, 
po których nie oczekiwaliśmy takich właściwo- 
ści. Intryga zazwyczaj bywa bardzo prosta, na- 
wet błaha, tak że jej rozsnucie i rozwiązanie 
wielkich wysiłków ze strony komedyopisarza nie 
wymaga. Pierwszy akt bywa zazwyczaj naj- 
lepszym. 

Ażeby sytuacyę uczynić komiczną, nie waha 
się autor uciekać do zawikłań nieumotywowa- 
nych, nieprawdopodobnych. Dla ułatwienia so- 
bie sprawy, usuwa często osoby ze sceny w spo- 
sób dowolny. I pod tym względem nie uczynił 
Bałucki wielkiego postępu w przeciągu lat trzy- 
dziestu. Parę przykładów tu wystarczy. Biorę 
jedną z nowszych sztuk: „Ciepłą wdówkę". Jest 
dzień imienin tytułowej bohaterki. Spodziewani 
są oczywiście liczni goście. Ale ponieważ auto- 
rowi byłoby niewygodnie dać się zebrać wszyst- 
kim, gdyż rozsnucie sytuacyi nie byłoby łatwem, 
więc gdy pierwszy gość się pojawa, pani Hor- 
tensya zabiera go zaraz na śniadanie, bo ani 
ona, ani ten gość nie są potrzebni do scen, ja- 
kie bezpośrednio mają nastąpić. Podobnie w ^Nie- 
wolnicach". Ażeby okazać, jak biedny Filatyński 
obładowany jest różnymi sprawunkami, każe mu 
autor wchodzić do obcego pokoju w palcie i wyj- 
mować po kolei rozmaite paczki i paczuszki ze 
wszystkich kieszeni palto ta i tużurka... 



— 493 — 

Bozamie się, źe tam, gdzie idzie o śmiech 
tylko, publiczność mało zważa na takie drob- 
nostki, w życiu towarzyskiem nieprawdopodobne. 

I język osób w komedyach Bałuckiego spro- 
wadzony został do niskiego ich poziomu umy- 
słowego, Z wyjątkiem jednej komedyi („Po 
śmierci ciooi^), gdzie styl jest bardziej literacki, 
we wszystkich innych panuje szarzyzna pospo- 
litości, częstokroć nieogładzona nawet z chro- 
powatych kantów. Najmniejszej dbałości autor 
nie okazuje nietylko o piękność wyrażenia, ale 
nawet o jego wyższą nieco poprawność. Stara 
się naśladować mowę powszednią warstwy śre- 
dniej, dosypując do niej tylkp dużo konceptów, 
dwuznaczników i żartów. Wyższego dowcipu 
trudno się doszukać w sztukach Bałuckiego. 
Nawet literaci i dziennikarze mówią wyszarza- 
nym językiem i stylem. Jeden tylko malarz An- 
toś w „Cieplej wdówce" cokolwiek dodaje barwy 
swoim wyrażeniom przez użycie gwary artysty- 
cznej. 

Ale ta mowa pospolita nie razi nas na przed- 
stawieniu; uderza ona tylko w czytaniu — i może 
dlatego autor tak mało sztuk swoich ogłosił 
drukiem. Ażeby komedye Bałuckiego naprawdę 
się podobały, muszą być widziane na scenie. 
"Wtedy dopiero przekonywamy się, co to zna- 
czy talent iście sceniczny. Uwydatnione grą ar- 
tystów rysy znamienne osób, zrozumiałych dla 
wielkiej masy widzów, komizm sytuacyj działa- 
jący sam przez się bez pomocy słów nawet, po- 



— 494 — 

goda umysłu autora, udzielająca się publiczno- 
ści, szczera i zdrowa wesołość, tak potrzebna 
do podtrzymania rzeżwości ducha i wlewająca 
poczucie wyższości nad tern mrowiem, co się 
trapi nad podniesieniem igiełki sosnowej, wy- 
wołują zadowolenie estetyczne i każą dzięko- 
wać komedyopisarzowi za mile spędzone chwile. 
Temi środkami zyskał sobie Bałucki popular- 
ność na wszystkicn scenach polskich, a głów- 
nie na warszawskiej , której dostarczył 22 
sztuki, po większej części nie schodzące z re- 
pertuaru. Żaden ze współczesnych komedyopi- 
sarzy naszych nie może się taką zasługą po- 
chlubić. 



xxx. MŁODSI. 

1. Stanisław Gabryel Kozłowski. 

Nazwisko autora rozsławił konkurs drama- 
tyczny imienia "Wojciecha Bogusławskiego w r. 
1886; gdzie „tragiedya w 10 obrazach wierszem** 
p. n. „Albert, wójt krakowski" otrzymała pier- 
wszą nagrodę. 

Bozgłos przyniósł równocześnie i ciernie, gdyż 
wyrok sądu konkursowego nie znalazł potwier- 
dzenia w opinii ogółu ukształconego, który tern 
więcej usterek dopatrywał w utworze, im wyżej 
zalety jego podnosili sędziowie. 

Dzisiaj, po latach 11 od owego czasu mo- 
żemy się już spokojnie nad wartością „Alberta 
Wójta** zastanawiać. 

Temat niewątpliwie dobrze był wybrany. 
Walka króla polskiego, łączącego rozdzielone 
przez półtora wieku dzielnice, z żywiołem nie- 
mieckim, butnie po miastach panoszącym się, 
walka skomplikowana miłością Hansa, syna Al- 
bertowego, do Małgosi, córki kasztelana krako- 
wskiego, Janka z Brzeska, oraz namiętnością, 
jaką do tej^że Małgosi zapałał zniemczały Ślą- 



— 496 — 

zak, biskup Maskata, dostarczyć mogła potęż- 
nych motywów dramatycznych, stawiając prze- 
ciwko sobie wielkie i ważne sprawy lub też silne 
i do czynów budzące uczucia. 

Czy z tego tematu umiał p. Kozłowski sko- 
rzystać? Czy umiał trzy główne wątki tak ze 
sobą dramatycznie zespolić, iżby wytworzyły je- 
dnolitą więź, tern mocniejszą, iż z różnorodnych, 
a silnych składała się pierwiastków? 

Mojem zdaniem, nie. Trzy owe wątki biegną 
równocześnie obok siebie, tu i owdzie tylko ze 
sobą się łącząc, ażeby następnie znów iść roz- 
dzielnie. Z takiego sposobu traktowania osnowy 
wynikły sceny poszczególne, ale nie jednolity, 
spójny dramat. Jest więc scena jedna i druga 
między Łokietkiem i Albertem, jako przedsta- 
wicielami dwu sprzecznych dążności narodo- 
wych; jest scena między Hansem i Małgosią, 
między Małgosią i Muskatą; jest scena między 
synem i ojcem, który widzi się zmuszonym do 
wydania wyroku śmierci na jedyną istotę, uko- 
chaną całem sercem; — ale niema potężnej mię- 
dzy niemi spójni; każda traktowana jest jakby 
sama dla siebie. Inaczej mówiąc, w „Albercie 
wójcie" mamy szereg obrazów, lecz nie mamy 
dramatu, a tembardziej tragiedyi. 

Ale możeby ta wada nie stawała się tak wy- 
raźną, gdyby wykonanie było lepsze. Niestety I 
lotności słowa autor nie posiada; bardzo staran- 
nie, może z wielkim trudem układa on wiersze^ 
gładkie, potoczyste, czasami nawet ładne; lecz 



— 497 — 

tohem wielkiego uczuoia nie owiane, a blaskami 
bogatej wyobraźni nie rozjaśnione. Ani jedna 
scena nie robi wrażenia silnego, przejmującego 
grozą lab wzruszeniem, nawet scena skazania 
syna na ńmieró przez ojca. Trochę siły przed- 
stawia zakończenie dramatu, w którem bezwzglę- 
dność zwycięzców w obchodzenia się ze zwy- 
ciężonymi oddana została plastycznie. 

A charaktery? Z bardzo licznego personelu, 
Łokietek tylko jest dramatycznie pojętym i kon- 
sekwentnie przeprowadzonym w utworze od po- 
czątku do końca, jako władca silnej ręki, świa- 
domy celu, do którego dąży, srogi dla winnych, 
wyrozumiały, choć nie miękki bynajmniej, dla 
słabych, nie znający wahania się w tern, co za 
potrzebne do zrobienia uznał, gorący miłośnik 
ojczyzny, co pojmuje dokładnie niebezpieczeń- 
stwo rozpanoszenia się żywiołu niemieckiego 
i dąży wszystkiemi siłami do uczynienia go nie- 
szkodliwym dla przyszłego rozwoju państwa. 
Słowa do mieszczan krakowskich, korzących się 
po zwalczeniu buntu, wyrzeczone, dobrze wska- 
zują myśl jego przewodnią: 

Może to miasto stanąó i zakwitnąć, 
Pierwsze wziąć miejsce śród grodów Europy, 
Lecz będzie polskiem miastem.. Zamiast gwary 
Niezrozumiałej i przykrej dla uszu, 
Dźwięk polskiej mowy rozlegnie stę stary. 
Szczeropolskiego będą animuszu 
Przyszli mieszkańcy nowego Krakowa... 

Nasza litemtuia dramatyczna. T. II. 32f 



— 498 — 

Wszystkie inne charaktery w dramacie chro- 
mają mniej lub więcej, poczynając od bohatera 
tytułowego, który miał być nawet według Ło- 
kietka „mężem znakomitym*^, „człowiekiem dziel- 
nym, tylko pysznym^ a jest bladym cieniem 
ambicyi i miłości ojcowskiej, staczających w jego 
sercu walkę,.nie wzruszającą czytelnika. Syn jego, 
jakkolwiek szkicowo nakreślony, jednolioiej wy- 
gląda od ojca, jako kochanek, rycerz, człowiek 
czynu, z nową swą ojczyzną zjednoczony spól- 
nością uczuć. Małgosia jest mieszaniną wiary 
naiwnej, świadomości spraw płciowych, wyga- 
daną deklamatorką; nie powiada ani jednego 
słowa, któreby ją kochać nam kazało. Jej ojciec, 
Jiinko z Brzeska, to zlepek dzielności rycerskiej 
i jakiejś dziwnej niemęskiej nieradności. 

Czarnym charakterem, w całej pełni znacze- 
nia, jest biskup Muskata, opój, gracz, wyzyski- 
wacz poddanych, wichrzyciel, lubieżnik, nie wie- 
rzący niby w Boga, a w końcu kający się po- 
kornie przed nim, W Sudermanie, zapalonym 
przedstawicielu niemczyzny, był materyał na 
bardzo dobrą figurę, lecz autor rychło go uśmier- 
ciwszy, nie wiadomo dlaczego, odjął sobie spo- 
sobność rozwinięcia charakteru tęgiego i szczerego. 

Drugim z kolei dramatem p. Kozłowskiego, 
napisanym w r. 1887, a drukowanym dopiero 
w 1897, jest „Esterka", dramat w 6-ciu obra- 
zach na tle historycznem. 

Motto wzięte z poezyi Krasińskiego, a umie- 
szczone na karcie tytułowej: „Z sprawiedliwo- 



— 499 — 

ścią on dzieje zeswata; odeń już inne zaczną 
snuć się lata" — wskazuje, w jakim duchu 
chciał autor wystawić charakter i działalność 
króla Kazimierza, który jest rzeczywistym bo- 
haterem jego dramatu. 

Władca-to rozumny, pragnący uszczęśliwić 
wszystkie warstwy swego narodu i oprzeć pa- 
nowanie swoje nie na samowoli i przygodnem 
widzi-mi-się, lecz na prawach, mających moc 
obowiązującą dla wszystkich. Chce rządzić spra- 
wiedliwie, nie ulegając namiętnościom i nie po- 
wodując się niemi w wydawanych przez siebie wy- 
rokach; ale równocześnie pragnie, by wsadza 
jego monarchiczna nie doznawała uszczerbku 
z żadnej strony, a więc i ze strony kościoła; 
szanując religię, nie znosi uroszczeń duchowień- 
stwa i jeżeli osądzi, że majestat jego został zel- 
żony, nie zawaha się przed czynem gwałto- 
wnym, każe utopić księdza Baryczkę. 

Takim jest Kazimierz Wielki zarówno w okre- 
śleniach, wypowiadanych przez różne osoby dra- 
mata, jakoteź w samym przebiegu akcyi. 

Akcya ta skupia się około jednego przed- 
miotu; czy ma być ogłoszonym przygotowany 
już statut dla żydów. Sam król jest za ogło- 
szeniem; wśród jego doradców istnieje w tym 
względzie niezgoda. Jedni, czy to z własnego 
przekonania, czy też (na co autor nacisk poło- 
żył) ujęci i przekupieni przez żydów, a przed e- 
wszystkiem przez ulubienicę króla, Esterkę, wy- 
rażają opinię zgodną z wolą monarchy; drudzy 



— 600 — 

zaś są stanowczymi przeciwnikami zamiaru kró- 
lewskiego. Pomiędzy przeciwnikami najpowa- 
żniejszym i najwymowniejszym jest kasztelan 
Spytek; jego błagania sprawiają, że nawet naj- 
gorliwsi zwolennicy projektu radzą królowi, by 
na czas jakiś wstrzymał jeszcze ogłoszenie sta- 
tutu. Kazimierz radzie tej ulega. 

Esterka, pragnąc pozyskać skuteczną pomoc 
w sprawie współwyznawców swoich, kokieto- 
wała ulubieńca królewskiego, Kochana !BawQ, 
człowieka gwałtownych namiętności, który nie 
chciał zadowolić się uśmiechami tylko pięknej 
kabiety, co się stała serca jego „chorobą^ i „ży- 
wota nieszczęściem^. Esterka nie przypuszczała, 
by jej niewinna (jak jej się zdawało) zalotność 
mogła upoważnić Kochana do wymagań, które 
ją wstrętem przejmują. Ze zdumieniem więc słu- 
cha wyznania namiętnego młodzieńca: 

Już rok minął drugi, 
Kiedy innie wzięłaś w swe zdradliwe ręce; 
Od dwóch lat żyję w ciągłej, strasznej męce, 
Od dwóch lat pełnię twardą pracę sługi. 
Imam się rohót niegodziwych, marnych, 
Ja się upadlam dla tych oczu czarnych! 
Żehy módz dotknąć tych kruczych warkoczy. 
Zdaje się, ręka moja krwią się zhroczyl 

Przekonawszy się o władzy swojej nad Ko- 
chanem, Esterka, lubo przeczuwa, że żle robi, 
posługując się nim, jako narzędziem, wkłada 
przecie nań obowiązek, by kasztelana Spytka 



'^-TS-'- 



— BOI — 

uczynił przychylniejszym dla sprawy żydów. 
Kochan wie, że ani pieniędzmi Die kupi tego 
człowieka, ani też argumentami rozumowymi 
wpłynąć nań nie potrafi; więc zapowiada, że się 
odważy nawet na zbrodnię, by uczynić Spytka 
nieszkodliwym. 

Autor chce, by Esterka tych napomknień 
nie rozumiała; dokonywa tego ze szkodą jasno- 
ści sytuacyi, kiedy ulubienica Kazimierza, ode- 
pchnąwszy Kochana, jako współzalotnika króla, 
zawiera z nim wszakże jakiś układ. Pragnął p. 
Kozłowski, aby bohaterka była uwikłana w spra- 
wę morderstwa Spytka, a jednak nie poczuwała 
się do winy. Mojem zdaniem, nie wywiązał się 
z tego zadania szczęśliwie. Dwuznaczność w roz- 
mowie z Kochanem zrobiła scenę tę naciąganą 
i mało prawdopodobną. Taki człowiek jak Ko- 
chan, wypowiedziawszy już swoje żądania, od- 
trącony niby ze wzgardą przez Esterkę, nie byłby 
sobie szepnął na stronie: „Tak! nie pora jeszcze'' 
i nie prosiłby puszczenia w niepamięć poprzed- 
nich słów swoich, obiecując równocześnie uczy- 
nić Spytka nieszkodliwym. Namiętność umie 
także rachować po swojemu i wyzyskiwać po- 
łożenie należycie. 

Kochan podczas uczty w Łobzowie truje 
Spytka i zawiadamia o tem Esterkę, powiada- 
jąc: „My kasztelana struliśmy... we dwoje'^. 
Nikt więcej o sprawcy zbrodni tej nie wie. Po- 
sądzenie spadło na żydów, znajdujących się 
w czasie biesiady w Łobzowie. Wzięto ich na 



— 602 — 

tortury. Męczarnie nie wyoisnęły zeznania. Ester- 
ka, zapytana przez króla, czy nic nie wie o 
sprawcy morderstwa, fałszywą przysięgą stwier- 
dza kłamstwo i dopuszcza, by niewinni cier- 
pieli. Chce potem wyznać prawdę, ale Kochan 
łatwo ją wtedy przekonywa, że król, przeświadczy- 
wszy się, iż poprzednio przysięgała fałszywie, 
nie da wiary jej oskarżeniu. Musi więc milczeć 
i cierpieć. 

Milczy też i cierpi Kochan, któremu król 
kazał właśnie utopić księdza Baryczkę za zu- 
chwałe słowa o rozpuście królewskiej. Zaczynają 
się mordercy ukazywać widma, które go dręczą 
i do takiej doprowadzają rozpaczy, iż wszelkie 
pożądania stają mu się obojętne. Zażywa tedy 
truciznę: wyznaje swoją zbrodnię wobec króla 
i umiera. Kazimierz wydala Esterkę i — wbrew 
oczekiwaniom nieprzyjaciół żydów — każe ogło- 
sić statut, by zapobiedz nadużyciom i niespra- 
wiedliwości, której ulegli męczeni na torturach 
niewinnie. 

Dramat p. Kozłowskiego nie porywa czytel- 
nika, a zająć może w szczupłej tylko mierze. 
Nie porywa dlatego, że nie ma w nim starcia 
się ani wielkich idei, ani potężnych namiętno- 
ści. Król, chociaż rozumny, chociaż jest przed- 
stawicielem sprawy słusznej, chociaż wogóle po- 
stępuje z godnością — nie umie nadać słowom 
swoim w sprawie żydów takiej siły przekony- 
wćtjącej, któraby przejęła nas uwielbieniem dla 
jego mądrości lub serca. Co gorsza, autor, wpro- 



— 503 — 

wadzając na scenę naradę nad statutem, nie 
uważał za potrzebne zaznajomić nas z jego tre- 
ścią. Jakżeż więc czytelnik może się zaintere- 
sować sprawą, której nie zna, o której słyszy 
tylko nic nie mówiące ogólniki. Stąd też i głosy 
obradujących są prawie wszystkie bez interesu 
dla dzisiejszego czytelnika. Sympatyczny skąd- 
inąd Spytek w argumentach swoich przeciwko 
żydom słabo się przedstawia pod względem zdol- 
ności rozumowania nawet ze stanowiska wieku 
Xiy, ponieważ opiera się przeważnie na ba- 
śniach. 

A jak nie ma tu wielkich idei, tak też brak 
potężnych namiętności. Chciał autor zrobić Ester- 
kę kobietą szczerze i gorąco przywiązaną do 
króla, lecz zamiaru tego nie osiągnął, gdy kazał 
jej chadzać krętemi drogami dla wyjednania 
przywilejów. W słowach jeno zapewnia ona o 
swej miłości; ale w postępowaniu, zwłaszcza 
w sojuszu z Kochanem, przedstawia się bardzo 
dwuznacznie. Namiętność Kochana jest wpra- 
wdzie gwałtowna, lecz rozwinięta słabo i przer- 
wana zgryzotami sumienia. O uczuciach innych 
osób nie ma co nawet wspominać, boć bezczelna 
zalotność Anny, córki podkoniuszego króle- 
wskiego Gejzy, wstrętem tylko przejąć może. 

Ładna jest postać księdza Baryczki, ascety, 
oddanego modlitwie i dobrym uczynkom, przy- 
tem gorliwego kapłana, który pełniąc obowiązek 
według sumienia swego, nie lęka się stanąć przed 
królem i rozpustę jego w żywe oczy karcić, 



504 



lubo wie, źe życiem śmiałość tę przypłacić może. 
Piękną jest również postać Łotana, młodego 
żyda, przenikniętego szlachetnym zapałem, wy- 
rzucającego swoim współwyznawcom zmaterya- 
lizowanie się, tłómaczącego tern wzgardę im 
okazywaną i przepowiadającego, im zagubę wraz 
z przekleństwem narodów. Najpiękniejsze w dra- 
macie wiersze są włożone w usta tego natchnio- 
nego młodzieńca. Szkoda, że mu autor zbyt 
szczupłą wyznaczył rolę w akcyi. 

Budowa dramatu dobrą nazwaną być nie 
może. Stosunki, podrzędne w znaczeniu drama- 
ty cznem, są przedstawione zbyt szeroko; zasa- 
dnicza sytuacya (kwestya statutu) — ogólni- 
kowo, a katastrofa splątana najniepotrzebniej 
z utopieniem Baiyczki, co powoduje rozdwoje- 
nie interesu, osłabia w wysokim stopniu doda- 
tnie wrażenie, jakie sprawiał król Kazimierz, 
i sprowadza pośpieszne załatwienie naraz dwu 
spraw odmiennych. Wiersz p. Kozłowskiego jest 
poprawny, a nawet bardzo staranny, lecz brak 
mu dźwięku metalicznego. 



Przedstawienie oryginalnie po polsku napi- 
sanego dramatu na scenie warszawskiej zdarza 
się rzadko; od ostatniej tego rodzaju reprezen- 
tacyi („Posąg** Wacława Szymanowskiego) upły- 
nęło lat kilkanaście. To też nie dziwimy się 
wcale wielkiemu zajęciu, jakie obudził w prasie 
i wśród publiczności „Turniej" p. Stanisława 



— BOB — 

Kozłowskiego, dany w Teatrze Wielkim 14 lu- 
tego 1897 roku po raz pierwszy, a jeszcze 
w kilka miesięcy potem szczelnie) zapełniający 
salę. Zrażony widać trudnościami, jakich dozna- 
wał w wystawieniu sztuk swoich, osnutych na 
dziejach ojczystych, za wątek obrał sobie do 
trzeciego dramatu czasy odrodzenia sztuki we 
Włoszech. 

Bujne życie tej doby, potężne namiętności, 
niczem nie krępowane w rozwoju swoim, swo- 
boda obyczajów, stykająca się co krok z rozpu- 
stą wyuzdaną, a przytem oznaki pobożności ze- 
wnętrzej, zamiłowanie w przepychu, gdzie tylko 
roztoczyć go było można, udział władz rządo- 
wych i tiumów w interesowaniu się sprawami 
sztuki — dają bardzo bogaty do użytku mate- 
ryał twórcy dzieła scenicznego ; zarówno bowiem 
obfitują w efekta dla oczu, jak iw grę uczuć — 
dla serca i umysłu. 

Co się tyczy efektów dla oczu, p. Kozłow- 
ski wyzyskał je umiejętnie; w każdym akcie 
umieścił jakąś wspaniałą lub efektowną scenę 
zbiorową, malującą czy to życie artystyczne 
z jego upojeniami i zawiściami, czy wystąpie- 
nie uroczyste władz florenckich, rozstrzygających 
konkurs (turniej), komu mają być powierzone 
malowidła w nowo wznoszonej świątyni, czy 
uczty i zabawy wraz popisami baletu, czy wre^ 
szcie publiczne prowadzenie śledztwa w celu 
odkrycia mordercy. Widz w teatrze ma wciąż 
sposobność wchłaniania wrażeń wzrokowych świe- 



— 606 -~ 

żych i urozmaiconych; w każdym akcie nowe 
dekoracye, w każdym akcie barwne widowisko 
mnóstwa osób w malowniczych kostiumach ma- 
larzy, modelek, tancerek. 

Czy temu bogactwu widoków i zmian ze- 
wnętrznych odpowiada bogactwo i doniosłość 
kolizyj dramatycznych? W zasadzie niewątpli- 
wie można dać na to pytanie odpowiedź twier- 
dzącą, bo starcia się wielkich namiętności nie 
brak pomysłowi, ale wykonaniu musimy zro- 
bić poważne zarzuty. 

Zdarzenie, na którem p. Kozłowski osnuł 
swój dramat, opowiedział u nas obszernie a bar- 
wnie Józef Kremer w 1-ym tomie swojej »Po- 
dróży do Włoch**. Są tam nawet zarysy chara- 
kterów dwóch osób głównych tak podane, jak 
je pojął autor „Turnieju". 

Oto Domenico di Bartolomeo, zwany Wene- 
cyaninem, przejąwszy od Antonella z Messyny 

tajemnicę stosowania farb olejnych, przybywa 
do Florencyi i wzbudza uwagę całego miasta 
dziwnie pięknem malowaniem swojem. „Byle 
kto ucha nadstawił, już słyszał chwałę obcego 
artysty, bo smak do sztuki, a zamiłowanie 
w umiejętności było chlebem powszednim tej 
zacnej stolicy". 

Żył wówczas wśród grona licznych artystów 
Andrea del Castagno, „zaiste jeden ze znakomi- 
tszych malarzy owego okresu", lecz zarazem 
„człek, 00 zaprzedał duszę demonowi pychy 
i zazdrości". Otóż ten Andrzej „łasi się Domi- 



— 607 — 

nikowi, nadskakuje mu udan% przyjaźnią a ju* 
daszowym uśmiechem^ aż si^ wślizni^ w serce 
zacne weneckiego malarza^. Dominik, ^człowiek 
z duszą ciepłą, pełną życzliwości dla ludzi, zwie- 
dziony chytrą obłudą, przywiązał się ceiły szcze- 
rze do zdrajcy, więc pewnego razu, w chwili 
przyjacielskiego wylania, wyjawił mu cały ta- 
jemny proceder olejnego malarstwa". 

Nie zadowolił się tem Andrzej, miotany „chu- 
cią, by on sam stał się jedynie dziedzicem ta- 
jemniczego kunsztu". Obaj „razem malowali 
w kościele Santa Maria Nuova, obaj razem mie- 
szkali i wspólnie jadali i przechadzali się, — co 
więcej, Andrzej wtórował Dominikowi na lutni, 
gdy ten wyprawiał po nocach serenadki swoim 
damom. A przecież nie było już dwóch ludzi 
tak niepodobnych do siebie, jak obaj ci kole- 
dzy a przyjaciele. Dość spojrzeć na wizerunek 
Andrzeja, umieszczony przy żywocie jego w Va- 
sarim, bj'^ w tej twarzy o ustach grubych, w tych 
oczach z ukosa patrzących wyczytać naturę dra- 
pieżną, duszę zdrad ną, jadem przejętą. Nie dzi- 
wimy się też, gdy nam prawią, że mimo wieln 
zalet jego obrazów, przecież w nich straszy ja- 
kaś ponura posępnośó, że się w nich czai jakiś 
złośliwy, odpychający demon. Przeciwnie, Do- 
menico Yeneziano był człekiem lekkim, wesołym, 
żyjącym w zgodzie z każdym, lubionym od 
wszystkich; a nadto śpiewał pięknie i grał po 
mistrzowsku na lutni, co mu także niewoliło 
serce niejednej piękności". 



— 608 — 

Charakterystyka Andrzeja i Dominika, po- 
dana przez Kremera, przystaje najzupełniej do 
ich wizerunku w „Turnieju"; ale rozwinięcie 
kolizyi i katastrofa są inne. U Kremera niema 
wcale mowy o żonie Andrzeja, Paoli, i jej po- 
kochaniu się w pięknym Dominiku ; Andrzej 
zabija Dominika na zaułku ulicy kawałem 
ołowiu. 

P. Kozłowski, dla urozmaicenia akoyi, wpro- 
wadził do niej konkurs czyli turniej malarski, 
oraz postać Paoli. Na turnieju Andrzej nie od- 
niósł, jak się spodziewał, stanowczego zwycię- 
stwa; — miał się odbyć konkurs drugi, już tylko 
między nim a Dominikiem. Kto zwycięży, temu 
powierzone będzie malowanie nowej świątyni. 
Andrzeja, przyzwyczajonego do tryumfów,^ubo- 
dła sama myśl spółzawodniczenia z przybyszem, 
„chłystkiem", chce więc opuścić Florencyę; ale 
przełożenia i błagania matki i żony skłaniają go 
do przyjęcia walki na pędzle. Z początku jest 
pełen otuchy, ale gdy ukończył prawie swe 
dzieło, odczuwa boleśnie jego wielkie braki, nie 
może wierzyć zapewnieniom przyjaciół, że pra- 
cy swej dokonał szczęśliwie, i chwyta się, jako 
środka ratunku, myśli podanej przez matkę, by 
posłał żonę do Dominika dla pozowania, a bratu 
swemu, Markowi, który miał Paoli towarzyszyć, 
zlecił podpatrzenie tajemnicy malarza wene- 
ckiego. Paola, czując, że już kocha Dominika, 
wzdraga się pójść do niego, lecz na wyraźny 



— 609 — 

rozkaz męża, ulega, oświadczając jego bratu, że 
kocha tego, do którego ją wysyłają. 

Marek nie zbadał tajemnicy malarskiej Do- 
minika, ale za to nabrał przekonania, że Paola 
rzeczywiście rwała się całą duszą do groźnego 
spółzawodnika męża swego i doznawała wza- 
jemności. Namiętne wyrzuty, robione przez Marka, 
podżegają tylko uczucie Paoli, tak że już nie 
panując nad sobą, postanawia przenieść się do 
Dominika, czego też dokonywa. Marek w obro- 
nie czci brata wyzywa Wenecyanina na poje- 
dynek; raniony śmiertelnie, umiera, ujawniając 
przed Andrzejem cały przebieg sprawy. 

Andrzej wzgardził niewierną, którą kochał, 
jak się zdaje, samolubnie tylko, ale przeciw Do- 
minikowi pała żądzą zemsty okrutnej. Zakaza- 
wszy wspomina sobie imię żony, udaje się na 
ucztę do Dominika i oświadcza mu w słowach 
obłudnych, iż chce zostać jego uczniem i prosi 
go o przyjaźń. Lekkomyślny, rozpustny, ale 
szlachetny, pierwszym popędem kierujący się 
Wenecyanin, przyjmuje Andrzeja otwartemi ra- 
miony, wierzy w szczerość jego zapewnień i naj- 
serdeczniej go ugaszcza, zapraszając do spółpra- 
oownictwa przy malowaniu świątyni, które mu 
zostciło powierzone. 

Gtdy goście przeszli do ogrodu, wychodzi 
Paola z komnat Dominika, zdziwiona raczej niż 
przerażona obecnością męża w jego mieszkaniu, 
oraz serdecznym stosunkiem między obu mala- 
rzami. Nie idzie jej obecnie o męża, lecz gniewa 



— BIO — 

ją zachowanie się Dominika. Nie dopuszcza go 
do żadnych wyjaśnień, ale wnosi odrazu, że on 

jej nigdy nie kochał i z okrzykiem: nie możemy 
przecież żyć we troje ! ucieka, by się ukryć 
w klasztorze. 

Andrzej maluje wraz z Dominikiem, wciąż 
udając przyjaźń najgorętszą. A gdy już po- 
siadł tajemnicę Wenecyanina, postanawia się 
go pozbyć, ażeby nie mieć spółzawodnika. Do- 
minik, pokochawszy Andrzeja, radby się przed 
nim ze wszystkiego usprawiedJiwić, a więc i ze 
swej miłości do Paoli, lecz na pierwszą wmiankę 
jej imienia, wstrząsa się mąż i nie dozwala mó- 
wić o niej ani słowa. Dominik chciał upewnić 
męża, że żona nie zdradziła go w rzeczywisto- 
ści bynajmniej, że myślą tylko należała do niego; 
ale onieśmielony przez Andrzeja, musiał zamil- 
knąć. Katastrofa nadejść miała nieodwołalnie. 
Przy pomocy jednego z przyjaciół Andrzej pod- 
cina rusztowanie^ na którem pracował Dominik. 
Spada nieszczęśliwy i ginie na miejscu. Znajdo- 
wała się wówczas w kościele Paola. Postanowiła 
wziąć winę zabójstwa na siebie — robi też wo- 
bec sędziego odpowiednie zeznanie. A gdy już 
w ten sposób pewna była śmierci, uroczyście 
przysięga Adrzejowi, iż przed sądem bożym 
stanie jako śnieg biała, chociaż nie zapiera się, 
że myślą i chęcią zgrzeszyła i dlatego sobie 
karę wyznaczyła. Andrzej nie wierzy jej, a za 
swoją hańbę zabija ją i składa zeznanie, że on 
rzeczywistym jest sprawcą zbrodni. Sąd go nie 
karze, zapewne przez wzgląd na sztukę; matka 



— 611 — 

uprowadza Andrzeja, by wraz z nią poszedł 
drogą pokuty. 

W opowiedzianej tu treści, z wątku głównego 
wysnutej, można już zauważyć pewne braki 
psychologiczne. Autor doskonale obmyślił efe- 
ktowne sceny i słowa, każdy akt kończące, ale 
nie chcąc widocznie osłabiać efektów, zapomi- 
nał o należytem motywowaniu postępków. 

I tak, postać Andrzeja byłaby jednolita i zro- 
zumiała od początku do końca, gdybyśmy w nim 
odrazu widzieli przewagę uczuć samolubnych 
nad miłością do żony; gdybyśmy już w pierw- 
szych trzech aktach nabrali przekonania, że dla 
tego malarza o wiele ważniejszą i cenniejszą 
jest rzeczą odnieść tryumf na turnieju, posiąść 
tajemnicę malowania olejnego, aniżeli utrzymać 
nienaruszonem uczucie Paoli dla siebie; że w nim 
żądza sławy, skrytość, obłuda i zawziętość gó- 
rują nad innymi, szlachetniejszymi popędami. 
Tak przecież nie jest. Aź do końca aktu trze- 
ciego widz jest przekonany, że lubo duma sta- 
nowi wybitną cechę charakteru Andrzeja, to 
przecież zdrada i nikczemność nie znajdą przy- 
stępu do jego duszy, że raczej dopuści się ja- 
kiegoś gwałtownego kroku, aniżeli będzie uda- 
wał przyjaźń dla swego przeciwnika. Powie kto 
może, iż w duszy ludzkiej dokonywają się prze- 
cież zmiany nadzwyczajne i niespodziewane. Nie- 
wątpliwie; tylko że innej są one natury. Gwał- 
towne namiętności są powodem gwałtownych 
wybuchów : ale żeby długo udawać spokój i przy- 



_ 612 — 

jaźń dla wroga, na to trzeba wprawy wielole- 
tniej, a raczej usposobienia już z natury. Zabić 
pod wpływem uniesienia można w wielu wypad- 
kach przy bardzo odmiennych temperamentach, 
ale przystępować zwolna do wykonania zamiaru 
morderstwa może ten tylko, kto umie nad po- 
pędami panować. 

Podobnież dramatyczne upostaciowanie Paoli 
dalekiem jest od zadowolenia wymagań psycho- 
logicznych. Miała ona kochać Dominika namię- 
tnie, bez pamięci, a jednak pozostać białą jak 
śnieg. Chociaż trudne to bardzo dla psychologa 
i artysty zadanie, spełnienie go wszakże do nie- 
możliwości nie należy. Ale u p. Kozłowskiego 
rzecz ta została przeprowadzona tak, że chyba 
mało kto z widzów nie podzieli sceptycyzmu 
jej męża. Dominik, młody, przystojny, pełen ży- 
cia, opromieniony sławą, zrobił odrazu silne wra- 
żenie na Paoli. Walczy ona z tem wrażeniem 
i z rodzącem się już uczuciem ; chciałaby uniknąć 
pokusy, wymawia się od pozowania u Dominika, 
może trochę po kobiecemu obłudnie domaga 
się rozkazu męża, gdy ten rozkaz usłyszała, nie 
mężowi, tylko jego bratu wyznd:a, że już kocha 
Wenecyanina. Sądząc według zwykłych stosun- 
ków ludzkich i praw psychologicznych, wyzna- 
nie takie powinnoby było wpłynąć na dalszy 
rozwój akcyi dramatycznej. Autor „Turnieju*^ 
nie uważał za potrzebne podnieść tego momentu; 
on mu potrzebny był tylko do efektownego za- 
kończenia aktu... Dalej idą sprawy tak, jakby 



— 613 — 

wyznania tego zgoła nie było. Paola chodzi po- 
zować, Marek jej towarzyszy i dopiero po dłuż- 
szym przeciągu czasu czuje się zniewolonym do 
wypowiedzenia Paoli gorzkich słów z powodu 
jej miłości dla Dominika. Ależ Paola mogłaby 
mu powiedzieć, że się trochę zadługo namyślał 
nad ułożeniem swojej tyrady, że do jej wypo- 
wiedzenia była znacznie stosowniejsza pora da- 
wniej, t. j. wtedy, gdy mu oznajmiła wyraźnie 
i bez ogródek, że Dominika kocha. P. Kozłow- 
skiemu zdawało się, że gdyby tę tyradę we wła- 
ściwem miejscu wypowiedział, popsułby sobie 
efekt. Może, ale tak zrobiwszy, jak zrobił, po- 
psuł psychologię i logikę. 

Idźmy dalej. Paola ostentacyjnie opuszcza 
dom męża, by się udać do Dominika. ChwaL' się 
jej, że nie robi tego skrycie, ale niepodobna 
nie uznać połowicznośoi w jej postępowaniu, 
gdy się zważy, że jak poprzednio miłość swą, 
tak teraz ucieczkę ukrywa przed osobą najbar- 
dziej interesowaną, t. j. przed mężem. Ale to 
mniejsza, to jest psychologicznie zrozumiałem. 
Natomiast cała dalsza historya pobytu Paoli 
w mieszkaniu Dominika jest zagadkową. Odby- 
wają się różne rzeczy: pojedynek Weneoyanina 
z Markiem, wspaniała uczta wyprawiona przez 
malarza z powodu zwycięstwa na turnieju. Co 
robi przez ten czas Paola w mieszkaniu Domi- 
nika, nie wiemy. Widzimy ją dopiero wówczas, 
gdy goście przeszli do ogrodu. Wychodzi, by 
się upewnić, że jej mąż nietylko znajduje się na 

Nasza literatura dramatyczna. T. II. 33 



— 614 — 

uczoie, leoz jest w serdecznych stosunkach z We- 
necyaninem. Nieprzychodzi jej do głowy myśl, że 
mąż udaje przyjaźń, by szukać pomsty, ale inna, 
trochę może dziwniejsza, że Dominik jej nie 
kocha, że jej nigdy nie kochał, jeżeli się może 
przyjaźnić z jej mężem. Doprawdy, trzeba so- 
bie długo suszyć głowę nad rozwiązaniem tej 
łamigłówki psychologicznej, gdyby rzecz na to 
zasługiwała. Subtelności psychologicznych tu 
niema zgoła. Cała ta plątanina myśli i scen do 
fcego jeno zmierza, by bohaterkę wyprowadzić 
z mieszkania malarza czystą jak śnieg i by na 
zakończenie aktu mogła Paola zawołać: „Nie 
możemy przecież żyć we troje !** i wybiedz. 

Takie są główne, mojem zdaniem, błędy w ry- 
sunku duszy i postępowaniu osób głównych 
„Turnieju^; ale nie mogę przemilczeć, że poczy- 
tuję również za wadę jego brak w nim osób 
prawdziwie sympatycznych, do których możnaby 
się przywiązać, któreby można kochać lub wiel- 
bić. Charaktery i wypadki, przez nas tu pozna- 
wane, interesują nas mniej lub więcej, stosownie 
do naszego usposobienia i nastroju, ale żadna 
scena nie rozrzewnia, żadna nie podnosi na wy- 
żyny. Jest wprawdzie piękna apostrofa do sztuki, 
ale włożona w usta Andrzeja w tak niestosownej 
chwili, że dla tych, co mają smak trochę wy- 
bredniejszy, wydać się musi niemiłą, ponieważ 
razi fałszem sytuacyi. 

Do obniżenia wrażeń podniosłej szych przy- 
czynia się styl i wiersz autora. Są one wogóle 



— — ■k — 



— B16 — 

staranne, wypracowane należycie; ale napróźno- 
byś tu szukał prawdziwej siły słowa i polotu 
poetycznego. Wszystkie osoby mówią stylem 
jednakowym, poprawnym i czystym, ale jakby 
skrępowanym więzami rymu, nie mogącym się 
wylać swobodną, żywą strugą. Przenośnie i po- 
równania nie czarują wyobraźni, a niekiedy rażą 
nielogicznością, np. wówczas gdy Andrzej obie- 
cując sobie odzyskać natchnienie dawniejsze, 
woła: 

Lotnego orla pochwycę w ramiona, 
I wezmę skrzydła od niego sokole. 

Bądź co bądź, sam fakt, że względem ,,Tur- 
nieju" stawiam wysokie wymagania sztuki, wska- 
zuje, iż nie poczytuję utworu tego za rzecz po- 
wszednią, niewartą dokładniejszej rozwagi. 



2. 

Józef Łabuński. 

Znamienną jest rzeczą, że w ostatnich 25-ciu 
latach do tworzenia dramarów historycznych, czy 
tragedyj, brali się w małej tylko cząstce poeci, 
. t. j. ludzie obdarzeni wielką, potężną wyobra- 
źnią i silnem, głębokiem, wywnętrzającem się 
uczuciem; zazwyczaj zaś trud ten podejmowały 
umysły przeważnie refleksyjne, z temperamen- 
tem spokojnym, które do pracy pobudzało wzglę- 

33* 



— 616 — 

dne ubóstwo literatury naszej w dziedzinie 
owego rodzaju poetyckiego. Wynikiem tego być 
musiało, że utwory dramatyczne, kreślone przez 
takie umysły, mogiy się odznaczać wierno- 
ścią dziejową, konsekwencyą w przeprowadzeniu 
charakterów przez akcyę, zwartą budową, po- 
prawnością języka i stylu, lecz nie wywierały 
żywszego na czytelników wrażenia (widzów bo- 
wiem pospolicie nie miały, gdyż nie były przed- 
stawiane) i nie zapisywały się trwale w pamięci 
spółczesnenych. I p. Łabuński do takich na- 
leży twórców dramatycznych. Od lat już wielu 
pracował w cichości, nadając pomysłom swoim 
formę tak pożądaną, a tak trudną do osiągnię- 
cia. Niezbyt dawno (1886) ogłosił drukiem dwa 
swoje dramaty, z których jeden treścią sięgał 
dziejów cesarstwa rzymskiego („Agrypina"), drugi 
stosunków krajowych („Ziemowit"). W obu znać 
było staranne wystudyowanie tła historycznego, 
przejęcie się duchem czasów, w których wypadki 
się rozgrywały, umiejętnie przeprowadzone i kon- 
sekwentne w sobie charaktery; brakło im atoli 
skupienia dramatycznego, tak, że były to raczej 
szeregi scen, niż jednolicie rozwijający się dra- 
mat, brakło silniejszego tchnienia poetyckiego 
i umiejętności w przedstawieniu tragiczności, 
pomimo bardzo strasznych i okropnych moty- 
wów, brakło prawdziwie poetyckiej dykoyi, a nie- 
raz nawet poprawności języka pod względem 
morfologii i składni. 

Najnowsza „tragedya* (1894), wydana z wiel- 



— 617 — 

kiem staraniem co do kształtu zewnętrznego, na 
bardzo ładnym papierze i czystym, nowym dru- 
kiem, ma za przedmiot losy Bolesława szczo- 
drego, nieraz już przez beletrystów naszych 
zużytkowane dramatycznie i powieściowe. 

Urok bohaterstwa, wyższych domniemalnie 
wzlotów ducha, miłości dla ludu, hojności dla 
wszystkich, urok, wiejący z dziejów, a więcej jeszcze 
z legend, pociągał ku sobie wyobraźnię; mrok zaś 
tajemniczy, otaczający pomimo tylokrotnych prób 
rozjaśnienia go, główną katastrofę w życiu Bo- 
lesława, dozwalał jej rozwoju swobodnego, nie 
krępując ściśle określonymi faktami historyi. Zdaje 
mi się, że ze wszystkich dotyczasowych obrazów 
Bolka Szczodrego, jakie nakreślili nam beletryści, 
najlepszym estetycznie jest ten, który podał 
Adam Bełcikowski. Są tu wciągnięte w grę pra- 
wie wszystkie czynniki, jakie mogły rozjaśnić 
i uprawdopodobnić rozwój wypadków, sucho 
zanotowanych przez kronikarzy i roczniki; są 
przeciwstawione sobie z godnością dwie wal- 
czące potęgi, jest wskazany, bodaj po raz pierw- 
szy w tym związku, wynik praktyczny klątwy, 
rzuconej na króla: pozbawienie ludności pociech 
duchowych, do których zaczął już przywykać. 

Ozy p. Łabuński, ten sam podejmując wątek, 
zdołał w piękniejszy estetycznie, prawdziwszy 
historycznie rozsnuć go obraz? Niestety, nie! 
Jego ^Bolko Szczodry" jest luźniejszym jeszcze, 
niż poprzednie, utworem. Autor powziął nie- 
szczęśliwą myśl przeprowadzenia bohatera przez 



— 618 — 

oaly oiąg 21 letniego panowania, a ponieważ 
prócz szczegółów historycznych wprowadził je- 
szcze jego miłość do Krystyny i obojętny wzglę- 
dem żony, Wisławy, stosunek; ponieważ i do- 
mniemane powstanie chłopskie uwzględnił, na- 
gromadziła się taka ilość zdarzeń i sytuacyj, że 
autor musiał je zbywać krótko, wciąż zmienia- 
jąc miejsce, wciąż przeskakując i plącząc roz- 
maite lata. Ma to niby pozór Szekspirowskiej 
swobody, ale w gruncie, jest kalejdoskopowem 
miganiem się niknących obrazków, które nie 
posiadają ani dosyć żywości, ani dosyć siły, 
ażeby mogły utkwić w wyobraźni, i zająć ją na 
dłużej. W charakterze Bolesława uwydatnił dwie 
cechy : żądzę bezpodzielnej władzy i wynikający 
z niej wstręt do duchowieństwa, roszczącego 
sobie pretensye polityczne, — oraz upojenie zmy- 
słowe. W biskupie Stanisławie chciał przedsta- 
wić teokratycznego fanatyka bez iskry nawet 
uczucia czysto ludzkiego, który raz jeden tylko 
poczuwa pewne wątpliwości, gdy ma wysłać pi- 
smo do króla czeskiego Wratysława, wzywając 
go do objęcia tronu w Polsce, a który w innych 
scenach i stosunkach budzi obrzydzenie. 

Ponieważ w królu nie wystawił autor w spo- 
sób dobitny większych, głębszych idei, a w bi- 
skupie ujemne tylko dążności odmalował, star- 
cie się między nimi nie wywołuje w czytelniku 
nietylko żywszego spółczucia, ale nawet zainte- 
resowania, a upadek Bolesława bynajmniej tra- 
gicznego nie budzi wzruszenia. Z epizodycznych. 



— 519 — 

trochę życia mają postaci ludowe, mianowicie 
Nagod, lubo przypomnienie z ^Króla Leara*^ 
jest w nim widoczne, zajmuje swemi cierpie- 
niami i pragnieniem zemsty na ciemięzcach. 

O układzie, o ześrodkowaniu efektów nie 
może tu byó mowy; wszystko bowiem na strzępy 
się rozwiewa. Drobny szczegół poświadczy, jak 
autor dziwnie się zapomina w szeregowaniu fak- 
tów. Na początku dramatu widzimy syna Bole- 
sławowego Mieszka, jak ze strachem od ojca 
odskakuje ; jest on wtedy chłopczykiem, trzy- 
mającym się matki; po latach kilkunastu, kiedj 
Bolesław miał tron i kraj opuścić, nie przestał 
byó jeszcze chłopczykiem, tylko, że wstręt prze- 
mienił się w nim w przywiązanie, gotowe do 
poświęceń. 

Wiersz biały, którym pisany jest dramat, nie 
może byó właściwie nazwany wierszem, gdyż 
nietylko brak mu rytmiczności, ale częstokroć 
nawet średniówki. Język prócz niepoprawnych 
form gramatycznych, odznacza się kilku nadmier- 
nie często używanymi archaizmami (cerkiew = 
kościół; żałoba = skarga), które nie zdają nam 
się szczęśliwie zastosowanemi. 



3. 

Władysław Rabski. 

Zdolny publicysta, z gruntownem wykształ 
ceniem literackiem, wystąpił na polu drama- 



— 620 — 

tyoznem najprzód z utworem, który mógł uje- 
mnie względem niego uprzedzić. Był to ^Asce- 
ta« (1893, Poznań). 

Bzecz tego dramatu dzieje się w małeni 
mieście prowincyonalnem ; a koUizya polega na 
starciu się idei i dążeń postępowych z zasta- 
rzałą rutyną, z zadowoloną z siebie bezwładno- 
ścią i z nieszlachetnymi popędami samolubów 
obłudnych. 

Żywioł postępowy przedstawia tu doktór me- 
dycyny, Mulik, i żona jego, Helena. Złe strony 
życia małomiasteczkowego rozdzielone zostały 
pomiędzy różne osobistości, z któryoh najwyda- 
tniejszemi są: Laszko wski, dzierżawca probostwa, 
świętoszek pokrywający płaszczykiem pobożności 
swoje poziome żądze i interesa materyalne, oraz 
Godlewska, pragnąca co prędzej wypchać swą 
siostrzenicę, Maryę Walewską, za mąż. 

Węzeł działania skupia się w osobie Hen- 
ryka Glińskiego, którego wuj, Laszko wski, chce 
koniecznie widzieć księdzem, a który, poczuwszy 
w sobie żądze zmysłowe, rozkochawszy Maryą, 
dręczy się w głębi sumienia, starając się surową 
ascezą pokonać namiętność. Ponieważ powód, dla 
którego Łaszkowski popycha siostrzeńca na dro- 
gę niewłaściwą jego usposobieniu, nie został wy- 
jaśniony, wywodów bowiem tegoż o prawdziwem 
powołaniu Henryka nie można brać dosłownie; 
więc też zatarg z doktorem Mulikiem, chcącym 
biednego ascetę, wycieńczonego fizycznie i roz- 
dwojonego moralnie, uleczyć, przez zwrócenie 



— 621 — 

myśli i pożądań w kierunka stosownieszym dla 
jego usposobienia, niema szerszej podstawy spo- 
łecznej, nie tiomaczy się nam dość zrozumiale, 
traci na dramaty ozności. Gbciał też autor, jak 
się zdaje, przenieść punkt ciężkości grozy dra- 
matycznej na samego Henryka, dając mu w dzie- 
dzictwie po rodzicach skłonność do obłąkania, 
a więc nadzwyczajną pobudliwość nerwów, bez 
odpowiedniej energii w zakresie woli i czynów. 
Jest on istotą słabą, zdenerwowaną, łatwo da- 
jącą się powodować zarówno doktorowi, jak wu- 
jowi; jest to osobistość na wskroś chorobliwa, 
której zachowanie się zapowiada, iż skończyć 
musi obłąkaniem. 

Ażeby z takiego materyału wytworzyć po- 
stać zajmującą na scenie, potrzeba wielkiego 
i wytrawnego talentu Ibsena, którego „Upiory**, 
prawdopodobnie nasunęły młodemu autorowi 
pierwszą myśl do „Ascety^. Takiego talentu 
p. Kabski nie złożył dotąd jeszcze dowodu, 
a zadanie swoje utrudnił, dobierając Henrykowi 
opętaną erotyzmem kochankę w Maryi Walew- 
skiej, której postępowanie również nienormalne, 
jak Henryka, różni się od niego swą siłą wybu- 
chową. Ażeby pokierować dramatycznie opętań- 
cem bez woli i waryatką z miłości, na to po- 
trzebaby było niepospolitej siły twórczej ; a i tak 
w najszczęśliwszym nawet wypadku, prócz za- 
dowolenia klinicznych upodobań pewnej czę- 
ści czytelników, nie wiem, czyby się dało osią- 
gnąć jakiś donioślejszy wynik artystyczny. Do- 



— 522 — 

birze przynajmnie]. iż aotor nie kazał bohaterom 
swoim zbjrt długo bawić na scenie ; imierć Hen- 
ryka w obłąkania z wyczerpania sił i śmierć 
Maryi z trucizny, dobrowolnie zażytej, uwalnia 
nas od ich niemiłego widoku. 

Dr. Mulik i jego iona są dość dobrze na- 
szkicowanemi postaciami, a plotkarstwo i intrygi 
małomiasteczkowe, dokonywane przez różne oso* 
by, nie posiadają wprawdzie rysów jakichś świeżo 
podpatrzonych, ale nie rażą bardzo nieprawdo- 
podobieństwem. 

Najsłabszą stroną utworu, prócz dwu postaci 
kochanków, będzie styl, nie mający dość siły do 
wyrażenia uczuć i sytuacyj pełnych grozy, nie 
posiadający zalety malowniczości, nie wyszuka- 
nej, nie deklamacyjnej, jaką spostrzegamy w mo- 
wie Heleny. Struna liryczna odzywa się często, 
czasami drga wdzięcznie i harmonijnie, wyraża* 
jąc uczucia prawdziwe, odczute. 

Po trzech latach, w nowym swoim utworze 
p. t. „Zwyciężony* (1896, Poznań) autor wy- 
snuł kollizye silne i istotnie dramatyczne ze 
stosunków rzeczywistych, tętniących życiem i pra- 
wdą. Z jednej strony miłość, z drugiej przeko- 
nania społeczne stają do walki, kończącej się 
zgnębieniem człowieka pełnego zdolności, ma- 
rzącego o lotach orlich. 

Dr. Zygmunt Wolski, naczelny redaktor dzien- 
nika demokratycznego, pokochał Martę, córkę 
hr. Władysława Wareckiego, wyznającego za- 
sady arystokratyczne, przejętego pychą rodową. 



— 623 — 

Miłości tej sprzyjała Melania Wadyńska, ku- 
zynka Wareckich, która, jak się z dalszego roz- 
woju akcyi okazuje, sama kochając głęboko Zy- 
gmunta, gotowa była do wszelkich dla niego 
poświęceń. Ona to dodała odwagi Marcie, ażeby 
miłości swojej się nie zapierała wobec ojca i lu- 
dzi. Marta, lubo lękliwa, zdobyła się na odwagę 
pod wpływem słów Melanii, a zwłaszcza Zygmunta, 
i szczególnego nastroju chwili : gdy goście w do- 
mu Melanii wracali z przejażdżki po jeziorze, 
zastali Martę i Zygmunta w uścisku, a Marta 
przedstawiła ojcu Zygmunta jako narzeczonego. 

Hr. Władysław chcąc uniknąć skandalu, po 
krótkiej chwili namysłu oznajmił zebranym, że 
Marta zawcześnie tylko zdradziła niespodziankę, 
którą on sam podczas wieczerzy miał zakomu- 
nikować. Nie myślał jednakże tak łatwo ustąpić, 
domagał się od Zygmunta zaparcia się haseł de- 
mokratycznych. Zygmunt się nie zgodził, a wów- 
czas hrabia, nie zważając na skandal, odmówił 
mu ręki córki. Marta wahała się znowu ; dwie 
miłości wiodły z sobą bój w jej sercu; miłość 
do Zygmunta zwyciężyła, ale tylko na chwilę. 

Wyszedłszy za Zygmunta, znalazła się w oto- 
czeniu demokratów, nie miłem dla niej; raziła 
ją ich powierzchowność, ich zachowanie się, ich 
rozmowy. Przyzwyczajona do manier wykwin- 
tnych, wychowana wśród odmiennej atmosfery 
duchowej, już po pięciu miesiącach czuje nie- 
smak i niezadowolenie. Potrzeba tylko jakiejś 



— 624 — 

okoliczności, ażeby nagromadzony w duszy jej 
jad się rozlał. 

Okolicznością taką były wybory na sejm 
(rzecz się dzieje w W. Ks. Poznańskiem). Kan- 
dydatem parbyi arystokratycznej był hr. Karol, 
jej brat, hulaka i łgarz zapamiętały, a kandy- 
datem demokratów bogaty fabrykant, Maurycy 
Wsiłowski, założyciel dziennika, którego Zymunt 
był redaktorem, człowiek czynny na polu prac eko- 
nomicznych, ale pretensyonalny w mowie, a nie 
zbyt ogładzony w ruchach. 

Wareccy, doprowadzeni przez hr. Karola do 
bardzo złego stanu finansowego, widzieli jedyny 
dla siebie ratunek w sprzedaniu majątku komi- 
syi kolonizacyjnej niemieckiej. Chcąc atoli z po- 
wodu wyborów, zachować pozór dobrych oby- 
wateli, zmusili swego dalekiego krewnego i do- 
mownika od lat 15^ Łuszczewskiego, do wzięcia 
na siebie sprawy. Sprzedali mu symulacyjnie 
swe dobra i rozgłosili, że otrzymawszy wielki 
spadek, on dopiero odstąpił je komisyi. Na do- 
miar bezeceństwa hr. Karol w mowie przed wy- 
borcami ostro napiętnował postępek swego kre- 
wnego. Wyczytana o tem wiadomość przyśpie- 
szyła zgon starca, obarczonego niesławą. Umie- 
rając polecił staremu słudze odnieść dokumenty, 
wyjaśniające rzecz całą, Zygmuntowi. 

Mając taką broń w ręku, gotował się redaktor 
do napisania piorunującego artykułu przeciwko 
Wareckim, gdy wtem weszła Marta i zrozu- 
miawszy o co idzie, wymogła na mężu, że jej 



— 62B — 

pozwoli! dokumenty owe rzucić w ogień. Zy- 
gmunt uległ uczuciu, ale nie mógł stłumić w so- 
bie wyrzutów sumienia, źe się sprzeniewierzył 
stronnictwu. Nie zaznał odtąd spokoju; dni 
przed wyborami spędzone, były pasmem ustawi- 
cznych jego udręczeń. 

Gdy hr. Karol został wybrany, i gdy na we- 
zwanie Marty Wareccy przybyli podziękować 
Zygmuntowi i zgodę z nim zawrzeć, wybuchnął 
„zwyciężony" gorzkiemi słowy żalu i oburzenia, 
ii mu zapłacić chciano za zdradę; napiętnował 
obłudę i nikozemność rodziny, z którą się połą- 
czył swojem małżeństwem, rozstał się z żoną, 
mówiąc do niej i do Wareckich: „Ptak uleciał 
z klatki złocistej i wraca w pokorze ; niech leci, 
to lepiej dla mnie i dla niej". Zleciwszy stałej 
wciąż w uczuciu Melanii staranie o mające na- 
rodzić się dziecko, opuszcza dom z tem gryzącem 
serce jego przekonaniem, że zdradził lud. 

Zygmunt popełnił omyłkę, wybierając towa- 
rzyszkę życia ze sfery tak odmiennej przekona- 
niami i nawyknieniami, od tej, w której sam 
i żona jego żyć mieli, nie obrachował się z cha- 
rakterem Marty, a może z charakterem kobiet 
wogóle, co gotowe na chwilę zapomnieć o wszyst- 
kiem i pójść tam, dokąd ciągnie je namiętność, 
ale które niebawem tęsknią za zwyczajami i na- 
łogami, z któremi się zrosły w latach dziecię- 
ctwa i dojrzewania. Omyłkę taką nieraz popełniają 
jednak najrozumniejsi ludzie; nie można jej za- 
tem brać za błąd w charakterystyce bohatera; 



— 526 - - 

a gdy się to uzna, to dalszy rozwój Zygmunta 
i Marty będziemy musieli uważać za konse- 
kwentnie i głęboko pod względem psychologi- 
cznym przeprowadzony. Inne figury, nawet pod- 
rzędne, są bardzo dobrze utrzymane. Akcya roz- 
wija się energicznie, śmiało ; dyalog żywy, bar- 
wny, charakterystyczny; w miejscach odpowie- 
dnich skrzący się dowcipem. Młody autor, który 
taki utwór napisał, zdaje się mieć świetną przed 
sobą przyszłość. 



XXXI. 

Udział kobiet w literaturze dramatycznej. 

Dramat pióra kobiecego jest w naszej lite- 
raturze rzadkością do tej jeszcze pory. Jakkol- 
wiek bowiem już w pierwszej połowie zeszłego 
stulecia robiła próby w tym kierunku księżna 
Urszula z Wiśnio wieckich Radziwiłłowa, to prze- 
cież do dziś dnia dwa tylko nazwiska kobiece 
Julii Tuszowskiej (Juliana Moers z Pora- 
dowa), i Zofii Mellerów ej nabyły pe- 
wnego rozgłosu w piśmiennictwie dra.matycz- 
nem; pierwsza zaznaczyła się głównie drama- 
tem historycznym „Przeor Paulinów" (1874), 
gdyż następne („Kleopatra", 1879, „Księżna 
Gorysława" 1880) bardzo mało są znane nawet 
literatom; — druga kilkoma udatnemi komedyami. 

„Przeor Paulinów" odznacza się żywym ru- 
chem scenicznym, częstemi zmianami miejsca, a 
choć wrażenia prawdziwie tragicznego nie wy- 
wiera, należy do prac udatnych. Mnóstwo w nim 
występuje osób; stąd zaledwie kilka mogło się 






— 628 — 

uwydatnić. Na pierwszem miejscu postawić oczy- 
wiście należy bohatera tytułowego. Kordecki to 
kapłan i obywatel pełen wiary i miłości ojczy- 
zny, do ostatka nie chcący poddać Częstochowy 
wbrew radom i naleganiom postronnym. Cu- 
downość w przedstawieniu tej postaci użytą zo- 
stała w sposób umiarkowany, lubo nieco melo- 
dramatyczny. Tkwi ona w wyobraźni żołnierzy 
szwedzkich: Kordecki pilnujący skarbca koron- 
nego z mieczem koronacyjnym w ręku wydaje 
się Szwedom, włamującym się do lochów ja- 
kimś groźnym nieboszczykiem; to też ich do- 
wódca każe loch zaraz zamurować. Ładną po- 
stacią jest Piotr Czarniecki, młodzieniec kocha- 
jący Annę Zamojską, walczący dzielnie, zawie- 
rający rycerską przyjaźń z Adolfem Mullerem, 
synowcem jenerała szwedzkiego. Anna Zamoj- 
ska — to dziewica pełna poświęcenia i odwagi, 
a jej matka — osoba dumna, trwożna i słaba. 
Nastrój dramatu jest przeważnie uczuciowy (pa- 
tryotyzm, rycerskość, miłość); efekta — często 
melodramatyczne, lubo usprawiedliwione samą 
treścią (strzelanie, przekopy, pożar, karawan 
z ciaJ:em Adolfa, wymówki robione przez uwię- 
zionego Piotra Czarnieckiego Mullerowi, prze- 
mowy Kordeckiego, omdlewanie Anny, jej ma- 
tki, dwukrotne pojawienie się tłumu zakonników, 
procesye etc). Wiersz z początku biały, potem 
rymowany, płynie gładko, swobodnie, choć z błę- 
dami językowemi; świeżości w dykcyi nie ma 
wielkiej, ale nie ma też słabości i pospolitości. — 



— B29 — 

Późniejsze utwory dramatyczne Tuszowskiej nie 
dorównały temu pierwszemu. 

Zofia Meli ero wa, zadebiutowawszy dość nie- 
fortunnym dramatem „Wanda" (1872), zwróciła 
8ię do komedyi i w ciągu lat 20 cały ich sze- 
reg wydała. Wartość ich i znaczenie polega nie 
tyle na charakterach, dobrze i konsekwentnie 
nakreślonych, ile na sytuacyach komicznych, na 
zawikłaniach zręcznie splątanych, na dyalo^u 
dowcipnym i żywym. Największem powodze- 
niem cieszyły sitj krótkie, jedno- lub dwuaktowe 
sztuki, takie, jak „Fałszywe blaski", „W Al- 
pach", „Dwie miary", „Postanowienia", ;,Pora- 
nek muzyczny", „Straduję!", „Uwięziona", „Prze- 
ł mędrkował". Większe, trzyaktowe komedye, jako 

to: „Złote runo", „Zyzio", „Kto winniejszy", 
'-Hrabina Tea" nie zyskały trwalszej podstawy 
w teatrze. Wadą główną tych sztuk większych 
bywa nieumiejętność konsekwentnego przepro- 
wadzenia i należytego zogniskowania efektów 
dramatycznych. Piękna, łatwa rozmowa, dowcip 
żywy, choć czasem naciągany, ruchliwość akcyi 
są to zalety, spotykane często w komedyaoh 
Mellerowej i nadające im znaczenie sceniczne. 
Przytem jednak dodać należy, iż autorka zwraca 
uwagę na pewne tezy psychologiczne, jako to: 
omamienie kobiety błyskotliwością pozorów umy- 
słowych, przerafinowanie refleksyi, błahość wy- 
wodów rozumowych i opartych na nich aktów 
woli wobec przemożnego wzruszenia i t. p. 
Zdaje się, że właściwość umysłu kobiecego: 

NaBza literatura dramatyczna. T. II. J4 



I 



— 530 — 

uczuciowość, delikatność, subjektywizm, kfeóre 
tak pięknie uwydatnić się mogą w poezyi liry- 
cznej, stają się główną przeszkodą w stworze- 
niu dramata, zwłaszcza, gdy dodamy do tych 
przymiotów wady zwykle zarzucane duchowej 
stronie kobiet, jako to: brak skupienia i ześrod- 
kowania około jakiejś myśli, leżącej po za sferą 
uczucia indywidualnego, brak siły w malowaniu 
przejść wewnętrznych. 

Ponieważ jednak pewna część kobiet stara 
się jobecnie o zapełnienie tych braków przez od- 
powiednie wykształcenie i ćwiczenie, można tedy 
spodziewać się, że z czasem i prace dramaty- 
czne niewieście nabiorą większej doniosłości ar- 
tystycznej. Każda więc próba na tem polu po- 
winna być przedmiotem zaciekawienia psycho- 
logiczno -literackiego i szczegółowego rozbioru. 
Pani Laudynowa, autorka dramatu p. t. 
„Zmarnowane życie" (1896), występuje, zdaje się^ 
po raz pierwszy w dziedzinie literatury, miano - 

"- wicie książkowej, ale musiała już dużo praco- 

wać nad sobą, nie mało przemyśleć i przeba- 
dać, bo utwór jej wcale się nie przedstawia jako 
dzieło początkującej. Znać w nim głębsze wpa- 
trzenie się w stosunki życia i objawy duszy 
ludzkiej, znać także wprawne władanie piórem,. 

\ chociaż nie wolne od pewnych usterek języko- 

1 wych i stylowych. 

I Przedmiotem dramatu są kollizye czysto je? 

dnostkowej natury, skupiające się w uczuciu 
miłości. Właściwie mamy nie jedno „zmarnowane 



— 631 — 

źyoie**, ale dwa; tylko, że autorce chodziło głó- 
wnie o zaakcentowanie jednego z nich — ży- 
cia kobiecego. 

W akcie pierwszym poznajemy młodego je- 
szcze lekarza, głośnego, zwłaszcza w świecie nie- 
wieścim, bo jest przystojnym i eleganckim. Ko- 
biety lgną do niego i narzucają się ze swoją... 
dajmy na to, miłością, on jej nie odrzucał, do- 
póki siły starczyły. Łekkomyślnem i rozhuka- 
nem życiem nadwerężył sobie płuca i nabył 
wady serca. Zna swój stan rozpaczliwy, ale ani 
myśli się ochraniać, woli lat parę pożyć hula- 
szczo, niż oszczędzając się, dłużej odgrywać tę 
^głupią farsę^, jak raczył nazywać swoje istnie- 
nie i istnienie wogóle. 

Wpada mu w oko panienka młodziutka, nie- 
winna i piękna. B>adby się do niej zbliżyć nie 
w zamiarze bynajmniej żenienia się, bo kajdan 
żadnych nie znosi, ale dla poznania odmiennego 
rodzaju piękności, niż te, z któremi dotychczas 
miał do czynienia. Ponieważ jest to córka po- 
ważnego i szanowanego ojca, musi dla zazna- 
jomienia się z tym domem użyć pośrednictwa 
swej ciotki, pani Stabelskiej, która ma słabość 
dla swego siostrzeńca i niczego odmówić mu 
nie może, gdy do niej czule przemówi. Ciotka 
skarciła oczywiście Edwarda za jego śmiech 
z jej przypuszczenia co do zamiarów matrymo- 
nialnych, tak, że Edward uznel za potrzebne jej 
potakiwać i obiecywać poprawę. 

Pierwszy ten akt wykonany jest bardzo do- 

34* 



- 532 — 

brze; charaktery w nim zarysowane utrzymują 
się w zachowaniu swojem i słowach konsekwen- 
tnie; nie ma tu ani jednej sytuacyi nieprawdopo- 
dobnej, ani jednego bodaj słowa niewłaściwego. 

Inaczej trochę jest w akcie drugim. Zasta- 
jemy tu Edwarda na rozmowie... z Anną. Nasz 
lekarz jest zmienionym, labo zewnętrznie tylko. 
Piękność i dobroć Anny wywarła nań wpływ 
wielki. Juź o bałamuceniu jej nie myśli, wyznaje 
jej, choć naturalnie w sympatycznej osłonie^ 
swe grzechy, błaga o ratunek, który widzi w jej 
miłości. „Nie rozumiem siebie, gdy jestem przy 
pani - mówii do Anny - wszystkie m^y du- 
szy mojej upadają i milkną (?)... Budzi się jasność 
jakaś, nieznana mi dotąd, pierzcha niewiara 
i szyderstwo... a w sercu zbiera się tylko ial 
wielki, bez końca... Będąc przy pani, czuję roz- 
kosz nieznaną ini dotąd... ale i ból... wielki... 
dotkliwy*'. 

Były to .piękne jedynie frazesy, ale niewinna 
i niedoświadczona panienka nie pozne^a się na 
ich fałszu; skrucha Edwarda wzruszyła ją, pię- 
kność zajęła, a myśl uratowania dzielnego umy- 
słu dla społeczeństwa pochlebiła jej. Don Żuani 
mają szczęście do panien; może bez zdawania 
sobie> dokładnej sprawy ze swego pociągu, czują 
one, że ten, który się już wielu umiał podobać, 
jest szczególniej godzien miłości. Przytem i rola 
wskrzesicielek uśmiecha się im niewątpliwie. 

Anna pokochała Edwarda całą potęgą pier- 
wszej miłości i sądziła, że uczuciu jej żadna 



— B33 — 

przeszkoda nie stanie na drodze urzeczywistnie- 
nia. Omyliła się. Ojciec jej, surowy i wymagający, 
był jaknaisorzei wzsledem Edwarda usposo- 
biony ZnajdowL siron zdała od domu, gdy 
ciocia Stebelska wprowadziła tam swego sio- 
strzeńca. Nagle przyjechał i to w chwili, gdy 
Edward rozmawiał z jego córką i złożył swe 
losy w jej ręce. Przeczuwał on coś złego, ale 
nie był pewnym. 

Dlaczego? Aby to umotywować, chwyciła się 
autorka niezbyt zręcznego środka. Nie chciała, 
aby wzorowa córka taiła coś przed ojcem nie- 
obecnym, a jego nieobecność zbyt długo trwała, 
ażeby można mówić o niepisaniu listów. Anna 
zatem napisała ojcu o bywaniu Edwarda. Ojciec 
czytał list, ale nie mógł jakoby wyczytać nazwi- 
ska. I po cóż takie mdłe i nieprawdopodobne 
motywowanie sprawy, która ma w dramacie 
wagę pierwszorzędną? Oto dlatego, ażeby módz 
pokazać na scenie nadzwyczajną czułość i ser- 
deczność ojca w powitaniu córki, a dopiero po- 
tem przedstawić jego stanowczość, gdy się do- 
wiedział, że Edward sięgn^ po rękę Anny. Nie 
chcąc budzić krytycyzmu w czytelniku, należało 
sceny te inaczej przeprowadzić. 

Potem popełnia surowy ojciec błąd p|Q?ęho- 
logiczny. Nie objaśnia należycie Annie, dlaczego 
Edwardowi, dom swój wypowiedział, bo lękał 
się zbrudzić jej czystą wyobraźnię i serce. Co 
prawda, skrupuł ten dość częsty u mężczyzn, 
którzy zbyt niebiańsko wystawiają sobie duszę 



— 634 — 

kobiecą, jak gdyby niemówienie o pewnych rze- 
czach było niemyśleniem o nich. Skrupuł ten 
zaważył silnie na przebiegu dalszych wypadków. 
Wyświetlenie nicości moralnej i fizycznej mo- 
żeby zdołało oddziałać w początkach rodzącej 
się w sercu Anny skłonności; możeby ją uczy- 
niło oględniej szą. Ojciec robi to dopiero w akcie 
3-cim, kiedy nagła przerwa w widywaniu się 
z Edwardem spotęgowała już w duszy Anny 
ową skłonność i kiedy Edward groźbą samo- 
bójstwa wywołał w rozegzaltowanej dziewczy- 
nie stanowczą chęć pójścia za głosem serca, a 
raczej namiętności. Wtedy już żadne perswa- 
zye pomódz nie mogły, bo Anna znajdowała na 
wszystko odpowiedź gotową; wtedy nie zlękła 
się groźby ojca, iż dom jego przestanie być jej 
domem, jeśli poślubi Edwarda... 

Zamiarem autorki nie było, zdaje się, przed- 
stawienie tyranii ojca, lecz raczej jego rozumnej 
względem dziecka miłości; tymczasem postępo- 
wanie jego nie przekonywa o doświadczeniu ży- 
ciowem i o rozumieniu serca kobiecego w szcze- 
gólności; postępowanie to popycha Annę na tę 
drogę, od której odwieść ją miało. Figura ojca 
najmniej szczęśliwie ze wszystkich została 
przez p. Łaudynową przedstawiona. Miłość pra- 
wdziwa a rozumna nie może się posługiwać ta- 
f kimi środkami gwałtownymi, a do celu nie pro- 

wadzącymi, jakimi na swoje i swojej córki nie- 
szczęście posłużył się nierozważnie Andrzej 
Górski. 



n 



— 63B — 

Natomiast Anna i Edward są dobrze wy- 
trzymani do końca. Edward po roku poźyoia 
jest coraz bardziej chorym, zdenerwowanym, ka- 
pryśnym i okrutnym samolubem, dręczącym się my- 
ślą, żeby po jego śmierci Anna nie wyszła powtór- 
nie za mąż; wtedy bowiem pozna „całą rozkosz 
miłości, pełnej sił i życia^, pozna i zrozumie 
całą jego nędzę i ze wstrętem odwróci się na- 
wet od wspomnienia o nim, „z ohydą i wstrę- 
tem... od których dziś nieświadomość tylko ją 
broni". Samolub wyniszczony, dbający nawet o 
wspomnienie po zgonie, chwyta się środka nie- 
zawodnego, ażeby ukryć swą „nędzę'' na za- 
wsze; licząc na religijność Anny, domaga się 
przysięgi od niej, iź nigdy powtórnie za mąż 
nie wyjdzie. I Anna składa tę przysięgę, bo ona 
istotnie świat cały widzi w swym Edwardzie. 
Już teraz nie wspomina nawet o skłonieniu 
męża do pracy dla społeczeństwa, zatapia się 
cała w pielęgnowaniu go i dogadzaniu mu we 
wszystkiem. Ulegając jego kaprysowi, jedzie na 
bal, wyprawiony przez ciotkę Stebelską i por- 
wana przez męża w wir walca, widzi go w swych 
ramionach umierającym. 

I po śmierci Edwarda myśleć o nim nie 
przestała. Dziecko jego ma odtąd wypełnić jej 
życie. Ohce je wychować na pożytek kraju — 
tylko sił jej nie staje, umiera młodo, samych 
mętów życia się napiwszy, lecz nie czując tego, 
gdyż ślepa miłość dla Edwarda wszystko jej 
wyidealizowała. Edward zmarnował życie w hu- 



— 636 — 

lankaoh i rozpaśoie, Anna zmarnowała je przez 
poświęoenie bezowocne. 

Dyalogi p. Łaudynowej przeważnie ^tętnii^ 
żyoiem; autorka nie ubiega się za wytwomością 
i obrazowością wyrażenia, ale używa zwyUych 
zwrotów mowy potocznej umiejętnie; może więc 
uwydatnić cechy znamienne rozmówców. Dya- 
logi te są zazwyczaj naprawdę „dramatyczne^, 
t. j. posuwają akcyę dalej. Monologi są czasem 
za długie, kompozycya nie jest spójna. Każdy 
z aktów stanowi obraz oddzielny, wiążący się 
oczywiście wątkiem z innymi, lecz nie łączący 
się bezpośrednio ; pomiędzy każdym z nich 
upływa zawsze pewien przeciąg czasu, który 
czytelnik musi wypełnić własną wyobraźnią. Naj- 
lepszymi są akt pierwszy, trzeci i pierwsza od- 
słona aktu czwartego; w nich bowiem charakte- 
rystyka dramatyczna osób, albo napięcie akcyi 
są najświetniej przeprowadzone. 

Zachęty zapewne autorka nie potrzebuje; 
kto odczuwa silnie konieczność wyrażania pomy- 
słów w pewnej formie, ten ją nie tak łatwo 
porzuca, zwłaszcza, gdy może sobie powiedzieć, 
że usiłowania jego nie były nadaremne, żC) 
owszem, jeżeli nie wydały całości doskonałej, 
to przynajmniej — części zasługujące na szczere 
uznanie. v 

KONIEC.